Oś Świata/Neurodydaktyka, czyli neurony w szkolnej ławce

Od autorki

Od dawna myślałam o tym, żeby prowadzić blog, w którym mogłabym podzielić się z innymi przemyśleniami na temat szkoły, która w moim przekonaniu zupełnie nie odpowiada potrzebom XXI wieku. I nie myślę tu bynajmniej tylko o polskiej szkole. Modele edukacyjne w różnych krajach są nieco lepsze lub nieco gorsze, ale wszystkie zbudowane zostały na tym samym, przestarzałym fundamencie, który powstał w pierwszym okresie ery industrialnej, gdy trzeba było szybko wykształcić posłusznych i zdyscyplinowanych robotników do pracy w fabrykach. Nauczyciel był wtedy krynicą niedostępnej w inny sposób wiedzy, a zadanie uczniów polegało na słuchaniu i wykonywaniu jego poleceń.
Dziś sytuacja się zmieniła, inny jest też zestaw pożądanych kompetencji. Rozwój każdego kraju zależy głównie od tego, na ile innowacyjna będzie jego gospodarka, tzn. na ile młodzi pracownicy będą umieli odchodzić od znanych wzorców i szukać nowych rozwiązań. Jednak trudno oczekiwać, że po latach treningu w rozwiązywaniu testów i udzielaniu najbardziej typowych odpowiedzi, uczniowie zmienią swoje nawyki i nagle zaczną myśleć innowacyjnie. Wiedząc, jak działa mózg i jak doświadczenia wpływają na strukturę sieci neuronalnej, wiemy już , że dzisiejszy model szkoły nie sprzyja rozwojowi i nie jest proinnowacyjny. Kraj, który jako pierwszy dostrzeże zależność między tym, czym przez całe lata zajmują się uczniowie, a rozwojem gospodarki, i wyciągnie z tego wnioski, zdobędzie ogromną przewagę nad innymi.
Marzy mi się, żeby tym krajem była Polska, marzy mi się, by szkoły rozwijały myślenie i uczyły, że warto szukać nowych rozwiązań, a nie ćwiczyć się w reprodukowaniu najbardziej typowych odpowiedzi. Chciałabym, żeby polskie dzieci rozumiały, że współpraca przynosi lepsze owoce niż rywalizacja, a wiedza tylko wtedy do czegoś się przydaje, gdy umiemy stosować ją w praktyce. Marzenia te opieram na badaniach nad mózgiem. Dzięki neurobiologom wiadomo już, jak powinno wyglądać nauczanie przyjazne mózgowi. Dlatego piszę „Neurodydaktykę”, książkę, która pokazuje, co dziś – w dobrej wierze – w szkołach robimy źle, dlaczego dzieci tracą motywację i uczą się jedynie dla stopni i testów. Chciałabym, aby nauczanie w polskich szkołach oparte zostało na badaniach nad mózgiem. Pozwoli to na wykorzystanie potencjału, z jakim dzieci przychodzą do szkoły i na rozwijanie wszystkich talentów, z których dziś w szkołach dostrzega i rozwija się tylko niewielką część.