avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Neurodydaktyka, czyli neurony w szkolnej ławce

Ostrzeżenie przed niebezpieczną „Neurodydaktyką”

25.03
2015

Komitet Neurobiologii PAN uznał, że należy wszystkich ostrzec przed zagrożeniami płynącymi z kontaktu z „Neurodydaktyką”.

Tu można przeczytać pismo i dołączone do niego uzasadnienie, którego autorem jest prof. Jerzy Mozrzymas.

Neurobiolodzy z PAN napisali, że: „Autorka stara się wytworzyć w czytelniku przekonanie, że aktualna wiedza w tej dziedzinie osiągnęła już taki poziom, że w oparciu o nią można skutecznie kształtować procesy edukacji.”

Link do rozmowy, która odbyła się 27 marca  w radiu TOK FM.

http://audycje.tokfm.pl/odcinek/24359#

 

A to moja odpowiedź na to pismo.

Książka mojego autorstwa „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi” (Wydawnictwo Naukowe UMK 2013) poświęcona jest problemom edukacji, nie jest i nie miała być podręcznikiem neurobiologii.  Nie prowadzę badań z tej dziedziny. Jako metodyk w mojej pracy opieram się na publikacjach niemieckich, brytyjskich i amerykańskich neurobiologów i neuropsychologów. Nauczyciele, metodycy i pedagodzy, chcąc zmieniać system szkolnictwa, mają prawo wykorzystywać najnowszą wiedzę dotyczącą procesów uczenia się i zapamiętywania, a szczególnie publikacje z dziedziny neuronauk odnoszące się do edukacji. Informacje, które wykorzystałam w mojej książce, nie są niesprawdzonymi nowinkami z niepewnych źródeł, ale pochodzą z publikacji takich autorów jak profesorowie neurobiologii: Gerald Hüther (Uniwersytet w Getyndze), Joachim Bauer (Uniwersytet we Fryburgu), Gary Small (UCLA), R. Douglas Fields (Uniwersytet Maryland w College Park) czy lekarz, prof. Manfred Spitzer (Klinika Uniwersytecka w Ulm). Pełną listę autorów, na których się powołuję, można znaleźć w bibliografii mojej książki, a także w skróconej wersji w moim blogu (19.03.2015). Neurodydaktyka: Od neurobiologii do edukacji https://osswiata.pl/zylinska/2015/03/19/neurodydaktyka-miedzy-neurobiologia-a-edukacja/.

Profesor J. Mozrzymas, autor opinii o mojej książce, ani słowem nie odnosi się do źródeł, z których korzystałam. A przecież wiedza, na którą się powołuję, nie jest już nowa. Pierwsza książka, która syntetycznie podchodzi do wniosków płynących z badań nad mózgiem, „Jak uczy się mózg” Manfreda Spitzera, ukazała się w Polsce w 2007 roku, a w Niemczech w 2002. Autor na 350 stronach przytacza w niej wnioski płynące z neuronauk i wysuwa bardzo konkretne postulaty pod adresem systemu edukacji. Czy to możliwe, że w Polsce 13 lat później wciąż jeszcze nic nie wiemy? W Niemczech od 2004 roku działa również Centrum Wymiany Wiedzy z Dziedziny Neuronauk i Edukacji. To znaczy, że wnioski płynące z badań nad mózgiem od kilkunastu lat docierają do niemieckich nauczycieli. Zdaniem prof. Mozrzymasa wiedza na temat mózgu nie jest jeszcze na takim etapie, by można było wykorzystywać ją w edukacji. To opinia, a nie fakt i tu właśnie przebiega oś sporu. Polscy neurobiolodzy, inaczej niż ci, których postulaty przytaczam w „Neurodydaktyce”, uważają, że wiedzy o mózgu wciąż jeszcze nie można sprawdzać w praktyce edukacyjnej. Ale czy to oznacza, że dydaktycy, metodycy i nauczyciele nie mają prawa korzystać z wyników badań i publikacji, które od lat pojawiają się w innych krajach? Niemieccy neurobiolodzy włączają się w najbardziej praktyczny sposób w zmianę obecnego, coraz bardziej krytykowanego sytemu edukacji. Neurobiolog prof. Gerald Hüther jest jednym z inicjatorów projektu Budząca się Szkoła. Pierwsza placówka, wykorzystująca wiedzę o mózgu, działa już od kilku lat w Berlinie, a pierwszy rocznik uczniów, którzy uczyli się w nowy sposób, zdawał w tym roku maturę. Wyniki są bardzo dobre. Dlaczego polscy nauczyciele nie mieliby dowiadywać się o tych inicjatywach? Czy to możliwe, że u naszych zachodnich sąsiadów od kilkunastu już lat można wykorzystywać i sprawdzać wnioski płynące z neuronauk w praktyce szkolnej, a w Polsce kilkanaście lat później nie wolno zgłaszać takich postulatów?

W piśmie skierowanym przez Komitet Neurobiologii PAN do Minister Edukacji Narodowej Joanny Kluzik-Rostkowskiej, a podpisanym przez prof. Jerzego Mozrzymasa i prof. Andrzeja Wróbla, Autorzy napisali: „Autorka stara się wytworzyć w czytelniku przekonanie, że aktualna wiedza z tej dziedziny, osiągnęła już taki poziom, że w oparciu o nią można skutecznie kształtować procesy edukacji.”

Osoba, która sformułowała pod moim adresem taki zarzut, albo nie czytała „Neurodydaktyki”, albo celowo mija się z prawdą. W mojej książce wielokrotnie postuluję stworzenie szkół ćwiczeń i rozpoczęcie badań, które potwierdziłyby prawdziwość tez formułowanych przez neurobiologów pod adresem systemu edukacji. Wielokrotnie upominam się o to, by w edukacji stosować takie metody badawcze, jakie stosowane są w naukach przyrodniczych i dzięki temu stworzyć system oparty na falsyfikowanych tezach.

Nieprawdziwość stawianych mi zarzutów mogę wykazać z pomocą cytatów z „Neurodydaktyki”.

„Badacze mózgu postulują stworzenie szkół ćwiczeń i prowadzenie badań tam, gdzie nauka się odbywa, czyli w klasach. Ich przedmiotem nie powinny być efekty, ale sam proces uczenia się. Powinniśmy wiedzieć, które metody czy materiały umożliwiają efektywną naukę, a które ją hamują.” (str. 293)

 

„Trzeba stworzyć szkoły ćwiczeń i przeprowadzić niezbędne badania, które pozwolą określić …. .” (str.86)

 

Tak więc neurodydaktyka wymaga współdziałania badaczy mózgu z osobami zajmującymi się nauczaniem, np. z autorami podręczników czy nauczycielami, a przede wszystkim z osobami zarządzającymi edukacją. Powinni oni nauczyć się, jak interpretować wyniki badań, których dostarczają neuronauki. Aby ułatwić współpracę badaczy mózgu z nauczycielami, w 2004 roku powstało na południu Niemiec,w Ulm, Centrum Wymiany Wiedzy z Dziedziny Neuronauk i Edukacji (niem. skrót ZNL, którego dyrektorem został profesor Manfred Spitzer. (str.20)

 

Wiele przemawia za tym, by stworzyć szkoły ćwiczeń, w których przedstawiciele neuronauk wspólnie z pedagogami mogliby sprawdzić, jak funkcjonowałby system edukacyjny uwzględniający … .(str. 125)

 

To tylko kilka z wielu przykładów pokazujących mój sposób myślenia. Nigdzie nie napisałam, że postulaty kierowane przez cytowanych przeze mnie neurobiologów pod adresem systemu edukacji można bezkrytycznie wprowadzać w życie. Wręcz przeciwnie, wielokrotnie powtórzyłam, że trzeba je najpierw sprawdzić w praktyce szkolnej, tak samo, jak w medycynie testuje się nowe leki. Uważam, że formułowanie zarzutów mających zdyskredytować mój dorobek z pomocą konsekwentnego niedostrzegania tego, co napisałam w książce, jest głęboko nieetyczne.

W pierwszym zdaniu swojej opinii o „Neurodydaktyce” prof. Mozrzymas napisał: „Autorka przedstawia niezgodny ze stanem faktycznym obraz funkcjonowania układu nagrody, twierdząc, że jądro półleżące jest jądrem zawierającym neurony dopaminergiczne.” Teoria dopaminowa wielokrotnie ulegała zmianom  i w różnych publikacjach można znaleźć różne informacje. „Wszelkie nagrody naturalne w pierwszej fazie działania wywołują uwalnianie dopaminy w jądrze półleżącym, a efekt …”. Taką informację można znaleźć w książce, której autorem jest polski neurobiolog prof. Jerzy Vetulani „Mózg: fascynacje problemy, tajemnice”, wyd. Homini, Kraków 2011, str.102). Profesor Mozrzymas w swojej opinii dwukrotnie użył słowa „uchybienie”. Obydwa przypadki dotyczą szczegółów funkcjonowania mózgu. W Jego opinii nie ma jednak ani jednego przykładu na to, że błędnie odczytałam lub zmieniłam sens tez formułowanych przez neurobiologów, na których się powołuję.

Profesor Mozrzymas krytycznie postrzega stosowany w „Neurodydaktyce” język, pisząc, iż używane przeze mnie określenie „neuroprzekaźnikowy koktajl więcej zaciemnia niż wyjaśnia”. Jak już pisałam, swoją wiedzę na temat funkcjonowania mózgu czerpałam w dużej mierze z wykładów, artykułów i książek takich profesorów neurobiologii jak Gerald Hüther, Joachim Bauer, czy prof. nauk medycznych Manfred Spitzer. Określenie „neuroprzekaźnikowy koktajl” pochodzi właśnie od prof. Hüthera („Was wir sind und was wir sein könnten“, Fischer Verlag, Frankfurt am Main 2011, str.93). Ale pojęcia „koktajl” używa również prof. Joachim Bauer w książce „Co z tą szkołą?” (niem. „Lob der Schule”), która ukaże się w Polsce w październiku 2015. Oto fragment pochodzący ze strony 18: „koktajl biologiczny dostarczany organizmowi przez mózg.”Wszyscy trzej wymienieni profesorowie należą do grona największych niemieckich autorytetów w dziedzinie neurobiologii, są autorami uznanych książek i popularyzatorami wiedzy o mózgu. Ich największym atutem jest właśnie język, jakim wyjaśniają zachodzące w mózgu procesy. Dzięki stosowanym przez nich metaforom i porównaniom docierają z nową wiedzą do szerokiego grona odbiorców. Uznałam, że warto te skuteczne metody popularyzowania wiedzy z dziedziny neurobiologii przejąć. Stąd w mojej książce hütherowski „koktajl neuroprzekaźnikowy” czy „las dendrytyczny” („Biologie der Angst”, Vandenhoeck& Ruprecht, Göttingen 2012, str. 34). Od czytelników „Neurodydaktyki” często słyszę, że właśnie język jest jednym z jej atutów. Czynienie mi z tego zarzutu, który miałby uzasadnić szkodliwość mojej książki, jest niezrozumiałe, a opinia prof. Mozrzymasa jest jego osobistym sądem, z którym można się nie zgadzać. Gdybym napisała „Neurodydaktykę” hermetycznym językiem neurobiologii, nie przeczytałby jej żaden nauczyciel. W Polsce przykładem pięknego pisania o tajemnicach mózgu są książki profesora J. Vetulaniego.

Profesor Mozrzymas neguje zawartą w mojej książce tezę, że uwalnianie neuroprzekaźników zależne jest od sytuacji edukacyjnej. Ta informacja pochodzi z artykułu profesora neurobiologii Gerharda Rotha „Warum sind Lernen und Lehren so schwierig?” (Dlaczego uczenie się i nauczanie są takie trudne?). Przytoczoną przeze mnie tezę potwierdza następujący cytat: „Jak już wspomniałem, w mózgu istnieje system, który przed podjęciem działania przez określoną osobę sprawdza, czy dane zachowanie może przynieść nagrodę (lub umożliwia uniknięcie nieprzyjemności). W naszym przypadku oznacza to, że sytuacja dydaktyczna musi z jakiegoś powodu wydawać się uczniowi atrakcyjna. Jest to system sterowania gotowością do nauki, który kieruje również uwagą i prowadzi do uwalniania specyficznych substancji wspierających proces uczenia się takich jak dopamina i acetylocholina.” ( G.Roth, „Warum sind Lernen und Lehren so schwierig?”, w: Neurodidaktik. Grundlagen für gehirngerechtes Lehren und Lernen, Beltz Verlag, Weinheim und Basel 2009, str. 65.). Zależność między sytuacją edukacyjną, sposobem prowadzenia zajęć przez nauczycieli i wykładowców, motywacją a uwalnianiem neuroprzekaźników prof. Roth szczegółowo omawia w książce „Bildung braucht Persönlichkeit“ (Klett-Cotta, Stuttgart 2011). Takiej wiedzy bardzo dziś brakuje wszystkim, którzy zajmują się nauczaniem.

Przykładem nierzetelności jest również zarzut dotyczący braku odwołań do badań w rozdziale „Cyfrowi tubylcy i cyfrowi imigranci”. Profesor Mozrzymas pisze w swojej recenzji, że odwołuję się jedynie do Marca Prensky’ego, który nie przytacza żadnych badań. Zarzut byłby trafny, gdyby był prawdziwy. Rzeczywiście rozdział zaczęłam od sformułowanej w 2001 roku tezy Prensky’ego, ale ten fragment bazuje na książkach amerykańskiego profesora psychologii Gary’ego Smalla i Manfreda Spitzera, którzy przywołują liczne badania. Można się z nimi zgadzać lub nie, ale trudno uwierzyć, że prof. Mozrzymas ich nie zauważył.

Kolejny zarzut dotyczy wyrównywania deficytów dziewczynek i chłopców w edukacji przedszkolnej. Z swojej opinii prof. Mozrzymas napisał: „Jest to przykład nierzetelnego etykietowania swoich własnych przekonań rzekomą wiedzą neurobiologiczną.” W opinii nie ma ani słowa o tym, że w rozdziale tym powołuję się na amerykańską neurobiolog z Chicago Medical Scholl na Uniwersytecie Naukowo-Medycznym Lise Eliot i na stronach 153-155 prztaczam prowadzone w Szwecji badania, o których pisze L.Eliot. Przywołując tezy Lise Eliot, swoje własne wnioski formułuję w następujący sposób: „Jeśli hipotezy badaczy są słuszne, to …” (str. 154), „Wiele przemawia za tym, by podejmować, …: (str.155). Fakty wyglądają tak, że przytaczam tezy amerykańskiej neurobiolog i badania, na których je oparła. Własne wnioski formułuję z dużą ostrożnością. Książka Lise Eliot „Różowy mózg, niebieski mózg” wydana została w Polsce w 2011 roku i nie słyszałam, by neurobiolodzy protestowali przeciwko zawartym w niej tezom. Zarzut prof. Mozrzymasa sugeruje, że przytoczyłam w tym rozdziale jedynie własne przekonania, co oznacza, że albo nie przeczytał tego fragmentu mojej książki, albo świadomie podaje nieprawdziwe informacje.

Autorzy pisma skierowanego do Minister Edukacji Narodowej Joanny Kluzik-Rostkowskiej twierdzą, iż nierzetelnie i instrumentalnie korzystam z neurobiologicznej wiedzy. Dołączone do pisma uzasadnienie autorstwa prof. Mozrzymasa tej tezy nie potwierdza. Pisząc „Neurodydaktykę”, opierałam się na publikacjach znanych i cenionych autorów, a w przypadku niepewności konsultowałam się z niemieckimi neurobiologami. Wyrazem naszej współpracy są ich wizyty w Polsce. W 2013 roku w organizowanych przeze mnie konferencjach wziął udział prof. Spitzer, w 2014 prof. Hüther, a w tym roku będzie u nas gościć prof. Bauer. Trudno mi zrozumieć, że przeciwko popularyzowaniu wiedzy z dziedziny badań nad mózgiem występują właśnie neurobiolodzy. Zauważyłam to już trzy lata temu, gdy zapraszałam prof. Mozrzymasa na konferencję z udziałem prof. Spitzera. Zależało mi na tym, bo prof. Mozrzymas nie zgadzał się z postulowanym przeze mnie kierunkiem zmian w edukacji, broniąc tradycyjnego modelu i wyrażając przekonanie, że wizja nauki przynoszącej uczniom radość to mrzonka. Przypuszczam, że to właśnie sprzeciw wobec mojej wizji edukacji jest powodem ataku na moją osobę. Zgadzam się z jednym – jak to nazywa sam prof. Mozrzymas – uchybieniem, na które wskazał. Rzeczywiście zdanie na stronie 28 powinnam była zacząć od słów „Podobnie jest w przypadku kortyzolu …”, by nie wywoływać wrażenia, że kortyzol należy do grupy neuroprzekaźników. O tym, że kortyzol jest hormonem, czytelnik dowiaduje się z tego samego zdania, a o tym, że wydzielany jest przez korę nadnerczy, może przeczytać w słowniku terminów (str.309) będącym integralną częścią mojej książki.

Uważam, że podstawowe zarzuty sformułowane przez prof. J. Mozrzymasa są nieprawdziwe lub też są jedynie subiektywnymi opiniami. Tezy, które prof. Mozrzymas uważa za błędne, prezentowane są w publikacjach i wykładach cytowanych przeze mnie autorów. Mogli się z nimi zapoznać uczestnicy konferencji, które współorganizowałam w ostatnich latach. Szkoda, że Autor opinii nie podjął z nimi naukowej polemiki, w której przedstawiłby argumenty broniące tradycyjnego modelu edukacji, którego, jak wynika z naszej rozmowy, jest zwolennikiem. Dyskusja na temat modelu edukacji oparta na najnowszej wiedzy o procesach uczenia się jest naprawdę potrzebna.

Mam ogromną nadzieję, że efektem pisma będzie dyskusja o problemach edukacji. Jeszcze w tym roku ukażą się kolejne tłumaczenia książek, które wykorzystałam, pisząc „Neurodydaktykę”. Dobrze byłoby, gdyby również polscy neurobiolodzy objaśniali nauczycielom tajniki mózgu. Zainteresowanie neuronaukami jest teraz ogromne, a nauczyciele chętnie sięgają po publikacje dostarczające informacji na temat procesów uczenia się i zapamiętywania.

Nie można dziś zmieniać sytemu edukacji, nie odwołując się do badań nad mózgiem. Napisałam książkę, jakiej mnie osobiście w Polsce brakowało, oparłam się na publikacjach uznanych autorytetów. Wiedząc, że poruszam nowe tematy, często sięgałam po cytaty. Zapewne nie ustrzegłam się błędów. Jestem metodykiem i moja praca ma charakter pionierski. Błędy zawsze można poprawić. Są one przecież wpisane w postęp. Prof. Mozrzymas mógł zwrócić się do mnie, ale wolał rozesłać swoją opinię o mojej książce do ponad sześćdziesięciu instytucji zajmujących się doskonaleniem nauczycieli, do Minister J. Kluzik-Rostkowskiej i do redakcji „Polityki”. Neurobiologia bada procesy uczenia się, a szkoły są miejscem, w których one zachodzą. Warto połączyć teorię z praktyką i tu pojawia się neurodydaktyka. Jednak interdyscyplinarność jest trudna. W tym wypadku wymaga powiązania neurobiologii z edukacją. Ktoś, kto robi pierwszy krok, musi wejść na obcy mu teren i przecierać nowe szlaki. Dlatego potrzebna jest współpraca osób, które zajmują się badaniami mózgu z osobami związanymi z edukacją. Wszak, jak mówi M. Spitzer, „Mózg ucznia to miejsce pracy nauczyciela”.

Coraz więcej szkół zaczyna rozwijać nowe koncepcje w oparciu o tezy neurodydaktyki. Do Polski wkracza projekt Budząca się Szkoła, którego współzałożycielem jest neurobiolog Gerald Hüther. Chciałabym wierzyć, że celem prof. Mozrzymasa nie jest odcięcie polskich nauczycieli od idei zawartych w publikacjach neurobiologów postulujących zmiany obecnego systemu edukacji.

Trudno mi pogodzić się z faktem, że prof. Mozrzymas w swojej opinii zawarł tyle nieprawdziwych zarzutów. Postęp w nauce i w sferze publicznej polega na dyskusji i wymianie argumentów, a nie na blokowaniu dialogu.

Marzena Żylińska

Recenzja prof. J. Mozrzymasa  http://www.cen.uni.wroc.pl/Pliki/Wydawnicza/22_fragment.pdf

Zawarte w recenzji argumenty pokazują wyraźnie, że osią sporu są dwie różne wizje systemu edukacji. Spór ten powstał już w czasie naszego spotkania w Czeszowie. Autor recenzji napisał: „Bardzo charakterystyczne dla tej książki jest dołożenie starań by czytelnik nabrał przekonania,

że prezentowane przez Autorkę tezy znajdują uzasadnienie we współczesnej wiedzy o mózgu.

Ponieważ recenzja liczy 26 stron, odniesienie się do zawartych w niech argumentów wymaga czasu. Teraz jednak chciałabym się odnieść do najważniejszego zarzutu, który zawarty został w zacytowanym fragmencie.

Jest dokładnie tak, jak napisał prof. Mozrzymas. Po przeczytaniu wielu książek, które poświęcone są edukacji, a których autorami są neurobiolodzy,  lekarze i neuropsychologowie, a także po poznaniu szkół, które tworzą nową kulturę edukacyjną w oparciu o wnioski płynące z badań nad mózgiem, uznałam, że warto tę wiedzę przenieść na polski grunt. Inicjatywa „Budząca się Szkoła”, której współtwórcą jest prof. neurobiologii Gerald Hüther działa w Niemczech od kilku lat, a Zentrum Wymiany Wiedzy z Dziedziny Neuronauk i Edukacji, którego dyrektorem jest Manfred Spitzer, funkcjonuje w Niemczech od 2004 roku. W mojej książce upominam się o szkołę, w której panują dobre relacje, o szkołę, w której uczniowie mogą uczyć się w sposób aktywny, o szkołę, która umożliwia rozwój wszystkich talentów. Intuicyjnie zawsze czułam, że taka powinna być dobra szkoła. Książki, artykuły, wykłady, a w końcu i prywatne spotkania i rozmowy z neurobiologami zajmującymi się i piszącymi o edukacji, dostarczyły mi argumentów na to, co od dawna podpowiadała mi intuicja. Wszystkie prezentowane w „Neurodydaktyce” tezy oparte są na publikacjach neurobiologów lub lekarzy zajmujących się badaniami mózgu (przypisy). Uważam, że mam prawo powtarzać za prof. Hütherem, że neurobiologia dostarcza dziś argumentów na to, że powinniśmy jak najszybciej odejść od obecnego modelu edukacyjnego. Prof. Jerzy Mozrzymas, będąc zwolennikiem tradycyjnego systemu edukacji, może się z tą tezą nie zgadzać, może ją nawet postrzegać krytycznie, ale nie może odbierać mi prawa do jej wyrażania. Powołując się na badania mózgu przytaczam przecież wypowiedzi neurobiologów. Dlatego, zawarty w przytoczonym cytacie zarzut, uważam za nieuczciwy.

O tym, jak ważnych dla pedagogiki i edukacji argumentów dostarczają dziś neuronauki, pokazują badania prowadzone przez prof. Joachima Bauera. Wynika z nich, że metody oparte na behawioryzmie nie mogą być skuteczne w odniesieniu do ludzi. Wierzę, że właśnie dzięki neurobiologii będziemy mogli odejść od wychowywania za pomocą metod typowych dla tresury.

W „Neurodydaktyce” napisałam, że marzę o szkole, która będzie uczyć, że współpraca przynosi więcej korzyści niż rywalizacja, a drogą rozwiązywania sporów jest dialog. Wierzę, że wszystko, co się stało, będzie początkiem współpracy neurobiologów z osobami zajmującymi się edukacją. Tak właśnie dokonuje się postęp. Spory zawsze były immanentną częścią procesu zmian. Ja wciąż wierzę, że polscy nauczyciele powinni wiedzieć, co o edukacji piszą badacze mózgu. Tłumaczona właśnie na język polski książka prof. neurobiologii Joachima Bauera „Lob der Schule”, pozwoli nauczycielom zupełnie inaczej spojrzeć na problem motywacji.

Bardzo żałuję, że prof. Mozrzymas nie zwrócił się nigdy do mnie, a o piśmie Komitetu Neurobiologii PAN dowiedziałam się od osób trzecich.

 

 

Podziel się ze znajomymi

126 komentarze do “Ostrzeżenie przed niebezpieczną „Neurodydaktyką”

  1. „Neurony dopaminergiczne” to neurony produkujące dopaminę. W jądrze półleżącym są neurony zawierające receptory dopaminergiczne – o nich pisze Kalat. To nie to samo. Osoba o elementarnym wykształceniu z neurobiologii powinna zdawać sobie z tego sprawę.

    • No to zacytuję profesora Vetulaniego.

      „Wszelkie nagrody naturalne w pierwszej fazie działania, wywołują uwolnienie dopaminy w jądrze półleżącym, …”.

      Jerzy Vetulani „Mózg: fascynacje, problemy tajemnice”, Homini, Kraków 2011, str.102.

      Pan Profesor ma chyba elementarne wykształcenie z neurobiologii.

      Zresztą teoria dopaminowa u każdego autora wygląda nieco inaczej.

      • Szkoła , w której jestem nauczycielem nie zmieniła się od czasów, kiedy to ja do niej chodziłam.

        Myślę, że moja mama i babcia chodziły do podobnej.

        Natomiast w niewyobrażalnym tempie ostatnich 50 lat zmienił się świat wokół mnie.

        Formuła obecnej szkoły nijak się ma do sposobu życia przeciętnego młodego człowieka, do sposobu pozyskiwania przez niego informacji, słowem do oceanu wiedzy, która go otacza.

        My nauczyciele wykorzystaliśmy już możliwości edukacyjne

        ŁAWKI, TABLICY i KOPIOWANEJ WIEDZY.

        Mówimy też NIE „wyścigowi szczurów”, który prowadzi do schorzeń psychicznych młodych ludzi.

        Maria Montessori , mimo, ze nie miała pojęcia o NEUROBIOLOGII, była pierwszą kobietą, która na przełomie XIX i XXw. dostrzegła, że „ podstawową zasadą musi być wolność ucznia, ponieważ tylko ona wyzwala kreatywność dziecka obecną w naturze. Z wolności powinna zrodzić się odpowiedzialność, a odpowiedzialna jednostka jest w stanie kontrolować się sama i przystosować się do zasad obowiązujących w życiu”.

        Śmiem twierdzić, ze drugą taką kobietą, która stara się zachęcić polskie szkolnictwo do tego, by dostrzegło, że uczeń ma prawo do rozwijania swoich talentów w wolności, jest pani dr Marzena Żylińska.

        Nie zawiedźmy uczniów i nie zmarnujmy szansy na szkołę godną XXI wieku!

        Taki list wystosowałam do Pani Minister.
        Może nich każdy z nas coś doda.

  2. Jakie wnioski płyną dla nauczycieli z tego,że „Neurony dopaminergiczne” to neurony produkujące dopaminę. W jądrze półleżącym są neurony zawierające receptory dopaminergiczne”? Żadne!!! A czy powinniśmy z tego wyciągać wnioski w naszej codziennej pracy?- Nie sądzę. Uczciwie przyznajmy co zyskaliśmy dzięki Marzenie Żylińskiej jako społeczeństwo.

    • Z tego, że neurony dopaminergiczne produkują dopaminę rzeczywiście nie płyną absolutnie żadne wnioski dla nauczycieli, ani dla procesu dydaktycznego.
      Po co więc podpierać tak „naukowymi” terminami swoje przemyślenia o dydaktyce? Czy nie prościej i uczciwiej mówić, że „dobra dydaktyka to taka a taka, bo ja tak to sobie przemyślałam i widziałam w praktyce, że działa lepiej od tego, co mamy w szkołach”?

      To nie prof. Mozrzymas wmieszał neurony dopaminergiczne do metodyki.

      • Pani Anno,

        neurobiolodzy napisali w ostatnich latach wspaniałe książki o procesach uczenia się i nauczania. Neurodydaktyka rozwija się w Niemczech czy Holandii, a Brain friendly Learing / Brain Compatible Learning w krajach anglojęzycznych. Literatura na ten temat jest bogata, do Polski przyjeżdżają profesorowie neurobiologii, którzy tłumaczą, jaką rolę odgrywa dopamina w procesie uczenia się.

        Ja nie twierdzę, że w mojej książce nie zrobiłam żadnego błędu, ja tylko piszę, że akurat w kwestii nucleus accumbens nie ma jednej teorii. Dlatego jeszcze raz przytoczę słowa profesora Vetulaniego.

        „Wszelkie nagrody naturalne w pierwszej fazie działania, wywołują uwolnienie dopaminy w jądrze półleżącym, …”.

        Jerzy Vetulani „Mózg: fascynacje, problemy tajemnice”, Homini, Kraków 2011, str.102.

        Ale z tonu Pani wypowiedzi wynika, że wykorzystanie badań neurobiologów w edukacji, to coś złego. Ale zapewne zna Pani książki profesorów neurobiologii, którzy postulują różne zmiany w systemie edukacji i wyjaśniają mechanizmy uczenia się i zapamiętywania.. Neurodydaktyka już istnieje i tu spotykają się neurobiolodzy i dydaktycy. Ktoś zawsze wchodzi na nowy teren, albo neurobiolodzy na teren edukacji, albo osoby związane z edukacją czerpią z neurobiologii.
        A że różni autorzy te same problemy przedstawiają inaczej, to rzecz jest skomplikowana. Nawet dla samych neurobiologów. Chyba nie chce Pani powiedzieć, że jest jedna teoria dopaminowa.

        A o roli dopaminy w procesach uczenia się, mówią prof. Gerhard Roth, Gerald Hüther i dużo napisał o tym nawet Spitzer w książce z 2002 roku. Ja bym chciała, żebyśmy z tej wiedzy w szkole korzystali. A prawdę mówiąc wiele szkół już z tego korzysta.

        Dla mnie kluczowe jest pytanie, jakie efekty przyniosło napisanie i opublikowanie „Neurodydaktyki”.

        • W kwestii jądra półleżącego i neuronów dopaminergicznych jest jedna teoria. W dużym uproszczeniu:

          Neurony dopaminergiczne znajdują się w polu brzusznym nakrywki (Ventral Tagmental Area – VTA). Te neurony wysyłają projekcje (czyli ich aksony docierają) do jądra półleżącego (Nucleus Accumbens – NAcc). Nagrody wywołują uwolnienie dopaminy z aksonów neuronów dopaminergicznych (tych mających ciała komórkowe w VTA), ale ponieważ aksony te znajdują się w NAcc, dopamina zostaje uwolniona w NAcc.

          To właśnie miał na myśli prof. Vetulani pisząc:
          „Wszelkie nagrody naturalne w pierwszej fazie działania, wywołują uwolnienie dopaminy w jądrze półleżącym, …”
          Nie wspominał natomiast nic o „neuronach dopaminergicznych w jądrze półleżącym”

          A tak bardziej ogólnie, jeżeli chodzi o wyciąganie wniosków na temat neuronauki, to dobrym przykładem tego co może się stać jest ten wykład:
          http://www.ted.com/talks/molly_crockett_beware_neuro_bunk

          Bo w końcu, wnioski z „neurodydaktyki” mają mieć realny wpływ na politykę edukacyjną. Dlatego myślę, że warto zadbać o to, by były one oparte na solidnej podstawie. Co oznacza też wgryzienie się w teksty naukowe, a nie tylko popularno-naukowe.

          Pozdrawiam

          • No właśnie, wszystko mamy teraz w wersji pop, nawet naukę, co budzi mój głęboki sprzeciw. To jest właśnie mechanizm, który sprawia, że ilekroć czytam jakieś materiały branżowe lub biorę udział w szkoleniu, jestem w zasadzie świadkiem zaklinania rzeczywistości w jakimś szamańskim egzorcyzmie. Podkładanie nauki pod wishful thinking ma się coraz lepiej. Dobry link.

      • Pani Anno, wiele amerykanskich poradników powstaje mniej wiecej w ten sposob: siada ktos przed komputerem i pisze ksiazke. Podpisuje sie Stephen P. Will, jr (koniecznie skrot drugiego imienia i jr. lub sr. – to brzmi dumnie). Facet jest „nikim”, ale pisze zdecydowanie i czytelnikowi wydaje sie, ze to naukowiec! Ksiazka sie sprzedaje, a slowa nie ma w niej o badaniach na zaden temat. Jest teza, ja twierdze tak i tak i tak robcie – bedziecie szczesliwi, bogaci czy seksowni. Takie ksiazki czytala pani Jones w filmie. Poradniki na tematy wszelkie.
        Natomiast pani Zylinska przestudiowala temat Neurodydatyki, przezytala mase ksiazek naukowcow, ktorzy prowadzili badania latami, zakladam, ze przeczytala rowniez wiele innych ksiazek, brala udzial w konferencjach, etc. Efektem jej pracy jest ksiazka dla nauczyieli, ktorzy nie maja ochoty ani czasu zajmowac sie pracami napisanymi jezykiem naukowym, z pieciocyfrowymi liczbami co druga linijke w tekscie, diagramami przez dwa rozdzialy i lacina co trzecie slowo. Autorka powoluje sie na badania naukowcow, cytuje ich prace i stara sie nam pokazac, ze nauka moze by inna, przyjemna i latwiejsza! Nie moze napisac, ze ja uwazam to i to i powinno byc ta a tak, gdyz nie ona wymyslila te nauke, nie ona prowadzila badania, ale ona chce pokazac nam, nauzycielom, zapracowanym, zagonionym, ale chetnych do zmian w szkole, ze mozna inaczej, ze warto zainteresowac sie czyms, co jest juz pewne, ale niedoceniane i wciaz malo zbadane, a co przynosi zdecydowane korzysci naszym uczniom.

  3. „Neurodydaktyka”, która w moim przypadku była inspiracją wielu zmian w szkole, stała się oto książką niezwykłą. To książka dla nas, nauczycieli, którzy chcą zmieniać szkolną rzeczywistość, którym zależy na …uczniu, jego radości uczenia się. I upomnieli się o naszą książkę ludzie, którzy mają chyba na uwadze czubek własnego nosa, którzy dzielą włos na czworo, którzy chyba nie mają dzieci, wnuków, brak im empatii… Drodzy polscy neurobiolodzy, na co dzień delektuję się neurodydaktycznym koktajlem Pani dr Marzeny Żylińskiej i wychodzi to na zdrowie mnie i moim Uczniom! I to, że w swojej praktyce uprawiacie kulturę błędu nie wpłynie na zahamowanie zmian, które dokonują się w szkołach.

    • Jestem nauczycielem z 16.stażem pracy, nauczycielem, który cały czas się uczy. Wiem, jak ważne są formy i metody uczenia. Uczenie, to w końcu praca na żywych organizmach. Do swojej pracy podchodzę krytycznie, zawsze mam na względzie dobro ucznia. Nie podoba mi się, nie cierpię tzw. Tradycyjnej szkoły pełnej testów, szablonów, schematów, kartkówek, sprawozdań i niepotrzebnej papierologii. etc. Męczę się ja i uczniowie. Wydawało mi się, że jestem nowoczesnym i dobrym nauczycielem, WYDAWAŁO MI SIĘ!!! Przewrotem Kopernikańskim w mojej pracy okazały się refleksje, a raczej szok, jakiego doznałam po lekturze Neurodydaktyki. Uzmysłowiłam sobie błędy, które popełniam. Tę książkę przeczytałam parokrotnie, zrobiłam notatki, dokonałam wielu zmian w sposobie pracy, tak, że niektórzy- i uczniowie, i koledzy z pracy, przyglądali się dziwnie moim poczynaniom. Na efekty zmian nie trzeba było długo czekać. Polecam tę książkę każdemu nauczycielowi, to powinna byç lektura obowiązkowa już na studiach pedagogicznych, powinien przeczytać ją każdy nauczyciel, któremu zależy na dobru dzieci. Kurs neurodydaktyki powinien objąć kompleksowo każdą radę pedagogiczną. To, że książkę tę przeczyta 2/3 nauczycieli z grona, nic nie da, bo neurodydaktyka, to filozofia nauczania, filozofia, któRą powinien znać cały zespół nauczycieli. Pani Marzeno, niech się Pani nie dziwi, że Pani słowa bolą niektórych, niech się Pani nie dziwi ich krytyce. Wprowadzenie tego wszystkiego wymaga również odejścia od szablonu i schematu, co w przypadku tzw. Niereformowalnych osób (czyt.wszechwiedzących, których nie przegadasz), a są tacy wśród nauczycieli, jest zadaniem karkołomnym. I oni będą najbardziej krzyczeć! Czekam z niecierpliwością na moment, w którym jakiś urzędnik z MENU wprowadzi na wszystkich studiach pedagogicznych, w wymogach awansu zawodowego powszechne oświecenie neurodydaktyczne wśród „wczorajszych” nauczycieli, żeby zmienili polską szkołę, i żeby dzieci były w niej szczęśliwe.

  4. W opinii Panów Profesorów jedno budzi mój stanowczy sprzeciw, żeby nie powiedzieć – odrazę. Forma. Błędy merytoryczne można wytknąć na konferencji naukowej albo w prasie branżowej, kiedy istnieje możliwość podjęcia polemiki. List wysłany do pani minister, kuratoriów i redakcji „Polityki” to nie merytoryczny spór, ale próba zaszczucia autorki. Wstrętne.
    Wiem natomiast, że rozpoczęta książką Marzeny Żylińskiej moja przygoda z neurodydaktyką skutkuje tym, że uczniowie wykłócają mi się na lekcji o jakieś anafory czy inne antytezy u Morsztyna, że jak w pierwszej klasie przyjrzymy się szatanowi z „Boskiej Komedii”, to pamiętają go do matury, a „Giaura” Byrona uważają za historię „wciągającą”. A wynika to z tego, że powtarzam sobie jak mantrę zdanie Żylińskiej: „dopamina nie uwalnia się na dźwięk dzwonka” i rozumiem mechanizmy prowadzące do jej uwolnienia.
    Jest mi obojętne, czy dopamina to neuroprzekaźnik, hormon, bakteria czy kicuś. Wiem, że działa.A o to chyba chodzi w neuroDYDAKTYCE.

    • Brawo! Mnie zaskakuje zas reakcji profesorow. Skoro ksiazka pani Zylinskiej bazuje glownie na badaniach niemieckich naukowcow, dlaczego polscy naukowcy z PAN nie zareagowalo duzo wczesnie na rzekome bledy merytoryczne. Pani Zylinska nie prowadzi przeiez wlasnych badan< ksiazki, na ktrych opierala sie pani Zylinska, ukazaly sie na polskim rynku lata temu. Wyglada na to, ze Niemcy sie myla (wielu niemieckich naukowcow bazuje na badaniach amerykanskich), pani Zylinska przpisala bledne informacje ("podala dalej"), na dodatek jezykiem skandalicznym (rowniez za Niemcami). Mam wrazenie ,ze pani Zylinska nie zaprosila do wspolpracy zadnego z panow z PAN i o to rozbija sie cala sprawa…

      • Mam ogromne wrażenie że ma Pani racje,iż tu jest klu,że chluba i szacunek za pozytywne zmiany im nie przypadnie! Bravo

    • ELBRO zgadzam się z Tobą w 100%

      „Neurodydaktykę” przeczytałam, czytam też inne książki w neurobiologicznych klimatach. Głowa pęka od ilości tej soczystej wiedzy o mózgu. Pani Dr ujęła ją umiejętnie i w sposób przyjazny laikom. Ci co czytali czerpią pomysły, wprowadzają zmiany, robią coś dobrego. Tendencja w Polskiej oświacie jest jednak taka by zniszczyć to co dobre. Więc zasiali ziarno. Pani Dr! Proszę się nie poddawać. Próbują zaistnieć. Autorytet PAN’u zachwiali w momencie odwołania wywiadu w TOK FM. Koniec epizodu. Aktorzy niedomagają.

      Pozdrawiam,
      Anna Kowalska

  5. Czy to jest opinia, czy donos ? „Autorka stara się wytworzyć wrażenie” – pyszne !!! Nie spodziewałem się, że polskie piekiełko dosięgnęło profesorów tak szacownej instytucji.
    Przez 25 lat uczeni z PAN nie zdobyli się na napisanie opinii o „strategii państwa w rozwoju polskiej edukacji”, o anachronicznym systemie edukacji, który działa „niezgodnie z aktualną wiedzą pedagogiczną, psychologiczną i antropologiczną”.
    Książka Marzeny Żylińskiej na pewno zawiera błędy lub nieścisłości, jak każda praca, nie tylko naukowa. Szanowni Profesorowie, czy Wasze prace są bezbłędne ? Czy ktoś pisze donosy, przepraszam – opinie, o Waszych badaniach w formie listów do ministrów, instytucji i gazet ? Czy tak ma wyglądać dialog i debata naukowa według uczonych PAN ?
    „Neurodydaktyka … ” wzbudziła duży ferment wśród nauczycieli i rodziców, wyzwoliła dyskusję o potrzebie nowego podejścia do procesów uczenia i nauczania się. Książka Żylińskiej jest inspiracją, wzbudza entuzjazm – dlaczego ? Chciałbym, aby uczeni z PAN potrafili w taki sam sposób poruszyć nas wszystkich i zainspirować do działania na rzecz realnych zmian w polskich szkołach, zgodnych aktualną wiedzą naukową.
    Szanowni Profesorowie. Moje dzieci nie doczekały się Waszego listu w sprawie ich ułomnej edukacji. Czy zrobicie coś dla moich wnuków ? Proszę o jedno – tylko nie piszcie opinii-donosów. Zadawajcie pytania, diagnozujcie, badajcie, poszukujcie, wskazujcie kierunki, budujcie strategie, apelujcie, inspirujcie, prowadźcie dialog, spierajcie się, łączcie prawdę z dobrem i pięknem – róbcie to głośno i odważnie, dla dobra wspólnego. Jeżeli uważacie, że neurodydaktyka wskazuje złe kierunki w edukacji, uzasadnijcie to i postarajcie się wskazać lepsze.
    Na koniec pytanie: czego oczekujecie wysyłając swoją opinię do wymienionych instytucji, jaki cel Wam przyświeca ? Czy otrzymam odpowiedź ?

    • Brawo, panie Wiesławie. Celnie!
      Wolę taki ferment jaki wzbudziła pozycja Neurodydaktyki niż ten rodzaj fermentu (z bardzo przykrym zapachem) jakim posłużyli się panowie z PAN.

  6. „Osoba o elementarnym wykształceniu z neurobiologii” nierozumiejąca tego, że wytrysk dopaminy w mózgu to bodaj najważniejszy mechanizm uruchamiający motywację (małego) człowieka do działania – a zatem również do uczenia się, zdaje się nie mieć świadomości tego, że neurobiologia jest „jedynie” narzędziem, które może pomóc w lepszym zrozumieniu procesów uczenia się i nauczania. To, czy dopamina jest uwalniana, produkowana, wchłaniana lub absorbowana przez nucleus accumbens czy area tegmentalis ventralis, i jaką rolę odgrywają przy tym procesy zachodzące w takim czy innym fragmencie kreso- lub przodomózgowia, to niewątpliwie fascynujące kwestie z punktu widzenia PAN-ÓW pozamykanych w wieżach z kości słoniowej – lub z betonu.
    W szkole, w klasie, w pracy z żywymi dziećmi te kwestie nie mają jednak najmniejszego znaczenia. Tam w zasadzie neurobiologia w ogóle nie byłaby potrzebna, gdybyśmy już wcześniej, na płaszczyźnie, do której dostęp jest dany każdemu myślącemu i obdarzonemu minimalną dozą empatii człowiekowi, potrafili się zastanowić, „o co w wychowaniu i kształceniu naprawdę chodzi, kto jest w tym procesie najważniejszy, kogo należałoby pytać o zdanie, obserwować, słuchać i … przede wszystkim kochać”.
    Czy ludzie z potencjałem intelektualnym potrzebnym do zdobycia tytułów naukowych takiej rangi (jakie widnieją przed nazwiskami autorów protestu) nie rozumieją, że proces przemian w edukacji bazuje przede wszystkim na budowaniu więzi między nauczycielem i uczniem? Publikacje naukowe mówiące o znaczeniu tego mechanizmu, opierające się w dużej mierze na badaniach światowej rangi neurobiologów z różnych krajów, zalewają dziś rynek – także polski. I nie jest to jedynie fala i moda na tzw. neuronauki, lecz wynik trudnego do przecenienia przełomu w dziedzinie badań nad mózgiem. Wyniki tych badań zmuszają naukowców z niemal wszystkich „biologicznych” a także humanistycznych dziedzin naukowych do przewartościowania czy wręcz postawienia pod znakiem zapytanie wielu dotychczasowych teorii na temat istoty człowieczeństwa i mechanizmów odpowiedzialnych za (przyjazne człowiekowi – oraz uczniowi) funkcjonowanie społeczeństwa. Naukowcy zdający sobie sprawę, że każde nowe odkrycie to początek końca wielu obowiązujących kanonów, są otwarci na przemiany, dyskusje, argumenty i przede wszystkim na wyciąganie wniosków nie tylko na podstawie obserwacji przepływu dopaminy między nucleus accumbens a area tegmentalis ventralis (lub odwrotnie?), ale także przyglądając się empatycznym okiem „ukszesłowionemu” w czterech szkolnych ścianach uczniowi. Tacy naukowcy nie boją się dawać swoim publikacjom tak „niepewnych” i opatrzonych znakiem pytania (tak, tak…!) tytułów, jak Nowy obraz człowieka? (książka autorstwa prof. Wolfa Singera). Prawdziwi naukowcy to poszukiwacze prawdy, otwarci na poszukiwania i pytania innych poszukujących. To ludzi pełni empatii i ciekawości świata, którzy w drugim człowieku widzą człowieka, a nie laboratorium badawcze i zbiorowisko wszelkiego rodzaju jąder, gruczołów i receptorów.
    Jeśli jednak – jak twierdzi część poważnych neurobiologów z różnych stron świata w oparciu o poważne badania i obserwacje mózgu – obecny system szkolnictwa jest niekompatybilny z neurobiologiczną strukturą istot rozumnych i niszczy w zalążku ciekawość świata i wewnętrzną motywację, to nie może dziwić fakt, że wielu naukowców (wychowanych przecież przez tenże zamknięty na zmiany system) boi się wszystkiego, co nowe, nieznane, inne i… być może lepsze.

  7. Gratuluję spostrzegawczości i tempa pracy Szacownemu Gronu Naukowemu. Książka jest na rynku od 2013 roku, a dopiero teraz neurospecjalisci ją zauważają.

    Tezy stawiane przez Panią Marzenę Żylińską (podpierane neuronaukami)często wcale nie są nowe, wiele można znaleźć z rozmaitych publikacjach z ubiegłego wieku, z zakresu dydaktyki, psychologii, pedagogiki. Ot, chociażby można sięgnąć po publikację Jerome Bruner’a „Proces kształcenia” wydaną w 1960 roku.

  8. Wielka burza, jednak moim zdaniem jest to zaproszenie dla polskich naukowców aby bardziej zajęli się popularyzacją neuronauk, zainteresowanie jest ogromne, rzetelnych źródeł niewiele. Popularyzacja nauki wymaga wysokich kompetencji naukowych ale nie tylko, to wielka sztuka – nie wypaczając faktów przedstawiać je zrozumiale dla nie-biologów. Czy osoba popularyzująca zdobycze neuronauk w edukacji powinna być neurobiologiem? Moim zdaniem tak, ale powinna mieć jednocześnie doświadczenie dydaktyczne- szkolne. Samo czerpanie i tłumaczenie dzieł niemieckich- to za mało. Takie połączenie wiedzy i kompetencji wydaje się najlepsze.

    • Otóż to!
      Neurobiolodzy swoją wiedzę trawią i upowszechniają najwyraźniej między sobą, jeśli to dotyczyć by miało całej poslkiej nauki, to biada nam. Po co zazdrośnie strzec i chować przed innymi ważne i ciekawe informacje, które pozwolą człowiekowi-nienaukowcowi zrozumieć działanie umysłu swojego (by lepiej żyć) i innych (by lepiej z nimi żyć)? Dlaczego tak niewiele instytucji naukowych dąży do upowszechniania swoich badań w sposób przystępny dla ogółu, więc siłą rzeczy nieco uproszczony? Bo ogół głupi jest i taki ma pozostać?

      • Kłopot jest także w tym, że nie ma dużej konkurencji w tej dziedzinie. Niewiele osób garnie się do roli popularyzatora neurobiologii. Jak to mówiono dawniej’ nie palcie komitetów – zakładajcie własne”. Za krytyką książki i działalności Marzeny Żylińskiej powinno pójść coś jeszcze-oferta edukacyjna polskich naukowców. Znam tylko jedną jeszcze osobę, która zajmuje się w Polsce tą dziedziną i robi to świetnie- dr Marek Kaczmarzyk, a przecież zapotrzebowanie jest dużo większe niż możliwości jednej osoby.

      • Och, popularyzacja wszystkich nauk leży na całego. Od co najmniej kilkudziesięciu lat. Nie wymagajmy aż lokalnej polskiej popularyzacji. Dobrze by było, gdyby znalazł się jakiś popularyzator gdzieś na świecie, a w Polsce tylko tłumacz.
        Fizyka, chyba najintensywniej popularyzowana nauka, też stoi dziś jednym Hawkingiem, a po cokolwiek innego to trzeba sięgać o pół wieku wstecz.

        Ale ma to swoje uzasadnienie po drugiej stronie: drobne nakłady książek popularnonaukowych leżą na półkach księgarni przez lata, a na książki w stylu „jak być szczęśliwym dzięki odkryciom neurobiologii” albo „jak stawiać tarota” popyt jest stukrotnie większy.

  9. 1. Pismo jest sformułowane w bardzo napastliwym tonie, co niestety zamyka drogę dialogu, a wielka szkoda. Cześć dotycząca wydzielania dopaminy czy kortyzolu, należy uznać za zwykłe czepianie się.

    2. Postęp w neurobiologi w ostatnich latach jest ogromny, szkoda więc że polscy przedstawiciele tego działu nauki nie podejmują działań mających popularyzować te odkrycia, chociażby poprzez polemikę z tezami Spitzera, Huntera czy Bauera w świetle najnowszych badań. Wszyscy wymienieni autorzy (nie wspominać już Smalla,który w ogóle naukowcem nie jest) nie relacjonują wyników własnych badań, a piszą na podstawie wybranych prac innych naukowców (podobnie jak Vetulani w cytowanych źródłach), stąd ich książki zawierają ich interpretację wybranych wyników. Gdy opiera się publikację an źródłach popularnonaukowych (w najlepszym razie) lub poradnikowo-publicystycznych, o zarzuty o rzetelność naukową łatwo.

    3. W psychologii i co za tym idzie pedagogice bardzo niewiele jest rzeczy pewnych. Dlatego zrozumiałe jest studzenie entuzjazmu do natychmiastowego wyciągania daleko idących wniosków z wyników nowych badań i stosowania ich w edukacji, ale należny pamiętać, że obecnie stosowane metody również były wprowadzane jako eksperymentalne i również nie stały za nimi dowody świadczące o ich skuteczności.

    4. „Neurodydaktyka” próbuje burzyć stereotypy w jednej wąskiej dziedzinie związanej z edukacją, w innych opiera się na nich w całej rozciągłości. W całej książce mnóstwo jest zdań, które powinny rozpoczynać się: „Moim zdaniem…”, „Według tej koncepcji…” itp., a przedstawione są jako fakt oczywisty. Najbardziej uderzające jest przypisanie wszystkich problemów edukacyjnych wpływom środowiska szkolnego (i trochę może rodzinnego) z całkowitym ignorowaniem wpływu czynników dziedzicznych. W efekcie mamy obalanie jednych mitów i tworzenie na ich miejsce innych.

    Reasumując, krytykę koncepcji neurodydaktyki i jej polskiej implementacji uważam za słuszną, natomiast forma jej przeprowadzenia jest absolutnie nie do przyjęcia.

  10. a ja bym chciała uprzejmie donieść, że współczesna szkoła pracuje na formatach, które nie mają niemal żadnych podstaw naukowych! Nie tylko tych wynikających z neuronauki. List (o którym mowa) przypomina kłótnie dzieci o zajmowane terytorium w piaskownicy… Byłoby zabawne, gdyby nie powaga sytuacji: współczesny styl życia w negatywnej synergii z trybem pracy szkoły ekstremalnie eksploatuje bios człowieka, jego umysł i ciało. Zaledwie co piąte dziecko daje sobie radę w szkole – a wszyscy są zmęczeni, wręcz wyczerpani! Edukacja angażuje niemal 1/3 społeczeństwa (ponad 600 tys nauczycieli, 5 mln uczniów i 9 mln rodziców)- 12 tysięcy godzin nauki przez I-IV etap nauczania. A efekty? Bardzo nikłe wobec wyłożonych środków i wysiłków. GOŁYM OKIEM WIDAĆ POTRZEBĘ ZMIANY! W swojej istocie system szkolny nie drgnął od 200 lat! Nawet w biznesie pojawił się nurt jego Społecznej Odpowiedzialności – a Wielka Nauka drzemie, czy co? halo… obudźcie się PANowie i PANie!!! Taka pozycja do czegoś jednak obliguje! No cóż – Marzena masz rację! I tej wersji proponuję się trzymać. Pozdrawiam wszystkich innowatorów.

    • „…współczesna szkoła pracuje na formatach, które nie mają niemal żadnych podstaw naukowych!” – Bardzo słuszne spostrzeżenie, choć niewielu specjalistów się z nim zgodzi (za każdą techniką i metodą stoją tysiące naukowych opracowań, będących w większości myśleniem życzeniowym)! Tym bardziej trzeba się starać, żeby nie dać sobie przykleić łatki szarlatana.

  11. I znowu nie jestem za bardzo zdziwiony… Co najwyżej tym, że reakcja nastąpiła tak późno. Było pewne, że na neurodydaktykę, jako novum, rzucą się wszyscy, i specjaliści i szamani, i komentatorzy i hejterzy. Nie wnikam w precyzję neurobiologiczną wywodu Marzeny, tego rodzaju prace zawsze będą obarczone dużą dozą spekulacji i niedopowiedzeń (szkoda, że recenzenci nie wykazali się czujnością na odpowiednim etapie), martwi mnie natomiast ogólna mizeria przełożenia sciences na praktykę pedagogiczną. Praca Marzeny jest bodajże jedyną taką próbą od wielu lat, która przedarła się do przestrzeni publicznej; jako taka musi podlegać krytyce i działaniom polemicznym, ale takich merytorycznych i wyważonych prób nie zauważyłem. Sam mam wiele krytycznych spostrzeżeń, choć neurobiologiem nie jestem, dziwi mnie jednak droga wysuwania zastrzeżeń, jaką komitet PAN obrał. Pewnego rodzaju ostrożność i zachowawczość powinny cechować naukowca (także w krytyce), co do tego nie ma wątpliwości, tak więc ton absolutnego przekonania, jaki przebija z książki może być drażniący; nie mniej jednak nie zmienia to faktu, że rzeczowej polemiki, poprzedzającej list powyższy, było niewiele. Mogę się mylić, ale nie przypominam sobie żadnej pracy neurobiologa (polskiego), który uznałby swoją dziedzinę za kluczową dla teorii nauczania i próbował działań na tym polu. Ponadto, sugerowanie, że neurobiologia nie osiągnęła jeszcze poziomu umożliwiającego kształtowanie procesu edukacyjnego, trąci truizmem i żądaniem by wszelkich usiłowań zaprzestać do czasu, gdy taki poziom zostanie osiągnięty. Przypomina to próbę hamowania badań nad wydajnym ogniwem napędowym do samochodów elektrycznych do momentu ich cudownego wynalezienia. Można wytykać błędy merytoryczne, ale bierne czekanie na łaskawe publikacje neurobiologów sytuacji edukacji nie poprawi. Nieprawdą jest także, że neurobiologia od prób rozwoju teorii nauczania się odcina – intensywne badania prowadzone są co najmniej od lat 80-tych ub. w. (Shultz, Silverstein, etc.).
    Prawdą jest, że z pracy Marzeny aż bije tęsknota za zmianą, która prosi się o zmitologizowanie, to jej słaby punkt, dający się również zidentyfikować u jej naukowych „idoli”. Myślę, że uważna redakcja usunęłaby ten mankament. Obawiam się jednak, że próba odebrania wiarygodności podjęta przez PAN, sprawi, że neurodydaktyka zostanie zepchnięta w niszę zarezerwowaną dla trendów „naukowo podejrzanych”. Marzena, nie poddawaj się.

  12. Pani Marzeno,
    moje pierwsze wrażenie po przeczytaniu tego pisma można opisać mniej więcej tak:
    teoria Kopernika wzbudzała na początku równie wielkie kontrowersje, bo przecież gołym okiem było widać, że jest inaczej niż on twierdził.
    Rozwój polega na tym, że nieliczni przekonują wielu i tak jest właśnie w Pani przypadku. Przyczynia się Pani do rozwoju i do wzrostu świadomości wielu osób i za to należą się Pani ogromne podziękowania.
    Mam nadzieję, że Pani praca przyniesie wkrótce pozytywne rezultaty :-)

    Przykre, że w tak szacownej instytucji jak PAN powstają dokumenty, które mogą zahamować proponowane przez Panią zmiany – i bez tego pisma nie jest łatwo ukierunkować nauczycieli oraz rodziców na zmianę swoich przekonań. Teraz być może będzie jeszcze trudniej.

    Nie rozumiem dlaczego w innych dziedzinach podążamy za postępem, a w tej akurat nie.. Dlaczego np. nie zagniatamy już chleba z pajęczyną na rany, jak to robił Pan Zagłoba, a równocześnie upieramy się przy pozostawieniu starych metod nauczania, które nijak nie przystają do obecnych czasów.
    A przecież jak mówił Zamoyski – takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie.
    Jako rodzic jestem przekonana, że proponowane przez Panią podejście jest słuszne. Proszę się nie poddawać – psy szczekają, a karawana idzie dalej :-)

  13. Pani Marzeno, gratuluję :) dyskusja w końcu się chyba rozpoczęła :) a wszystko przez ludzki strach przed zmianą i tym co może przyjść potem

  14. Pani Marzeno, dziękuję po raz kolejny za Pani książkę i to, co Pani robi. Moc jest z Panią! A komuś tam na szacownej górze chyba wylazła z kieszeni małostkowość i żal, że jemu zabrakło odwagi by zrobić przewrót kopernikański w polskiej oświacie. Ale nie każdy ma odwagę być „prorokiem w swoim kraju”. Ta właściwa jest tylko Ludziom wielkiego Formatu. Wśród nich widzę Panią, pani Marzeno (co popieram lekturą Pani publikacji i osobistym kontaktem). Pozdrawiam serdecznie! Ja jestem z Panią całym nauczycielskim i rodzicielskim sercem i MÓZGIEM :) . Obiema jego półkulami (z przyległościami), tak dla ścisłości (przepraszam,że nie użyłam fachowych określeń, ale nie muszę).

  15. Nie byłam do końca przekonana do lektury, jako osoba niezwiązana stricte z edukacją. Jednak moje odczucia były takie, że w końcu ktoś zaczyna mówić głośno o zmianach, w końcu kolejne pokolenia mają szanse uczyć się efektownie, a my im pozazdrościmy. Bardzo podoba mi się odpowiedź na pismo. Jest merytoryczna, podaje źródła,a autora pisma powinna wpędzić w kompleksy. Zawiść i niezdrowe emocje zawsze będą towarzyszyły w tym kraju ludziom, którzy wybijają się ponad tłum, chcą coś zmienić i maja wiele ciekawego do powiedzenia.

  16. A ja się zgadzam. Może dlatego, że Pani Żylińska jako germanista zabiera głos w sprawie na której się zna- w sprawie nauczania, ale kompletnie bez przygotowania merytorycznego w sprawie funkcjonowania mózgu. Przestudiowanie artykułów i wysłuchanie wykładów nie zastąpi rzetelnej wiedzy. Powoływanie się na Manfreda Spitzera w sposób wybiórczy- Jak uczy sie mózg pani doktor odpowiada, ale Cyfrowa demencja już nie, świadczy o manipulacyjnym traktowaniu czytelników rodem z GW czy Tok FM. Człowiek wykształcony powinien dogłębnie przestudiować zagadnienie, a nie opierać się na telewizyjnych wystąpieniach popularyzatorskich . Książkę Neurodydaktyka przeczytałam, Kalwata studiuję z pasją i głębokim zaangażowaniem. Po cyklu szkoleń z zakresu neurodydaktyki w pracy zaczynam mieć jej dosyć, w dużej mierze dzięki kręceniu się kółko i biciu piany prowadzących, niekompetentnych w dziedzinie nauki o mózgu, proponujących metody pracy rodem z pedagogiki specjalnej M Grzegorzewskiej i żadnych, absolutnie żadnych propozycji skierowanych dla młodzieży gimnazjalnej i licealnej oprócz infantylnych rad wykorzystywania do pracy smartfonów i tabletów. Reasumując od germanisty oczekuję zabierania głosu w sprawie nauczania języka niemieckiego,nie kręcenia dziecinnych filmów, a nie aspirowania do autorytetu w dziedzinie neurobiologii.
    Mimo, że zgadzam się z wyrażaną wielokrotnie prze p. Żylińską tezą o potrzebie zmian w nauczani.

    • @ Sorge

      Napisała Pani /Pan: „Powoływanie się na Manfreda Spitzera w sposób wybiórczy- Jak uczy sie mózg pani doktor odpowiada, ale Cyfrowa demencja już nie, świadczy o manipulacyjnym traktowaniu czytelników rodem z GW czy Tok FM.”

      W tym właśnie problem, że opinie piszą osoby, które o mojej książce nie mają pojęcia, ale Sorge nie ma też pojęcia o „Cyfrowej demencji” Spitzera, bo gdyby miała, to by wiedziała, że napisałam wstęp do tej książki. W „Neurodydaktyce” odniesień do „Cyfrowej demencji” jest bardzo dużo. Zastanawiam się, ile osób wyrażających swoje krytyczne stanowisko ma takie pojęcie o tym, co napisałam, jak Sorge.
      I jak tu dyskutować z takimi „rzetelnymi” opiniami? Czy ja mam uwierzyć, że wszyscy neurobiolodzy przeczytali moją książkę? Przecież ona jest o dydaktyce, choć oparta jest na publikacjach neurobiologów, którzy przenoszą wiedzę neuro na grunt edukacji.
      I jeszcze jedno, książkę napisałam jako metodyk.

      Dziękuję wszystkim za wsparcie i dobre słowa! Tylko utwierdzam się w przekonaniu, że musimy zmieniać system edukacji, uczyć dzieci dialogu i odchodzić od kultury błędu, żeby ludzie umieli z sobą rozmawiać. Nie twierdzę, że w pisząc „Neurodydaktykę” nie popełniłam żadnego błędu, ale te wytknięte mi przez prof. Mozrzymasa nie pokazują, by moje tezy były szkodliwe. Większość z zarzutów to opinie, a że mamy oboje różne wizje edukacji, to wiem już od naszego pierwszego spotkania.
      Dziękuję Wam za wsparcie i wszystkie maile, które od Was dostaję :-)

  17. Pan Marzeno, proszę się nie przejmować polskim zaściankiem i robić swoją świetną robotę! Pozdrawiam serdecznie!

  18. Marzeno,
    dziwi mnie bardzo forma oraz zarzuty, które w ogromie pracy przez Ciebie wykonanej i z punktu widzenia tego co daje „Neurodydaktyka” nauczycielowi-praktykowi, wydają mi się czepianiem się.
    Jako nauczyciel – praktyk, od 10 lat usiłujący zmienić paradygmat uczenia i nauczania języków obcych w szkołach publicznych oraz akademiach prywatnych (pierwszy dzień zajęć w pewnym LO, idę uśmiechnięta i pełna energii na pierwszą lekcję, spotykam panią od angielskiego – „Czego się Pani tak uśmiecha? Proszę zaraz zmienić ten wyraz twarzy, bo uczniowie Panią zjedzą”) na bardziej przyjazny mózgowi, opierałam się przez jakiś czas na własnej intuicji oraz pionierach typu Montessori. Marzeno, poznałyśmy się wiele lat temu dzięki naszej wspólnej studentce, która po moim wykładzie na UAM, powiedziała mi, że zna taką nauczycielkę z Torunia, z którą chyba powinnam się spotkać. Pamiętam ten czas, jak pisałaś Neurodydaktykę, a ja niecierpliwie na nią czekałam. Wreszcie miałam podkładkę pod moje „fanaberie i szalone pomysły” jak je widzieli inni nauczyciele (wychodzenie z uczniami do sali komputerowej na zajęciach? lekcja bez „zaprogramowanego co do minuty” planu? poznawanie uczniów – a po co?)
    Twoje wykłady, konferencje, dyskusje i spotkania wnoszą w życie zwykłego nauczyciela bardzo wiele. Jestem Ci niewymownie wdzięczna za „sprowadzenie” prof. Huthera, Spitzera do Polski, za to, że możemy być częścią historycznego przełomu „budzącej się szkoły”, za ciekawość, którą rozbudza lektura twoich dzieł. Czekam niecierpliwie na kolejną. Pozdrawiam serdecznie.

  19. Marzena, chcę się dołączyć do wyrazów wsparcia.

    Ja akurat widzę i widziałem wady Twojej książki. Ciało półleżące zajmuje mnie mało i nie wiem o nim niczego. Nie znam się kompletnie i nie będę się wypowiadał również o tych argumentach prof. Mozrzymasa, które wydają mi się sensowne. Skoro bowiem sam twierdzi — jak to się również mnie wydaje — że rozwój neuronauk nie uzasadnia wydawania na podstawie ich ustaleń orzeczeń o tym, co jest, a co nie jest dobrą metodą na edukację i na czym polega dobra lekcja historii, jego kategoryczne stwierdzenia o tym, że wygadujesz szkodliwe bzdury, wydają mi się nieco wątpliwe. Nie co do treści jego zastrzeżeń, ale przede wszystkim co do gwałtowności reakcji. O Twoich konkluzjach — zwłaszcza tych szczegółowych — sam miałbym ochotę dyskutować, ale Twoje postulaty są całkowicie zrozumiałe nie tylko na gruncie neuronauk przecież, o czym już prof. Mozrzymas nie wie, albo może z naukowej rzetelności nie decyduje się wspomnieć.

    Jednogłośna uchwała komitetu PAN… Dobre sobie! To ciekawe — ilu jest w MEN doradców i rzeczoznawców, którzy dostąpili Twojego zaszczytu? Ja sobie przypominam awanturę o gender i nic więcej. Tam jednak PAN działał poproszony o recenzję. Mam więcej zrozumienia dla tez Mozrzymasa niż wielu innych, którzy Ci tu wyrazy wsparcia ślą i do których chcę dołączyć. Ale gdzie jest, do cholery, PAN i jego komitety, kiedy MEN kastruje podstawę programową, ba! — kiedy w ogóle ma czelność ją ustanawiać? Gdzie jest, kiedy kolejne edycje państwowej matury przekraczają kolejne bariery absurdu, kiedy się pojawiają nowe, coraz durniejsze podręczniki, kiedy się projektuje e-booki bez treści itd? Może warto, by kolejne komitety PAN, których obszary zainteresowań badawczych odpowiadają szkolnym przedmiotom, zechciały przejrzeć treść szkolnych podręczników i podstawy programowej, w której konsultowanie również ludzie PAN bywali umoczeni — może niech się pojawią odpowiednie recenzje i wnioski dotyczące ministerialnych doradców i rzeczoznawców?

  20. Szanowna Pani Marzeno!

    Następną Pani książkę o szkole proponuję zacząć od przytoczenia i omówienia tego wyroku-donosu. On właśnie zawiera wszystko co w naszym
    szkolnictwie (od podstawówki, aż po studia) „najlepsze”:

    1. Mylić się, pod grożbą kary śmierci, nie wolno.
    2. Każda wypowiedż ma być poprzedzona wieloletnimi specjalistycznymi studiami, prowadzonymi przez najwyższej klasy specjalnych specjalistów.
    3. Formułować można jedynie opinie ostateczne. Żadne przypuszczenia, dociekania itp. są niedozwolone (klucz ich zwyczajnie nie uwzględnia).
    4. Najsamprzód wypowiada się Profesor.

    Większość akademików słabo znosi popełnione przez siebie błędy. Mają przecież głosić szczerą prawdę, a tu błąd. Klops.
    Dlatego błędy merytoryczne to główny zarzut podniesiony przez autorytety PAN-u. O popełniłaś błąd! Nie żyjesz! Nie liczysz się! A przecież nie o błędy
    tu chyba chodzi. „Potępiając tradycyjny system nauczania i zachęcając do swoich koncepcji edukacyjnych…”(to cytat z wyroku) – ten fragment zdradza moim
    zdaniem prawdziwe intencje autorów donosu. Każdy z tych PAN-ów wykuwał swoją karierę od maleńkości w pocie czoła. Nauka była i winna nadal być zajęciem poważnym,
    o surowości przykazów religijnych. Zabawa? Radość? Wspólne działanie? Tak nikt nigdy nie osiągnie biegłości w nauce, ani tym bardziej pozycji profesora.
    W donosie-wyroku pobrzmiewa wyrażnie wizja szkoły będącej jedynie wylęgarnnią przyszłych profesorów.

    List-donos jest rzeczywiście obrzydliwy, ale i śmieszny (DO CAŁEGO ŚWIATA! UWAGA! NADCHODZI ŻYLIŃSKA! ZOSTAŃCIE W DOMU!). Ale tak kruszy sie beton, i straszno, i
    śmieszno. No i czasem człowiek dostanie jakimś kawałkiem betonu w łeb.
    Jasne, że Profesor doktor habilitowany Jerzy Mozrzymas mógłby napisać taki oto list:

    Droga Koleżanko!

    Niezmiernie cieszy mnie fakt, że neurobiologia zaczyna być nauką, o której mówi się „pod strzechą”. Wielka w tym Pani zasługa. To fascynujaca nauka i przy tym bardzo
    „demokratyczna”. Wszyscy bowiem doświadczamy na codzień niezwykłych efektów działania naszego mózgu. Jednocześnie to trudna nauka i łatwo w niej
    o błąd. Znalazłem w Pani książce „Neurodydaktyka” kilka miejsc, co do których mam pewne wątpliwości. Służę radą i pomocą przy ewentualnej korekcie tekstu książki
    przed drugim wydaniem. Jednocześnie zapraszam Panią na nasze seminaria PAN-owskie poświęcone neurobiologii.

    Z wyrazami szacunku,

    Jurek.

    No tak, to by było miłe. Ale Profesor doktor habilitowany Jerzy Mozrzymas jest po „tradycyjnym systemie nauczania” i odruchu współpracy nie nabył.

    Jak na razie to Panią spalili (ciekawe, że to pierwsze co przyszło do uczonej tradycynie głowy – spalić. Nie – poprawić, nie – pomóc, ale właśnie spalić).
    No i trzeba z tym jakoś żyć. Póki co, kolejna studentka zakosiła mi ostatnią „Neurodydaktykę”.
    I tak wszystkie cztery egzemplarze Pani książki, które zakupiłem dla młodzieży są w obiegu. I żaden PAN tego nie zmieni.

    • Brawo, panie Andrzeju. Jakże celnie ujął pan objawy, przyczyny reakcji członków tego szacownego gremium z PAN. Ze skamieliny nie wyczytamy niczego poza czasami byłymi. Diagnozę przyczyn przedstawili panowie doskonale, tym bardziej nie należy oczekiwać, że pomogą w prognozowaniu.

      • Dziękuję Pani Danuto! Niestety teraz robi się tylko straszno. Wysłuchałem audycji w TOK FM. Jeden PAN za granicę uchodzi, drugi PAN nagle słabnie. Jest jeszcze jakaś jednogłośnie milcząca część PAN-ów. Wygląda na to, że grono Profesorów daje sobie prawo do zupełnie bezkarnego niszczenia cudzej pracy. A gdy zostają poproszeni o głębsze wyjaśnienia, odwracają dumnie głowy. Z drugiej strony, to pewnie objaw strachu. Ale to jeszcze gorzej, bo z wystraszonym nie ma rozmowy. Będzie sie zaklinał, że to o prawdę chodzi, świętą prawdę. A tak na marginesie, nikt z nich już nie pamięta, że często fałszywe przesłanki prowadzą do prawdziwych i ważnych odkryć.

    • SZanowny Panie, Czy jest Pan nauczycielem? A jeśli tak, to jak reaguje Pan na BŁĘDY popełniane przez uczniów na sprawdzianach? Bo, jeśli jest Pan nauczycielem, to chyba oczekuje Pan od nich zdobycia jakiejś wiedzy i jakoś ją sprawdza? Może błędy jednak nie są tak niewinne.

      • Szanowna Pani Igo,
        jestem matematykiem i jestem też nauczycielem (akademickim). Moja robota polega na wykrywaniu w swoim rozumowaniu błędów i wyciąganiu z nich wniosków. Tak naprawdę błędne stwierdzenia stanowią ok 90% moich rozważań. Błąd to pierwsza rzecz, o której mówię nowym studentom. Porównuję to do poszukiwania złota: tony ziemi, skał, mułu, które brudzą, ranią i zniechecają. Babrasz się w tym, aby znależć okruch złota. Błąd, to środowisko naturalne w nauce. Jeżeli liczysz, że od razu trawisz na żyłę złota, zmień zawód. Aby wypowiedzieć jakiekolwiek przypuszczenie musisz być odważny, nie możesz bać się błędu.
        Pokochaj błędy. A potem je krój na kawałki i patrz co one ci powiedzą. Patrz, zadawaj sobie pytania, patrz i czekaj. To jest praktyka, kórej uczę. Nie wiedza jest tu wazna. Wiedza to pochodna tej praktyki.
        Najwazniejsze jest działanie, przyglądanie się, wysuwanie coraz to nowszych przypuszczeń. I gdy myślisz, że juz to masz, odkrywasz, że znowu jesteś w błedzie. I teraz naważniejsze! Załamujesz się, a potem wstajesz, otrzepujesz się i dalej, od nowa tropisz rozwiazanie. To jest to.
        I tak też uczę moje dzieciaki (18 i 5 lat). I tego bym uczył na każdym poziomie.

        • Szanowny Panie Andrzeju, nauczyciele kochają błędy. Dzięki nim mogą pokazać dzieciarni swoją wyższość, ale niestety, nie fascynację tym, czym się zajmują. Najczęściej „kultura błędu” polega na szykanie, a nie na wzmocnieniu motywacji, ot, co.

          Wszyscy wymagamy (wdrukowano nam to w podświadomość) zawodowej nauczycielskiej korekty. Bo świadomość (nawet odświeżona mentalnie) chadza swoją drogą, a praktyka belferska i instytucjonalna (wzmacnia indywidualną) – swoją.

        • Panie Andrzeju, a co Pan w takim razie sądzi o:
          1. Podstawie programowej nauczania matematyki;
          2. Zawartości szkolnych podręczników;
          3. Pomyśle na jednolite zewnętrzne egzaminy certyfikujące wykształcenie;
          4. Kompetencjach nauczycieli?
          Jestem po pierwsze najszczerzej ciekaw, a po drugie z utęsknieniem wyglądam rzetelnego przeglądu najpierw „imponderabiliów edukacyjnych”, a potem praktyki i wreszcie sformułowania postulatów.

          • Szanowny Panie Pawle,

            zacznę od deklaracji: radykalnie nie akceptuję współczesnego systemu powszechnej edukacji. W szczególności dotyczy to matematyki, ale nie ze względu na taką czy inna podstawę programową (dobry nauczyciel na dowolnej podstawie „zagra” fajną matematykę). Ze względu na czas. Matematyka jest, w moim mniemaniu, nauką kontemplacyjną. To praktyka zastanawiania się. I czasu na to zastanawianie w obecnym systemie brak. Podzielam poglądy Paula Lockharta przedstawione w „Lamencie matematyka” (https://www.maa.org/external_archive/devlin/LockhartsLament.pdf).

            Mam w głowie (częściowo zrealizowany) warsztat dla dzieci (od 4 lat do oporu) i ich rodziców (to ważne, bo to tak jak w metodzie Suzukiego nauki gry na instrumentach) z „geometrii ciasteczkowej”. Wypieki ciastek w kształcie wielokątów, a potem układanie z nich mozaik (jak „tilingi” archimedesowe, Penrosa, itd). Świetna zabawa. Ale moja żona najpierw zapytała, czego te dzieci się tam nauczą. Niczego – odpowiedziałem. Tak jak niczego się nie nauczysz gdy się pobeczysz słuczajac np. Pasji wg. św. Mateusz J.S. Bacha. Ale zaczniesz myśleć o Pasji i o wielokątach w mozaikach. Zaczniesz to lubić, zaczniesz rozmyślać.

            1. Podstawa. Przeczytałem ją przed chwilą. Ja zawsze będę sie starał wyjść od geometrii. Ona nas otacza, pobudza zmysły. W „ciasteczkowych mozaikach”
            jest uroda, której doświadczasz bezpośrednio. Potem pojawia się pytanie, coś co cię w mozaice zaintryguje (najtrudniejsze!). Prędzej czy pózniej wejdzie rachunek aby ci pomóc rozwiązać zadanie z ciastkowej mozaiki. Taki szlak: obiekt z twojego świata (musi być ładny-mozaiki są ładne), zadanie i zdziwienie, na koniec narzędzia do rozwiazania. Wszyscy to wiemy i pewnie tak jest w teorii szkolnej, ale ze wzgledu na czas, kończy się na tym, że robimy
            głównie rachunek. Zatem znowu czas i rozłożenie akcentów. Ile czasu na co przeznaczyć. Wszystko w podstawie jest tak przedstawione, jakby była tam tylko technika (uczeń oblicza to, uczeń rozwiązuje tamto). Np., ” uczeń wyznacza wyrazy ciągu określonego wzorem ogólnym” Po co? Tego tam nie napisano. Jasne, że
            to zadanie dla nauczyciela i odpowiedniego podręcznika. Ale w praktyce kończy sie na tych współczynikach. Znika przyczyna. Bo brak czasu. Wszystko bym skrócił i założył, że jeszcze połowy się nie zrobi. Zacząłbym od życia. Od ślimaka, od słonecznika, od planet, od obserwacji. Od mozaiki ciasteczkowej, od popękanego błota. Potem powolne wychwytywanie stuktury, regularności, wzorca.
            Potem, powoli, zadanie, problem, intrygujące pytanie. Potem, powoli, apartura matematyczna, rachunek. Potem rozwiazanie. Teraz mogę zobaczyć jak działa matematyka. (Syllabus księdza Tischnera wyglądał taK: Proszę Państwa! To jest książka, którą będziemy przez najbliższy rok czytać i o niej dyskutować.)

            2. Nowych podręczników generalnie nie znam. Wychowany jestem w wydawniczym PRL-oskim surowym klimacie.

            3. Jestem wrogiem egzaminów wszelkich i wiem, że jest to konrowersyjna postawa. Wierzę w pracę na dłuższym dystansie i takim też jej sposobie sprawdzania.
            Podobno Gombrowicz mawiał, że najlepsze pomysły ma dopiero na schodach. Otóż to. Jeżeli w ogóle jakaś ocena, to opisowa, wydana przez osobę, z którą najdłużej pracowałeś. Konieczność zdawania egzaminów ustawia ci robotę – uczysz się do egzaminów.

            (Jestem też przeciwnikiem wydawania dyplomów ukończenia uczelni (i ogólnie wszelkich tytułów). Jeżeli przyjmowałbym nauczyciela do swojej szkoły, wystarczą dwie, trzy wspólne lekcje i raczej wiesz na co możesz liczyć.)

            4. Najsmutniejsza sprawa. Nauczyciel to przecież stroiciel umysłu, a w naszym kraju nie kształci się nauczycieli. Kształcenie nauczyciela winno trwać bite pięć lat, a ogranicza się do wyrobienia iluś tam godzin z czegoś tam. Szkoła to nauczyciel. Żadna podstawa programowa tego nie zmieni.

            Nie będę oceniał kompetencji nauczycieli. W wielu przypadkach to katastrofa i nawet nie chodzi o słabości merytoryczne. W tym zawodzie trzeba naprawdę
            poznać siebie, znać swoje ograniczenia, żeby nie stanęły one między tobą a młodym umysłem, który tobie powierzono. Ale winę za brak przygotowania do tego zawodu ponoszą uczelnie. Wyłącznie. Ja też jestem winny. Niestety nie odradziłem wystarczająco stanowczo wielu osobom wykonywania tego zawodu. Próbuję to odpokutować organizując ze studentami dokształt nauczycielski (bardzo neuro),
            poza systemem.

          • Panie Andrzeju, proszę mi wybaczyć tego rodzaju deklaracje ogłaszane publicznie, ale Pański komentarz zachwycił mnie i wywołał wręcz poczucie braterstwa. Bardzo Pana proszę o kontakt — p.kasprzak@wp.pl — może uwałoby się nam popracować.

            Odpowiedź o uczniach, którzy nie nauczą się niczego z ciasteczek Eschera nadaje się na motto i dla mnie jest jedną z zasad, którymi się kieruję, choć ona jest strasznie demode. Proszę zresztą rzucim okiem tu: https://osswiata.pl/kasprzak/2015/03/03/kosmiczny-odlot-czyli-tresc-podstawy-programowej-ksztalcenia-ogolnego/ — tekst jest przyczynkarski, ale pojawia się w nim ten sam przykład.

            Geometria jest również tym „końcem”, od którego bym chciał zacząć (gdzieś pod poprzednim wpisem Marzeny jest mój komentarz również na ten temat). Tu mam tylko uwagę dotyczącą podstawy i Pańskiego przekonania, że dobry belfer z każdej podstawy zdoła wykrzesać coś fajnego. To prawda, natomiast trudno jest zignorować „naukę liczenia” w zbiorze liczb naturalnych, bo to właśnie szkoła sprawdza co krok, w podstawie wymaga się tego od nauczania początkowego, nawet przedszkolnego.

            Moim zdaniem ma Pan po tysiąckroć rację w kwestii egzaminów, promocji i ustroju szkoły w ogóle. Przede wszystkim Pańskie pytania „po co?” — no, właśnie. Tych pytań nikt już nie zadaje zanim się zdecyduje zawracać dzieciom głowę tą lub inną rzekomą oczywistością ze zbioru podobno oczywistych podstaw.

            Należy Pan do niezwykle rzadkiego gatunku. Ogromną radość mi Pan sprawił.

          • Marzena, na marginesie awantury o Twoją „Neurodydaktykę”. Zajrzyj do tekstu Lockharta, który tu p. Andrzej podrzucił. Moim zdaniem o wiele większy sens miałoby zapraszać na konferencje jego, a nie Spitzera (albo chociaż obu obok siebie). Nie ma raczej wątpliwości, że Lockart pisze w zgodzie z „dydaktyką dopaminową”, a przeciw „kortyzolowej” (i naprawdę nie jest ważne co tu jest neuroprzekaźnikiem, a co hormonem). Co ważniejsze — nie ma również wątpliwości, że „dopaminowa matematyka” Lockharta nie niszczy matematyki bezprzymiotnikowej, a tego już niestety nie da się powiedzieć o każdej „dopaminowej” propozycji.

  21. Pani doktor – mam nadzieję, że ta dyskusja w końcu sprawi, że poważnie zacznie się podchodzić do edukacji naszych dzieci. Życzę siły i wytrwałości.

    • Panowie wypięli się właśnie na dyskusję radiową, gdzie mieli okazję przedstawić swój punkt widzenia – myślisz, że będą chcieli dyskutować na jakimś forum?

  22. Zastanawiam się, czy nie należałoby przesyłać naszych i waszych wypowiedzi do PAN. Może należy potraktować opinię uczonych jako zaproszenie do debaty ?

    • Neurobiolodzy z PANu włączyli się już do debaty o edukacji. Prof. Mozrzymas uważa, że ja: „”„Potępiając tradycyjny system nauczania i zachęcając do swoich koncepcji edukacyjnych…” jestem niebezpieczna.

      Od tego zaczęła się moja znajomość z profesorem Mozrzymasem. Ja mówiłam o dopaminie, o tym, że nauka powinna być pozytywnym doznaniem, bo rozwój daje radość, że odkrywanie też jest radosne, ale Profesor zupełnie się z tym nie zgadzał. Rzeczywiście, mamy dwie odmienne wizje edukacji.
      Przypominają mi się słowa Spitzera o studiach medycznych. Gdy pytano dzieci, co sądzą o biologii, to mówiły, że to najciekawszy przedmiot, gdy o to samo pytano studentów medycyny, to mówili, że najnudniejszy.

      Wizja szkoły: Między kortyzolem a dopaminą

  23. Szanowna Pani Marzeno,

    pracuję w II STO w Gdansku. Zadziwiona jestem wypowiedziami wielu w Polsce, którzy nie widza lub nie chcą zobaczyć tego , co na prawdę dzieje się w oświacie. Nauczyciele kształceni w poprzedniej epoce, przyzwyczajeni do jedynie słusznych metod nauczania, realizują podręczniki , przymilaja się rodzicom , boją się przedstawić swojego zdania.Nie robią nic więcej niż muszą . Nie widzą ,że współczesne dzieci wchodzace do szkół to inne pokolenie. Jeżeli ktoś patrzy i widzi inaczej jest postrzegany jak zjawisko. Każdy komu chece się coś robić ponad realizację podręcznika to zjawisko. I do tego rodzice, zatroskani, zapracowani, płacacy więc wymagający , nie majacy czasu uczyć swoich dzieci.Sami oczekujący metod swojego dziciństwa tj. szkoły lat 80- tych, 70- tych. I jak tu wpraowadzać zminę.
    Pani książka to metodyka pracy współczenego nauczyciela. Będą krytykować , bo to nasze i ktoś śmiał inaczej, i dla dobra dzieci. I nowocześnie . I kreatywnie. I wspierająć.
    Nie dajmy sie zaszufladkować, wprowadzić inisex,
    Prosze otwarcie nadal , głośno , mimo wszystko , z podniesioną głową. Dalej.
    Dla mnie jest Pani zjawiskiem !!!!

  24. Prof. Mozrzymas nie uważa, że jest Pani niebezpieczna, tylko że (dalszy ciąg tego samego cytatu) „…w sposób bardzo wątpliwy podnosi argumenty związane z wydzielaniem neuroprzekaźników”.

    Zarzuty PAN nie dotyczą Pani złego wpływu na edukację, tylko nierzetelnego powoływania się na autorytet nauki i przeinaczaniu, lub nadinterpretowaniu wiedzy z dziedziny neurobiologii.

    • I dlatego wysyła się tę opinię do ministra, kuratoriów, ośrodków kształcenia nauczycieli i „Polityki”? Żeby rozważyli „argumenty związane z wydzielaniem neuroprzekaźników”? Chyba jednak nie.

    • Panie Wojtku. Takie podejście kojarzy mi się z powiedzeniem: operacja się udała, ale pacjent zmarł. Zarzuty sformułowane w taki sposób mogą zabić „pacjenta”. Czytając wszystkie opinie i komentarze można dojść do takiej hipotezy:
      - książka Żylińskiej zawiera wiele błędów, ale jest pożyteczna
      - opinia PAN jest merytorycznie bezbłędna, ale jest szkodliwa
      Co Pan sądzi o tej hipotezie ?
      Jest szkodliwa, bo jest niewyważona. Sprawia wrażenie, jakby była napisana przez uczonych, którzy nie są humanistami. Jest szkodliwa, bo godzi w nauczycieli, którzy pod wpływem lektury zaczęli uczyć w sposób przyjazny dla ucznia i produktywnie (patrz: przykłady opisane przez w komentarzach). Jest szkodliwa dla naszych dzieci i wnuków, bo wspomaga zwolenników ‚zamenczenia’ uczniów.
      Typowa szkolna edukacja jest stokrotnie bardziej szkodliwa dla nas wszystkich, dla całego społeczeństwa i państwa, niż błędy zawarte w „Neurodydaktyce”. Wytykanie błędów w książce nie wymaga wielkiego wysiłku i odwagi, jest pozbawione ryzyka.
      Działanie Autorów donosu przypomina przypadki doskonałych i doświadczonych lekarzy położników, którym co jakiś czas przydarza się śmierć człowieka przy porodzie. Gubi ich poczucie pewności siebie i nieumiejętność wsłuchiwania się w głos pacjentek.

      • Ja, Panie Wiesławie, uważam, że prawda nigdy nie jest szkodliwa, a fałsz nigdy nie jest dobry. Łyżka dziegźciu fałszywej argumentacji psuje całą beczkę miodu dobrych idei. Dobro można budować wyłącznie na prawdzie.
        Mój komentarz nie dotyczył formy opinii, ale treści. Zarzuty nie brzmiały, że „pani Marzena jest niebezpieczna”, jak ona to sformułowała tutaj, ale dotyczyły rzetelności wiedzy, jaką jej książka przedstawia.

        • Panie Wojtku,

          proszę przeczytać jeszcze raz uzasadnienie prof. Mozrzymasa i oddzielić fakty od opinii. Potem proszę przeczytać moją odpowiedź i zobaczyć, ile zarzutów prof. Mozrzymas skierował przeciwko informacjom, które zaczerpnęłam z książek innych profesorów neurobiologii. Przecież podaję źródła z konkretnymi stronami. To bardzo dziwna dyskusja, gdy zupełne pomija się odpowiedzi drugiej strony. Ja się nie powołuję na szewców lub kinezjologów, ale na uczonych o światowej sławie.
          Profesor Manfred Spitzer napisał książkę „Jak uczy się mózg” w 2002 roku i przytacza w niej wiele różnych badań. W 2004 powstało Centrum Wymiany Wiedzy z Dziedziny Neuronauk i Edukacji, na którego stronach można znaleźć teksty omawiające badania prowadzone w różnych ośrodkach prowadzących badania w różnych krajach świata. Prof. Mozrzymas mówi, że jest jeszcze za wcześnie, żeby z wiedzą o tym, jak przebiegają procesy uczenia się i zapamiętywanie iść do nauczycieli. Czy to jest fakt, czy opinia? Czy zarzut, iż błędem jest używanie takich określeń jak „neuroprzekaźnikowy koktajl” to fakt czy opina? Czy nie dopuszcza Pan takiej możliwości, że to ostrzeżenie przed moją książką wynika z innych przesłanek niż to, co deklaruje autor opinii. Jeśli coś przekłamałam, to dlaczego prof. Mozrzymas o tym nie napisał?

        • Panie Wojtku. Bardzo dziękuję za odpowiedź. Jest bardzo ważna, ponieważ umożliwia spojrzenie na problem z różnych stron, a to daje okazję do dialogu. Bardzo jestem ciekaw jakie jest stanowisko Autorów opinii w spawie dialogu.
          Moją odpowiedź przesuwam koniec strony.

  25. Czytając opinię PAN i dyskusję z nią związaną (nie tylko na tym blogu) widzę na przyszłość 2 drogi:

    1. Neurodydaktyka w wersji p. Żylińskiej zostanie wspólnym wysiłkiem oczyszczona z wątpliwych treści, na które zwraca uwagę autor opinii i innych (np. rozdział o autyzmie jest dla istoty książki zupełnie niepotrzebny, a zawiera tyle przekłamań i niedomówień, że pozwala powątpiewać nie tylko w kompetencje, ale i w dobrą wolę autorki), odetnie się od mądrości różnych kawiarnianych guru promowanych także na tym blogu i skoncentruje na najważniejszych aspektach, związanych z bezpośrednią pracą dydaktyczną.

    2. W obliczu zagrożenia ze strony wspólnego wroga stanie się zjawiskiem jeszcze bardziej sekciarskim, zbudowanym na tezach kilku autorytetów, całkowicie impregnowanym na argumenty z zewnątrz.

    Podążeniem w drugim kierunku można było zauważyć już wcześniej, a spora część komentarzy świadczy, że proces może przyspieszyć.

    Z całego serca życzę, aby nastąpił pierwszy tok wydarzeń.

    • A i ja do tych życzeń Majcina z całego serca się dołączam. Zrób z neurodydaktyki prawdziwą naukę!

      • @ Xawer

        Będę więcej cytować.
        Kiedy niemieccy neurobiolodzy piszą o procesach uczenia i zapamiętywania, to pedagodzy ich atakują. Uznają, że to ich teren i go bronią. Neurodydaktyka składa się z dwóch części. Zajmuje się praktycznym nauczaniem, ale bazuje na neurobiologii. Czy wchodzisz z jednej czy z drugiej strony, zawsze wchodzisz na obcy teren. Tu potrzebna jest współpraca i otwartość z obu stron. Widzisz u nas pedagogów i neurobiologów gotowych do współpracy? Gdy każdy będzie bronił swojego terytorium, to będzie stagnacja, jaką dziś mamy. Ja nie zostałam zaatakowana dlatego, że zrobiłam ten czy inny błąd, ale dlatego, że weszłam na terytorium, do którego zdaniem prof. Mozrzymasa tylko neurobiolodzy mają prawo. Chyba nie myślisz, że ktoś poza nim czytał moją książkę.

      • Ja ją czytałem i to całkiem starannie ;)
        Pedagogów w ogóle nie widzę i mam tę dyscyplinę w całości za cargo cult science. Ale rzetelności naukowej neurobiologów (nawet prof. Mozrzymasa) niczego specjalnego nie mogę zarzucić.
        Stąd, jeśli neurodydaktyka ma być nauką, a nie kolejną sektą kultu cargo, to lepiej (życzę to i Tobie i neurodaktyce), żeby trzymała z neurobiologią, a nie z pedagogiką. I by spełniała standardy metodologii i argumentacji przyjęte w naukach ścisłych.

        Doskonale za to rozumiem wkurzenie neurobiologów (padło akurat na Ciebie i neurodydaktykę, współczuję), że przedrostek „neuro-” stał się modnym, nic nie znaczącym ozdobnikiem, pozwalającym sprzedawać najróżniejsze bzdury (moje ulubione neurolingwistyczne programowanie) pod pseudonaukowym szyldem. Dlatego też tym większa odpowiedzialność ciąży na Tobie, by neurodydaktyka spełniała standardy rzetelności nauki, a nie szarlatanerii.

        • Wyglada na to, ze Montessori miala wiecej szczescia, gdyz nie nazwala „swojej pedagogiki” neuro-, wiec jeden problem miala „z glowy”. Biedaczka, jako pionierka, nie miala latwego zycia. Do tej pory niektorzy krytykuja ile sie da! Inni robia niezle pieniadze, a my, zwykli nauczyciele Montessori cieszymy sie, ze nasi uczniowie lubia szkole, chetnie sie ucza, umieja czytac, a czesto pisac w wieku 5 lat, sa tay, ktorzy potrafia dodatwac i odejmowac, a sa tacy ze nawet potrafia mnozyc – a najfajniejsze jest to, ze nauka tych i innych umiejetnosci przychodzi im bez wiekszego wysiku.

    • majcin

      W Polsce parę lat temu ukazała się książka „iMózg:, której autorami są Gary Small i Gigi Vorgan. Gary Small to profesor neurobiologii na UCLA. To jego hipotezy przytoczyłam w mojej książce. Czy ktoś przeciw nim protestował?
      Mój podrozdział zaczyna się tak:

      „Gary Small i Gigi Vorgan wskazują na jeszcze jedno niebezpieczeństwo związane
      z oglądaniem telewizji w pierwszych latach życia i wysuwają hipotezę,
      że właśnie tu można się dopatrywać przyczyn lawinowego wzrostu diagnozowanych
      w ostatnich latach przypadków autyzmu. Częstość występowania
      tego zaburzenia oraz chorób należących do tzw. spektrum zaburzeń autystycznych247
      ciągle wzrasta. Dotychczas przyjmowano za normę od czterech
      do pięciu przypadków na dziesięć tysięcy. Badania przeprowadzone w 2005
      roku w Wielkiej Brytanii przyniosły zupełnie zaskakujące wyniki. Autyzm
      stwierdzono u 39 na 10 tys. przebadanych osób, a łagodniejsze formy choroby
      nawet u 77.”

      „Autorzy książki iBrain wskazują
      na podobieństwo między dziećmi dotkniętymi autyzmem a cyfrowymi
      tubylcami. Psychologowie stwierdzili, że osoby spędzające wiele godzin
      w cyberprzestrzeni również zaczynają unikać kontaktu wzrokowego i niechętnie
      nawiązują bezpośrednie kontakty z innymi ludźmi. Wielu z nich rozwija
      przy tym niespotykaną wręcz sprawność w różnych dziedzinach techniki.
      Z tego powodu Small i Vorgan formułują hipotezę, że autyzm nie jest
      chorobą, ale inną, odmienną od dotychczasowej strukturą mózgu.”

      Ja napisałam o hipotezie sformułowanej przez amerykańskiego profesora neurobiologii z UCLA.
      Podaj mi proszę te moje przekłamania i nieścisłości w rozdziale o autyzmie. Bo ja czytając tekst widzę tylko przytaczanie hipotez różnych autorów (poza Smallem, mówię też o hipotezie Michaela Waldmana). Od siebie dodałam tylko opis autyzmu. Więc bardzo Cię proszę, przejrzyj te kilkanaście stron i podaj mi przykłady przekłamań.

      Czy to jest w książce konieczne, to inna sprawa. Spitzer dużo mówi o szkodliwości oglądania telewizji przez małe dzieci, więc uznałam, że te hipotezy należą do tematu.

      • 1.Z tekstu wynika,że jedyną znaną przyczyną autyzmu jest oglądanie telewizji, a wyeliminowanie tego czynnika może z autyzmu wyleczyć (przypadek dziecka Waldmana).

        2. O epidemii autyzmu jest, o tym że wynika ona w dużej mierze ze zmiany kryteriów diagnostycznych nic nie ma.

        3.Cytowane „badania” Waldmana mają wartość co najwyżej anegdotyczną i nie są przez nikogo traktowane poważnie, tu są jedynymi zacytowanymi.

  26. Dyskusja o modelu edukacji oparta na najnowszej wiedzy o procesach uczenia się jest niezwykle potrzebna…jak bardzo świadczyć może poziom, jaki reprezentują naukowcy, profesorowie PAN, którym wydaje się, że z racji funkcji i stopnia naukowego mają prawo podważać autorytety innych badaczy mózgu.
    Współczesna szkoła potrzebuje zmian, chcą jej nauczyciele, rodzice i uczniowie.
    Pani dr Marzena Żylińska w sposób przyjazny, nie atakując nikogo zwróciła uwagę na problemy współczesnej edukacji… Jest dla mnie autorytetem. Jej książka stała się moją inspiracją w codziennej pracy. Powinni ją przeczytać nauczyciele, rodzice, wszyscy, którym leży na sercu dobro dziecka.
    Ja i moi uczniowie uwielbiamy koktajle dr Marzeny Żylińskiej.
    Postawa Panów Profesorów jest nieprofesjonalna i budzi mój stanowczy sprzeciw.

  27. Pani Marzeno
    Proszę się nie przejmować i przyjąć reakcję szanownego PAN-owskiego grona jako sukces. Może zabrzmi to paradoksalnie większy szum wokół neurodydaktyki jest najlepszą reklamą.. zmian w edukacji :) :) Przecież zacni Panowie wiedzą wszystko najlepiej i są zaniepokojeni faktem, że ktoś z pasją i charyzmą próbuje wywołać dyskusję i rozkruszyć patologię pruskiej szkoły. Być może Panowie nie zdają sobie sprawy jak powstał system którego są obecnie częścią. Może chcą bronić systemu, który jest stworzony „pod nich” Zapomnieli chyba, że społeczeństwo obywatelskie to nie tylko kąpiąca się we własnym sosie sitwa publikujących we własnym podwórku zacne niecytowane prze nikogo pozycje pseudonaukowe ( przepraszam tych którzy rzeczywiście idą do przodu i ciągle się rozwijają szukając różnych możliwości współpracy z innymi) . Owi piewcy neurobiologicznej poprawności zwyczajnie próbują w mało elegancki sposób powstrzymać nieuchronne zmiany jakie muszą się zdarzyć aby zreformować sypiący się system. Panowie chyba nie do końca zrozumieli przesłania książki. Czepianie się szczegółów w ciągle rozwijającej się dziedzinach nauki to standard- było tak zawsze i zawsze tak będzie. Wystarczy poczytać biografie wielu zacnych wspaniałych fizyków czy chemików. Opór był zawsze i będzie. Cieszmy się- niech trwa szum i dyskusja. Pani uzasadnienie bardzo mnie przekonuje. A uzasadnienie Panów być może w kilku punktach słuszne nacechowane jest jadem, znanym mi tylko z miernego świata polityki. Proszę jeszcze raz przyjąć wyrazy poparcia. Co nas nie zabije to nas wzmocni. Z pozdrowieniami

  28. Uważam, że my, poruszeni opinią profesorów i oburzeni jej formą oraz sposobem publikacji, moglibyśmy i powinniśmy napisać list otwarty do PAN i rozesłać do wszystkich instytucji wymienionych w owej opinii.
    Powinniśmy to zrobić nie w interesie Autorki książki, nie w naszym interesie, lecz w interesie dzieci, w interesie obecnych i przyszłych uczniów.
    Kto jest gotów sformułować taki list ?
    Kto jest gotów podpisać się pod nim ?

    • - Ja, Panie Wiesławie, jestem gotowa się pod takim listem podpisać – ponieważ jestem mamą trojga dzieci i gdybym nie zetknęła się z książką pani Marzeny „pod choinką”, po doświadczeniach pierwszej dwójki dzieci w szkole (i to nie pierwszej lepszej), byłam gotowa uczyć przynajmniej nasze najmłodsze dziecko w domu.

      - Ja, ponieważ nasz najstarszy, gimnazjalista, przeżywał jeszcze na początku tego roku tak wielki kryzys będąc przeciążonym i kompletnie zniechęconym do nauki (szkoła była jego wrogiem nr 1), że dopiero po przedyskutowaniu z nim kilku tematów z książki pani Marzeny dostrzegł, że jest ktoś po jego stronie, że go rozumie. Spojrzał inaczej na tych nauczycieli, którzy cały czas w niego wierzyli i mu nie odpuszczali, bo widzieli w nim kogoś więcej niż dziecko nie chcące się uczyć – okazało się, że właśnie ci nauczyciele (historii, matematyki i j. polskiego) zetknęli się już z książką pani Marzeny lub zostali „wysłani” przez dyrekcję szkoły na spotkanie z panią Żylińską. Motywacja wróciła, w zeszłym roku każdy powód był dobry, by nie iść do szkoły, teraz nawet kiedy nie czuje się zbyt dobrze, chce do niej iść, bo przecież „dziś oddajemy projekt”! Pani Marzeno, bardzo Pani Dziękuję!

      - Ja, ponieważ nasza 10-latka, również po zasłyszeniu tego i owego przy rodzinnym stole, jest zmotywowana, by odrabiać lekcje sama i w ten sposób przetwarzać materiał samodzielnie, bez pomocy rodziców, gdyż dla niej NIE liczy się odrobienie zadania na 6 (niestety w imię wyścigu szczurów wielu rodziców odrabia pilnie prace domowe za swoje dzieci), tylko to, co zostanie w jej głowie. A jaką ma satysfakcję z tego, że pani dostrzegła i doceniła jej pracę – aż miło zobaczyć taki błysk w oku!

      - Ja, ponieważ nasz 5-latek nie ma motywacji, by śpiewać wciąż te same piosenki w przedszkolu („bo jest za głośno”, „ile razy mam jeszcze śpiewać to samo”) i odrabiać „nudne karty pracy”, podczas gdy w domu bombarduje nas pytaniami na niemal każdy temat i jedynie zajęcia dodatkowe w przedszkolu są w stanie wywołać uśmiech na jego twarzy.

      - Ja, ponieważ mam porównanie. Wiem z własnego doświadczenia, jak wyglądała edukacja szkolna (wcale nie elitarna) w Niemczech w latach 90. Uwielbiałam chodzić do szkoły, podczas gdy moi kuzyni i kuzynki w Polsce cierpieli katusze w szkolnych ławkach.

      Aż przykro mi, jako mamie, na to patrzeć, jak bardzo marnowany jest potencjał i naturalna chęć zdobywania wiedzy przez dzieci i te młodsze i starsze – widzę to na co dzień i cieszę się, że ktoś nareszcie sprawił, że obecne szkolnictwo zadrżało w posadach.

      Pani Marzeno, niech Pani nie ustaje – potrzebujemy tych zmian jak spragniony wody. Tylko w ten sposób alternatywne metody nauczania nie będą konieczne.

      • I ja, ponieważ moje dzieci nie chciały jeździć na wakacje, pytając, kiedy mogą już iść znowu do szkoły ( w Niemczech, oczywiście)

        • Ja rownież chętnie się podpiszę. Uważam, że krytykować jest niezwykle łatwo, a wziąć się do solidnej roboty by zmienić polską szkołę na lepszą znaczenie trudniej. Dobrze, że pani dr Żylińska włożyła kij w mrowisko, dzięki za jej wspaniałą i niezwykle pożyteczną książkę, oby więcej takich! Powinniśmy wziąć sprawy w swoje ręce i nie dać się otumaniać żyjącymi w swoich głowach profesorom.Szkoła czeka na zmiany, dzieci potrzebują zmian, czas pomóc nauczycielom je wprowadzać.

    • Ja, panie Wiesławie, dyrektor szkoły, która wdraża zmiany i widzi efekty. I nikt nie zatrzyma starań nauczycieli, którzy budują nową kulturę uczenia się, bo zależy im po prostu na dobru dzieci!

  29. Jako osoba znająca hermetyczne środowisko naukowe w zasadzie spodziewałem się podobnej reakcji, choć można było tego uniknąć, choćby właśnie przez to wytykane w liście powołanie recenzenta z zakresu neurobiologii czy choćby kognitywistyki (a w Toruniu są kognitywiści). Chociaż wtedy książka jeszcze długie lata nie ujrzałaby pewnie światła dziennego. Szkoda, że „dyskusja” na temat neurodydaktyki zaczęła się od takiego akcentu, poddanie w wątpliwość wiarygodności autora to najlepszy sposób na zamrożenie tematu na długie lata.

    • Gdy dwa lata temu prof. Spitzer był w Polsce, przeglądał moją książkę (grafiki, przypisy, autorów na których się powołuję), w pewnym momencie podniósł głowę i zapytał: „I co, nie atakują pani?”
      - Odpowiedziałam, że nie i usłyszałam „Das kommt noch!” (Dosłownie: To jeszcze przyjdzie, a mówiąc po polsku „No to będą.”

  30. Czytam i czytam, i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie jesteśmy w stanie wyjść w dyskusji poza czystą emocjonalność. Nie jest to zarzut wobec Autorki, bo jej zaangażowanie (także emocjonalne) jest w pełni zrozumiałe. Jeżeli w odbiorze wszelkich prac badawczych, decydującym czynnikiem mają być emocje i wewnętrzne przekonanie o słuszności stawianych tez lub ich potencjalna pożyteczność, to ja się z takiej nauki po prostu „wypisuję”.
    Mogę z czystym sumieniem kibicować Marzenie w jej działaniach na rzecz zmian w edukacji, dostrzegać poczucie obowiązku, misji oraz wizję łączenia neurologii z edukacją, ale nie godzę się argumenty „obrońców” w stylu „może to nie do końca prawda, może nie mamy na to pełnych dowodów, ale zmiany są konieczne”. Nie jestem specjalistą i nie zamierzam wymieniać drobiazgów, które wpływają na racjonalne postrzeganie pracy, ale w zaistniałej sytuacji, konieczna wydaje mi się redakcja i korekta książki przed kolejnym wydaniem. Tak jak pisze @majcin, okopywanie się na stanowisku, że wszystko jest OK, a panowie z PAN są beee (choć ich intencje nie wydają się czyste), zepchnie potencjalnie dobry kierunek działań edukacyjnych do getta, w którym gromadzi się „wiedza” o UFO i teoriach spiskowych.
    Jestem przekonany, że Marzena wyciągnie wnioski z napaści panów „wiedzących zawsze lepiej” i pozbędzie się elementów mitologii, które bardzo podobają się ludziom z sercem na dłoni, ale będą zawsze pretekstem do deprecjacji jej osiągnięć w konfrontacji z twardymi faktami.

      • Marzena, np. związek między autyzmem, a oglądaniem telewizji jest spekulatywny. W naukach medycznych przyjęto kryterium kierowania się ilością cytowań dla uniknięcia posądzeń o wyniki wyssane z palca. Obecnie można znaleźć badania „potwierdzające” każdą, dowolną tezę – założę się, że można też wyszperać przynajmniej dwie prace, które taki związek wykluczają. Czy można na ich podstawie obalić twoje przypuszczenie? Na pewno, nie.
        I jeszcze jedna kwestia, czy nie można domyślać się, że wzrost rozpoznań autyzmu wynika z samego zainteresowania tematem i nowocześniejszych testów? To samo można powiedzieć o przypadkach dysleksji, ADHD czy alergii – dostrzegamy tendencje wzrostowe, ale ten przyrost może wynikać w dużej części z intensywności badań.
        Ja absolutnie nie chcę wytykać ci błędów, mam za małą wiedzę. Niestety, istnieje przyzwolenie na traktowanie nauk społecznych z taryfą ulgową, co przyczynia się do przekonania, że nie warto traktować ich poważnie; ot, jedna pani, czy drugi pan chlapnie sobie coś w telewizji śniadaniowej, napisze potem szybko pracę cytując równie poważne źródła, ktoś inny podczepi się pod „ideę”, sprzeda patent na całe zło, ktoś jeszcze machnie na tej podstawie ze trzy poradniki w stylu „jak żyć?”, a ludzie myślący racjonalnie machną ręką, uważając, że cała ta dydaktyka, metodyka to jedna wielka ściema oparta na wierze w chochliki. Dlatego trzeba być bardzo czujnym i nie dawać pretekstów.

        • Robert
          Bądź logiczny! Ja napisałam jedynie, że jest taka hipoteza, której autorem jest ten a ten profesor. O jej prawdziwości nie napisałam ani jednego słowa. Chyba nie chcesz powiedzieć, że nie można przytaczać hipotez stawianych przez naukowców. Tak właśnie wyglądają zarzuty wobec mnie. jeśli tak ma wyglądać dyskusja na temat błędów, to sięgamy granic absurdu.

          Pytasz: „I jeszcze jedna kwestia, czy nie można domyślać się, że wzrost rozpoznań autyzmu wynika z samego zainteresowania tematem i nowocześniejszych testów? To samo można powiedzieć o przypadkach dysleksji, ADHD czy alergii – dostrzegamy tendencje wzrostowe, ale ten przyrost może wynikać w dużej części z intensywności badań.”

          Można, Napisałam o tym.

          • Jasne że można! Nie powinno się jednak sprawiać wrażenia absolutnej pewności, a takie wrażenie niestety pozostaje. Napisałem, że trzeba unikać dawania pretekstów – środowisko, tzw. naukowe, nie należy do bezstronnych i łatwo wybaczających.

          • Czy można sprawiać wrażenie pewności pisząc: „Gary Small i Gigi Vorgan wskazują na jeszcze jedno niebezpieczeństwo związane
            z oglądaniem telewizji w pierwszych latach życia i wysuwają hipotezę,
            że właśnie tu można się dopatrywać przyczyn lawinowego wzrostu diagnozowanych
            w ostatnich latach przypadków autyzmu.”

            Właśnie zaznaczam w „Neurodydaktyce” miejsca, gdzie napisałam, że musimy stworzyć szkoły ćwiczeń i zacząć prowadzić badania, bo one są niezbędne, by mieć pewną wiedzę. Zaznaczając je, myślę sobie, że za często to napisałam, ale dla niektórych osób mogłoby to stać na każdej stronie, a i tak moje upominanie się o badania można by nazwać pewnością siebie. Robert, wybacz, ale to, co piszesz jest nieprawdziwe i nieuczciwe.

            Innym, bardzo często wykorzystywanym przeze mnie w „Neurodydaktyce” zwrotem jest „wiele wskazuje też na to, że …”.
            Trzeba chcieć widzieć w „Neurodydaktyce”, to co ja tam napisałam. Bez tego zarzuty są nieuczciwe. A popatzr, ile ich tu już było. A to, że jestem nierzetelna, bo pominęłam „Cyfrową demencję” Spitzera (ile ja z tej książki cytowałam!!! , no i wstęp do niej napisałam), a to że o autyzmie źle napisałam (przytoczyłam hipotezę profesora z UCLA, ale się do niej nie odniosłam), a teraz nadmierna pewność. No to naprawdę sięgnęliśmy granic absurdu.

  31. Mam wrazenie, ze naukowcy z PAN w tym przypadku dzialaja na zasadzie (przepraszam): „a dziad wiedzial, nie powiedzial.” Skoro maja wielka wiedze na temat neurobiologii i neurodydaktyki (a maja!), dlaczego nie opublikuja pracy, wzorowym jezykiem polskim, bez porownan, uproszczen, bledow.

    • Bo u nas można uważać się z naukowca nie publikując…

  32. Właśnie wysłuchałam pani rozmowy w TokFm – cieszy mnie, że red. Kuba Janiszewski tym razem wypadł lepiej ;) niż kiedyś, gdy z panią o książce rozmawiał.
    Panom z PAN zabrakło odwagi, bo uprzednio zabrakło rozwagi.

  33. Sposób argumentacji zawarty w piśmie, styl tej wypowiedzi – absolutnie niegodny poważnej instytucji naukowej. Zarzuty – niezrozumiałe! Przecież dr Marzena Żylińska NIGDZIE nie twierdzi, że jest neurobiologiem, lecz powtarza, że wypowiada się z pozycji metodyka, nauczyciela, dydaktyka etc., i że jedynie CZERPIE wiedzę neurobiologiczną od pewnych autorytetów w tej dziedzinie (mówiąc o konsekwencjach tej wiedzy dla nauczycieli/metodyków/dydaktyków).

    A zawarte w piśmie twierdzenie, że współcześnie osiągnięty poziom badań nad mózgiem nie pozwala na wnioskowanie na temat sposobu przyjaznej mózgowi edukacji, jest mocno zaskakujące. Jak to, to nadal (w XXI wieku) nic w tej kwestii nie wiemy?!…

    • „Wiedzieć” to my jeszcze długo nie będziemy. Nie w tym rzecz. Niewiedza jest jednym z podstawowych motorów postępu i robienie z tego zarzutu jest niepoważne. Gorzej jest, jeśli stwarzamy pozory wiedzy. Niestety PAN-owie uznali za stosowne odwrócić się na pięcie i po rzuceniu oskarżeń w formie niedopuszczalnej (gdzie odwołanie się do własnych prac, gdzie choćby artykuł polemiczny?), uznali, że nie będą zniżać się do polemiki z amatorką. Nieeleganckie, jeśli nie żałosne. Dziwne tym bardziej, że np. prof. dr hab. Andrzej Wróbel, wnioskując po dorobku naukowym (zajmuje go głównie postrzeganie wzrokowe – absolutna podstawa badań nad uczeniem się, jest redaktorem Neuroinformatics, Kognitywistyka i Media w Edukacji), powinien nie mieć problemu z uzasadnieniem swoich zastrzeżeń.

      • No dobra — savoir vivre nawalił na całego. Co nie zmienia tego, że obaj rozumiemy powody irytacji neurobiologów, które dadzą się streścić do tego, o czym mówiła Molly Crockett, już tu przywoływana i linkowana. Czy słusznie się irytują Marzeny publikacjami — to osobny problem. Ja przypuszczam — choć rozeznanie mam słabe — że cytowani przez Marzenę niemieccy profesorowie zwyczajnie nie są uważani przez naukowców z PAN. Jeśli istnieją powody, to ja podejrzewam, że je rozumiem. To wszystko nie powinno jednak unieważniać pytań — „Kognitywistyka i Media w Edukacji” to coś, co mnie bardzo interesuje: są szanse na dyskusję, czy ich nie ma?

        • No niestety, nie sądzę. Rozumiem Marzenę (za chwilę się na mnie obrazi, jeśli już tego nie uczyniła) – ma swoją idee fix, czuje się bardziej popularyzatorką niż neurobiologiem, ale rozumiem także wysuwane (naprawdę w kiepskim stylu) zastrzeżenia. Wygląda na to, że wymiana poglądów będzie się odbywać za pomocą enuncjacji lub ignorowania drugiej strony. Szkoda, bo oczyszczenie atmosfery powinno być celem obu stron, a nie tylko tej wyrwanej „do odpowiedzi”. Prawdą jest, że w Polsce nadal pokutuje model prowadzenia „dyskusji” naukowej ex cathedra. Nie twierdzę, że dziwny przypadek niedyspozycji dra Wróbla musi sprawę zamykać, ale to właśnie po stronie oskarżającego leży obowiązek uzasadnienia podjętych kroków. Ja liczyłem właśnie na coś na kształt wypowiedzi Crocket, umiejętne rozłożenie akcentów, rozdzielenie tego, co wiemy, od naszych projekcji, co jest wizją, a co udokumentowaną wiedzą. Naprawdę uważam, że obydwie strony mogłyby z tego wyjść wzmocnione.
          Co do autorytetów, którymi wspiera się Marzena, podzielam twoje zdanie – od nich też bije irytujące przekonanie o rzeczach nie dających się łatwo zweryfikować – sami wielokrotnie spieraliśmy się tu o niektóre tezy Huthera… To rzeczywiście może „ruszać” ludzi zajętych na co dzień aktywnością kory wzrokowej kota, a edukację postrzegających jako skutek uboczny tejże.

  34. Szanowni Państwo,

    mleko się rozlało i bardzo dobrze, że stało się to dzięki profesorom PAN. Rozmowa o roli akademików w Polsce nabierze nareszcie rumieńców. Mam nadzieję, że poruszy środowisko i przypomni mu, po co istnieje.

    Może warto powiedzieć wprost, że kompromituje Uniwersytet zasada „splendid isolation”. Wielu naukowców zapomina o obowiązku popularyzowania wiedzy dla społecznego dobra. Są wykwintem tego społeczeństwa, a robią wszystko, by nim nie być.

    W Polsce ma miejsce ciekawy fenomen: tylko nieliczni biorą udział w rzeczywistym dialogu, budują wciąż na nowo ścieżki komunikowania się ze środowiskami nauczycielskimi; zdają sobie sprawę z ważności tego, co robią na niwie popularyzowania nowych idei naukowych i przekładania ich na język dydaktyk oraz metodyk. Wiemy dobrze, że metodyk na uczelni jest „naukowcem” drugiego sortu. Nie cieszy się ani prestiżem, ani zbytnią uwagą.

    Tak naprawdę choruje cały system, a akademicy zapomnieli o misji, bo przecież w społeczeństwie neoliberalnym podobne myślenie zakrawa na rzewną głupotę.

    Pozdrawiam serdecznie. „Neurodydaktyka” spotkała się dlatego z takim zainteresowaniem, że jest po prostu bardzo interesującą propozycją mentalną dla wielu refleksyjnych belfrów. Oni bardzo dobrze wiedzą, że dotychczasowy paradygmat kształcenia w polskiej szkoły już dawno przestał być wydolny. Obserwują to na co dzień.

    • Zgadzam się z takim spostrzeżeniem. Zmiany są konieczne, już się dzieją. Od lat działające „modele alternatywne edukacji” mają wreszcie szansę na szerszy rozwój. Mogą powstawać też nowe, autorskie rozwiązania edukacyjne.
      Od naukowców oczekuję wsparcia i dialogu, a nie wyłącznie reprymendy.

      • O, tak… Zaanagażowanie akademików i to, kiedy ono następuje, to naprawdę temat na osobne studia ;) Dosyć łatwo mi zrozumieć przyczyny reakcji prof. Mozrzymasa (choć frontalny atak na Marzenę i jawna intencja pozbawienia jej wpływu na rzeczywistość, to rzeczy po prostu paskudne), ale niezależnie od wszystkich tych rzeczy…

        Być może rzetelnie sceptyczny neurobiolog ma prawo powiedzieć, może nawet powinien, że neurobiologia nie jest w stanie uzasadnić słuszności tego lub innego scenariusza lekcji (z tym się bardzo zgadzam, a scenariuszy w ogóle nie znoszę). Ale czy z drugiej strony istnieje jakikolwiek neurobiolog zajmujący się procesami poznawczymi, który by mógł spokojnie spojrzeć lustro i oświadczyć, że znana nam szkoła z jej klasami, programami, egzaminami itd. jest ok? Że się niczego o niej nie da powiedzieć? Niczego ocenić?

        Rozumiem walkę z „szarlatanerią”, sam się wkurzałem powierzchownymi i potencjalnie szkodliwymi ocenami niezykle popularnego Kena Robinsona — jednak istnieje kilka prostych prawd o szkole, które da się powiedzieć natychmiast. I które powinny zostać powiedziane. A nie są.

        • Panie Pawle,

          mam wrażenie, że środowiska uniwersyteckie okopały się na z góry upatrzonych pozycjach, z tej góry śledzą przeciwnika, a gdy zaistnieje w ich mniemaniu taka potrzeba – otwierają ogień. Przeciwnikiem może być każdy, na pewno ten bez odpowiednich glejtów i poświadczeń o pochodzeniu z prawego łoża.

          Jako polonista jestem świadkiem wielu znakomitych wystąpień naukowców związanych z nauczaniem przedmiotu. U nas debata ciągle się toczy. Przy czym aktywność poszczególnych środowisk nie jest rozłożona zbyt symetrycznie.

          Myślę, że w większości akademików pokutuje przekonanie o wyjątkowej ważności pozytywistycznego paradygmatu uprawiania nauk humanistycznych. Nie mam nic przeciwko niemu, ale na niższych poziomach edukacji skutkuje to nieznośnym schematyzmem, przewidywalnością i mordowaniem tej tkanki w nauczaniu polskiego, która uczy wrażliwości estetycznej, kultury interpretacji, trudnej sztuki tworzenia autorskiej wizji świata. Zmiana pewnych nastawień potrwa jeszcze jakiś czas, a trwa już bardzo długo.

          Michał Paweł Markowski nie przyjmie się jeszcze w dyskursie metodycznym. Bobiński spotka się z ostracyzmem bardziej konserwatywnych koleżanek i kolegów, a prof. Żurek już jest uważany za polonistycznego chuligana lub też o.m.c. MEN-owskiego aparatczyka. Miał jednak odwagę pozmieniać, co konieczne. Narobił trochę błędów (nadszczegółowość podstawy), ale i je naprawia (nowa matura 2015). Prof. Agnieszka Kłakówna działa gdzieś na bezdrożach polskiej polonistyki, bo jej rezygnacja z prac nad „To lubię” jest wg mnie katastrofą dla rynku podręczników. „Polonistyka” zaś – ciągle w znakomitej formie – dopuszcza do głosu zbyt małą liczbę ludzi nieco inaczej niż polityka pisma – myślących.

          Podoba mi się za to ciężka praca środowiska krakowskiego z panią prof. Anną Janus-Sitarz jako „rozprowadzającą” i redaktorką znakomitej serii dla polonistów.

          Kłótnia nigdy nie będzie debatą, a i u nas ma to często miejsce.

  35. @Wojtek napisał:
    „… prawda nigdy nie jest szkodliwa, a fałsz nigdy nie jest dobry. Łyżka dziegciu fałszywej argumentacji psuje całą beczkę miodu dobrych idei. Dobro można budować wyłącznie na prawdzie.
    Mój komentarz nie dotyczył formy opinii, ale treści. Zarzuty nie brzmiały, że „pani Marzena jest niebezpieczna”, jak ona to sformułowała tutaj, ale dotyczyły rzetelności wiedzy, jaką jej książka przedstawia.”

    Oczywiście można mieć takie stanowisko i wydaje się, że właśnie takowe mają Autorzy opinii. Nasuwa się pytanie: czy takie stanowisko uprawnia uczonych do wysyłania swojej opinii do tak wielu instytucji ? Jaki jest cel takiej „propagandy” ? Jakie „wrażenie ma odnieść czytelnik” listu naukowców ? Jakie intencje przyświecają neurobiologom PAN ?
    Kto i jak może zagwarantować, że opinia PAN jest rzetelna i nie zawiera błędów ? Czy jest w stanie ocenić to urzędnik Kuratorium Oświaty ?
    Co to jest „prawda” i „fałsz” w nauce ? Co nam mówi o tym historia nauki ? Czy praca Mikołaja Kopernika była rzetelna, czy była zgodna z aktualną wiedzą ? Czy zawierała łyżkę dziegciu (np. orbity kołowe) ?
    Czy w neurobiologii wszystko jest już „jasne i proste” ? Czy badacze nie poszukują, nie prowadzą polemik i sporów, nie tworzą różnych szkół ?
    Profesorowie piszą o szkodliwości książki: „Taki sposób prezentacji osiągnięć (…) neurobiologii (…) uważamy za bardzo szkodliwy.” Na czy polega ta szkodliwość ? Szkodliwość dla kogo ?! Używanie argumentu szkodliwości, bez jego uzasadnienia, pachnie manipulacją. W ten sposób można „spalić” każdą książkę, każdą hipotezę, każdą idee – oznaczyć ją jako szkodliwą, bez żadnego uzasadnienia.
    Czy jest możliwość określenia szkodliwości książki łączącej wiedzę biologiczną z humanistyką. Jak to zrobić ?
    Profesorowie, przestrzegając przed „rozpowszechniania poglądów i informacji” zawartej w „Neurodydaktyce”, chcą uchronić moje dziecko przed … – przed czym ? Dlaczego nie napisali przed czym chcą ochronić uczniów polskich szkół ? Dlaczego pozostawiają adresatom swojego pisma pole do domysłów ?

    „Dobro można budować wyłącznie na prawdzie.” To bardzo mocne twierdzenie. Panie Wojtku, czy dopuszcza pan możliwość zastanowienia się nad nim, wyrażenia wątpliwości, próby weryfikacji, dyskusji, stworzenia innego twierdzenia ?
    Co Pan powie na taką hipotezę: prawdę można budować wyłącznie na dobru ?
    Co Pan powie na propozycję: unikajmy (a może wyeliminujmy) w naszym myśleniu słów „nigdy”, „zawsze”, „wyłącznie”, „oczywiste”, „albo …, albo …”, „0-1″.

    Czy Autorzy opinii chcieliby odpowiedzieć na postawione pytania – dla prawdy i dobra nauki, dla pożytku naukowców i zwykłych ludzi – „konsumentów” nauki, a przede wszystkim w interesie naszych dzieci i wnuków ?

    • Przeczytałam z uwagą list profesorów, odpowiedź pani Marzeny oraz zamieszczone tu komentarze. Jestem matką dzieci w wieku szkolnym, ale także czynnym zawodowo prawnikiem, mimo że z tytułem „ledwie” magistra. Cała ta sprawa przypomina mi spory występujące także na gruncie prawa. Akademicy drążą, dywagują, zapisują setki stron, teoretyzują (co bywa oczywiście cenne – nie jest moją intencją dyskredytowanie ich pracy), jednak gdy przychodzi do rozwiązania konkretnej sprawy często stają bezradni, gdyż nie zakończyli jeszcze prac nad swoją rewolucyjną koncepcją. Do mnie trafia natomiast żywy człowiek, którego problem musi zostać rozwiązany tu i teraz.
      To samo – tym razem jako matka – widzę tutaj. Panowie profesorowie neurobiolodzy analizują, co trwa. Moje dzieci chodzą do szkoły tu i teraz. Niezależnie od tego, czy ktoś uzna to za sekciarstwo czy nie, ja nie mam poczucia, aby działania pani Marzeny i – popełnione być może przez nią merytoryczne błędy (nie mam kompetencji, by to ocenić) mogły wywołać nieodwracalne szkody. Przeciwnie, gdyby nie pani Marzena, jej książka oraz nawoływanie do zmian w szkole, szkody jakie naszym dzieciom wyrządza aktualnie obowiązujący system nabrałyby charakteru nieodwracalnego. Widzę to na co dzień, jako matka czwartoklasisty, któremu wystarczyło jedno półrocze z nauczycielami preferującymi „tradycyjne” metody nauczania, by znienawidzić szkołę i uczenie się w ogóle.
      Dlatego nie mam wątpliwości po czyjej stronie opowiedzieć się w tym sporze.

      • Przepraszam, zamieściłam komentarz nie w tym miejscu. Nie stanowi on odpowiedzi na wpis pana Mariańskiego (choć może i ma z nim jakiś związek).

        • Pani wpis jest doskonałym dopełnieniem do moich pytań. Musimy wszystkie nasze świadectwa, opinie, wątpliwości i pytania spisać i wysłać „tam gdzie trzeba”.

    • Wiesz co, to jest kłopotliwa sytuacja. Stanowisko KN PAN trudno komentować, skoro ono przybrało formę na poły donosu, na poły ataku, którego jedyną intencją jest zamknąć Marzenie usta, zdyskredytować ją i pozbawić wpływu na szkołę. Gdybym je zobaczył jako artykuł, zastanowiłbym się. Ty z pewnością również.

      Bardzo mocny komentarz napisałeś. Ale może warto na chwilę powściągnąć oburzenie. Komentarzy jest tu sporo. W ogromnej większości pochodzą od ludzi, którzy na rzeczy — na neurobiologii — znają się tak samo słabo, jak Ty i ja. Wszystkie są mocne, a większość mówi, że profesorowie bredzą w niegodny sposób. Cóż, profesorom zdarzają się, jak dobrze wiemy, zarówno zachowania głupie, jak podłe. Ale mamy tu do czynienia z podekscytowanym chórem, wykrzykującym o inspiracji, którą im dała lektura książki Marzeny — wobec wspaniałości idei, która za tą książką stoi, wszelkie zarzuty muszą być niegodnym knowaniem. No, to właśnie bym chętnie powściągnął.

      KN PAN zarzuca Marzenie szerzenie kultu cargo i pseudonauki. Pohukując z oburzeniem — boję się — robimy Marzenie niedźwiedzią przysługę. Bo już całkiem jawnie nie o rzecz samą nam chodzi, a o to, by stanąć po właściwej stronie.

      Proponuję przykład Kena Robinsona i chcę w tym miejscu bardzo wyraźnie zaznaczyć, że to jest przykład, który z Marzeną i jej „Neurodydaktyką” celowo nie ma związku. Robinsona książki i zwłaszcza jego słynne wykłady są szalenie popularne. Z niezwykłą siłą promują idee szkoły otwartej, skoncentrowanej na ludzkich potrzebach i na twórczym potencjale człowieka. Robinson wykonał i nadal wykonuje kawał dobrej roboty. Według mnie jednak jego argumentacja jest wyjątkowo nierzetelna. Prosta i dzięki temu chwytliwa tam, gdzie rzeczywistość jest jednak uparcie i złośliwie skomplikowana. Idee, z którymi z całego serca sympatyzuję, zmieniają się w społecznej recepcji w swoją groteskową karykaturę. A powodem są właśnie chwytliwe uproszczenia.

      Widziałem ostatnio całkiem sporo inicjatyw edukacyjnej alternatywy, które się Robinsonem inspirują, a które — nie mam wielu wątpliwości — zbliżają się do naruszenia tej konstytucyjnej normy dziecięcego prawa do nauki, którą nasza Konstytucja postanawia strzec niechcianym przez nas (przeze mnie w każdym razie) przymusem nauki. To są więc szkoły, które postanawiają nie tylko ignorować wszelkie edukacyjne cele, ale wręcz z naciskiem twierdzą, że każda nauka jest zła. Ilekroć w rozmowach zająknę się o jakiejkolwiek książce, jakiejkolwiek dyscyplinie wiedzy, z częstotliwością, która przyprawia mnie o mdłości, słyszę tę samą mantrę zaczerpniętą z Robinsona o tym, że można być szczęśliwym człowiekiem nie znając tego lub innego autora, nie wiedząc niczego o fizyce itd. Jakbym o tym sam nie wiedział i jakbym komukolwiek kazał czytać ulubionych przez siebie autorów, albo takich, których uważam za „koniecznych”. Mdłości budzą się u mnie ilekroć widzę, że celem szkoły jest właśnie nie czytać, że regały z książkami są be, a tylko huśtawki są cacy. Szczęście dziecka bierze się więc z nieczytania. Przerażenie natomiast — wcale nie przesadzam — pojawia się u mnie, kiedy np. rodzice w procesie rekrutacji podpisują zobowiązanie poddania się terapii w przypadku, kiedy zechcą dziecko ze szkoły zabrać… Podobne to do zgody na egzekucję bez sądu, które podpisujesz biorąc kredyt. A takie rzeczy widzę coraz częściej — cytaty z Robinsona wiszą w takich miejscach na ścianach. Zdjęcie Marzeny, przy okazji, pojawia się na tych samych ścianach coraz częściej. Choć jeszcze raz zaznaczam, że to tylko przykład, a nie sugestia, że Marzena za te szaleństwa odpowiada.

      Bywają więc książki i całe nurty, które potrafią być pierońsko szkodliwe przy całej słuszności podstawowych idei i nader często właśnie fałszujące uproszczenia są tu źródłem kłopotów. Jeszcze raz podkreślam, bo nigdy dość — to tylko przykład, świadomie unikający związku z zawartością tez Marzeny. Ale unikajmy głośnych chórów tam, gdzie niewątpliwie potrzeba najpierw namysłu. Owszem — sam wiem nadto dobrze — że jest się w oświacie na co wkurzać, że z mnóstwem skandali mamy w niej do czynienia, że parę awantur przydałoby się wszcząć, bo i jest o co. Kłopot w tym, że tu jednak chodzi o grzebanie w mózgach, a nie o szturm na Bastylię.

      • Acha – wygląda na to, że zarzuty KN PAN są zwyczajnie puste. Odpowiedź Marzeny mnie przekonuje. Cytaty oznaczyła prawidłowo, nie ma się jak czepiać, że orzeka o prawdzie tam, gdzie jest to nieudokumentowane. Marzena rzeczywiście pisze z pozycji ew. „konsumenta” dorobku neurobiologów, który powinien być dla nich „naturalnym klientem”, bo chodzi w końcu o praktykę procesów poznawczych w szkole.

        Marzena ma przede wszystkim rację, kiedy pisze, że opinia o tym, że neurobiologia nie potrafi uzasadnić żadnych tez dotyczących dydaktyki jest wyłącznie oceną Mozrzymasa, a nie faktem. No, kiedy się Marzena różni ocenami z profesorem neurobiologii, to być może są powody, żeby ufać raczej jemu niż jej. Kłopot w tym, że profesor gra nie fair.

        Ja bym tę jego ocenę uznał za prawdopodobną — tak mi się zresztą rzeczywiście wydaje, choć wiem przede wszystkim, że się nie znam. Ale nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że neurobiolog widząc anestezyjne metody ulubione w szkole (cytując świetne określenie Robinsona) powinien bez problemu i konfliktu z własnym naukowym sceptycyzmem powiedzieć, że tak jest jednak bez wątpliwości źle.

        Ja jednak napisałem powyższe w rzeczywistej obawie przed niedźwiedzią przysługą. Oburzony protest zbiorowy może się czymś takim stać. formułowałbym go po prostu z innych okazji — a jest ich bez liku.

        Teraz patrzę i myślę sobie: co ja gadam właściwie. Strateg się znalazł… Póki co Marzenie udało się rzeczywiście zasiać sporo, a mnie — no, widać…

  36. Pawle, zgadzam się z Tobą. Szkodliwe, nierzetelne, ignoranckie, byle jakie działanie edukacyjne mogą pojawić wszędzie – w szkołach zwykłych, alternatywnych, demokratycznych, motesoriańskich, … wszelakich. Warto i należy pokazywać je, krytykować, może piętnować, a być może nawet pisać donosy.
    Profesorowie napisali:
    „Taki sposób prezentacji osiągnięć młodej i ciągle jeszcze niewystarczająco rozpowszechnionej w naszym Kraju dziedziny
    neurobiologii, jaki proponuje dr Żylińska w swojej książce i działając jako „reformator” edukacji, uważamy za bardzo szkodliwy.”

    Koniec i kropka. Na czym ma polegać ta szkodliwość nie dowiemy się. Zatem jest to pomówienie, bezpodstawne oskarżenie i manipulacja. To jest język wojenny, konfrontacyjny, „głos pana”, wyrok – zamykający dialog. Oskarżanie książki i jej autora o szkodliwość bez uzasadnienia jest niedopuszczalne. W ten sposób można uciąć łeb każdej sprawie. „Pana/pani przemyślenia i działania są szkodliwe, proszę stąd wyjść !” Czy tak mogę wystąpić na najbliższej wywiadówce ? Przecież działania każdej polskiej szkoły oparte są na nienaukowych, fałszywych założeniach i zasadach. Czy profesorowie o tym nie wiedzą ?
    To właśnie list PAN-u jest szkodliwy. Jest szkodliwy dla mojego dziecka i moich wnuków. Jest szkodliwy dla obecnych i przyszłych uczniów polskich szkół, bowiem nakłania instytucje i ludzi odpowiedzialnych za edukację do odstąpienia od działań sprzyjających edukacji rzetelnej, opartej na aktualnej wiedzy pedagogicznej i psychologicznej, zgodnej z potrzebami i wymaganiami współczesnego człowieka i społeczeństwa. List PAN jest szkodliwy, ponieważ wspiera obecny system edukacji, anachroniczny i skompromitowany. Dlatego nie powinien pozostać bez odpowiedzi. To nie jest kwestia emocji. Brak odpowiedzi byłby nieracjonalny.

    • „Przecież działania każdej polskiej szkoły oparte są na nienaukowych, fałszywych założeniach i zasadach. Czy profesorowie o tym nie wiedzą ?”

      Masz rację. A ja chyba nie. Być może również w tej kwestii, że brak odpowiedzi byłby nieracjonalny.

  37. Forma ataku jest niegodna tak szacownego grona, ale najgorsze jest to, że z pisma Komitetu Naukowego PAN wynika, że ci PANowie książki M. Żylińskiej nie znają.
    W opinii można znaleźć takie zdanie: „Autorka stara się wytworzyć w czytelniku przekonanie, że aktualna wiedza z tej dziedziny, osiągnęła już taki poziom, że w oparciu o nią można skutecznie kształtować procesy edukacji.”

    Każdy, kto czytał „Neurodydaktykę” wie, że to nieprawda!!! Żeby się o tym przekonać, wystarczy otworzyć „Neurodydaktykę” na stronie 16 lub 20. M. Żylińska w wielu miejscach postuluje stworzenie szkół ćwiczeń, porównywanie metod, badanie i testowanie. Wciąż pisze o współpracy i o tym, że musimy mieć w edukacji falsyfikowalne tezy. Więc dopomina się o badania takie jak w dziedzinie nauk biologicznych.

    W Niemczech w oparciu o badania mózgu tworzy się nowe modele szkół. Pierwsi uczniowie są już po maturze, neurobiolodzy się do tych zmian włączają, a u nas właśnie neurobiolodzy stawiają taki mur i twierdzą, że wciąż nic nie wiemy. To o czym Spitzer napisał w książce „Jak uczy się mózg” z 2002 roku ? Ta książka ma 350 stron!!! Czy to możliwe, że 13 lat później w Polsce nic nie wiemy i nic z neurobiologiczną wiedzą robić nie wolno?

    Jak można napisać taki paszkwil i nawet nie sięgnąć do książki. Te zaproszenia do współpracy i tworzenia szkół ćwiczeń są już na samym początku książki.

    Zastanawiam się, czy osoby podpisane pod pismem „Neurodydaktyki” nie miały w ręku, czy ją czytały i celowo mijają się z prawdą.

  38. Dla mnie wystarczyło, że kopię wysłali do Polityki.
    Pozdrawiam Pani Marzeno.

  39. W całym blogowym zamieszaniu, jak zwykle, gubi się sedno problemu, a takim sednem powinno być rozgraniczenie między:

    krytyką a nagonką,
    dyskusją a pamfletem,
    argumentami a emocjami,
    uczciwością a lojalnością,
    statystyką a generalizacją,
    popularyzacją a spłyceniem,
    faktem a opinią,
    autorytetem naukowym a popularyzatorem nauki,
    nauką a przekonaniami,
    związkiem przyczynowym a chciejstwem,
    neurologią a dydaktyką,
    aktywnością kory wzrokowej szczura a procesem uczenia się człowieka,
    treścią a opakowaniem i…

    …można by tak jeszcze długo. Myślę, że rozgraniczenia takie wpłynęłyby na obniżenie temperatury sporu i sprowadzenie go do właściwych proporcji, czyli do różnicy kąta widzenia, spowodowanej różnym miejscem siedzenia.
    Ciekaw jestem, co tak bardzo poruszyło panów profesorów, żeby z wysokości swych katedr, po kilku latach od jej wydania, ciskać gromy w książkę, która, w kwestiach dotyczących ich dziedziny, nie wychodzi poza podręcznik licealny (Ciekawe swoją drogą, czy PAN z taką wnikliwością analizuje podręczniki.)? Forma ich wypowiedzi to niemal nawoływanie do spalenia książki, jeżeli nie autorki. Jest to o tyle dziwne, że publikacja Marzeny zawiera treści znane od dziesięcioleci i to nie tylko nauczycielom. (A może właśnie nauczycielom nie, sądząc po sensacji jaką książka wywołała?!)
    Przyczyn tak gwałtownej reakcji mogę się jedynie domyślać – główną zidentyfikowała sama Marzena, jako wkroczenie na „nieswoje terytorium”. Ta diagnoza wydaje mi się trafna, ale myślę, że profesorowie kierowali się także niezbyt wysokim mniemaniem o autorytetach wskazywanych przez autorkę oraz dość uporczywym „opakowywaniem” treści dydaktycznych w pudełeczka z logo „neuro”. Panowie widać mają już alergię na to słowo, bo, choć każda ludzka aktywność ma podłoże neuronalne, oni przyzwyczaili się do używania go w określonych kontekstach (i tu im się specjalnie nie dziwię).
    W kwestii Spitzera i Huthera, można się z nimi nie zgadzać, można kwestionować ich tezy i wykazywać ich niespójność (to akurat nietrudne), ale po co strzelać do posłańca? Można oczywiście stanąć na stanowisku, że każda najdrobniejsza nieścisłość dyskredytuje czyjąś pracę, ciekawe tylko, ile prac by się ostało. Niemniej jednak warto, przy okazji, zastanowić się, czy nie podlegającą dyskusji potrzebę zmian w oświacie (światowej) trzeba koniecznie podawać w otoczce mającej dla specjalistów neurologów wartość czysto anegdotyczną.
    I tu docieramy do kwestii skali – to nieprawda, że neurobiologii nie można mieszać z teorią nauczania. Czym innym jest jednak ta teoria dla neurologa i czym innym dla nauczyciela. Neurolodzy nie chcą bezpośrednio przekładać swoich wniosków z badań nad mechanizmem uczenia się makaka na człowieka (mechanizmy czysto neuronalne – skala mikro), bo mają świadomość nie tylko podobieństw fizycznych, ale także różnic środowiskowych, kulturowych i społecznych u obydwu gatunków (skala makro), a nauczycielom z kolei taka fragmentaryczna wiedza (przepaść między mikro a makro) na nic się nie przydaje.
    Tu wkracza grupa trzecia, pośrednicy, ludzie, którzy chcieliby żeby oświata, która jest naukową wolną amerykanką, zyskała wreszcie statut wiedzy, a nie przeczuć. Czasami tak bardzo chcą, że własne przeczucia utożsamiają z pożądaną wiedzą (vide wspomniani Spitzer i Huther). W pracach popularnonaukowych dozwolone jest posługiwanie się dobrze oznaczonymi przeczuciami, w przedstawianiu wyników badań, już nie. Niezależnie od logiki przeczuć, pozostają one przeczuciami do momentu zweryfikowania ich przez naukę. Wydaje mi się, że Marzena w sposób rażący nie naruszyła tej zasady. Gdyby autorem książki był któryś z panów z Komitetu Neurobiologii, reakcji jego kolegów bym się nie dziwił. W przypadku pracy popularyzatorskiej, przedstawiającej problemy dość jednak odległe od laboratorium, wystarczyłby artykuł polemiczny. To właśnie kwestia skali.

  40. Jeśli specjaliści z PAN nie przeczytali książki w całości, jeśli podpisali opinię jednomyślnie, jeśli nie podejmują polemiki, to rodzi się przypuszczenie, że za ich listem kryją się jakieś ukryte intencje i cele. Jakie ? Publikujący list otwarty, w jakiejkolwiek sprawie, chcą wesprzeć albo zahamować jakieś działania. Zatem jakie cele przyświecają uczonym z PAN ?
    Czytam wstęp do Neurodydaktyki, strona 11:
    „Moją intencją nie jest zaproponowanie nowego, jedynie słusznego modelu, który miałby zastąpić obecny, lecz raczej pokazanie, jak odchodzić od sztywnego, biurokratycznego gorsetu, w jakim tkwią w dziś szkoły, a który utrudnia rozwój potencjału tak uczniów, jak i nauczycieli.”
    Strona 14 i 15 – cytuję fragmenty, proszę koniecznie przeczytać całość !:
    „Zdaniem przeciwników neurodydaktyki próby nauczania na wnioskach płynących z neuronauk są przedwczesne, (…)
    Problem rzeczywiście istnieje, ponieważ nigdy nie ma pewności, czy aktualny poziom wiedzy jest wystarczający (…)”
    Z drugiej strony, czytam w jednomyślnej opinii PAN:
    „Wbrew temu, co uporczywie twierdzi dr Żylińska w swojej książce,
    współczesna neurobiologia nie osiągnęła jeszcze takiego poziomu by pozwolić na obiektywną ocenę efektywności systemów edukacyjnych czy wręcz np. instruować nauczycieli „jak powinna wyglądać
    dobra lekcja biologii czy historii”..”
    „Apelujemy do Pani Minister o podjęcie stosownych działań, które
    zapobiegną dalszemu wykorzystywaniu przez dr Marzenę Żylińską instytucji publicznych do rozpowszechniania poglądów i informacji niezgodnych
    z aktualnym stanem wiedzy w dziedzinie neuronauk.”

    Nasuwa się pytanie: czytali, czy nie czytali na stronach 14 i 15 ? Kto tam widzi uporczywość ?

  41. Jestem bardzo zaskoczona, że z tak szacownego grona padły pod adresem dr Marzeny Żylińskiej tego typu zarzuty. Nigdy nie sądziłam, że po przeczytaniu Jej książki będzie można wysnuć tak absurdalne wnioski. Odnosi się wrażenie, że profesorowie nie wiedzą o czym ona jest.
    Zastanawiam się, czy ją w ogóle przeczytali…może skupili się tylko na bibliografii???
    Książka nie podważa niczyjego autorytetu, mówi o współpracy, zachęca do badań, postuluje o stworzenie szkół ćwiczeń…Zachęca nas nauczycieli, rodziców do zapoznania się z badaniami nad mózgiem… i wyciągania wniosków jakie z nich płynął…daje wiele do myślenia tym, którzy potrafią nadać znaczenie informacjom tam zawartym.
    Dziwię się, że Profesorowie przestrzegają przed rozpowszechnianiem tych poglądów i informacji. Nie rozumiem ich niepokoju…
    Ja książkę dr Marzeny Żylińskiej przeczytałam z wielką przyjemnością i ciągle do niej wracam. Jako rodzic i jako nauczyciel czerpię z niej inspirację. Uważam, że Neurodydaktyka to przyszłość polskiej szkoły…szkoły przyjaznej dziecku, rozwijającej talenty, potencjał, dlaczego nie mielibyśmy pójść w tym kierunku???Zgodzimy się, że obecny system nie jest ani przyjemny ani skuteczny. Co mamy do stracenia?
    Liczę, że do zmiany systemu przyłączą się również Profesorowie.

  42. Okrężna droga dotarł do mnie link do referatu wygłoszonego przez prof. Mozrzymasa na przyrzeczonej dla nauczycieli konferencji XXI Jesienna Szkołą „Problemy dydaktyki fizyki” w październiku zeszłego roku.
    Lektura dokumentu (26 stron a4 czcionka 10, pojedyncza interlinia) rozwiewa podejrzenia, że autor przekartkował „Neurodydaktykę” i czepiał się czego popadnie. Jest to dobrze napisana krytyka, oparta częściowo o merytoryczne argumenty z zakresu neurobiologii, częściowo dotykająca ideologicznych podstaw wizji nowej dydaktyki.
    Szkoda, że nie znalazła się ona w nieco skróconej wersji na stronach PAN. Całkowicie zmieniłoby to wydźwięk komunikatu PAN i przeniosło dyskusję na tym blogu na zupełnie inny (wyższy) poziom.

  43. Dyskusja na temat komunikatu PAN toczy się nie tylko na tym blogu…toczy się w Polsce…ostatnio w TOK FM…niestety Profesorowie w ostatniej chwili odmawiają i nie biorą w niej udziału…
    Bardzo mi przykro, że nie satysfakcjonuje Pana poziom dyskusji na tym blogu…być może większy poziom prezentują ci co ,, czepiają się”.
    Tak dobrze napisana krytyka Neurodydaktyki i nie znalazła się na stronach PAN…??? nawet w wersji skróconej???

  44. Panie Majcin, nie wiem jaką wartość merytoryczną niesie przytoczony przez Pana referat Pana Profesora Mozrzymasa. Natomiast wiem jedno, że z ilości znaków oraz typu interlinii wynika tylko jedno, iż Pan profesor napisał dużo tekstu.
    Myślę, że wszyscy wypowiadający się na tym blogu czekają na dyskusję merytoryczną z akademikami. Obawiam się jednak, że cele mamy rozbieżne. Na dzień dzisiejszy niestety mamy jedno opublikowane pismo i brak jakiejkolwiek reakcji.
    Myślę, że gdyby Pan Profesor Wróbel znał książkę to podjąłby dyskusję w radio.