Oś Świata/Neurodydaktyka, czyli neurony w szkolnej ławce

Bez sensu, ale zgodnie z procedurami

24.11
2014

Wiele razy pisałam już o tym, że obecny sformalizowany, przeracjonalizowany, zbiurokratyzowany i odhumanizowany system edukacyjny nie służy uczniom. Można nawet powiedzieć, że wielu z nich przestaje odbierać naukę jako radosne doświadczenie i traci motywację. Jej miejsce zajmują nuda i zniechęcenie. Wydaje się, że wyjątkowo szybko proces ten zachodzi na początku czwartej klasy.

Powodów jest wiele; chciałabym przedstawić tu jeden z nich. Niedawno napisała do mnie mama dziewczynki, która we wrześniu rozpoczęła nowy etap szkolnej nauki. A było tak:

 

„Wysyłając córkę do czwartej klasy miałam dużo obaw związanych z ogólnie pojętym „nowym”. Po rozmowach z dzieckiem zorientowałam się, że zamiast radości albo przynajmniej ciekawości, dominującym uczuciem przed nowym etapem w szkole jest strach przed Paniami oraz jedynkami ;-( Pewnego dnia zagoniłam córę do okładania podręczników. Zostawiłam ją samą w pokoju z tym zadaniem. Po jakimś czasie odgłosy marudzenia zastąpiła cisza. Postanowiłam podejrzeć, co takiego zaabsorbowało moje dziecko. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam moją córkę zaczytaną w podręczniku do przyrody. Kiedy weszłam do pokoju przez 15 minut słuchałam opowieści o kleszczach, pogodzie i innych rzeczach które bardzo ją zaciekawiły. Pomyślałam sobie, że to bardzo fajny początek, który z pewnością ułatwi przyszłym nauczycielom pracę, bo zaciekawiony uczeń, to uczeń zmotywowany do nauki.

Liczyłam na to, że moje dziecko już w pierwszych dniach spędzonych w szkole, dowie się od swoich nauczycieli, jakie to ciekawe przedmioty zaczyna w 4 klasie i jakimi to fascynującymi zagadnieniami będą się zajmować. Spodziewałam się usłyszeć od już zachęconego dziecka, jaki fajny okres ją czeka w szkole – trudniejszy, z nowymi wyzwaniami, ale przecież bardzo ciekawy.

Pierwszy tydzień zajęć mogę podsumować tak: najważniejszy jest regulamin oceniania, wzór na średnią ważoną, zasady dotyczące bycia nieprzygotowanym oraz co grozi za brak pracy domowej.

Nie mam nic przeciwko wprowadzaniu od samego początku reguł, aby dzieciaki wiedziały, jakie zasady panują w okresie nauki. Nie mogę jednak przeboleć faktu, iż naturalny entuzjazm oraz motywacja zostały zabite już w pierwszym tygodniu nauki, ponieważ nacisk został położony na straszenie dzieci, przekazanie im negatywnych komunikatów, wyliczanie zakazów i kar grążących tym, którzy nie będą ich respektować. Frustracja miesza się z bezradnością i smutkiem, kiedy obserwuję, jak moje pilne dziecko, po 2 godziny dziennie, ślęczy nad nudnymi pracami domowymi. Zmęczenie i nuda wywołują u niej frustrację i naturalny bunt. I nieprawdą jest, że dzisiaj szkoła nie może konkurować z atrakcyjnym i kolorowym światem ekranów. Doświadczam dowodów tego każdego dnia. Za każdym razem kiedy poświęcam czas mojemu dziecku, gdy wsłuchuję się w jego potrzeby i z szacunkiem podchodzę do jego próśb, zawsze nad ekran komputera lub telewizora przedkłada moje towarzystwo. To samo obserwuję w szkole. Wielu nauczycieli potrafi zainteresować dzieci i uwypuklić pozytywne aspekty nauki, przez co w naturalny sposób zachęcają dzieci do działania. Niestety dominująca większość nie wsłuchuje się w to, co dzieci mają do powiedzenia. Przez to hamują w nich odwagę do podejmowania wyzwań, ciekawośc świata i samodzielność.

Na ile potrafię, staram się przekonywać moje dziecko, że nauka może być ciekawym i niezwykle atrakcyjnym zajęciem. Udowadniam to każdego dnia, dając przykłady z życia, na przykład ciekawe zadania z matematyki. Obawiam się jednak, że mam małe szanse na sukces. Moja córka zbyt dużo czasu spędza w szkole i tam wciąż jest konfrontowana z regulaminami, systemem testowym i ciągłym ocenianiem.  Bardzo bym chciała, by uwierzyła, że nauka naprawdę może być przyjemnym doświadczeniem, ale ona potem idzie do szkoły i … chyba mi nie wierzy.”

 

Warto zadać pytanie, jak na uczniów działa rozpoczęcie nowego etapu edukacyjnego od regulaminów, ciągu zasad i kar? Czy nauczyciele nie zdają sobie sprawy z tego, jaki to przynosi skutek? Czy nie widzą, że dzieci po takiej dawce biurokracji tracą chęć do chodzenia do szkoły i do nauki?

 

Nie mam wątpliwości, że nauczyciele to widzą. Nie sposób nie dostrzec na buziach dzieci nudy, rozczarowania i niechęci. Wiem nawet, że wielu z nich nie znosi tych „regulaminowych lekcji”. A jednak postępują tak, bo tego się od nich wymaga. Gdyby ktoś na swojej lekcji nie omówił regulaminu, mógłby mieć kłopoty. Więc omawiają. Co prawda widzą, że wygaszają w ten sposób entuzjazm i motywację, z jaką uczniowie przyszli do czwartej klasy, ale postępują zgodnie z procedurami. Nauczyciel, który dopełnił obowiązku, omówił regulamin i wymienił wszystkie konsekwencje łamania zasad, nie musi się bać zarzutu, że już w pierwszym tygodniu skutecznie odebrał dzieciom chęć do nauki. Kłopoty mógłby mieć, gdyby odstąpił od tego biurokratycznego rytuału i na pierwszej lekcji przeprowadził z uczniami np. ciekawy eksperyment.

Serwowanie czwartoklasistom w pierwszym tygodniu kilku regulaminów, przynosi im wprawdzie szkody i zniechęca do szkoły, ale czyni zadość biurokratycznym zasadom i zapewnia nauczycielom spokój. Kierując się logiką, sensem i interesem uczniów nauczyciel mógłby ściągnąć na siebie problemy. Tak właśnie się dzieje, gdy punktem odniesienia nie są uczniowie, ale biurokratyczne procedury.

 

Po ostatnim blogowym wpisie dostałam sporo maili od rodziców zmartwionych tym, co z ich dziećmi dzieje się w szkole. Jedna z mam przysłała mi nawet skany uwag.

 

Mama Jurka tak charakteryzuje swojego syna, ucznia klasy II SP:

Jurek uwielbia matematykę, dość płynnie czyta i często zajmuje się konstruowaniem czegoś z niczego. Jest raczej ruchliwym dzieckiem, ale wystarczy go posadzić na piłce i odrabianie zadań idzie jak burza. W moim przekonaniu Jurek jest mądrym, ciekawym świata i bardzo kreatywnym dzieckiem, którego nie trzeba dwa razy zachęcać do działania.

 

Oto uwagi Jurka:

 

 

Można zadać pytanie, dlaczego mądry i chętny do działania chłopiec wciąż dostaje uwagi, dlaczego w szkole odmawia współpracy? Czy dlatego, że nie lubi być jedynie biernym odbiorcą i nie lubi się podporządkowywać?

Załóżmy, że tak właśnie jest. Załóżmy, że gdyby Jurek mógł być na lekcjach aktywny, gdyby mógł przeprowadzać eksperymenty, szukać własnych rozwiązań, realizować swoje pomysły, pracować w grupie i rozmawiać w czasie lekcji z innymi dziećmi, zaangażowałby się w pracę i nie sprawiałby kłopotu.

 

Takich dzieci jest przecież w szkole wiele. Są mądre i chętne do nauki, ale nie wytrzymują kilku godzin biernego siedzenia w ławce i robienia tego, co „pani” każe. Są zbyt kreatywne, by jedynie wykonywać cudze polecenia, zbyt ciekawe świata, by nie zadawać pytań i ….. aby się uczyć, potrzebują ruchu.

 

Czy takie dzieci nie mają prawa do sukcesu? Dziś są dla nauczycieli problemem, bo nie chcą cicho siedzieć, słuchać i wykonywać ich poleceń. One chcą się uczyć, ale inaczej niż się tego od nich oczekuje. Za to, jakie są, dostają kary i uwagi. To powoduje, że tracą wiarę w siebie, zniechęcają się nie tylko do szkoły, ale również do nauki.

 

W obecnym, transmisyjnym modelu edukacji, męczą się nie tylko tacy uczniowie jak Jurek, ale również ich nauczycielki. Robią co mogą, by przywołać przeszkadzające dzieci do porządku, ale to nie przynosi pożądanych rezultatów. Jak pisze nauczycielka Jurka, ani upomnienia, ani zachęty nie skutkują. Problem ma i ona i chłopiec.

 

To oczywiste, że upomnienia nie skutkują, bo problemem jest niedostrzegający potrzeb części uczniów sposób zorganizowania szkolnej nauki. Gdyby Jurek mógł uczyć się w sposób aktywny, nie byłby problemem i nie dostawałby wciąż komunikatów, że coś z nim nie tak.

 

Ostatnio usłyszałam, że powinniśmy tak organizować naukę, by pomóc uczniom „przetrwać lekcje”. To nic trudnego! Trzeba tylko zapomnieć zasady tradycyjnej metodyki i odejść od transmisyjnego modelu edukacji. Dzieci nie zostały stworzone do uczenia się przez siedzenie i słuchanie. Ich mózgi najefektywniej rozwijają się wtedy, gdy mogą aktywnie eksplorować świat, zadawać pytania i samodzielnie rozwiązywać problemy. Z Jurkiem jest wszystko w porządku. Problemem jest niedostosowany do jego potrzeb system edukacyjny, który nie pozwala na rozwój jego potencjału i zamiast wzmacniać, podkopuje jego wiarę w siebie.

Jeśli posyłamy do szkoły wszystkie dzieci , to musimy tak zorganizować naukę, by wszystkie, bez wyjątku, mogły się tam rozwijać. Fakt, iż dziecko nie jest w stanie wysiedzieć w ławce kilka godzin dziennie, nie jest powodem do tego, by wyrabiać w nim przekonanie, że coś z nim jest nie tak.

 

Dla osób zainteresowanych link do rozmowy w RDC.

http://www.rdc.pl/publicystyka/niedzielny-poranek/

 

Informacja dla osób zainteresowanych moją książką „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z granatowym profilem twarzy. Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

 

 

 

 

157
Dodaj komentarz

35 Comment threads
122 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
33 Comment authors
avataravataravataravataravatar Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
avatar
Gość

To co opisują przytoczone przez Ciebie listy to nie są powody sformalizowania, przeracjonalizowania, zbiurokratyzowania i odhumanizowania systemu edukacyjnego, tylko objawy. Właśnie to sformalizowanie i zbiurokratyzowanie jest powodem takich zjawisk, jak tu opisywane. Przyczyną jest sama konstytucja systemu edukacyjnego: zarządzanego przez państwo i realizującego wytyczene przez państwo cele. Masz stuprocentową rację, że z Jurkiem jest wszystko w porządku. Problemem jest niedostosowany do jego potrzeb system edukacyjny, który nie pozwala na rozwój jego potencjału Jednolity dla wszystkich system nie może być dostosowany do każdego z różnych ludzi. Łoże Prokrustesa dla jednych jest za krótkie, dla innych za długie, ale nie da się… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Marta Mrozik

Pani Marzeno, jak się cieszę, że Pani znajduje czas na pisanie 🙂 Tak sobie czytam i myślę jak to zrobić, żeby i wilk syty i owca cała… Bo faktycznie jest w szkole obowiązek zapoznania uczniów z wymaganiami i, że tak powiem, to jest „masakra”. Głupi przepis (bo i tak nikt tego potem nie pamięta)… a jakby tak zrobić to wspólnie i tylko na pozytywach? Tylko, co trzeba robić, żeby dostać 4, 5, 6? I przez zabawę? Bo chyba można… ? Poza tym te uwagi… Ostatnio gdzieś na fejsbuku widziałam skan pracy dziecka z kl. 1 – „szlaczki” typu pętelki różne,… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Gratuluję podejścia!

Zgaduję jednak, że tę sześciolatkę uczy Pani angielskich literek indywidualnie poza systemem szkolnym — odrzucając nie tylko ocenianie, kije i marchewki, ale w pierwszym rzędzie podstawę programową, program szkolny i szkolną metodykę, jak ta nieszczęsna „praca w grupie”.

avatar
Gość
Marta Mrozik

Tak, indywidualnie. Ale w ogóle jej nie uczę angielskich literek 🙂 Tylko od razu całych słów 🙂 Ja nie wiem czy w ogóle ją uczę, bo my się tylko świetnie bawimy. A zupełnie poważnie, pracowałam podobnie w grupach. Nawet w całych klasach (trochę starszych, bo jednak bezpieczniej się czuję z ciut starszymi dziećmi), w prawie normalnej szkole i też się da. Z podstawą programową i marchewkami (nie umiem bez).

avatar
Gość

Oczywiście, że Pani ją uczy! Nie `naucza’, ale `uczy’ — zabawa tu jest formą, ale skutkiem tego procesu jest, że dzieciak, który wcześniej nie czytał po angielsku, czyta i to coraz sprawniej. I to Pani zasługa, Pani ją tego nauczyła. Bardzo trafnie pani to ujęła „była bardzo zdziwiona, kiedy zobaczyła, że jednak zna angielskie literki. I wtedy w oczach dziecka pojawia się coś takiego…” — jak dla mnie, to właśnie to coś chyba zawsze wystarcza za marchewkę. Choć kiedyś — tak się coś akurat zgadało na marginesie tematów matematycznych — zeszło na żydowską kulturę i z pewną dwunastolatką zamiast matematyką,… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Marta Mrozik

🙂 Pichcenie cymesu, oprócz marchewki, jest chyba świetnym polem do ćwiczenia matematyki. Jakoś w szkole nie kleiła mi się nauka z życiem, zaczęła znacznie poźniej 🙂 Śmiem twierdzić, że trochę za późno. A co do uczenia, to myślę, że jej tylko pokazałam i o to chyba chodzi. „To w oczach” to marchewka w ogóle taka obustronna marchewka 🙂 Poza tym ja mam problem z tzw. „panowaniem nad twarzą” i jak mnie coś zafascynowało, to wszyscy dookoła wiedzą, a że często fascynuje mnie to, co robią dzieci, no to pani z otwartą buzią i wielkimi oczami jest dosyć typowym widokiem 🙂… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„Jakoś w szkole nie kleiła mi się nauka z życiem, zaczęła znacznie poźniej”
I w tym właśnie jest wielki i nieusuwalny problem szkolnictwa państwowego. Treści szkolnej „nauki” mają się nijak do życia i realnego świata. Szkolna „fizyka” (w arystotelesowskim sensie tego słowa: całość programowych treści przyrodniczych) nie przystaje do świata, jaki znamy z codziennego doświadczenia.

Oczywiście, że „[Pani] jej tylko pokazała i o to chyba chodzi„. W sensownej edukacji uczenie polega właśnie na pokazywaniu, a nie „nauczaniu”.
Ale to nie w szkole instytucjonalnej…

avatar
Gość
Marta Mrozik

Ale to nie może być tak, że się nie da :). Bo mam od jakiegoś czasu (w ogóle śledząc dyskusję dotyczącą edukacji) wrażenie, że mówi się dużo o tym, jak jest źle, jak się nie da, bo egzaminy, bo podstawa programowa, bo… i generalnie opisujemy rzeczywistość (albo jej szare elementy)i kontrastujemy z tym, jak powinno być i dlaczego tak nie jest lub być nie może. A jest wielu fantastycznych nauczycieli, którzy w szkołach państwowych, 30-osobowych klasach uczą, a nie nauczają, pozwalają odkrywać, doświadczać, pytać i szukać odpowiedzi. To skoro oni mogą, to znaczy, że w ogóle można… czy coś mój… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

@Marta Mrozik Potwierdzam, da się. Z jedną grupą na pięć. Z jednym dyrektorem na pięciu. Przez kilka lat na całą „karierę”, bo resztę zabija użeranie się z biurokracją, ludźmi, dla których angielski (lub cokolwiek innego) jest ostatnim problemem na liście zaczynającej się od „Jak przeżyć do jutra?”, oraz z własną niemocą. Przyznaję, że trochę zazdroszczę ludziom, którzy pracują w „prawie normalnych szkołach” ;), których „nienormalność” polega na wstępnej selekcji podmiotu nauczania. Może zamiast zazdrościć klarownej wizji metodycznej, powinienem zatrudnić się w takiej szkole, ale po tylu latach „na posterunku”, musiałbym sam przed sobą przyznać, że byłaby to rejterada. Nie dlatego,… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Anna Zembaczyńska

Przykre w tej całej historii jest to, że w szkołach nauczyciele często mają bardzo ograniczone pole manewru z prostej przyczyny….braku wyżej wspomnianych warunków i przystosowania klas do potrzeb uczniów. Jednakże jeśli stajemy przed ścianą, może wystarczyłoby jedynie przeorganizować układ klasy i te żałosne dywaniki 2 na 2 metra zastąpić przestrzenią ciut większą, gdzie aktywne Jurki czy zmęczone Kasie mogłyby się „zresetować”. Czasami naprawdę niewiele trzeba, aby pomóc dzieciom i nauczycielom.

avatar
Gość
Marta Mrozik

Jasne, zdaję sobie sprawę, że w tych „normalnych” szkołach warunki niemalże uniemożliwiają dobrą dla dzieci pracę. Biurokracja, przepisy, dyrektorzy, kuratoria itp. I dużo zależy od dyrektora. Ja, przyznaję, w takich warunkach nie pracowałam. Natomiast przez ostatnie 2 lata dużo rozmawiałam z nauczycielami, wiem z czym się zmagają, wiem jak jest ciężko, ale też stąd wiem, że się da i szczerze podziwiam. I takie pytanie do dyskusji: co w obecnej sytuacji najbardziej przeszkadza w tym, żeby uczyć, nazwę to umownie, w sposób przyjazny dzieciom i młodym ludziom?

avatar
Gość
Magdalena Wójtowicz

Tak się przyglądam komentarzom, opiniom nie tylko tutaj na blogu. Zaobserwowałam, że my dorośli w taki naturalny sposób zaczynamy w większości przypadków od zaprzeczania, kontestowania i uwypuklania słabych stron danej sytuacji. Z trudem przychodzi nam skupianie się na pozytywnych aspektach. Rzadko zachowujemy równowagę. Z komentarzy przebija bardzo wyraźnie obecny model nauczania, gdzie na pierwszy plan wychodzą wady, niedociągnięcia, problemy. Mam wrażenie, że często my dorośli robimy dokładnie to, co nam robiono w szkole. Uwypuklamy słabe strony, podkreślamy problemy. Z pewnością zaraz przeczytam, że nie można abstrahować od realiów i rzeczywistości …;) No nie można, ale mamy zawsze wybór; narzekać, że… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

No właśnie, ogromna większość nauczycieli pracuje „pomimo” (przynajmniej przez kilka lat). Nie bardzo przychodzi mi do głowy jakiś inny zawód, którego treść stałaby w tak wielkiej opozycji do założeń. Ta schizofrenia ma dwa poważne skutki. Pierwszy to frustracja nauczycieli, którym zależy. Drugi, to prawdziwa przyczyna naszych gorących dyskusji: Szkoły i nauczyciele, którym już się nie chce lub nigdy się nie chciało. Nasze rozmowy, bardzo mi przypominają dyskusje o gospodarce niedoboru w okresie słusznie minionym – Jak to jest możliwe, że w sklepie nie ma szynki, a na wsi widziałem całkiem sporo żywca? Także w naszej dziedzinie, rozwiązanie jest tyleż oczywiste,… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„Nie bardzo przychodzi mi do głowy jakiś inny zawód, którego treść stałaby w tak wielkiej opozycji do założeń.” Niemal każdy, w którym państwo ma formalny lub faktyczny monopol. Sędziowie? Policjanci? Żołnierze? Lekarze? Naukowcy? — wcale nie mają lepiej od nauczycieli. Sędziowie i policjanci nawet gorzej, bo oni nie mogą wykonywać swojego zawodu poza systemem. Kariery naukowej też się nie da zrobić poza państwowym systemem. Lekarze wprawdzie mogą, ale tylko w niektórych specjalnościach, a ci szpitalni pracują w absurdzie NFZ, nie lepszym od absurdu MEN. To zresztą nie dotyczy wyłącznie państwowego monopolu i państwowej zbiurokratyzowanej hierarchii. Posłuchaj wypowiedzi księdza Lemańskiego, to… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Marta Mrozik

No właśnie w żadnym miejscu nie odwołuję się do etosu i takie odwoływanie się uważam za szkodliwe. Poprostu myślę, że trzeba dbać o siebie, zadbać o to, żeby nie być sfrustrowanym. Mnie w szkole nie frustrowała biurokracja, najbardziej mnie frustrowało to, że ja gadam do tych dzieci, czegoś je chce nauczyć, a one nie słuchają, więc coraz więcej gadam, a one konsekwentnie coraz mniej słuchają, itd. I dopiero kiedy dotarło do mnie, że ja się muszę dobrze bawić w czasie zajęć (bo akurat taka konstrukcję mam), dać sobie przestrzeń na moje własne błędy, zadawanie pytań nie uczniom, ale takich w… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Ależ właśnie Pani się odwołuje do etosu! Nic (a przynajmniej niewiele) temu nie przeszkadza. Ale też nic do tego nie motywuje. Pani ma wewnętrzną potrzebę takiego wyjścia z ławek, to Pani wychodzi, a 90% nauczycieli nie ma takiej wewnętrznej potrzeby, więc nie wychodzi. Pani to robi hobbystycznie, dla własnej satysfakcji, obok systemu. Inni szukają satysfakcji gdzie indziej, a w pracy mniej lub bardziej rzetelnie wykonują to, czego oczekują od nich przełożeni. Sumiennie wypełniają dziennik, rozpisują tematy swoich zajęć z rocznym wyprzedzeniem, nie spóźniają się do pracy, zawsze w terminie robią obowiązkowe badania lekarskie i kolekcjonują zaświadczenia o ukończeniu szkoleń z… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Marta Mrozik

Dla mnie to nie etos. To dbanie o siebie 🙂 Co też pewnie jakimś etosem jest 🙂 I ja bym się nie czepiała, gdybym usłyszała: ‚ja się tak uczyłam/em i się nauczyłam/em i oni też się tak nauczą’,’nie chce mi się’, ‚lepiej się czuję kiedy przychodzę na lekcję, wykładam, testuję i wymagam’ (ze szczgólnym naciskiem na ‚lepiej się czuję’). I OK. Tzn. z mojego punktu widzenia nie ok, ale zostawiam. Tylko, że większość tych osób zaraz dodaje, że ta dzisiejsza młodzież się nie uczy. Że to orka na ugorze. No więc jak to jest? Bo oczywiście nie ma obowiązku, zgadzam… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Takie dbanie o siebie to właśnie etos zawodowy. Jednym dla poczucia zadbania o siebie potrzebne jest wykonywanie swojej pracy zgodnie z ich uwewnętrznionym rozumieniem jej misji, a inni do pracy chodzą, by zrobić to, czego od nich pracodawca oczekuje, zarobić na życie, a zadbanie o siebie rozumieją jako usunięcie zmarszczek botoxem i regularne wizyty u kosmetyczki. Tych drugich jest zdecydowanie więcej. Od apeli o zaangażowanie nie przybędzie tych pierwszych. A „orka na ugorze” — narzekanie jest w naturze Polaka 😉 To po prostu element sztafażu i hipokryzji szkolnej. Jeśli co chwilę przypomina się „wypełniaczom obowiązków”, że etos obowiązuje, to muszą… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Agunek

Ja tez jestem mamą takiego Jurka z drugiej klasy. Przeniosłam syna do szkoły, która przyjęła nas z pełnym zrozumieniem oferując aktywne metody nauczania, ale bardzo szybko okazało się, że ta niepubliczna placówka niewiele różni się od państwowej podstawówki. Może tempo przerabiania zeszytu ćwiczeń jest szybsze 🙁

avatar
Gość
Robert Raczyński

Niestety, większość znanych mi szkół niepublicznych, społecznych i w inny sposób „alternatywnych”, niczym specjalnym w kwestii metodycznej od oświaty systemowej się nie odróżnia. Królują dwa podejścia: Totalne podporządkowanie „płacącym, więc wymagającym” (Pani klasówkę trudną zrobiła? A to brzydka pani, zatrudnimy taką, która takich wymagań mieć nie będzie…), oraz, na drugim biegunie, „niech się cieszą, że mogą nam płacić” – szkoły bazujące na swojej legendzie i bałwochwalczym podziwie aspirujących do „elyty”. O ile w pierwszym modelu, uczniowie mają pełny komfort psychiczny (do momentu konfrontacji z rzeczywistością pozaszkolną), o tyle w drugim, cały ciężar edukacji spoczywa na rodzicach, którzy zadbają, by dziecko… Czytaj więcej »

avatar
Gość

A ja, jak Katon o Kartaginie: metodyka jest tu wtórna wobec wymogów systemowych, które są niezależne od nich i zewnętrzne zarówno wobec rodziców, dzieci, jak i tych szkół. Szkoły niepubliczne (poza tymi bardzo nielicznymi, zupełnie pozasystemowymi) zobowiązane są do realizowania podstawy programowej i organizowania zajęć w system klasowo-lekcyjny, z prawnie wymaganymi liczbami godzin na poszczególne przedmioty. Oczywiście mogą robić więcej, ale to zawsze jest margines, bo te wymagane prawem już wypełniają niemal cały czas, jaki dziecko spędza w szkole. Są też rozliczane nie tylko przez rodziców, ale i przez nadzór pedagogiczny z wyników egzaminacyjnych swoich uczniów. Trudno się też dziwić… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Michał Petrycki

Chciałbym skomentować wpis Pani Marzeny o Rosji i Chodorkowskim i systemu jaki w Rosji panuję. Uczę angielskiego dzieci niewidome w Laskach pod Warszawą w szkole specjalnej w zawodówce. U nas nie realizuje się programu ( chociaż formalnie go piszemy i oddajemy Dyrektorowi). Na lekcji pracujemy z młodzieżą bardzo powoli ( nic nas nie goni). Co więcej lepiej jest z uczniami zrobić dużo mniej a skuteczniej. Gdy jest taka potrzeba śmiało odchodzimy od tematu lekcji. Czasem jak uczniowie mają jakieś problemy nie związane z lekcję to np. ja staram się ich wysłuchać, coś im doradzić i trochę być jak psycholog. Ponadto… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Michał Petrycki

Uczę angielskiego dzieci niewidome w szkole specjalnej ( zawodowej ) w Laskach pod Warszawą. U nas nie realizujemy programu i mamy w związku z tym sporo swobody. Mamy dużo wycieczek i spotkań z gośćmi. Problem ustroju Rosji i Chodorkowskiego to świetny problem na lekcję Historii, czy WOS-u. Nie ma tu jednej dobrej odpowiedzi i pokazuje nam jak świat jest skomplikowany i życie. Taki temat by na pewno bardzo zainteresował uczniów, uaktywnił i przygotował do przyszłego życia. A tego tak bardzo nam trzeba.

avatar
Gość

Dobry wieczór. Pozwolę sobie na upublicznienie pani strony na prowadzonej przeze mnie stronie na FB. „Pani minister, dajmy już spokój z tą reformą”. W skrócie napiszę, ze reprezentuję pogląd chyba większości polskich rodziców, którzy nie są przeciwni edukacji 5 i 6-latków ale wyrażają wyraźną dezaprobatę wobec metod i warunków w jakich to się odbywa. Pozdrawiam
ps znajdzie pani również na mojej stronie wspomniany wcześniej obrazek z „50% poprawiona czerwonym długopisem i uwaga typu: ‚pisz starannie, musisz dużo ćwiczyć’”

avatar
Gość
Danusia

„Dzieci nie zostały stworzone do uczenia się przez siedzenie i słuchanie. Ich mózgi najefektywniej rozwijają się wtedy, gdy mogą aktywnie eksplorować świat, zadawać pytania i samodzielnie rozwiązywać problemy”
Zgoda, a starsze dzieci np. studenci mogą się uczyć słuchając przez godziny wykładów? Wykład panuje na każdym poziomie, również na prezentacjach z różnych tematów.
Danusia

avatar
Gość

„Wszystko rozbija się o proporcje” No przecież studia nie bazują na wykładach! Nie chce mi się analizować dzisiejszych uniwersyteckich planów zajęć, ale za moich czasów na każdą godzinę wykładu przypadało ponad dwie godziny ćwiczeń w kilkunasto-dwudziestoparo osobowych grupach i około pół godziny laboratoriów. A na starszych latach do tego dochodziły jeszcze seminaria studenckie. Do tego niewyliczalna ilość czasu spędzana w bibliotece, na lekturach, albo na samodzielnym rozwiązywaniu problemów w domu. Tym bardziej nie licząc czasu, spędzanego na studenckich dyskusjach na naukowe tematy w obskurnej piwiarni „Baryłka” (dziś jest tam Empik, na rogu Grójeckiej i Banacha). A przy tym wykłady nie… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Danusia

Taki temat obok wprowadziłam. Bo po uczestnictwie w różnych prezentacjach dla dorosłych, zauważyłam, że większość z nich stanowi wykład. Nawet jeśli wykładowca zapowie, że mozna mu zadawać pytania, to nie pozostawia miejsca na te pytania, a na końcu każdy już zapomina, o co chciał zapytać. Miałam ostatnio dwa takie zdarzenia z zagranicznymi ekspertami: – Jeden powiedział, że nauczycieli trzeba tak uczyć, jak oni mają uczyć uczniów, po czym dał 2h wykład. – Drugi mówił o tym co się sprawdza w nauczaniu, a na pytanie z sali – dlaczego nie stosuje tego na wykładzie, odpowiedział, że na wykładzie nie ma na… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Zadam Ci to samo pytanie, co Marzenie: co Cie powstrzymuje przed wyjściem z tak prowadzonej prezentacji przed jej końcem?

Jeśli jest dobra i ciekawa, to jej słuchasz i jesteś zadowolona.
Jeśli jest do bani, nudna, a na pytania nikt nie odpowiada, to po co tracisz czas na siedzenie tam?

avatar
Gość
Danusia

Czekam z nadzieją, stale mam nadzieję….

avatar
Gość
Róża

Ja już wprawdzie studia skończyłam parę lat temu, ale jednak parę, a nie kilkanaście, i muszę Cię Ksawery rozczarować – przynajmniej jeśli chodzi o UW i wydziały humanistyczne, z którymi miałam styczność. Wykłady pod koniec mojej bytności na wspomnianej uczelni zrobiły sie obowiązkowe – ze sprawdzaniem listy włącznie. Widać zbyt dużo studentów (w tym ja) regularnie się z nich urywało… A ćwiczenia… Były to wykłady prowadzone dla odmiany nie przez profesorów czy doktorów, ale przez studentów. Na ocenę. Co więcej, na większości takich ćwiczeń niechby student spróbował odejść od formy wykładu… Uch, marny jego los. Niekiedy los był już marny,… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Czuję się mocno rozczarowany. Nie sądziłem, że UW posunie się do zarządzenia obowiązkowości wykładów i sprawdzania listy. Co za czasy, co za obyczaje, Senat o tym wie i nic nie robi 🙂 Na Fizyce na szczęście do tej pory obowiązkowe nie są. I ćwiczenia jednak nadal wyglądają lepiej — w większości to rozwiązywanie jakichś problemów rachunkowych przy tablicy. I to zdecydowanie bardziej „problemów”, niż „zadań”. Choć czasami to prowadzący ćwiczenia pokazuje modelowe rozwiązanie albo wyprowadzenie czy dowód jakiegoś prawa — to można uznać za rodzaj wykładu. Ale niemal zawsze zaraz po takim pokazywaniu modelowych rozwiązań przechodzi się do rozwiązywania zbliżonych… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Marta Mrozik

No to ja tu powiem coś. Ponieważ na studiach byłam jeszcze grzeczną dziewczyką ;), nie wychodziłam z nudnych wykładów, bo było mi głupio, a jednocześnie nie byłam na tyle śmiała, żeby w wykładach przeszkadzać, więc nie zadawałam pytań. Teraz wychodzę. Doszłam do takiego momentu, kiedy szkoda mi czasu na cos nudnego, co jedynie potrafi zniechęcić do tematu, zamiast pozwalać nauczyć się czegoś. I wychodzę… Trochę mi szkoda prowadzących wtedy, ale trudno. Jeśli mam na szali ich dobre samopoczucie i mój czas, to jednak wybieram to drugie. Jeśli muszę zostać, zajmuję się czymś innym, a jeśli się daje, to wchodzę w… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Właśnie! To może jest temat na gender study — zjawisko grzecznych panienek — pilnych uczennic. Nie więcej, niż 20% studentów I roku fizyki to były kobiety. Jednak na nudnych wykładach stanowiły większość na sali.

Prowadząc różne zajęcia starałem się zawsze demoralizować dziewczynki, żeby nie były aż tak grzeczne, ale niektóre bywają bardzo zatwardziałe w tej swojej grzeczności 😉

avatar
Gość

Różnice genderowe są tu bardzo widoczne — choć nie chcę tu spekulować, czy to wynika z „natury”, czyli naturalnej różnicy psychiki między płciami, czy z „imprintu kulturowego”, jak twierdzą genderyści. Właśnie na takim poziomie, jaki przytoczyłem: na nudne i głupie wykłady chodziła połowa dziewczyn z roku i może co piąty z chłopców. Na skuteczność deprawacji panienek nie narzekam — niemal zawsze mi się to udawało, choć nie potrafię ocenić, na ile w tym było mojej zasługi, a na ile to naturalny proces dorastania i emancypowania się, niezależny ode mnie. Sądzę, że i bez mojego poszturchiwania by tę odrobinę asertywności posiadły,… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Marta Mrozik

😀 Ja krnąbrna zawsze byłam z tym, że do pewnego momentu tylko w domu (z gatunku tych bachorów, które kładły się na ziemi i waliły pieściami i nogami, albo nie było mowy, żeby wyszły z mamą na zakupy po szkole, jeżeli ta nieopatrznie dała im szlaban pt.: ‚przez cały tydzień wracasz ze szkoły do domu i już nigdzie nie wychodzisz’):)Ale na zewnątrz należało być grzeczną :)I myślę, że te różnice w asertywności są społeczne, a nie wynikają z różnic w budowie mózgu itp. Ale nam się odbiegło od tematu. Ale skoro tak, to jak to jest, że (teraz będzie baaaardzo… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Z różnicą w potrzebie ruchu to widzę to tylko po małych dzieciach, przedszkolakach, czy wczesnopodstawówkowych — z którymi mam najmniej doświadczenia. Choć to też jest bardzo indywidualne — znałem siedmiolatka chłopca, który ponad dwie godziny spędzał w fotelu na dyskusjach ze mną, wstając najwyżej po to, by przynieść z regału książkę, czy coś innego, co miało nam służyć za ilustrację do dyskusji. Wielu ludzi, piszących o metodach pedagogicznych (w tym Marzena) tę wczesnodziecięcą potrzebę rozszerza na całość edukacji. Tymczasem u już troszkę starszych, 12+, z którymi miałem najwięcej do czynienia, ani u dziewczynek ani u chłopców, nie widzę żadnych problemów… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

„W szkole dzieci (również starsze) nie mogą wysiedzieć w ławkach nie dlatego, że koniecznie potrzebują ruchu w tym momencie, ale dlatego, że lekcje i ich tematy są beznadziejnie nudne. Na ciekawych zajęciach mogą siedzieć bez problemu — tak, jak siedzą bez problemu w kinie albo przed ekranem z grą komputerową.” – Ta obserwacja jest zasadnicza. Niektórzy będą się jednak upierać, że te szkolne, odgórnie podyktowane, niezborne próby utrzymania na sobie uwagi uczniów o zupełnie różnych potencjałach intelektualnych i kulturowych, zebranych w zupełnie przypadkowo skonfigurowanych zespołach, wcale nie są czystą ekwilibrystyką i służą nie tylko samej edukacji, ale także rozwijają nauczycielski… Czytaj więcej »

avatar
Gość
noname

Pani Marzeno, Zacznę od tego, że odkryłam Pani bloga niedawno i bardzo cieszy mnie jego istnienie, a przede wszystkim fakt, że temat ‚dostosowania’ szkoły do potrzeb uczniów nie jest martwy. Chciałabym dodać kilka myśli do dyskusji na temat blokowania potencjału dzieci poprzez „unieruchamianie” ich w ławkach, narzucanie schematów itd. Nie mam jeszcze dzieci, napiszę o swoich doświadczeniach ze szkoły. Byłam reprezentantką tej, pewnie mniej kreatywnej i ruchliwej części dzieci, wobec czego akceptowałam szkołę taką jaka była. Nie miałam nigdy problemów z nauką i pierwsze 12 lat edukacji po prostu zaliczyłam, nie dyskutując z formą, w jakiej w szkole dostarczana jest… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

„Ale zaczęło mnie zastanawiać też, dlaczego z roku na rok obniżany jest na przykład poziom matur a wciąż pojawiają się głosy (w dużej liczbie zresztą), że jest zbyt trudno itd itd. Jestem przekonana, że młodzież nie jest mniej zdolna, że są nauczyciele, którzy mają ochotę uczyć.” – To spostrzeżenie traktowane jest na ogół jako argument piętnujący prymitywizm szkoły, jej niedostosowanie do wymagań ucznia oraz niestosowanie przez nią nowoczesnych form kształcenia. Nie będę adwokatem diabła, z pewnością w większości aspektów szkoła zawodzi. Zastanawia mnie jednak, dlaczego ta, masowa już, konstatacja uzewnętrznia się dopiero wtedy, gdy „nowoczesne podejście pedagogiczne” obecne jest w… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„dlaczego ta, masowa już, konstatacja uzewnętrznia się dopiero wtedy, gdy „nowoczesne podejście pedagogiczne” obecne jest w oświacie od z górą trzydziestu lat?” Przynajmniej w zakresie matematyki ta degradacja wprawdzie zaczęła się już dawno (znacznie więcej, niż 30 lat temu, wydaje mi się, że we wczesnych 1960′, kiedy przedwojenne programy zostały zastąpione „nowoczesnymi”), ale w ostatnich kilkunastu latach przyspieszyła gwałtownie i znacznie się pogłębiła, przekraczając pewien krytyczny próg śmieszności bezsensu. Różnice zdroworozsądkowo ocenianych kompetencji matematycznych maturzystów pomiędzy maturą 1990 a 1960, były bez porównania mniejsze, niż pomiędzy maturą 2010 a 2000. A dziś ten „efekt edukacyjny” zszedł do poziomu, którego śmieszność… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

To może zamiast bez przerwy zastanawiać się, czego szkoła nie robi według „nowych” założeń, należałoby pomyśleć o tym, co w nowym paradygmacie jest nieodpowiednie, a może wprost idiotyczne? Mam jednak wrażenie, że, wzorem niektórych „polityków”, większość ponowoczesnych luminarzy myśli pedagogicznej będzie upierać się, że to społeczeństwo nie dorosło do idei, a nie odwrotnie… Zaraz pewnie usłyszę, że jeśli założenia nie są realizowane, to trudno mówić o wynikach. Zawczasu odpowiem pytaniem: Jak to się dzieje, że ludzie, którzy w życiu nie doświadczyli dobrodziejstw (po)nowoczesnej pedagogiki w ogóle są w stanie funkcjonować, bo według wszelkich zachcianek tejże, nigdy nie powinni ani zdobyć… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Co w nowym paradygmacie jest idiotyczne? Ja, jak Katon, powtórzę: przede wszystkim założenie jednolitości, masowości i równości. Maniuś Krzaklewski domagał się w Sejmie, żeby każdy zarabiał powyżej średniej. Dzisiejszy system szkolny chce, by wszyscy mieli wykształcenie średnie, a większość wyższe. Wykształcona w szkole publiczność nie widzi absurdu ani w jednym, ani w drugim. Oczywiście, można zniszczyć znaczenie słowa „średni” i nazwać znajomość tabliczki mnożenia „wykształceniem średnim”, a znajomość wzoru x-równa-się-minus-b-plus-minus-pierwiastek-z-a-kwadrat-minus-cztery-a-c podzielone-przez-dwa-a „wykształceniem wyższym” i ten cel zostanie wtedy osiągnięty. Nie na długo, bo nawet to $x=\frac{-b\pm\sqrt{b^2-4ac}}{2a}$ szybko okazuje się być niedostępną „abstrakcją” dla większości. Wtedy trzeba uznać, że równanie kwadratowe… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

A ja jestem pewien, że pytanie przeze mnie postawione (na które dość łatwo odpowiedzieć) zostanie potraktowane jako retoryczne. Przyczyny widzę dwie: Jedni potraktują je jako obrazoburcze (polityczna poprawność to przecież cudowny wynalazek – można chodzić w glorii autorytetu, bez oglądania się na finalną efektywność), inni, za majaki radykała (tak, jakby np. uznawanie szachów za pracę w grupie 🙂 radykalne nie było). Tak jest chyba od zawsze, merytoryczna dyskusja nad pedagogiką lub metodyką kończy się z reguły przekładańcem truizmów opartych na niemożliwych do uzyskania poza laboratorium warunkach początkowych eksperymentu i niefalsyfikowalności jego rezultatów. Do tego dodajmy odrobinę stadnej moralności i przepis… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Biegasa

Pani Marzeno, „mój” egzemplarz „Neurodydaktyki” został zaczytany do cna, a podkreśleń nie zliczę. Powędrował do zainteresowanych, którzy zapytywali, czy też mogą podkreślać. Drugi egzemplarz ma dyrektor i także wypożyczył, gdyż jest światłym i nowoczesnym, na moje dydaktyczne szczęście. Po trzydziestu latach pracy Pani publikacja pozwoliła mi utwierdzić się w przekonaniu, że intuicja mnie nie zawodziła – najważniejsze jest wzbudzenie zachwytu, pasji i motywacji! Czekam na wieści o Budzącej się Szkole.

avatar
Gość
Biegasa

Dziękuję za odpowiedź. Jestem aktywnym nauczycielem i profesorem oświaty, moi uczniowie mają wiele osiągnięć. Teraz dotychczasowy intuicyjny proces dydaktyczny wspieram wiedzą naukową zaczerpniętą m.in. z „Neurodydaktyki”, czytałam też dostępne publikacje Sabine Czerny i prof.Geralda Huthera. Jestem zafascynowana.
Rozmowy z nauczycielami o nauczaniu przyjaznym mózgowi nie są łatwe, nieliczni wyrażają zaciekawienie, niektórzy sądzą, iż to kolejna przemijająca nowinka, dla innych to wręcz szarlataneria. Jeżeli mogłabym w jakiś sposób wesprzeć działania Budzącej się Szkoły, chętnie dołączę. Reprezentuję województwo lubelskie. Pozdrawiam serdecznie.
Agnieszka Czerska Pawlak

avatar
Gość
Joanna

Przygladam sie dyskusjom, czytam artykuly i moja ciekawosc wciaz rosnie Ciekawa jestem jak dalej potocza sie losy polskiej szkoly. Napisalam juz dluzszy komentarz, ale nie widze, zeby zostal opublikowany. Moze tym razem sie uda. Po przeczytaniu artykulu mam wrazenie, ze slowo „procedura” jest slowem negatywnym. A szkoda… Jestem z wyksztalcenia i zamilowania nauczycielka. Od lat poszukiwalam rozwiazan i ulepszenia moich lekcji i „losow” uczniow w szkole, a na dodatek musialam „lawirowac” miedzy (bardzo niechetnie do zmian nastawionych) starszymi nauczycielkami i dyrekcja. Im dalej obserwuje polska szkole, przekonana jestem, ze mlode pokolenie nauczycieli lubi uczyc z podrecznika, odpytywac przy tablicy i… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Jak czytam te słowa, to czuję, że z Panią Joanną moglibyśmy konstruować „moją” SZKOŁĘ SZACUNKU I DIALOGU”, czyli szkołę opartą na zadeklarowanych, czytelnych zasadach.

avatar
Gość
Joanna

Ciesze sie, ze myslimy podobnie. 🙂

avatar
Gość
Robert Raczyński

Porusza Pani b. dużo wątków i nie wiem, czy zdołałbym się odnieść do wszystkich w spójny sposób, więc podniosę tylko kwestie, które uznaję za zasadnicze. Podkreśla Pani znaczenie ustanowienia jasnych zasad. Przyznaję, że w polskiej szkole jest z tym kłopot: Przeładowane, pełne niemal prawniczego słownictwa statuty, których zapisy dublowane są później w innych dokumentach i tłumaczone „na nasze” w rozlicznych „regulaminach” i „kontraktach”. To jedna strona medalu. Druga jest taka, że w sytuacjach „kryzysowych” nikt przy zdrowych zmysłach na ogół nie ma wątpliwości, co jest „złe”, a co „dobre”. Musimy odróżniać rozbuchaną biurokrację od zdrowego rozsądku. Ubolewam nad tą pierwszą… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Joanna

Panie Robercie, Poruszylam wiele watkow, wiem, ze moja wypowiedz to absolutny chaos, ale jestem bardzo podekscytowana, ze wrecie „cos” sie ruszylo w polskiej szkole! Byly reformy, byly zmiany, ale szkola wciaz jest daleka od idealu. Moze tym razem sie uda… Biurokracja, o ktorej Pan pisze. Niemiecki system biurokratyczny jest znany na calym swiecie – polskie przepisy sa duzo latwiejsze do „ogarniecia”, wiec stwierdzenia, ze „gaszcz przepisow” – nie przekonuje mnie. Co do „dobre / zle”. Tak! Ma Pan racje, ze ostatecznie wszyscy potrafia odroznic dobro od zla, ale prosze zwrocic uwage na fakt, ze kazdy nauczyciel troche inaczej rozumie pewne… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Kilka uściśleń. Ja doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że Niemcy nie są żadnym ideałem i koniecznym wzorem, wiem też, że niemiecki porządek jest takim samym stereotypem jak polska gościnność. Zwracam jedynie uwagę, że to nie niemiecka szkoła jest praźródłem dyscypliny – ona wynika z mentalności, a nie z przepisywania zasad. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że dyscyplina w polskiej szkole nie istnieje. Wynika to w dużej mierze, jak Pani pisze, z mnogości interpretacji, ale przede wszystkim z wpojonego przez wieki „syndromu frajera” – człowiek przestrzegający zasad, grający fair, wykonujący swoje obowiązki lege artis jest postrzegany jako frajer i naiwniak… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Wydaje mi się, że w Niemczech, tak samo, jak w Polsce i w większości cywilizowanego świata, zasada „nikt nie ma prawa zaglądać do mojego tornistra bez mojej zgody” jest elementem państwa prawa i praw człowieka. Jako taka jest zapisana (w trochę ogólniejszej postaci) w prawie powszechnym, choćby w dyrektywie europejskiej o ochronie prywatności. Zgaduję, że jeśli na przystanku autobusowym ktoś otworzyłby dziecku bez jego wyraźnej zgody tornister i zaglądał do środka, a dziecko zawołałoby patrolującego ulicę policjanta, to sprawa dla „zaglądacza” skończyłaby się w sądzie. Jaki jest sens tworzyć regulaminy szkolne, powtarzające zapisy prawa powszechnego? Wpiszmy może do tych regulaminów… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Ooops — Roberta jak widzę ruszyła ta sama kwestia, ale ubiegł mnie o kilka minut…

avatar
Gość
Joanna

Wlasnie! Przytacza Pan wielke prawo, prawo karne, zasady ogolne, wszem znane! Oczywiscie, ze jest prawo polskie, ktorego wszyscy musimy przestrezgac i przestrzegamy! Ja upatruje „nieszczescie” polskiej szkoly i „krecenie sie wokol wlasnego ogona” – brak dyscypliny (ale nie tej krzykiem i zastraszaniem), ale osiagnietej przez wprowadzenie szacunku do polskich szkol, a co za tym idzie samodyscypliny. Nie chodzi o wielkie hasla (w tym wypadku „prawo polskie”), ale o zupelnie przyziemne, male zasady, ktorych sie niestety nie przestrzega w szkole. Dziecko w pierwszej klasie nie rozumie regulaminu szkolnego, nie rozumie prawa polskieo – ono chce sie jedynie czuc bezpiecznie w szkole… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„Ustalenie zasad i konsekwentne przestrzeganie tych „malych zasad”, szukanie sposobu na naprawienie rzeczy, sytuacji, relacji miedzy dziecmi. Czy to naprawde takie zle?” Te zasady już są ustalone prawem powszechnym, zwyczajem, Dekalogiem, etc. Regulamin nie może ustalić ich inaczej. Nie może powstać regulamin, w którym grzebanie w cudzym tornistrze będzie dozwolone, ani pozwalający na wydłubywanie oka koledze. Jeśli dzieci nie czują się bezpiecznie, to nie z braku regulaminu, ale dlatego, że ich prawa są naruszane, a szkoła nie egzekwuje prawa powszechnego — toleruje to, że Jaś uderzył Marka, a nauczycielka sama robi kipisz w tornistrze Małgosi. Nie chodzi o to, żeby… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Grzegorz

Witam wszystkich Chciałbym podzielić się swoimi spostrzeżeniami odnośnie edukacji mojego syna (7 lat) w klasie pierwszej , jednej ze szkół podstawowych na Dolnym Śląsku, Wybraliśmy szkołę świadomie kierując się profesjonalnie zamieszczonymi opiniami dotyczących edukacji w tej placówce: Szkoła poza schematami szkolnej ławki, edukacja artystyczna, teatralna, taneczna,rozwijanie i wspieranie talentów dziecka itp. Po czterech miesiącach nauki w tej szkole czar prysł a realia systemu dały znać o sobie. Po pierwsze materiał jest , nawet nie można powiedzieć że przerabiany-jest to wyścig aby jak najwięcej zrobić(tzn przerzucać strony w elementarzu) a na dokładkę jeszcze raz tyle do domu. Uczeń powinien spokojnie uczyć… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Joanna

Pisalam w moim pierwszym komentarzu,z e polaksie szkoly sa przeladowane sprzetem. Zamiast skoncetrowac sie na rozwijaniu kreaktywnosci uczniow, malej i duzej motoryki i talentow indywidualnych dzieci, mamy rzutniki, komputery, laptopy i inne gadzety, ktore odwracaja uwage nauczyciela od rzeczy waznych. Moje dzieci czyly sie wachajac, dotykajac, smakujac przy kazdej okazji. Mlodszy w wieku 5 lat potrafil dodawac, odejmowac i mnozyc, a starszy zostal po dwoch latach treningow plywackich potrojnych mistrezm Hesji w zabce. Moje dzieci mowia w wieku 11 i 13 lat 4 jezykami i nie uwazam moich chlopakow za dzieci wyjatkowo uzdolnione. Gdy cos robia, zawsze jest to z… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Grzegorz

Niestety ale w szkole jest zbyt mało świadomych Rodziców. Na zebraniu poruszyłem temat ww. i miałem wrażenie ,ze Rodzice patrzą na mnie jak na osobę z innej epoki. Kompletny brak zrozumienia tematu

avatar
Gość
Robert Raczyński

Coś a propos:
http://mamadu.pl/115731,najwiekszym-problemem-polskiej-szkoly-sa-rodzice-wywiad-z-jackiem-zakowskim

Nie ze wszystkim się zgadzam, ale… Problem z takimi diagnozami jest jeden: modus operandi.

avatar
Gość
Robert Raczyński

Ja tylko dodam, że to nie nauczyciel jest „organem decyzyjnym”. Cokolwiek zrobiłby zgodnie z Państwa sugestiami (i swoim własnym przekonaniem), na ogół zrobi wbrew procedurom. Kreujemy mit wszechmocy nauczyciela, naprawdę nie wszyscy chcą całe życie stać na barykadzie…

avatar
Gość
macbylski

Witam i pytam Dlaczego szkoła ma się dostosowywać do nadpobudliwego Jędrusia a nie on do niej? A uwaga opisująca zachowanie syna to dowód niedostosowania szkoły?! Jestem ojcem nadpobudliwego 10ciolatka i takich uwag dostaję dużo. Ale w przeciwieństwie do mamy Jędrusia cieszę się z każdej z nich. Jest to dla mnie swoisty feedback, dzięki któremu mogę porozmawiać z synem o jego zachowaniu, próbować kształtować jego relacje z nauczycielem, któremu przeszkadza. Mogę uczyć syna szacunku do innych osób, ich pracy, bo niestety wrodzony to ma brak tych cech… My rodzice dzieci nadaktywnych możemy albo dać je do szkoły specjalnej, gdzie klasa składa… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Grzegorz

Co to znaczy nadaktywny? A może dziecko wyraża siebie w ten sposób i nie może dostosować się do norm narzuconych przez dorosłych.Może w szkole dziecko pragnie wyrazić swoje ja poprzez swoje zachowanie. A może dziecko nadpobudliwe to dziecko na które należy patrzeć w szerokim kontekście tzw społecznym? Jakie ma i miał relacje, skąd czerpało wzorce itd?Nadpobudliwość nie bierze się od tak. To nie geny tylko wpływ i kontekst społeczny.Problem polega na tym,że w szkole traktuje się wszystkich sztampowo. Wszelkie odchylenia od norm kwalifikuje sie jako zespół taki lub siaki. Najłatwiej jest zdiagnozować ADHD i zapisać leki aby dziecko się uspokoiło,… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Adam

Dlatego że szkoła powinna zadbać o kontekst interpersonalny wszystkich dzieci.To szkoła powinna uczyć tolerancji i akceptacji inności.

avatar
Gość

„Dlaczego szkoła ma się dostosowywać do nadpobudliwego Jędrusia a nie on do niej?” Choćby dlatego, że obecność Jędrusia w szkole nie jest wynikiem wolnej woli Jędrusia, tylko jest tam pod państwowym przymusem. Konstytucja nakłada na niego obowiązek nauki, ale nie dostosowywania się do struktur organizacyjnych szkoły ani oczekiwań nauczycieli. „mogę…próbować kształtować jego relacje z nauczycielem, któremu przeszkadza” A czy pomyślał Pan choć przez chwilę, czy to nie nauczyciel i szkoła jako taka przeszkadzają synowi? Nauczyciel jest w tej szkole z własnej woli i mu za to płacą. Jeśli mu się nie podoba, to w każdej chwili może odejść z pracy.… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

A ja macbylskiemu dziękuję za głos rozsądku, który pozwala zachować równowagę w tej kwestii. Abstrahując od konkretnego przypadku oraz nadpobudliwości wynikającej z prawdziwych zaburzeń lub zwykłej typowej dla wieku aktywności ruchowej dziecka, wiele problemów i konfliktów w szkole wynika ze zwykłego chamstwa i zaniedbań wychowawczych. Sama nadaktywność może być irytująca, ale gdyby nie towarzyszyły jej inne aspekty zachowania młodego żywiołu, większość nauczycieli jakoś by sobie z nią poradziła. Argument, że nauczyciel pracuje dobrowolnie, a uczeń jest do szkoły „przymuszany” nie wyczerpuje tematu. A może i wyczerpuje w uznaniu nastoletniego chama, który na pytanie nauczycielki o sensowność poświęcania zdrowia jego wyskokom… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

A „powszechny obowiązek szkolny” po szkole podstawowej zniósłbym od jutra, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że jego prywatne chamstwo jest pochodną przymusu i reakcją na opresyjność szkoły…

avatar
Gość

„Argument, że nauczyciel pracuje dobrowolnie, a uczeń jest do szkoły „przymuszany” nie wyczerpuje tematu.” Wyczerpuje o tyle, że w państwie prawa organom państwa nie wolno wyjść ani na jotę poza swoją delegację ustawową i żadnego obowiązku obywatelskiego nie wolno traktować rozszerzająco. Za to zniewolony człowiek jest uprawniony moralnie do wszelkich form wyzwalania się, bądź wyrażania protestu, choćby w normalnych relacjach między wolnymi ludźmi takie zachowania były uznawane za chamskie, czy z innych przyczyn naganne. Choćby z perspektywy dorosłego uznawalibyśmy je za nieskuteczne, czy nawet przeciwskuteczne. Jeśli uczeń ma szkołę głęboko gdzieś i okazuje to na wszelki możliwy sposób, to jego… Czytaj więcej »

avatar
Gość
macbylski

„Za to zniewolony człowiek jest uprawniony moralnie do wszelkich form wyzwalania się, bądź wyrażania protestu, choćby w normalnych relacjach między wolnymi ludźmi takie zachowania były uznawane za chamskie, czy z innych przyczyn naganne” „Jeśli uczeń ma szkołę głęboko gdzieś i okazuje to na wszelki możliwy sposób, to jego święte prawo.” Mam nadzieję, że mój starszy syn przez najbliższe 8 lat tego tekstu nie przeczyta. Proszę wybaczyć ale po 10 latach doświadczeń z małym człowiekiem z cechami zespołu opozycyjno-buntowniczego po przeczytaniu powyższego aż się wystraszyłem. Dzień, w którym ktoś podpowie mu podobną argumentację będzie jednocześnie dniem usunięcia go ze szkoły.A ja… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Niestety, nie sądzę żeby postulowana przez nas (wynikająca jak się zdaje z pryncypiów, bo niby dlaczego oświata miałaby być wyjątkiem) wolność korzystania z edukacji rozwiązała problem chamstwa w stosunkach uczeń-nauczyciel. To w dalszym ciągu byłaby wolność nominalna, bo bardziej stanowiłaby wolność rodzica niż dziecka – edukacja stałaby się przymusem wynikającym z umowy rodzica i państwa, a nie z „troski” państwa. Jestem całym sercem za tym, ale nie rozwiązuje to wszystkich problemów, np. dzieciak nadal mógłby usprawiedliwiać swoją agresję i nieposzanowanie drugiego człowieka zamachem na swoją wolność. Permisywizm nauczyciela, wynikający z poczucia winy za „opresyjność” lub opresyjność szkoły albo z obowiązku… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„Jedynym wyjściem jest wolność wyboru dotycząca obu stron” Dokładnie tak! Wolność rozwiązuje problem o tyle, że musi dotyczyć również szkoły. Tak jest i w prywatnych szkołach i tak zresztą było nawet w państwowym komunistycznym szkolnictwie za mojego dzieciństwa. Wtedy można było wylecieć dyscyplinarnie ze szkoły, nawet podstawowej. Z pierwszoligowego liceum wylatywało się za drobne chamstwo, a z budowlanej zawodówki chyba dopiero za tę fangę w nos, daną nauczycielowi. Nie wiem, kiedy to się zmieniło. W zdrowym układzie obustronnej wolności, jeśli uczeń przesadza, to się go ze szkoły wyrzuca. I wtedy jego i jego rodziców zmartwieniem jest znalezienie innej formy edukacji.… Czytaj więcej »

avatar
Gość
macbylski

no trochę się jednak boję ;-), bo chłopak uczęszcza do społecznej, która spełnia się w 98 procentach i wolałbym by dokończył w niej edukację.
ale dzięki Pana wpisowi już jestem przygotowany na ewentualną konfrontację i za to dziękuję.

avatar
Gość
Grzegorz

Dokładnie takie samo odnoszę wrażenie. Nawet jeżeli nauczyciel chce, ma za sobą cały sztab którym się już nie chce albo nie może bo ….sztywny system i procedury nakazują taki a nie inny schemat pracy.

avatar
Gość
Grzegorz

A z Rodzicami jest faktycznie dużo gorzej. Mam wrażenie że we wspołczesnym zwariowanym świecie, dziecko jest w oczach niektórych rodziców projektorem i robotem do odtworzenia ich szczytnych, nierealnych i zakompleksionych zamierzeń. Masz być naj, naj, naj za wszelka cenę. Dlaczego 4 a nie piątka?To Rodzice w dużym stopniu kreują nieudolnych geniuszo-orłów , piątkowych robotów którzy w obliczu zmieniającego się otoczenia socjo-gospodarczego nie będą umieć byc elastycznie działającymi istotami. Nie można być najlepszym we wszystkim. System edukacyjny który w wyobrażeniu wielu rodziców jest dobry bo Jego pociecha ma same piatki jest tytko pożywka dla rozwoju takich patologii w rozumieniu biopsychospołecznym. Do… Czytaj więcej »

avatar
Gość
macbylski

szkoła nigdy nie będzie uniwersalnie dobra dla wszystkich dzieci. życie doświadczyło mnie w szczególny sposób, gdyż drugie moje dziecko chodzi do pierwszej klasy tej samej szkoły co wspomniany wyżej nadpobudliwy 10ciolatek. Dla pierwszego szkoła jest koszmarem, nauka torturą, drugi wszystko w niej uwielbia. Nauczyciele przez starszego nie mogą normalnie prowadzić lekcji, drugiego niektórzy „chcą adoptować”. Jako rodzic dwóch charakterologicznie maksymalnie różnych chłopców mam takie spostrzeżenie, że zanim zaczniemy zmieniać szkołę zastanówmy się czy czasami nie należy po prostu stworzyć szkół dla „nadaktywnych” dzieci. lub takich klas w dzisiejszych szkołach. Po co zmieniać cały system dla części populacji, przecież po wprowadzeniu… Czytaj więcej »

avatar
Gość
monikasz

Dzieci krańcowo różne pod względem temperamentu i ruchliwości zmuszamy do przebywania połowy dnia w jednej klasie, jedno z nich z pewnością na tym traci, a wszyscy się męczą, to widać. Nie zawsze już dostrzegamy, że oczytane, interesujące się np. historią dziecko siedzi w jednej ławce z kolegą, który jest funkcjonalnym analfabetą. Dzieciak, który ma kłopoty z dodawaniem obok fascynata rachunku różniczkowego. Osobne szkoły natomiast dla przyszłych muzyków czy sportowców działają w tym systemie jako coś oczywistego, nie bardzo rozumiem, dlaczego. Czy to tylko zaszłość, coś co dzięki swojej długotrwałej obecności znika ze świadomości? Czy też może panie w ministerstwie ostrzą… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Macbylski ma jednak w jednym wielką rację, na którą mało kto tu zwraca uwagę: już dzisiejszy system szkolny jest skonstruowany na potrzeby znikomej mniejszości. Mniejszości dzieci z marginesu społecznego i dzieci na pograniczu upośledzenia umysłowego. W tym systemie nie chodzi o to, żeby chętne i zdolne dziecko się rozwinęło, ale wyłącznie o to, żeby kosztem mainstreamowych dzieci nauczyć czytać, pisać i liczyć procenty najbardziej zapyziałego półidiotę, którego matka nie wytrzeźwiała ani na moment przez całą ciążę i pierwsze sześć lat jego życia. Tą potrzebą „obrony praw” dzieci z marginesu uzasadniany jest przymus szkolny, powszechna jednolitość szkolnictwa i skrajny prymitywizm intelektualny… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Jak się ma? W zasadzie nijak. Grzegorz skorzystał z marginesu wolności edukacyjnej, jaką miał i się na tym zawiódł. Ryzyko zawiedzenia się jest ceną, jaką się płaci za wolność wyboru. Alternatywą jest pewność uzyskania badziewia, gwarantowanego przez monopol. Mogłabyś równie dobrze pytać, jak do mojej wizji wolnego rynku ma się to, że ktoś poszedł do restauracji, reklamującej się z rozmachem, obiecującej niebo w gębie, profesjonalnie rekomendowanej przez samą Martę Gessler i kanał Kuchnia-TV, a obiad okazał się paskudny i potem miał niestrawność. Wypadałoby przy tej okazji zapytać Grzegorza, co rozumie pod pojęciem uczeń powinien spokojnie uczyć się rozumowania i powiązania… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Grzegorz

Co rozumiem przez głębokie wejście w temat. Powiedzmy że z perspektywy szkoły podstawowej i klasy pierwszej faktycznie może to wydawać się zdumiewające. Stanowi to jednak fundament do dalszej nauki i prawidłowego rozwoju neuronalnego mózgu.Jeżeli nie zrozumiał Pan mojej intencji z powodu niedokładnego wyjaśnienia tematu, pozwolę sobie na szersze rozwiniecie tek kwestii.Jednak przyznam szczerze że trochę mnie dziwi,że akurat Pan oto pyta.Nie chodzi tu o ćwiczenie japońskiej kaligrafii tylko o stymulację neuronalną. Z przyjemnością wyjaśnię więc jak wygląda to faktycznie. Jeżeli dziecko uczy się liter poprzez projekcję multimedialną, aktywuje się tylko tylna cześć mózgu.Dziecko jest biernym podmiotem przekazu transmisyjnego . W… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Grzegorz

Co do Pana rady odnośnie zmiany szkoły.Dobrze wiemy że liczy się także, o czym pisałem wcześniej inny aspekt tzn socjo-kulturowy, który w każdej szkole jest zdominowany przez określoną grupę dzieci .Niestety są szkoły w których odsetek dzieci pataologicznych stanowi większość.W szkole do której chodzi mój syn nie dominuje patologia społeczna co uważam za istotny komfort funkcjonowania tej placówki co zapewnia spokojny pobyt mojego dziecka. Dając mi podpowiedz odnośnie zmiany szkoły chyba zdobywa się Pan na małą ironię bo nie sądzę ,żeby nie zrozumiał Pan o czym piszę. Nie wymagam od szkoły cudów,sam pracuję nad dzieckiem i sam jestem dla niego… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Chce Pan przez to powiedzieć, że w tej szkole dzieci nie piszą same na kartkach, a zamiast tego oglądają projekcje multimedialne, pokazujące im na ekranie, jak wyglądają literki? Jeśli tak jest, to naprawdę radzę zmienić szkołę jak najszybciej! Doskonale rozumiem i podzielam Pańskie uwagi o wyższości pisania literek nad oglądaniem wideo o literkach. Nie sądzę jednak — trudno mi w to uwierzyć — by jakakolwiek szkoła w Polsce zrezygnowała z tresury dzieci w ręcznym pisaniu literek i zastąpiła to pokazywaniem im projekcji multimedialnych. Jakiego jeszcze głębszego wejścia w temat pisania literek Pan oczekuje? Zupełnie też nie do pojęcia dla mnie… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Ale doszliśmy tu, choć trochę naookoło, do pytania, jakie Marzena mi zadała: jak to się ma do mojej wizji szkoły? Tak! Uważam, że tresura w liczeniu wprzód i wspak do dwudziestu i tresura w kaligrafii to ogłupianie dzieci, a nie edukacja. Dlatego edukacji zgodnej z moją wizją, nie da się stworzyć w ramach systemu, realizującego podstawę programową. I żadna szkoła systemowa, masowa i jednolita, czy to państwowa, czy prywatna, nie będzie z tą moją wizją zgodna. Nawet, jeśli jest to prywatna szkoła z towarzystwem dzieci z dobrych domów, to tylko tyle, że trochę mniej demoralizuje i mniej stresuje. Ale ogłupia… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Grzegorz

Oczywiście, że nie . Dzieci uczą się pisać literki w elementarzu-jak na razie. Problem polega na tym, że prezentacja multimedialna która została zaprezentowana podczas zebrania z rodzicami pokazała jedno: „wrzucenie” całego elementarza do komputera -to ma być innowacja. Mam nadzieję ,że nauczyciel weźmie pod uwagę sugestie garstki Rodziców co do słuszności takiej projekcji. Szkoły mimo wszystko nie zmienię z przyczyn opisanych wcześniej. Musiało by dojść do rewolucji edukacyjnej aby zmienić ten bałagan. Zmiana szkoły mnie nie uchroni przed sztywnymi procedurami, edukacja domowa także. Dziecko pozostanie nadal w pruskim systemie edukacyjnym. Jedyne co mogę zrobić to wspierać swoje dziecko w rozwoju… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„Ja mogę jedynie znosić absurdy edukacji i szukać możliwie najlepszych rozwiązań aby nie zwariować w tym kieracie.” Tak — to podejście wydaje się najrozsądniejsze — minimalizacja szkód, wyrządzanych przez system szkolny. Edukacja domowa już pozwala się wyzwolić spod głupoty podstawy programowej — każde dziecko, nie mające poważnych upośledzeń umysłowych, i tak sobie poradzi z obowiązkowymi egzaminami, choćby rodzice i tutorzy nie poświęcili ani minuty na żaden z tematów tej „podstawy”. Wrzucenie elementarza do komputera mi osobiście się nie podoba, ja jestem z pokolenia papieru, a nie Kindla, ale nie jest to coś, o co bym kruszył kopie. Bardziej o to,… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Grzegorz

Na pewno nie natury czysto mistycznej, chociaż odbierając dziecko ze szkoły w piątek zastanawiam się czy takie upojenie wynikające z nadmiaru nudnego materiału nie jest przyczyną owego stanu… Głębokie przetwarzanie tematu-cóż być może określiłem sprawę mało precyzyjnie, chociaż wdawało mi się ze ostatnio w miarę logicznie wyjaśniłem sens użycia tego sformułowania. Nadzór nad procesem uczenia zlokalizowany jest w wielu częściach mózgu. Dobrze jest aby kilka podsystemów koordynował tzw. centralny system wykonawczy odpowiedzialny za alokację zasobów uwagi,. Jeżeli , tak jak pisałem wcześniej, dana czynność zaciekawi ucznia poprzez percepcję wzrokowo-manualną, po czasie dane zagadnienie które pozostawi tzw. trwały ślad w pamięci… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Szkoła publiczna ma kompleks dopieszczania marginesu (podobnie zresztą jak szkoła prywatna nowobogackiego chama, choć oczywiście z innych przyczyn). Rozumiałbym to, gdyby była w tym skuteczna. Rzeczywiste jej osiągnięcia w tej materii sprowadzają się do obdarowania funkcjonalnego analfabety świadectwem uprawniającym go do kolejnego roku zabawiania się z nauczycielami w kotka i myszkę…

avatar
Gość

Zaciekawił mnie jeden z wątków rozmowy: co zrobić gdy w klasie jest uczeń (lub kilku), który ciągle utrudnia, a nawet uniemożliwia prowadzenie lekcji (np. nadpobudliwy) ?
Jaka jest praktyka w polskich szkołach ? Jakie są możliwości działań ? Co mają do powiedzenia w tej sprawie nauczyciele, rodzice, specjaliści i sami uczniowie(!) ?
Warto byłoby poświęcić tej sprawie osobny wpis. Może ktoś podejmie się … ?

[A tak na marginesie: szkoda, że tak mało nauczycieli wypowiada się na naszych blogach.]

avatar
Gość
macbylski

moje 3grosze z pozycji rodzica takiego dziecka – szkoła społeczna w Poznaniu. w klasie było 2 uczniów „przeszkadzających”, mój syn i drugi z rodzicami z awersją do nauczycieli i innych rodziców. na poziomie klas 1-3 trafiliśmy na super belferkę „starej daty” dawała radę, starała się godzić rodziców i panować nad dziećmi, młoda niedoświadczona poległaby na 100%. Mimo, że miała profesjonalne podejście z olbrzymymi pokładami empatii i tak musiałem ją „przeszkolić”, by mojego syna ostrzej traktowała. z oporami ale wprowadziła parę metod ułatwiających jej pracę. po trzeciej klasie drugi chłopiec zmienił szkołę /przeprowadzka/ i kontynuuje naukę z bardzo dobrymi stopniami /lubił… Czytaj więcej »

avatar
Gość

@macbylski Bardzo ciekawa opowieść z wieloma aspektami. Tak jak pisałem, to tego problemu musimy podejść w osobnym wątku. Teraz tylko wypunktuję ważne spostrzeżenia z Twojej relacji: – nauczyciele z małym i z dużym doświadczeniem – super temat. W szkole temat tabu. – „Pani pedagog: od początku blisko syna, dużo przegadanego z nim czasu,” – to standard, czy rzadkość w naszych szkołach ? Rola i pozycja pedagoga i psychologa w szkole ? – „dyrektor: właściwy człowiek na właściwym miejscu” – skąd się tacy biorą ? – „problemy przegadujemy na wywiadówkach lub telefonicznie” – podkreślam: PRZEGADUJEMY – „brak procedur szybkiej i bliskiej… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Zdecydowanie czas już na nowy wątek… „Pani pedagog…” – niestety, najczęściej na gadaniu się kończy. „Dyrektor” – właściwi i niewłaściwi biorą się z tych samych „zasobów”. „Rodzice” – jako strona na ogół nie istnieją, nie radzą sobie w domu, to jak mają radzić sobie w szkole? „Procedury” – Są, ale albo niestosowane, bo urzędniczo skomplikowane albo niepasujące do realiów, głęboko zakorzenione w pedagogice „wszystkiego najlepszego”. „Nauczyciele niewytrenowani” – bo uczą się jedynie na błędach (albo nie). Na studiach uczą się o modelu idealnym, a nie o uczniu. Wszelkie problemy rozwiązywane są tam przy pomocy środków przypominających anegdoty i procedury Amwaya,… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Magda

Kolejny przykład naszego systemu edukacji. Od lat niezmiennie skoncentrowany na biernym odbiorze informacji. Tradycyjny sposób prowadzenia lekcji (tablica, kreda, sprawdziany). Jak w przyszłości z dzieci nauczanych w ten sposób mają stać się dorośli od których będzie się wymagało samodzielnego myślenia. Co z dziećmi, które preferują inny styl uczenia się, przyswajania wiedzy? Dla nich kilka godzin w szkolnej ławce to horror. Są znudzone odtwórczymi lekcjami, wpisywaniem haseł, podpisywaniem obrazków itd. Nie przejawia do nich argument , że pani każe, że tak trzeba. Nudzą się!!. A przy tym tracą całkowicie motywacje do nauki po zobaczeniu „czerwonej” strony w zeszycie !?. W szkole… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Boni

Chciałam odnieść się do fragmentu tekstu: „Warto zadać pytanie, jak na uczniów działa rozpoczęcie nowego etapu edukacyjnego od regulaminów, ciągu zasad i kar? Czy nauczyciele nie zdają sobie sprawy z tego, jaki to przynosi skutek?” Pracuję w gimnazjum i widzę, że uczniowie podejmujący nauk w naszej szkole, oczekują zwięzłej informacji na temat kryteriów oceniania i omówienia zasad obowiązujących w placówce. Myślę, że jest to naturalna potrzeba, kiedy wchodzi się w nowe środowisko. Jasne określenie zasad znacznie ułatwia współpracę. Podejmując pracę, również oczekujemy, że zostaniemy zapoznani z zakresem naszych obowiązków i ze wszystkimi informacjami niezbędnymi dla naszego właściwego funkcjonowania. Zadaniem szkoły… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Mariola

Bez sensu,ale zgodnie z procedurami – mam wrażenie,że to motto pracy do jakiej ostatnimy czasy obligowany jest nauczyciel.Zabija to jakąkolwiek inicjatywę – te procedury bez sensu (ich realizacja) zajmują tyle czasu, że na coś ciekawego nie ma albo czasu, albo brak już chęci, albo realizuje je zmęczony nauczyciel, który wyrobił sie z procedurami.

avatar
Gość
Merida

Pani Marzeno Pisze Pani o nauczycielach, że „Gdyby ktoś na swojej lekcji nie omówił regulaminu, mógłby mieć kłopoty. Więc omawiają”. I całe szczęście, że omawiają. Byle nie za długo, nie nadmiernie i nie nudno. Kłopotem jest niewiedza, brak orientacji w regułach gry. Jak grać w szkolę nie znając zasad? Każdy woli znać zasady przed rozpoczęciem gry. To oczywiste oczekiwanie. Pozostaje kwestia formy tej prezentacji. Nikt nie zmusza nauczyciela do wchodzenia w najdrobniejsze szczegóły procedur PSO zgodnego z WSO na samym początku zajęć z grupą. Przekonałam się wielokrotnie, że tego nikt nie słucha. ani rodzice, ani dzieci [piszę dzieci, chociaż pracuję… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Ala

Smutek ogarnia mnie czytając ten tekst, ponieważ w takim nieciekawym świetle przedstawia nasz system edukacji i nauczycieli. Nie podważam faktu, że pierwsze spotkania w klasie czwartej to rzeczywiści regulaminy, zasady i inne formalności – choć i te można przedstawić w różny – czasem i ciekawy sposób. Wymagane obowiązki wszyscy pracownicy w każdym zakładzie pracy chcą wypełnić należycie – tak też i nauczyciele. A czy są nauczyciele którzy nie marzą o tym aby ich lekcje były atrakcyjne, a uczniowie zainteresowani i zafascynowani nauką ? Czyż nie temu służą pięcioletnie studia i ustawicznie dokształcanie się kadry nauczycielskiej? A zatem odpowiedzi na nurtujący… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Ala

Smutek ogarnia mnie czytając ten tekst, ponieważ w takim nieciekawym świetle przedstawia nasz system edukacji i nauczycieli. Nie podważam faktu, że pierwsze spotkania w klasie czwartej to rzeczywiści regulaminy, zasady i inne formalności – choć i te można przedstawić w różny – czasem i ciekawy sposób. Wymagane obowiązki wszyscy pracownicy w każdym zakładzie pracy chcą wypełnić należycie – tak też i nauczyciele. A czy są nauczyciele którzy nie marzą o tym aby ich lekcje były atrakcyjne, a uczniowie zainteresowani i zafascynowani nauką ? Czyż nie temu służą pięcioletnie studia i ustawicznie dokształcanie się kadry nauczycielskiej? A zatem odpowiedzi na nurtujący… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Marta

Można zgodzić się ze stanowiskiem, że obecna szkoła jest nudna, że taką formę zajęć narzucił nam system, jednakże nieodzownym elementem procesu edukacji jest pasja nauczyciela, jego twórcza postawa. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom uczniów myślę, że prezentowana wiedza przez n-la powinna wyzwalać aktywność uczniów poprzez burzę mózgów, ekskrementy, uczenie polisensoryczne wieloma zmysłami. Szkoła powinna uczyć zasad funkcjonowania w społeczeństwie m.in. na drodze, w muzeum, operze, w galerii itp. Zajęcia artystyczne nie powinny być oceniane, powinny być wyborem ucznia, tak jak zajęcia z wf to uczniowie powinni dokonywać wyboru dyscypliny sportowej, która rozwija ich talent. Uczniów warto zaangażować na rzecz społeczności szkolnej, poprzez… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Artur Kowalski

Na początku mojej przygody z próbami zafascynowania uczniów „magistra vita est” zetknąłem się z wizją i misją szkoły. Ktoś na górze wpadła na pomysł, że każda szkoła powinna szczegółowo określić jakiego absolwenta pragnie wychować i wyedukować. Szkoły prześcigały się w ilości cech takiego idealnego ucznia (co nie które w dalszym ciągu to robią) kompletnie zapominając, że uczniowie są i będą różni. I w owej inności ich siła i szansa na lepsze zrozumienie otaczającego ich świata. Różnorodność ta daje również nauczycielowi większe pole do popisu. Monotonia nauczania pod egzamin/sprawdzian i podstawę programową w równej mierze wypali nauczyciela jak i ucznia. Chcąc… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„Szkoły prześcigały się w ilości cech takiego idealnego ucznia (co nie które w dalszym ciągu to robią)” Skąd to „co niektóre” i czas przeszły? Czy pod pojęciem „szkoły” rozumie Pan system szkolny, obowiązujący wszystkie dzieci w kraju, czy dyrektora (lokalnego decydenta) placówki, zajmującej się kilkuset czy tysiącem dzieci? Wydaje mi się, że Pana uwagi dotyczą „szkoły” jako całości systemu szkolnego, z jego Podstawą Programową, określającą jasno i bez ogródek, jakie cechy ma wypełniać produkt: „uczeń przedstawia podstawowe motywy ochrony przyrody (egzystencjalne, ekonomiczne, etyczne i estetyczne)”, a pojedyncza szkoła (jej decydent) nie mają tu pola manewru — produkt spełniający tę normę… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Ola

Natrafiłam ostatnio na taki link: http://ciekawaszkola.pl/dla-dyrektorów
Czy ma Pani coś wspólnego z tym projektem?

avatar
Gość
Marta

Dlaczego nikt nie zastanawia się „dlaczego”? Tak można odnieść się do kwestii uwag dzieci w dzienniczkach. Dorośli potrafią świetnie tłumaczyć i usprawiedliwiać swoje zachowania: „to przez to ciśnienie dzisiaj”, „to dlatego, że jestem chory”, „mąż/ żona mnie rano zdenerwował”. Przyłapani na jakimś wykroczeniu oczekują anulowania kary: ”panie władzo, a może tylko upomnienie?”. Ale dziecko ma się podporządkować. Zawsze. Nie może mieć gorszego dnia, trudnej sytuacji w domu, nie może czuć się fatalnie. Nie powinno oczekiwać też darowania przewinienia bo się „zepsuje”, a poza tym to będzie „zły przykład” dla innych. Zastanawiam się czy kiedyś jako obligatoryjne pojawią się dzienniczki pochwał…

avatar
Gość
EKO

Szkoła podstawowa bardzo wyraźnie dzielona jest na dwa oddzielne etapy edukacyjne (etap I i etap II). I co w tym jest najgorsze to to, że rozdział ten pogłębiają nauczyciele tej samej szkoły. Tu zaczyna funkcjonować „syndrom budowlańca” (zawsze ten co coś robił przed nami „spartaczył robotę” i my musimy ją poprawiać, aby można było budować dalej). Na początku czwartej klasy uczniowie słyszą pytania: „co robiliście przez trzy lata?”, „kto Was uczył?” itp. Słyszą też stwierdzenia: „my (czytaj nauczyciele etapu II – choć przecież z tej samej szkoły podstawowej) musimy wszystko nadrobić”, „skończyły się zabawy zaczyna się nauka” … Jeśli dołożymy… Czytaj więcej »

avatar
Gość
jsabyen

Dlaczego rodzice oczekuja czegos innego od systemu szkolnictwa to jest system panstwowy i ma sluzyc panstwowi ma zrobic z dzieci maszyny ktore beda dobrze funkcjonowac wstawac rano pracować płacić podatki i itd.tu niema mniejsca na individualne nauczanie. Zeby to zmnienic musimy zmienic SYSTEM.

avatar
Gość

Naprawdę chcę, abyśmy sobie uświadomili, że system to my 🙂 Stale czytam we wpisach na Twoim blogu Marzenko, że… system jest zły. Że nauczycieli i nauczyciele stosując się do tego systemu stają się…. a szkoła…. Ale to nie jest prawda. System np. nakazuje każdej szkole stworzyć własny wewnątrzszkolny system oceniania. Każda szkoła może to zrobić jak zechce. Wprowadzić punkty, procenty, lizaki, czekoladki, oddzielić proces uczenia się od momentu sprawdzania wiedzy i umiejętności uczniów itd, itp. Ale tego nie robią nauczyciele. Dlaczego? No nie dlatego że system jest zły, tylko dlatego, że… nie chce im się, nie wiedzą, że można inaczej… Czytaj więcej »