Oś Świata/Neurodydaktyka, czyli neurony w szkolnej ławce

O nowej książce Geralda Hüthera i dysleksji Jacka Żakowskiego

06.06
2014

„Wszystkie dzieci są zdolne”

Gerald Hüther, Uli Hauser

Wydawnictwo Dobra Literatura, Słupsk maj 2014

 

Pod koniec maja ukazała się nakładem wydawnictwa Dobra Literatura książka autorstwa Geralda Hüthera i Uli Hausera „Wszystkie dzieci są zdolne”.

Jest to niezwykle ważna pozycja, która – mam taką nadzieję – dostarczy kolejnych argumentów przemawiających za koniecznością zmian w naszym systemie edukacyjnym. Geralad Hüther to profesor neurobiologii, który całe życie poświęcił badaniom mózgu. Jak mało kto rozumie mechanizmy sterujące procesami uczenia się i widzi, jak obecny system edukacyjny marnuje potencjał wielu dzieci. W dzisiejszym modelu edukacyjnym docenia się jedynie wybrane talenty, podczas gdy w pozaszkolnej rzeczywistości potrzebne są wszystkie.

 

Problem nie leży jedynie w niedostrzeganiu wielu uzdolnień, ale również w tym, że niewątpliwie utalentowanym dzieciom wciąż jeszcze odmawia się prawa do stworzenia pozytywnego obrazu samego siebie i do wiary we własne możliwości. Każdy z nas ma silne i słabe strony! Jednak obecny model wszystko uśrednia, nie dostrzegając, że słabsze wyniki w określonych dziedzinach mogą być rekompensowane przez inne talenty. Nawet najwybitniejsze jednostki nie są wolne od słabości. Nie koncentrujmy się na słabościach, ale pozwólmy każdemu rozwijać to, co w nim najlepsze, apeluje Hüther. Stawiając na przeciętność, wszyscy tracimy.

 

Pod koniec maja w konferencji poświęconej nowych trendom w nauczaniu uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi zorganizowanej we Wrocławiu przez Fundację Promyk Słońca wziął udział jeden z najlepszych polskich dziennikarzy Jacek Żakowski. Jego opowieści powinni wysłuchać wszyscy uczniowie, a szczególnie ci z problemami.

Małego Jacka – ze względu na silną dysleksję – nie chciano przyjąć do szkoły. Panie prowadzące badanie w Przychodni Pedagogiczno-Psychologicznej uznały, że jest po prostu za głupi, żeby móc się uczyć z normalnymi dziećmi. Tylko dzięki determinacji mamy Jacek poszedł do pierwszej klasy. Trzy pierwsze klasy to droga przez mękę. Najpierw w szkole, a potem w domu. Gdy inne dzieci bawiły się na podwórku, mały Żakowski godzinami odbrabiał z mamą lekcje. Jak sam mówi, postępy były raczej symboliczne, a każdy pretekst był dobry, żeby choć na chwilę przerwać tortury. :Trudno sobie wyobrazić, ile razy spadałem z krzesła, jak często „przez nieuwagę” strącałem ze stołu szklanki, wazony, co tylko dało się zrzucić”, opowiadał redaktor „Polityki”. Pod koniec trzeciej klasy dyrektorka szkoły postawiła pani Żakowskiej ultimatum, albo przeniesie syna do innej szkoły, albo zostanie skierowany do szkoły specjalnej. Mama Jacka wybrała pierwsze rozwiązanie. Z czasem mały dyslektyk radził sobie w szkole coraz lepiej, bo dysponował coraz skuteczniejszymi strategiami kompensującymi jego słabości. Jedna z jego nauczycielek języka polskiego z uznaniem zauważyła, że napisał długie wypracowanie, w którym nie było ani jednego słowa z „ż” i „rz”.

Dzięki wsparciu rodziców Jacek nie myślał o sobie jak o niezdolnym do niczego nieudaczniku. W starszych klasach coraz częściej mógł wykazać się swoimi uzdolnieniami. Żakowskiemu się udało! Mimo dysleksji skończył szkołę, poszedł na studia i zrobił karierę. Warto zastanowić się, co by się stało, gdyby jego mama pogodziła się z opinią specjalistów z Poradni Psychologiczno-pedagogicznej twierdzących, że problemy Jacka przekreślają jego szanse na szkolny sukces. Jak potoczyłyby się losy Żakowskiego, gdyby poszedł do szkoły specjalnej i uwierzył w łatkę, którą mu przypięto?

Czy zatem mały Jacek Żakowski był utalentowanym dzieckiem? Miał i do dziś ma jeden słaby punkt, trudności z poprawnym pisaniem. Czy ten deficyt był wystarczającym powodem, by uznać go za dziecko odstające od normy? Oprócz dysleksji nosił w sobie również ogromny potencjał! Czy jeden słaby punkt może unieważnić wszystkie inne talenty? W dzisiejszym modelu edukacyjnym osobie niezwykle uzdolnionej muzycznie drogę do akademii muzycznej zamyka niezdana matura z matematyki.

Trudno ocenić, ilu dzieciom skutecznie wmówiono, że są głupie i do niczego sie nie nadają, bo mają jakiś deficyt i z czymś radzą sobie słabiej. Temu problemowi poświęcona jest wydana właśnie przez Dobrą Literaturę książka Geralda Hüthera. Niemiecki neurobiolog wyjaśnia, w jakich warunkach naturalne talenty i uzdolnienia dzieci mogą się rozwijać i jak opiekunowie i rodzice mogą je wspierać. Kary i nagrody są metodami tresury a nie wychowania. Zamiast formatować dzieci według naszych wyobrażeń o tym, jakie powinny być, powinniśmy baczniej przyglądać się temu, jakie są i jaki tkwi w nich potencjał. Dzieci mają prawo do bycia sobą, nie przyszły na świat po to, by odgrywać wyznaczone im przez dorosłych role. Zadaniem szkół nie powinno być uśrednianie i niwelowanie różnic między dziećmi, ale umożliwienie im rozwijania wszystkich tkwiących w nich talentów i uzdolnień. Nie wszystkie będą profesorami, nie wszystkie chcą poznawać świat poprzez przekaz werbalny. Potrzebujemy nie tylko matematyków, lekarzy czy prawników, ale również dobrych kucharzy, fryzjerki, ogrodniów, tancerzy, piekarzy czy kreatorów mody. Nie ma powodu, by uważać, że bycie dobrym mechanikiem samochodowym czy hydraulikiem zasługuje na mniejszy szacunek niż bycie dobrym profesorem matematyki. Jeśli wszystkie dzieci wysyłamy do szkół, to naszym obowiązkiem jest stworzenie w nich warunków dla rozwoju wszystkich talentów.

 

Fragment książki Geralda Hüthera „Wszystkie dzieci są zdolne”

 

„Dzieci rozpiera ciekawość otaczającego świata, nieustannie chciałyby coś odkrywać, zadawać pytania; czterolatki robią to nawet do 400 razy dziennie; ciągle przeżywają coś nowego, ucząc się w ten sposób życia. W tym wszystkim najważniejsze są te doświadczenia, które dziecko zbiera w kontaktach z innymi ludźmi, to one zapisują się najintensywniej w dziecięcych mózgach. To, że większość dzieci najpóźniej po dwóch latach chodzenia do szkoły traci wrodzoną ciekawość świata, nie wynika z jakiegoś naturalnego prawa. Nie są temu winne ani same dzieci, ani konstrukacja ich mózgów, lecz sposób prowadzenia zajęć w szkołach. Jakim cudem dzieci mają zachować swą otwartość na wszystko co nowe, jeśli bez przerwy są tylko pouczane. Gdyby mogły nieustannie odkrywać i badać otaczającą rzeczywistość, gdyby mogły wszystko wypróbowywać i stale czegoś się uczyć, z pewnością żadne z nich nie zatraciłoby tej wrodzonej ciekawości życia. Żadne dziecko nie rezygnuje dobrowolnie z poszukiwania, zadawania pytań i przyswajania sobie wciąż nowych faktów. Ale kiedy nie ma w pobliżu człowieka, który okazałby mu zainteresowanie, wtedy rzeczywiście może stracić motywację do dalszego działania. Podobnie zareaguje w sytuacji, w której dorosły okaże brak cierpliwości, bo właśnie jest zajęty czymś innym, albo po prostu nie ma dla dziecka czasu, albo wtedy, gdy wciąż objaśnia mu rzeczy, o które wcale nie pytało, lub gdy jakiś wszechwiedzący dorosły wmawia dziecku, co jest najlepsze dla jego rozwoju.”

 

W dzisiejszym modelu edukacyjnym każemy dzieciom zajmować się głównie tymi przedmiotami, z którymi mają największe problemy. Jak rozwinęłyby swój potencjał, gdyby mogły same wybierać i poświęcić czas na to, co im wychodzi najlepiej. Czy jako rodzice i nauczyciele mamy prawo narzucać dzieciom swoją wolę i formatować je według naszych wyobrażań preferujących średniactwo? Czy nie szkoda nam zmarnowanych talentów?

ważne, jak odpowiadamy na proste pytanie. Czy siedmioletni Jacek Żakowski był zdolnym dzieckiem czy nie? Przecież miał poważną dysfunkcję, i ma ją do dziś! To nie dysleksja była przeszkodą na drodze do sukcesu, ale sposób, w jaki podchodzili do niej nauczyciele.

Informacja dla osób zainteresowanych moją ostatnią książką „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z granatowym profilem twarzy. Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

 

Książkę można kupić w księgarniach (np. w EMPiKu)  lub przez internet np. tu:

http://www.kopernikanska.pl/prod_228283_Neurodydaktyka_Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

 

 

 

85
Dodaj komentarz

26 Comment threads
59 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
17 Comment authors
avataravataravataravataravatar Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
avatar
Gość
Robert Raczyński

„To, że większość dzieci najpóźniej po dwóch latach chodzenia do szkoły traci wrodzoną ciekawość świata, nie wynika z jakiegoś naturalnego prawa. Nie są temu winne ani same dzieci, ani konstrukacja ich mózgów, lecz sposób prowadzenia zajęć w szkołach.” – Niezależnie od tego jak bardzo zgadzam się z ogólnym wydźwiękiem pracy Huthera, wyżej cytowane zdania są nadinterpretacją. „Ciekawość świata”, czyli ogół mechanizmów poznawczych, zmiejsza się wraz z wiekiem każdego organizmu i człowiek, mimo wyraźnie neotenicznych cech, nie jest żadnym wyjątkiem. To, że 4-latki zadają więcej pytań niż np. 9-latki nie powinno nikogo specjalnie dziwić. Z wiekiem spada również zainteresowanie „kolektywizacją” rozwiązywania… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Agnieszka Ważny

Myślę, że nie należy tak literalnie traktować zacytowanych słów „To, że większość dzieci najpóźniej po dwóch latach chodzenia do szkoły traci wrodzoną ciekawość świata, nie wynika z jakiegoś naturalnego prawa. Nie są temu winne ani same dzieci, ani konstrukcja ich mózgów, lecz sposób prowadzenia zajęć w szkołach.” sądzę, że warto spojrzeć szerzej. Tak to prawda, iż z wiekiem wydolność naszego organizmu, ilość neuronów nie jest tak duża jak u małego dziecka, ale czy to faktycznie przekłada się na zmniejszenie ciekawości? Czy fizyczne starzenie się organizmu musi pociągać za sobą spadek ciekawości? Czy faktycznie jest to zależność odwrotnie proporcjonalna? Czy raczej… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Ma Pani świętą rację, że rozdzielanie biologii uwarunkowaniom zewnętrznym nie ma większego sensu. Tyle, że te uwarunkowania, prowadzące do degradacji ciekawości poznawczej, to nie szkoła, jak twierdzi Hüther, ale cały zespół czynników (których nie ma specjalnego sensu się doszukiwać), działających uniwersalnie, tak samo wpływając na rozwój dziecka ludzkiego, jak i kocięcia.

Nauka od pseudonauki różni się właśnie tym, że używane w tekstach zdania nie tylko można, ale i trzeba rozumieć literalnie i jednoznacznie. Książka Hüthera, jak rozumiem, aspiruje do przedstawiania prawd naukowych, a nie metaforycznie ujętych spekulacji.

avatar
Gość
Agnieszka Ważny

Teraz ja mogę napisać ma Pan świętą rację pisząc, że uwarunkowania prowadzące do blokowania ciekawości poznawczej to nie tylko szkoła…ale między innymi szkoła. Zgodnie z psychologią prenatalną i mechaniką kwantową na ciekawość poznawczą dziecka mamy, jako rodzice, wpływ od chwil poczęcia, a nawet poprzez dietę, jeszcze chwilę wcześniej. Tym bardziej mamy wpływ na kształtującą się istotkę po jej narodzeniu, zarówno na poziomie mentalnym wpływając na kształtowanie określonego systemu przekonań poprzez to jak ją traktujemy, jak sami się zachowujemy w określonych sytuacjach, co do niej mówimy i co przy niej mówimy, jakie bajki czytamy czy włączamy w TV, jakimi słowami, przekonaniami… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Jeśli zaobserwowaliśmy tysiące razy, że wypuszczony z ręki kamień spada na ziemię (czasem na naszą stopę), to żaden argument nas nie przekona, że jest inaczej. Zarówno to, że kamienie spadają, słońce na zmianę wschodzi i zachodzi, jak i to, że ludzie, psy, koty, małpy i inne ssaki, które obserwujemy, tracą w miarę dorastania ciekawość poznawczą, nie jest wynikiem jakiegoś wprutego nam przesądu, tylko prostej obserwacji otaczającego nas świata. Zaklinanie rzeczywistości, że tak nie jest, nie doprowadzi do tego, by stało się zgodnie z naszym życzeniem. Jest myśleniem magicznym, a nie naukowym. Jeśli „elastyczność myślenia” miałaby polegać na ignorowaniu obserwacji i… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Stawiam przede wszystkim na biologię…

Hüther powtarza tu nadinterpretację Kena Robinsona.

Powtórzyłem kiedyś to jego słynne doświadczenie ze spinaczami: dwumiesięczne kociaki wynalazły setki zastosowań, w szczególności wrzucenie ich do mojej filiżanki z herbatą. A ich matka, dorosła kotka, która nigdy do żadnej szkoły nie chodziła, wykazała jedynie minimalne zainteresowanie łańcuszkiem ze spinaczy, ciągniętym tuż przed nią po stole.

avatar
Gość
Agnieszka Ważny

A to ciekawe….
ja dziś rano wykonałam ten eksperyment z moim dorosłym kotem (małych kociaków nie mam) i okazało się, że łańcuszek ze spinaczy był dla niej niesamowitą zabawą i podobnie jak Pana dwumiesięczne kociaki, w ciągu godziny znalazła wiele zastosowań dla tej „nowej zabawki”…

Co wspólnego mają nasze koty? Wiek, płeć i to że nie chodziły do szkoły.

A co zatem je różni, skoro w tak różny sposób zareagowały w tym eksperymencie?
Jakie jeszcze czynniki należałoby uwzględnić, aby móc wyciągać wnioski nie będące generalicją jednego czy dwóch przykładów, generalizacją obarczoną dużym prawdopodobieństwem błędu?

ciekawe…:)

avatar
Gość

Dorosłe koty też się bawią różnymi rzeczami. Zwłaszcza te, co nie wychodzą z domu i nie mają atrakcji ogródkowych. Dorośli ludzie u Kena Robinsona też wynaleźli kilka zastosowań spinaczowych.
Trzeba porównać zachowanie (inwencję w różnych zabawach, w szczególności tych ze spinaczami) kociąt i dorosłych kotów, dopiero wtedy można mówić o jakiejkolwiek prawidłowości.

avatar
Gość
Agnieszka Ważny

Rozumiem, że to nie muszą być kocięta (dzieci) dorosłego kota, żeby można było prowadzić obserwacje?… Jeśli nie muszą to chętnie z ciekawości stworzę taką sytuację: pożyczone kocięta + moja dorosła kotka. Akurat w przypadku mojej kotki jej zachowanie niewiele różni się zachowań kiedy była mała… To prawda jest kotem „domowo-balkonowym”, a mimo to, bardzo radosnym, dynamicznym i wielce ciekawym…cały czas mnie zadziwia swoją ciekawością i determinacją w poszukiwaniu w mieszkaniu miejsc nieznanych i nieodkrytych – takich, gdzie jeszcze nie była…a potem kreatywnością i wytrwałością w zdobywaniu tych miejsc. Dziś np. wypatrzyła rano wystającą tasiemkę na górnej, podsufitowej półce w szafie… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Swoją drogą to jest zagadnienie dość łatwo nadające się do badania empirycznego. Hüther pisze o 400 pytaniach dziennie zadawanych średnio przez czterolatka. Nie pisze nic, ile pytań średnio zadają sześciolatki.
Warto byłoby to porównać. I jednocześnie porównać takie dane dla sześciolatków, które były tłamszone przedszkolem z sześciolatkami, którym przedszkole nie miało okazji zaszkodzić.

avatar
Gość

Ja przynajmniej nie. Komentuję nie książkę, a to, co Ty o niej piszesz i z niej cytujesz.

avatar
Gość
Bruno

Do Pana Xawera, Dziwne jest to, że odnosi się Pan do całego spektrum na podstawie jakiegoś wycinka informacji (co jest typowym błędem logicznym) dodatkowo używa Pan kompletnie nieadekwatnych porównań. Idąc jednak tropem Pańskiego myślenia – pytanie nie brzmi: „jak złamać prawa grawitacji nie dopuszczając do upadku wypuszczonego z ręki kamienia?”, pytanie to: „Jak nie wypuszczać z ręki kamieni?”. Faktycznie dorosłe koty mogą tracić ciekawość z biegiem czasu, nie mając wpływu na swój „model edukacji”, tak samo jak nie mają wpływu na rozwój nowotworu w swoich ciałach. Różnica między nami a nimi jest taka, że gatunek ludzki z oczywistych przyczyn ma… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Jeżeli już łapiemy się za słowa i koniecznie mamy przejść do porządku dziennego nad ewidentnym uproszczeniem Huthera (niestety, mam wrażenie, popełnionego celowo dla poparcia tezy głównej), to, bądźmy uczciwi, gatunek ludzki ma „jedynie” większe możliwości „podejmowania walki z tym co wydawałoby się nieuchronne”, więc jest to jedynie kwestia skali, a nie zasady. Poza tym, większość ludzi, nawet tych uważających się za świadomych i inteligentnych, ma niewielki wpływ na swój model edukacji, bo nie zawsze, a raczej rzadko jest to jedynie kwestia woli, czy też wglądu w swoje potrzeby. Ludzie też w ogromnej liczbie przypadków, mają w wielu kwestiach dokładnie tyle… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Nigdy nie wyszłaś z teatru po pierwszym akcie z opinią, że szkoda czasu na oglądanie reszty? Nie odłożyłaś książki na półkę w księgarni po przeczytaniu pół strony pierwszego rozdziału? Czy naprawdę szkoła Twoich marzeń ma zmuszać każdego, żeby przeczytał całego „Beniowskiego”, bo dopiero wtedy będzie mógł odpowiedzialnie powiedzieć, że Słowacki go nie zachwyca? ” Ale, że raz na zawsze wyjaśnić tę sprawę, napisz proszę, co jest dla Ciebie tym „robaczywym jabłkiem” w książce Hüthera. ” W podanym przez Ciebie cytacie zawarta teza, jakoby nie istniały naturalne mechanizmy utraty ciekawości poznawczej, a za obserwowany proces tej utraty odpowiedzialna jest w całości… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Nie wiem. Ale nawet jeśli jest uzasadnienie TEJ tezy, to to uzasadnienie fałszywej tezy musi być równie fałszywe, co sama teza. Nie dyskutujmy o faktach empirycznych! Teza o „nienaturalności” zaniku potrzeb poznawczych jest równie absurdalna, bzdurna i sprzeczna z empirią, co teza o „nienaturalności” wypadania zębów mlecznych. Huether po prostu mocno przeciągnął ż propagandowym uzasadnianiem swoich postulatów. Z którymi to postulatami nawet się zgadzam (o tyle, o ile znam je z Twoich relacji). Ale nie widzę najmniejszego sensu czytania bzdurnych uzasadnień podpierających postulaty, które podzielam, a które mogą mieć i mają rozsądne uzasadnienie. Dla postulatu „czytajmy dzieciom książki” nie trzeba… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„A kto Twoim zdaniem decyduje o tym, czy teza jest fałszywa czy prawdziwa? Na jakiej podstawie to robi.” Każdy czytelnik powinien to zrobić sam w swoim krytycznym rozumie na własny użytek. Jeśli teza, jak w tym przypadku, jest sprzeczna z oczywistymi obserwacjami, które każdy może przeprowadzić sam, to każdy może stwiedzić jej fałszywość. Badacz, nawet jeśli ma tytuł profesorski, który stawia tezę, że wypuszczone z ręki kamienie nie spadają na ziemię bzdurzy. I bzdurność tę może stwierdzić każdy. Podobnie bzdurna i w oczywisty sposób sprzeczna z obserwacjami jest cytowana powyżej teza Huethera o braku naturalnego mechanizmu zaniku ciekawości wraz z… Czytaj więcej »

avatar
Gość

” gatunek ludzki z oczywistych przyczyn ma możliwość podejmowania walki z tym co wydawałoby się nieuchronne ”
Nie przeczę.
Jest to jednak dokładnie odwrócenie tezy Huethera, zawartej w cytowanym przez Marzenę fragmencie. Zawarta tam teza polega na tym, że żadnego takiego naturalnego mechanizmu nie ma, nie ma naturalnej skłonności do zaniku potrzeb poznawczych z wiekiem, a za całą destrukcję tych potrzeb u ludzi opowiedzialne są wyłącznie działania gatunku ludzkiego, zwane szkołą.

Swoją drogą: nie jest błędem logicznym odrzucenie całości konstrukcji dedukcyjnej, opartej na wnioskowaniu z koniunkcji przesłanek, po stwierdzeniu fałszywości jednej tylko z nich.

avatar
Gość

Nie stawiam mu poważnych zarzutów. Ot, zarzut nadinterpretacji faktów, co jest czymś tak powszednim i oczywistym w „naukach społecznych”, że aż nie ma co się nad tym wyżalać.

A do zauważenia misinterpretacji faktu wystarcza nawet nie pół strony, ale wręcz jedno zdanie, zawierające tę misinterpretację, którą tutaj Robert bardzo trafnie wypunktował.

avatar
Gość
Mariusz Krawczuk

Pani dr, wywiad w gazecie.pl jest naprawdę inspirujący.

Po kilkunastu latach wróciłem na studia i zauważam, ze nie uwzględniają one specyfiki studenta w wieku 40+.
Akurat na moim roku stanowimy połowę. Reszta to młodzież,która właściwie nie wiadomo dlaczego nie studiuje dziennie.
Uczelnie w pogoni za kasą, obniżąją poziom nauczania zatrwazająco.

Wiedza moich młodszych kolegów z przedmiotów podstawowych typu matematyka, fizyka jest generalnie żadna. Pytania z ich strony do prowadzących nie istnieją.

A wszystko zaczyna sie od zabijania ciekawości w szkole podstawowej, a potem testy itd.

Pozdrawiam

avatar
Gość
Robert Raczyński

Wiedza jest żadna, bo żadne są wymagania… Nie wynika to jedynie z żadnego „zabijania ciekawości”, ale przede wszystkim z braku potrzeby. Jeżeli wolno mi być kompletnym ignorantem, jest to powszechnie akceptowane, a nawet stanowi warunek akceptacji społecznej, to dlaczego miałbym zawracać sobie głowę jakimiś „przedmiotami podstawowymi”? Różnica „pokoleniowa”, o której pan wspomina, polega na przesunięciu granicy obciachu… To kwestia kulturowa, a nie metodyczna.

avatar
Gość
Sorge

Książkę Wszystkie dzieci są uzdolnione nabyłam, niestety. Bo szkoda mi tych pieniędzy, na szczęście dużo niższej kwoty, (niech żyją dobre księgarnie)niż cena okładkowa. Materiał, który nie wnosi nic nowego, dobry jako artykuł w popularnej prasie rozdmuchany do wielkości „książeczki” sztucznym powiększeniem czcionki. Akurat starczyło czytania na połowę trasy pociągiem ekspresowym z Warszawy do Krakowa. Drugą połowę, śmiem twierdzić, że z większym pożytkiem, poświęciłam na rozmowę z trzecioklasistami jednego z tarnowskich gimnazjów. Objawów zmarnowania talentów nie stwierdziłam, dzieciaki miały sporą wiedzę z różnych przedmiotów, dzieliły się zainteresowaniami dobrowolnie, Centrum Nauki Kopernik zrobiło na nich zupełnie średnie wrażenie, ale tam bawią dobrze… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Powtórzę, że nie krytykuję książki jako całości — bo tej nie znam — a wyłącznie fałszywy argument, jaki w niej (a wręcz w przytoczonym przez Ciebie cytacie) się znalazł. Fałszywość argumentacji nie zależy od tego, czy fałszywy argument obudowany jest kilkusetstronicową książką, czy nie. Jedno fałszywe zdanie (OK: dwa), zawarte w cytowanym przez Ciebie fragmencie: „To, że większość dzieci najpóźniej po dwóch latach chodzenia do szkoły traci wrodzoną ciekawość świata, nie wynika z jakiegoś naturalnego prawa. Nie są temu winne ani same dzieci, ani konstrukacja ich mózgów, lecz sposób prowadzenia zajęć w szkołach.” pozostaje fałszywe, a w odniesieniu do całej… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Szczerze mówiąc — niespecjalnie chce mi się czytać. Jeśli pierwsze jabłko z koszyka jest robaczywe (fałszywa argumentacja) to we mnie nie ma tyle cierpliwości, żeby starannie kroić w poszukiwaniu robaków wszystkie pozostałe. Wolę kupować jabłka od innego sadownika. Podobnie z książkami, które aspirują do przedstawiania prawd naukowych, a posługują się argumentacją, za jaką wylatuje się z dwóją na ćwiczeniach z logiki dla studentów II roku.

Pożytki z czytania bajek dzieciom — to chyba nie jest specjalnie odkrywcze. „Cała Polska czyta dzieciom” wystartowała w 2001 — jak najzupełniej słusznie i bez potrzeby podpierania tego argumentami o neuronach lustrzanych.

avatar
Gość
Agnieszka Ważny

Oczywiście może tak być jak Pan pisze, jedno robaczywe jabłko świadczy o tym, że cała reszta jabłek jest robaczywa…

A co jeśli jest inaczej?

A jeśli okaże się, że to tylko pierwsze jabłko w koszyku jest robaczywe, a wszystkie pozostałe przepyszne i bez robaków, a w koszyku od drugiego sadownika wszystkie są robaczywe…?

Takie przekonanie

avatar
Gość

Jeśli pierwsze jabłko jest robaczywe, to nie świadczy o tym, że pozostałe też są robaczywe, ale zdejmuje z nich oparte na zaufaniu do sadownika przekonanie, że robaczywych jabłek nie sprzedaje — moje zaufanie do pozostałych jest siłą rzeczy bardzo nikłe. Podobnie w przypadku argumentacji w książkach. Jeśli argumentacja w jednym cytacie, jaki Marzena dała nam tu jako próbkę, jest robaczywa, to nie można wierzyć, że inne argumenty podawane w książce są poprawne. I albo muszę je wszystkie starannie posprawdzać (a na sprawdzanie każdego zdania o faktach, jakie pisze Huether nie mam siły, a często i kompetencji) albo ich w ogóle… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Agnieszka Ważny

Tak to prawda, że często tak jest, że wystarczy jedno jabłko postrzegane przez nas jako robaczywe może sprawić, że pełen kosz pysznych soczystych jabłek przejdzie nam koło nosa…co więcej, żyjemy dalej w przekonaniu, że ten kosz był bezwartościowy i takimi naszymi odczuciami, przekonaniami dzielimy się ze światem sprawiając, że niektórych te jabłka zaintrygują i postanowią sami sprawdzić, a innych odstraszą i nie zaryzykują ich zjedzenia i w ten sposób już większą ilość osób ominie ten cudowny smak dojrzałych i pięknych jabłek z sadu z tradycjami i dużym doświadczeniem… I zastanawiam się co by musiało się wydarzyć, żeby osoba kupująca jabłka,… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Waldemar Zabielski

Z ciekawości wyguglowałem autorów i tytuł książki w originale “Jedes Kind ist hoch begabt: Die angeborenen Talente unserer Kinder und was wir aus ihnen machen” czyli “Każde dziecko jest wysoce uzdolnione: o wrodzonych talentach naszych dzieci i co z nimi robimy.”
Książki nie czytałem, ale tytuł wydaje mi się prawdziwy.

Chciałem także zdecydowanie zaprotestować przeciwko bezpodstawnie głoszonej tu tezie, że wrodzona ciekawość świata rzekomo słabnie lub zanika u dorsłych. Z moich obserwacji wynika, że ta biologiczna “prawidłowość” dotyka tylko pewną określoną część naszego gatunku.

avatar
Gość
Robert Raczyński

Mnie też się wiele tytułów podoba… Prawa biologiczne nie zależą jednak od tego czy nam się coś podoba, czy nie. Jeśli zmiany zachodzące w hipokampie i móżdżku w toku rozwoju osobniczego świadczą o „bezpodstawności głoszonej tu tezy”, to co uznałbyś za jej potwierdzenie? Poza tym, niewiele rzeczy w przyrodzie działa zero-jedynkowo. Różnimy się osobniczo. Co to znaczy „tylko pewną określoną część naszego gatunku”? To w końcu mamy jakąś prawidłowość, czy nie? Jak zwykle nasze dyskusje schodzą na manowce z powodu traktowania niektórych zjawisk w kategoriach czerni i bieli oraz szukania prostych rozwiązań. Działania edukacyjne obniżające funkcje poznawcze, w tym zwykłą… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Mi też historia Jacka Żakowskiego się bardziej podoba, choć zupełnie nie rozumiem, co miałoby z niej wynikać. J.Ż. dał sobie świetnie radę mimo obowiązujących 50 lat temu przepisów i wypracował sobie skuteczne protezy. Czy lepiej wychodzą wszyscy ci, którzy od 1 klasy po maturę (a i studia) przeszli z zaświadczeniem o dysleksji. Moja znajoma HR ze sporej firmy opowiedziała mi kiedyś o kandydacie do pracy na inżynierskie stanowisko (wymagające tworzenia sporej ilości tekstów, w tym wychodzących poza firmę), który przyniósł jej CV pełne błedów ortograficznych, a gdy go o to zapytała, to z pewną siebie miną pokazał jej zaświadczenie o… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Orzeczenia wydawane są przez „przychodnie” hurtowo. Czytając te „opinie” nie można oprzeć się wrażeniu, że dysleksja to nie tylko powszechna, ale także zwyczajnie nieskomplikowana przypadłość, coś na kształt kataru, ale mniej dokuczliwa. W zasadzie zaleceń może domyślić się każdy jeszcze zanim doczyta je do końca – wszystkie jak spod sztancy. Nic dziwnego, że na wydaniu opinii działania przychodni, rodziców i samego zainteresowanego się kończą. „Leczenie” polega na wydlużeniu czasu pracy i nieocenianiu ortografii. Niby OK, bo przecież nawet z raka nie ma obowiązku się leczyć, ale może dobrym pomysłem byłoby uzależnienie stosowania wszystkich ulg od poświadczonego przez specjalistę udziału w… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Boże broń przed zaświadczeniami od specjalistów! Byłoby dokładnie tak, jak sądzisz. Albo jeszcze gorzej: państwo z Twoich podatków prowadziłoby państwowe przychodnie rehabilitacji dyslektycznej, zajmujące się wyłacznie wydawaniem zświadczeń (wymaganych prawem) tak, jak to robią dziś poradnie. Nie widzę niczego złego w systemie, jaki sprawdzał się od zawsze: póki dziecko jest w szkole podstawowej/gimnazjum, to i tak z niej nie wyleci za ortografię. A później po prostu wymagamy, by każdy aspirujący do miana „inteligenta” pisał ortograficznie. Jego sprawa, czy robi to z naturalną łatwością, czy ma wypracowane protezy mentalne, a może ma jakieś protezy techniczne (spellchecker). Żadnych ulg: możesz korzystać z… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Jest dokładnie na odwrót, niż mówisz. Obaj Jackowie (Żakowski i Kuroń) świetnie funkcjonowowali (a J.Ż. funkcjonuje do dziś) mimo swojej dysleksji i ta ówczesna „szkolna kultura błędu” w niczym im nie przeszkodziła. Za to dzisiejsza szkoła właśnie nie funkcjonuje w kulturze błędu, pochyla się z troską nad dyslektykami, błędów im nie wytyka. W efekcie mamy miliony ludzi z magisterskimi dyplomami, nie potrafiących napisać kilku zdań, za to zasłaniających się kwitami o dysleksji. Jerzy Urban kiedyś zaproponował, że wystartuje w „Tańcu z Gwiazdami” i przyniesie metrykę, że ma 75 lat i zaświadczenie o cukrzycy i nadciśnieniu, zwalniające go od wysiłku fizycznego.… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Agnieszka Ważny

Czytam powyższy wpis na bloga z uwagą, wyczytuję w nim wiele istotnych z punktu widzenia widzenia zmian w edukacji, zmian w naszej mentalności jako społeczeństwa…. Czytam komentarze do tego wpisu i jestem zadziwiona stawianymi tezami, pojawiają się słowa, dyskusja, ścieranie różnych perspektyw. Coraz to inny kąt patrzenia daje w efekcie inne widzenie tej samej rzeczywistości, inną interpretację, inną „halucynację” na temat tego Jakimi rzeczy są? Przez moją głowę przelewa się potok słów, myśli, argumentów. Mogłabym pisać i pisać i pisać… Potem patrzę na to wszystko z boku, bez emocji…i co widzę? Widzę grupę dyskutujących osób, z których każdej zależy na… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Ależ nie przypisuj mi, że bronię tego systemu!
Wprost przeciwnie. Uważam, że należy go zlikwidować, a nie reformować. Tak, jak z real-socem Gierka.

Dysfunkcyjność systemu leży nie w jego metodach dydaktycznych, ale w fundamentalnych założeniach. Twierdzę więc, że kombinowanie z „metodami”, nie kwestionując fundamentu, jakim jest powszechny i jednolity system, zarządzany przez państwo, w którym to państwo, a nie rodzice Jasia, decyduje co dla Jasia jest dobre, czego i w jaki sposób Jaś ma się uczyć i do czego Jaś ma być wychowywany, może doprowadzić najwyżej do zwiększenia zamętu, pogłębienia działań pozornych, na których szkolnictwo już dziś bazuje, i zwiększenia opresyjności.

avatar
Gość

Dlatego, że nie tak dawno temu prowadziłem z Tobą polemikę właśnie o tym, że ten system jest nienaprawialny, ale jest w nim jeszce tyle do spieprzenia bardziej.

avatar
Gość

Jeśli – jak się zgadzamy – trzeba wymyśleć szkołę od nowa, to trzeba zacząć od fundamentów, a nie od szczegółów metodycznych, jakie miałyby być stosowane na starym fundamencie. Metodyka i szczegóły typu czy w parach czy pojedynczo, projektami czy bez projektów, oceniać kształtująco czy na stopnie, na siedząco, czy na stojąco, etc. muszą być wtórne wobec treści programowych, a te wobec jasno sformułowanych celów edukacji. Póki się nie zmieni tych fundamentów, to grzebanie w metodyce prowadzi tylko do powiększenia frustracji wszystkich i degradacji tej odrobiny sensu, jaka się dotąd w tej szkole uchowała – prowadząc tylko do tego, że, jak… Czytaj więcej »

avatar
Gość
monikasz

A jako fundament fundamentu jeszcze zasady finansowania…

avatar
Gość
Agnieszka Ważny

Nawiązuje tu do wpisu monikasz, bo pod jej komentarzem nie mam już możliwości…ale też pośrednio jest ustosunkowaniem do tego co powyżej pisze Pan Xawer Tak marzy mi się świat w którym edukacja jest tak finansowana, że bycie nauczycielem jest zawodem elitarnym i nie dla każdego dostępnym… i wtedy od razu pojawi się motywacją i będzie się chciało tak jak się nie chce. Oczywiście pewnie nie którym się będzie chciało i pewnie tym, którym zazwyczaj i tak się chce..a cała reszta będzie krytykować, jak to teraz jest trudno i jak te zmiany o niczego dobrego nie prowadzą… Dokonałaby się wtedy naturalna… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Interpretacja jest następująca: W walącym się domu nie przestawia się ścian po to, żeby powiększyć salon, bo nie tylko nie będziemy mieć większego salonu, ale całość nam runie na głowę. Tego systemu nie da się uczynić funkcjonalnym, wspaniałym, ani nawet nieszkodliwym — z niego trzeba ewakuować tak wiele dzieci, jak tylko się da i stworzyć dla nich zupełnie inną alternatywę. Ten system jest koszmarnie zły, ale jest nienaprawialny – należy go albo zlikwidować, albo (co prościej) pozwolić mu umrzeć śmiercią naturalną z braku popytu. Wszelki wysiłek w celu tworzenia dobrej edukacji należy skierować w budowanie innej struktury, zaczynając od samych… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Ooops – w tej drzewiastej strukturze odpowiedź wylądowała nie tam, gdzie powinna, czyli poniżej Twojej… Przenieś, proszę!

avatar
Gość

Wbrew pozorom bardzo poczułam się nożycami. Bo co z tego, że nauczyciel zafascynowany zmianą i podążający za własnymi pomysłami i tak musi opracowywać plany wg obowiązujących, a nie praktycznych dla niego, dla niego użytecznych wzorów? Lub w ogóle zrezygnować z planu? (dyskusja o planowaniu w przedszkolu na moim i Anety blogu). Jaką kreatywność wykaże choćby przy owych opisowych świadectwach, drukowanych na państwowym druku, gdy nawet chciałby więcej, rzetelniej, bardziej autorsko, a mieści się określona liczba znaków? Kreatywność może zatem sprowadzić się jedynie do wybiegu z zastosowaniem mniejszej czcionki (zresztą, jak czytam, czasem i to jest niemożliwe). Dobrze ów spór opisał… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Pani Agnieszko, z przyjemnością czytam pani uwagi po „wekendowej” nieobecności, żałując jednocześnie, że nie mogę odnieść się do wszystkich wątków, bo taka już jest natura tego forum, że jeśli nie odpisuje się na bieżąco, to dyskusje stają się nieco niezborne. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na dwie zasadnicze, moim zdaniem, kwestie. Zgadzam się z panią, że bardzo często ponosi nas gorączka polemiczna i gdzieś między filozoficzno-ideologicznymi niuansami gubi się sprawa zasadnicza. Według mnie sprawa rozbija się o niemożność pogodzenia dwóch trendów w myśleniu o edukacji. Nazwać je można idealistyczno-postępowym i realistyczno-konserwatywnym. Pierwszy z nich nie zawraca sobie głowy zastaną rzeczywistością i… Czytaj więcej »

avatar
Gość

A co złego w tym, że jest tyle perspektyw patrzenia na edukację, ilu jest rodziców+tutorów+nauczycieli? Po co mamy wypracowywać jakieś wspólne rozwiązania, wykraczające ponad liberalne oczekiwanie minimum: niech państwo da nam to robić po swojemu, nie przeszkadza, nie ogranicza i nie wymusza „ujednoliconego standardu”, a każdy wybierze to, co mu pasuje? Wspólne rozwiązania wypracowuję na poziomie consensusu pomiędzy mną, uczniem i jego rodzicem. A w sąsiednim domu niech ktoś inny uczy inne dzieci w zupełnie inny sposób i zupełnie czegoś innego. Nie ma żadnej potrzeby, żeby podejście tego innego nauczyciela zgadzało się z moim – wręcz byłoby to złe, bo… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„Człowiek od zawsze miał większy problem z miękkimi aspektami rozwiązywanych problemów. Łatwiej przychodziło nam od zawsze dokonywać zmian struktur niż zmieniać swą mentalność.”

ale trzeba wiedzieć także, jaki mamy w działaniu cel.

Artykuł Marka Konieczniaka

http://www.edunews.pl/system-edukacji/szkoly/2673-samorzadowa-szkola-cyfrowa-czyli-jaka

avatar
Gość
mk

Przeczytałam książkę „Wszystkie dzieci są zdolne”- rzeczywiście bardzo szybko. Mogę ocenić z pozycji rodzica – matki trójki wspaniałych zdolnych dzieci, które bardzo często wracają smutne ze szkoły, a odrabianie zadań domowych nie napawa ich entuzjazmem. Często słyszę też teksty typu: „Nienawidzę się uczyć”, „Ta pani jest okropna”,”Ten czy tamten przedmiot jest głupi lub nudny”. Książka Hutera jest dla mnie inspirująca, choć nie daje wielu gotowych odpowiedzi. Niestety nie wierzę też, aby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdzki system edukacyjny w Polsce uległ w krótkim czasie diametralnej zmianie. Czy winy jest tylko system oparty na przestarzałych podstawach? Raczej nie tylko. Przede wszystkim… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Zatem co konkretnego proponujecie ? Jakie konkretne działanie, które byłoby naznaczone wysokim prawdopodobieństwem skuteczności ?
Bo przecież diagnoz i postulatów mamy już chyba pełen wór. Aż przelewa się. Chyba nic nowego nie da się już powiedzieć. Jak przejść od mówienia do działania ?
„Już każdy powiedział to co wiedział, trzy razy wysłuchał dobrze mnie,
wszyscy zgadzają się ze sobą a nadal będzie tak jak jest.
Co ja robię tu, co ty tutaj robisz … ?”
Napisałem to z pamięci. A nie chciałbym.

avatar
Gość

Ja proponuję szukać sojuszników wśród rodziców, nauczycieli i znajomych, a potem – tworzenie własnych przedszkoli i szkół, opartych na znanych modelach alternatywnych lub wypracowywanie własnych.
Dzielenie się wiedzą i doświadczeniem z tym, którzy zechcą się w takim zakresie ode mnie czegoś nauczyć.
Czuwanie, aby regulacje państwowe nie poszły w kierunku ingerowania zbyt głęboko w organizację i pracę takich placówek.
Nie mam misjonarskiego powołania. Wystarczy mi „mój kawałek podłogi”.

avatar
Gość

Tutaj relacja z konferencji INSPIRACJE:

http://www.edunews.pl/system-edukacji/przyszlosc-edukacji/2690-uczenie-sie-przez-dzielenie

To jedno z konkretnych działań.

avatar
Gość

„tworzenie własnych przedszkoli i szkół, opartych na znanych modelach”

Jak tworzyć własne szkoły lub może „podszkoły” ? Zastanawiam się … .

avatar
Gość

W tej chwili jest to z przyczyn finansowych zepchnięte w niszę dla zamożniejszych klientów, których stać na płacenie dwa razy: raz podatkami za szkołę państwową, której nie chcą, a drugi raz tobie.

Stąd podstawowym postulatem powinno być faktyczne równouprawnienie finansowe edukacji alternatywnej tak, żeby była dostępna i dla mało zamożnych rodziców.

avatar
Gość
Joanna

Nie wszystko czytałam (zalecane książki, komentarze), ale mnie również zależy na „uzdrowieniu” polskiej szkoły. Obecnie mieszkam w Niemczech i (porównując polski i niemiecki system szkolnictwa) uważa, że polski wcale nie jest taki kiepski! „Faktyczne równouprawnienie” brzmi świetnie, ale dlaczego Polacy nie wykorzystują materiałów, sprzętu, sal gimnastycznych i basenów??? Szkoły polskie mają świetne warunki! Przykładem niech będą wspomniane baseny w szkołach. W Lublinie, na sąsiadujących ze sobą trzech (!) osiedlach są szkoły z basenami. Niestety większość uczniów nie umie pływać lub nie chce się nauczyć. Pytam: dlaczego? Argument, że nie ma pieniędzy dla nauczycieli, którzy chcą prowadzić np. SKS (istnieje jeszcze… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Joanna. Z tego co napisałaś wynika, że faktycznie polskie szkoły nie są złe, lecz są bardzo złe.

avatar
Gość

@marzena
Tak a propos robaczywych jabłek.
„Najwybitniejszy, albo jeden z najwybitniejszych polskich dziennikarzy”
Mam poważne wątpliwości subiektywne, ale również i obiektywne: jak mierzyć dokonania dziennikarskie.

avatar
Gość
Agnieszka

Hmm, tak tu czytam i czytam.. Oczywiście szkoła polska nie należy do najlepszych, ale jednocześnie tak łatwo określić przyczyny tego stanu rzeczy. Nie będę o nich pisać, ponieważ każdy kto siedzi w tym to wie i nie ma co powielać. Szkoły polskie muszą przejść totalną reformę (od żłobka) i to dla dobra nas wszystkich. Agnieszko,zwróciłaś uwagę na szkolenia nauczycieli i że nic z nich nie wynika. To prawda, między innymi od kilku lat nie chodzę na szkolenia w ODN. Mogę wziąć informator z tego roku i sprzed 15 lat. Niewielkie różnice w ofertach. Bicie piany najczęściej i nic więcej. Ale… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

„Bicie piany najczęściej i nic więcej.” „Uczenie niestety nie jest na 1 miejscu. Niestety… ważniejsze są analizy, ewaluacja, szkolenia, projekty, stypendia, szukanie sponsorów, wymiana międzynarodowa, tworzenie sprawozdań, programów, planów wynikowych, uzasadnienia ocen niedostatecznych…” – Pani Agnieszko, dla niektórych, rzeczy które pani wymienia stały się sednem i sensem zawodu. Co więcej, gdyby takie podejście otwarcie oprotestować, w wielu miejscach byłaby to najkrótsza droga do pożegnania z profesją. Nauczyciel nie jest zajęciem, które ogół zna z wyobrażeń. Rzeczywistość wydaje się nieskomplikowana. Po odcedzeniu tej profesji z gęstego sosu posłannictwa i „niesienia kaganka”, dla sporej liczby niegłupich wydawałoby się ludzi (wystarczy poczytać sondaże,… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Barbara

Panie Robercie, Podpisuję się pod pańską wypowiedzią. Nie napisał Pan tylko (może to Pana nie dotyczy) o wszechogarniającej bezsilności i poczuciu bezradności po kolejnej próbie zrobienia czegoś sensownego i spotkaniu się z tym samym po raz kolejny. Próbuję rozmawiać – nie mam z kim; idę na nowe szkolenie/spotkanie – znowu to samo (patrz wyżej); czytam prasę – te same treści ciągle i ciągle; czytam wypowiedzi w internecie – „bicie piany” i udowadanianie, że każdy z wypowiadających się jest wszystkowiedzącym ekspertem. TU NIE O TO CHODZI!!! Szukam kogoś kto chce działać i coś robić (nie gadać) albo miejsca gdzie tacy się… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Ależ oczywiście, że mnie to dotyczy… Najbardziej uwiera mnie bełkot pseudo-metodyczny i ideologiczny. Mam jednak to szczęście, że, po pierwsze, zrozumiałem dość dawno, że system jest z natury odporny na działania oddolne (lepiej spokojnie robić swoje niż się z nim szarpać); po drugie moja dyrekcja koncentruje się na dobru podległej placówki, a nie na policyjnym dozorze (tzn. zna swoich pracowników i wie, że na ile może im zaufać). Myślę, że właśnie w kontrolowanym zaufaniu leży klucz do dobrej pracy szkoły. Też jestem anglistą. Uważam, że ta specjalność jest stosunkowo mało „spętana” i daje dużo możliwości rozwoju indywidualnego. Wsparcie kolegów jest… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Marzena

Znam ten problem bardzo dobrze, ponieważ jestem mamą dziecka z dysleksją. Mój syn bardzo często styka się , niestety, z niezrozumieniem ze strony nauczycieli (nie wszytskich oczywiście). Problemy te spowodowały , że nie lubi się uczyć, gdyż nie jest mu łatwo opanować materiał egzekwowany przez nauczycieli w szkole. Cały dotychczasowy proces edukacyjny oboje nas kosztuje wiele nerwów;-)