Oś Świata/Neurodydaktyka, czyli neurony w szkolnej ławce

Dydaktyka języków obcych: Komunikacja czy symulacja komunikacji?

18.01
2013

W jednym z poprzednich tekstów napisałam o badaniu ESLC (European Survey on Language Competences). Wynika z niego, to samo, co widać gołym okiem, z językami obcymi mamy duży problem. Warto poszukać przyczyn tego stanu rzeczy i zastanowić się, jaki jest związek stosowanych dziś w glottodydaktyce metod z osiąganymi rezultatami. Może już czas odejście od tego, co przynosi tak odbiegające od oczekiwań owoce i poszukać nowych rozwiązań? I w tym względzie badania nad mózgiem mogą być bardzo przydatne. W oparciu o nie łatwo zrozumieć, dlaczego obecna formuła nauki języka obcego nie może być skuteczna. Po sześciu latach nauki (badaniu poddani zostali uczniowie uczeni według starej podstawy programowe) 24% osób uczących się języka angielskiego było na sztucznie stworzonym poziomie Pre A1, a 34% na A1. Jeszcze gorzej jest, z uczonym w mniejszym wymiarze godzin, językiem niemieckim. Tu 44% uczniów kończących gimnazjum było na poziomie Pre A1, a 42% na A1. Badanie ESLC sprawdzało pisanie, czytanie i słuchanie. Z tymi sprawnościami językowymi uczniowie radzą sobie nieco lepiej. Praktyka pokazuje, że najwieksze problemy mają ze swobodnym mówieniem.

Przyczyn niskiej efektywności edukacji językowej jest wiele, jedną z nich jest niewątpliwie szeroko dziś stosowana metoda, zwana komunikacyjną. Innym czynnikiem utrudniającym naukę języka jest systemowy wymóg drobiazgowego określania, tego co będzie przerabiane na kolejnych lekcjach. Zakłada się również, że uczeń potrafi powiedzieć tylko to, co wcześniej zostało przerobione. W ten sposób język zostaje podzielony na dwie części. W pierwszej jest to, co już przerobione, a więc znane, a w drugiej to, co nowe. Takie podejście wyklucza normalną komunikację i stawianie prawdziwych pytań, bo odpowiedź mogłaby wymagać użycia materiału z jeszcze nieprzerobionej części. Realizując poszczególne tematy nauczyciele stawiają więc pytania pozorne, na które należy odpowiadać w sposób zaplanowany przez autorów podręcznika. Przykładowo, po przeczytaniu tekstu z podręcznika nauczyciel pyta:

„Dokąd poszedł pan Braun?” Niezależnie od tego, kto odpowiada na pytanie, odpowiedź powinna być taka sama: „Pan Braun poszedł do teatru.” „Czy panu Braunowi podobało się przedstawienie?”

Celem takich pozornych pytań nie jest zdobycie informacji, ale sprawdzenie, czy uczniowie potrafią poprawnie odpowiedzieć. W świecie realnym zadajemy pytania, żeby się czegoś dowiedzieć, opowiadamy o czymś, żeby inni wiedzieli, czego chcemy, co nas śmieszy, a co smuci, co lubimy, co nam się podoba. Prawdziwa komunikacja a szkolne symulacje komunikacji, to dwie z gruntu różne rzeczy. W prawdziwej rozmowie „ja” naprawdę oznacza „ja”. W symulowanych rozmowach „ja” oznacza tylko pewną formę gramatyczną.

Wolfgang Butzkamm w swojej książce „Lust zum Lernen, Lust zum Lehren” opisuje przykład niemieckiej studentki odbywającej praktykę w jednej z londyńskich szkół. Prowadząc lekcje po kolei pytała uczniów o zawody ich rodziców. Ku jej zdziwieniu wszyscy odpowiadali w taki sam sposób: „Mój tata jest lekarzem. Moja mama jest sekretarką.” Gdy studentka po lekcji podeszła zdziwiona do nauczycielki, ta odpowiedziała, że wszystko jest w najlepszym porządku, bo taka odpowiedź przyniesie im na teście maksymalną ilość punktów.  Celem prawdziwej komunikacji jest przygotowanie uczniów do używania języka w realnym świecie, symulacja komunikacji może przygotować jedynie do zdawania testów. W prawdziwej rozmowie zadając pytanie, nie wiemy, jaką dostaniemy odpowiedź. Pytając o godzinę, można usłyszeć bardzo różne odpowiedzi.

„Mój zegarek się spóźnia.”

„Spokojnie, mamy jeszcze dużo czasu.”

„Nie mogę teraz wyciągnąć komórki.”

W życiu takie odpowiedzi są możliwe, w typowo szkolnych dialogach odpowiedzią jest zawsze podanie czasu. Symulując komunikację z góry wiadomo, jakie będą pytania i jakie odpowiedzi. Problem w tym, że takie „ustawione” dialogi nie przygotowują do prowadzenia prawdziwych rozmów.

„Czy masz dziś z sobą parasol?”, pyta nauczyciel.

„Tak, mam”, odpowiada uczeń, choć za oknem świeci słońce.

W szkole taki dialog nikogo nie dziwi. Uczniowie szybko uczą się odgrywać swoje role i trudno się dziwić, że wybierają z podręcznika najkrótsze z możliwych odpowiedzi.

Takie szkolne dialogi Leon Leszek Szkutnik nazywa teatrem absurdu godnym Ionesco. „Dość często można spotkać następujący opis typowej lekcji: mamy do czynienia z tzw. tekstem realistycznym. Może to być przykład symulacji dłuższej rozmowy z pracownikiem banku za granicą.  Nie jesteśmy w tej chwili ani w banku, ani za granicą, ani nie mamy takich planów na najbliższą przyszłość. Mimo to odgrywamy scenkę – uczymy się jej, wierzymy w praktyczną wartość takiego postępowania. Wyobrażamy sobie, być może, taką oto sytuację. Mija kilka lat – jesteśmy w jakimś banku za granicą, chcemy coś załatwić. Błyskawicznie przypominamy sobie scenkę. Pracownik banku też ją sobie przypomina i załatwia sprawę od ręki.” (Języki Obce w Szkole nr 1/2009, str. 35) Rzeczywiście, Ionesco by tego śmieszniej nie wymyślił!

Na ironię zakrawa fakt, że nauczyciele stosujący metodę komunikacyjną, nie prowadzą ze swoimi uczniami prawdziwych rozmów, a jedynie wciąż je symulują. Nawet po 3 latach wspólnej nauki obie strony mogą o sobie nic nie wiedzieć, bo uczniowie ćwicząc mówienie wchodzili w różne role, ale mówiąc „ja” nigdy nie mówili o sobie.

Nasz mózg ma silne poczucie sensu i zanim podejmie jakąkolwiek aktywność, zawsze pyta o jej celowość. Pytanie „Komunikacja czy symulacja komunikacji?” ma dla niego ogromne znaczenie. Gdy nie widzi powodu, dla którego miałby tłumaczyć Peterowi Greyowi, bohaterowi czytanki, jak dojść do Royal Albert Hall, to uczeń ogranicza się na lekcji, do pozwalającego na uniknięcie problemów minimum. Inaczej rzecz się ma w przypadku pracy z poruszającymi uczniów tekstami, w których przedstawione zostały niejednoznaczne sytuacje problemowe. Prawdziwe dialogi możliwe są również wtedy, gdy uczące się osoby mogą identyfikować się z bohaterami lub gdy omawiane treści poruszają emocje. W takich sytuacjach nie trzeba zadawać pytań pozornych, które sprawdzają jedynie formalną poprawność językową, ale prawdziwe, na które każdy może odpowiedzieć inaczej. W oparciu o takie pytania może rozwinąć się autentyczna rozmowa. Niestety tę często hamuje strach przed błędami i przekonanie nauczycieli, że każdy musi zostać poprawiony. Oczekiwanie, że uczniowie od samego początku będą odpowiadać pełnymi i pozbawionymi błędów zdaniami, prowadzi do tego, że ci zamiast tworzyć własne zdania, reprodukują podane w podręcznikach gotowe modele zdań. Takie podejście blokuje możliwość rozwijania sprawności mówienia.

Zdaniem badaczy mózgu mówienie i rozumienie mowy, to najszybsze i wymagające największej pracy obliczeniowej procesy przebiegające online (Manfred Spitzer „Jak uczy się mózg”). Największą trudność sprawia konieczność jednoczesnego przetwarzania wielu elementów. Przyrównajmy do tych skomplikowanych procesów, jazdę samochodem. Łatwo sobie wyobrazić kogoś, komu instruktor każe najpierw poćwiczyć na placu włączanie biegów, używanie lusterkek, uruchamianie kierunkowskazów, itp. Każda z tych czynności wykonywanych oddzielnie jest nie tylko prosta, ale jej ćwiczenie jest nudne. Problem w tym, że w ruchu ulicznym wszystkie czynności trzeba wykonywać jednocześnie. Można przez 10 lat ćwiczyć na placu w stojącym samochodzie i nie nauczyć się jeździć, bo tę umiejętność można opanować jedynie jeżdżąc po prawdziwych ulicach. Jazdy w normalnym ruchu nie zastąpią żadne symulacje. Podobnie jest z językiem. Mówienia można nauczyć się tylko poprzez mówienie, tzn. tworzenie własnych zdań, a nie reprodukowanie tych podręcznikowych, czy robienie zadań z zeszytów ćwiczeń. Tak, jak można 10 lat ćwiczyć wyizolowane elementy jazdy samochodem i nigdy nie nauczyć się jeździć, tak samo można przez 10 lat robić w zeszytach ćwiczeń zadania i nigdy nie nauczyć się mówić. Dziś wiadomo już, dlaczego tak się dzieje. Jeśli docelowa aktywność wymaga głębokoego i szybkiego przetwarzania, to trzeba ją ćwiczyć na tym właśnie poziomie. Odwołując sie do samochodowej metafory, trzeba wyjechać autem na ulicę, a to w edukacji językowej oznacza tworzenie własnych zdań, których sie nigdy nie słyszało i nie czytało. Jednak tego dzisiejsi uczniowie, z braku czasu, często w ogóle nie ćwiczą. Na lekcjach rozwiązuje się wiele receptywnych i reproduktywnych zadań, które nie przybliżają uczniów do celu, a na zadania rozwijające sprawność mówienia nie starcza czasu. Nie trzeba chyba dodawać, że taki sposób postępowania nauczyciele wynieśli z metodycznych seminariów. Zapewniano ich, że trzymanie się tych zasad przyniesie pożądane skutki. Dziś wiadomo już, że to nieprawda. Czy można wciąż nie widzieć związku między sposobem, w jaki uczymy w szkołach języków i żenująco niskim poziomem ich znajomości? Czy można kolejne roczniki studentów zapewniać, że metodyka, której się uczą jest skuteczna?

Osoby zainteresowane praktycznymi przykładami lekcji rozwijających produktywne użycie języka znajdą je w mojej książce „Postkomunikatywna dydaktyka języków obcych w dobie technologii informacyjnych”.

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z  granatowym profilem twarzy.  Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

Neurodydaktyka

Kiążkę można kupić przez internet np. tu:

http://www.kopernikanska.pl/prod_193628_Neurodydaktyka_Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

 

105
Dodaj komentarz

30 Comment threads
75 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
26 Comment authors
avataravataravataravataravatar Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
avatar
Gość
Marcin Zaród

Znajoma nauczycielka niemieckiego w technikum mechatronicznym i samochodowym odnotowała duży wzrost zainteresowania, gdy z uczniami zaczęła pracować na instrukcjach do sprzętu zawodowego. Musiała się douczyć słownictwa technicznego, ale sami uczniowie byli zachwyceni.

Część z nich zaczęła wysyłać pocztówki z miejsc pracy w Niemczech, co stanowiło kolejną zachętę dla młodszych kolegów.

W naukach ścisłych ogromną zachętą jest zwiększony dostęp do MOOC (piszę o tym dla EBiŚ). Kiedy zna się angielski to nagle ma się dostęp do ogromnych źródeł wiedzy. To samo na studiach – wiele teorii jest lepiej pokazanych po angielsku.

avatar
Gość

Ja „nie rozumiem” o czym my tu rozmawiamy. Przecież to jest oczywiste ! Podejrzewam, że jest to oczywiste dla każdego człowieka, nauczyciela, a nawet dla autorów programów, podręczników i ministrów. Z jednym zastrzeżeniem: jest to oczywiste dla każdego w życiu prywatnym, natomiast w życiu szkolnym już nie. I to jest dla mnie największa zagadka i dramat. To jest dla mnie jeden z przykładów i objawów zakłamania szkoły, „szkoły opartej na kłamstwie”. Szkoła oszukuje siebie i uczniów. Szkoły marnującej czas naszych dzieci w trakcie nauki języków obcych. Marzena niezwykle trafnie napisała, że autentyczną rozmowę często hamuje strach przed błędami i przekonanie… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Wszsytko to prawda i macie rację. Od dawna nie jestem potulna i cicha i głośno mówię o niepowodzeniu metody komunikacyjnej ( a właściwie jaka metoda, to podejście komuniakcyjne) i to nie pod nosem, tylko na wszystkich spotkaniach metodycznych, konferencjach i warsztatach, które prowadzę. Większość patrzy na mnie jak na dziwaka, niektórzy przyznają rację, niektórzy pytają, jak to zmienić, ale na tym się kończy. Ręce mi jeszcze nie opadły, tylko jak dotrzeć do mas? Jak zmienić uczenie pod egzaminy?

avatar
Gość
monika

O, widzę, że jest nas dwie Moniki :). Piszę to tylko dlatego, żeby zaznaczyć, że jedna z nas (czyli ja) nie prowadzi spotkań metodycznych, konferencji, warsztatów itp., a nawet nie bierze w nich udziału, bo jest „pozaśrodowiskowa”. To dziwne, że forum pozwala używać różnym osobom tego samego nicku?

avatar
Gość

Michale, to prawda, że „zamia wymaga siły, zaangażowania i długotrwałej pracy, na którą nie wszyscy mają ochotę”. Ale to nie jest tylko kwestia ochoty. Chęć do zmiany istnieje i kipi w wielu głowach. Problemem są bardzo silne bariery stojące przeciwko próbom zmian. To są bariery wewnętrzne – siedzące w naszych głowach i bariery zewnętrzne. Nam brakuje tradycji i kultury rozwoju i dokonywania zmian. Do tego dodaję się brak nastawienia całego systemu edukacji i jej władców na poszukiwanie, dialog, inspirowanie, zmienianie. Stąd w edukacji mnóstwo zmian pozornych i niewiele istotnych.

avatar
Gość
Michał

Masz rację Wiesławie. Jednak dostrzeganie barier i pozostawanie w statusie quo jest pewnego rodzaju pozornie dobrym wyjściem z sytuacji – łatwiej powiedzieć „Chciałem, ale nie mam siły przebicia/charyzmy/wsparcia ze strony innych” czy „Chciałem, ale wyżsi stopniem pracownicy/politycy nie chcą zmian wprowadzanych oddolnie”. A jednak – niektórzy chcą i mogą. Pomimo przeciwności, lecz kosztuje to więcej energii, poważnego zaangażowania. Podam przykład: Wy prowadzicie blogi, zajęcia dla nauczycieli. Ja teraz (przerwa na sesję aktualnie) przygotowuję warsztaty dla przyszłych nauczycieli z zakresu zaburzeń psychicznych – jakie są objawy, jak dostosować pracę na lekcji do uczniów z danym zaburzeniem/dysfunkcją? Warsztat miał mieć wprawdzie inną… Czytaj więcej »

avatar
Gość

No właśnie. Ta presja na nauczyciela, że to on ma być innowatorem i odważnym kreatorem wydaje mi się przesadą, zakrawającą o zakłamanie. Innowatorami powinni być w pierwszym rzędzie, jak w każdej poważnej firmie, pracownicy wyższego szczebla. To oni mają być stwórcami nowych idei i pomysłów. Ich zadaniem i obowiązkiem powinno być inspirowanie, szkolenie „robotników”. A jeśli jakiś robotnik ma pomysły, jest dobry i coraz lepszy, jeśli wyróżnia się na tle innych, to zadaniem i obowiązkiem zdrowej firmy jest zapraszać go na konsultacje i awansować. Czasem mam wrażenie, że wielu nauczycieli jest mądrzejszych od ludzi, którzy nimi zarządzają. Czy władze korzystają… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Wiesław, to, co piszesz o „zarządzających” edukacją, to fakt wynikający ze stopnia abstrakcji, w jakiej ci ludzie funkcjonują. Już na szczeblu dyrektora szkoły następuje „odklejenie”. Człowiek zaczyna działać w dwóch różnych sferach: praktyki (jeszcze bywa zmuszany do kontaktu z realiami) i teorii (powoli przechodzi do innego wymiaru, w którym funkcjonują kuratorium i ministerstwo). Chcąc normalnie funkcjonować trzeba być schizofrenikiem i non stop prowadzić translację z administracyjnej nowomowy na jezyk codzienności. Nie wszyscy wychodzą z tego obronną ręką. Na kolejnych szczeblach jest już tylko gorzej, tam uczeń, nauczyciel, lekcja, są już tylko abstraktami, których prywatnie nikt nie traktuje poważnie. Nie możemy… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Michale, pytasz „Ciekawi mnie, dlaczego w oświacie brakuje pewnej dawki „luzu”?”.
Jak nazywają się takie pytania – fundamentalne, kardynalne, … ? To jest najciekawsze pytanie dotyczące edukacji jakie usłyszałem dotychczas. Poproszę o odpowiedzi – przypuszczam, że to może być bestseller.

avatar
Gość
Saskia

Tak się cieszę, że wreszcie ktoś poruszył temat dydaktyki języków obcych w polskiej szkole i jej opłakanych skutków. Szczerze mówiąc, nie byłam ich świadoma dopóty, dopóki nie byłam na obserwacji ustnego egzaminu maturalnego z języka angielskiego w kilku szkołach średnich. To był po prostu dramat! Uczniowie mieli problemy ze zbudowaniem najprostszych zdań (często po 6 latach nauki). Mimo tego zdawali ten egzamin na 30 %. Słuchając tych dialogów czułam zażenowanie i wstyd – wstyd za polską oświatę, za jej skuteczność, a raczej jej brak (w tym przypadku), wstyd za zmarnowanie tym uczniom tylu lat nauki, wstyd za poziom tej matury… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Toż nie trzeba obserwować matury!

Wystarczy pójść do restauracji i posłuchać, jak jakiś nieszczęsny obcokrajowiec usiłuje dogadać się z 20-letnią kelnerką…

Tak dla przypomnienia: 100 lat temu strajk szkolny we Wrześni dotyczył uczniów 5. i 6. klasy podstawówki, którzy odmówili odpowiadania na lekcji religii po niemiecku i odmawiania po niemiecku modlitwy. Na wszystkich innych lekcjach byli pytani i odpowiadali po niemiecku i nie stanowiło to problemu językowego i nie budziło sprzeciwu. A dzieci przychodzące do szkoły mówiły wyłącznie po polsku, Września była niemal czysto polskim miasteczkiem, w którym niemiecki funkcjonował wyłącznie w urzędach.

avatar
Gość

Nie przesadzałbym z wymaganiem dwóch języków – poza przygranicznymi terenami, niemiecki w Szczecinie, ukraiński w Przemyślu – ale angielski na komunikatywnym poziomie powinien być standardem ogólnoświatowym dla osób, mających kontakty z klientami. I w wielu krajach jest. Nawet w Niemczech zaczyna być. Polska, Francja i Italia są tu na szarym końcu (chyba już tu opowiadałem moje przejścia z taksówkarzem z Nicei i z włoską policją, gdy jakiś gamoń zajechał mi drogę, co skończyło się połamanym zderzakiem i stłuczonym reflektorem). A kolejarze… Chyba też już opowiadałem o genialnym językowo konduktorze w pociągu Genewa-Zurich, nie tylko mówiącym w kilku językach, ale bezbłędnie… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Saskia, Nauczyciele bywają przygotowani całkiem dobrze (oczywiście nie w ramach systemowych), problem w tym, że organizacja polskiej szkoły, powszechne równanie w dół i, wydawałoby się niemożliwe już traktowanie języków jako przedmiotów dodatkowych, mniej ważnych i mało praktycznych(sic!), prowadzi do sytuacji, w której po kilku latach walki z wiatrakami po prostu się poddają. Nie bez znaczenia jest fakt, że taka postawa jest utrwalana w świadomości uczniów – języki to przedmioty, z których nie można „nie zdać”! Zaniżanie standardów, wymagań i oszustwa ewaluacyjne są normą. Nauczaniem języków rządzi kalkulacja – czy dobrze dopasuję się do wymagań testu, czy jak użyję tej czy… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Robert: „taka postawa jest utrwalana w świadomości uczniów” Wydaje mi się to przecenianiem znaczenia szkoły i jej zdolności do utrwalenia czegokolwiek, nawet złego w uczniowskiej świadomości. Raczej powiedziałbym, że „takie podejście ma większość uczniów”. Marzena pisała tu o drastycznej różnicy znajomości angielskiego i hiszpańskiego wśród młodych Szwedów, uczonych w szkole tych dwóch języków. Trudno uwierzyć, że szwedzka szkoła „utrwala” w nich przekonanie o sensowności uczenia się angielskiego i bezsensie uczenia hiszpańskiego. Raczej to przekonanie przynoszą z zewnątrz, widząc, że angielski jest czymś sensownym, przydatnym i ważnym, a hiszpański to fanaberia. Problem leży nie w szkole, a raczej w tym, że… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Xawier, absolutnie się z tobą zgadzam. To właśnie miałem na myśli, ale kiepsko to ująłem. Szkoła jedynie biernie utrwala postawy wyniesione z domu. Jest to o tyle dziwne, że rodzicami zostaje już pokolenie, które ma realną szansę (i czasem potrzebę) znajomości języka obcego. Niestety, jest to także pokolenie, które wzrastało już w pogardzie do „wykształciuchów”, było świadkami deprecjacji zawodu nauczyciela i zaniku szacunku dla wiedzy w ogóle. Oni po prostu zauważyli, że szkoła (i wiedza) się nie liczy, bo jest bardzo tania (niekoniecznie dosłownie). Jeśli jest tania , to, jak wnioskują, jest kiepskiej jakości. I często mają na swój, dość… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Saskia
avatar
Gość
Robert Raczyński

Całkiem wyczerpująca diagnoza. Prawie nic dodać, nic ująć. Nie wiem, czy Marzena upatruje przyczyn całego zła w metodzie komunikacyjnej, czy też miał być to przykład podchodzenia do jakiejś teorii na kolanach. Cytowany nauczyciel zauważył, że podejście komunikacyjne zastąpiło strukturalizm i behawioryzm w latach 70-tych ub. wieku, ale nie dodał, ze ona sama ustępuje miejsca nauczaniu zadaniowemu. Jest to kolejny kandydat na świętą krowę edukacji. Już można podziwiać jak to wspaniale wygląda w praktyce: gimnazja właśnie wprowadziły „projekty” mające pokazać dobrodziejstwa tej metody. Saskia, wpadnij kiedyś na taki pokaz. Żeby było jasne, nie krytykuję żadnej metody, chodzi mi jedynie o wykluczenie… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Wydaje mi się, że sprawa jest dosyć prosta: tak naprawdę uczniowie nie przychodzą do szkoły żeby nauczyć się języka obcego, ani obiektywnym celem nauczyciela nie jest nauczenie młodego człowiek skutecznego posługiwania się nim. Jedni i drudzy udają, że uczą się i uczą, odgrywają fałszywe role w kiepskiej farsie. To jest właśnie szkoła oparta na kłamstwie. Część uczniów uczy się naprawdę języka po lekcjach: na kółkach zainteresowań i korepetycjach. Co nauczyciele i uczniowie robią na lekcjach ? Realizują program, wykonują polecenia, realizują tematy i zagadnienia, dostosowują się do wymagań. Przygotowują się do sprawdzianów, zdobywają i stawiają oceny, poprawiają je. Wszyscy przygotowują… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Nie zapominaj o Liberze i Królu, którzy oblali maturę z polskiego.
Czyżby matury z języków obcych zostały zaprojektowane mądrzej? (pytam poważnie, nie retorycznie, nie analizowałem ich…)

Z matematyki czy fizyki można dostać ok.80% mając dobrą, prawdziwą wiedzę – o ile pamiętam prof. Łukasz Turski dostał 80% punktów z matematyki. Zasłużył na czwórkę… Ale w humanistyce było dużo gorzej: przygotowanie do testów WYMAGA ogłupienia.

avatar
Gość

Nie potrafię teraz znaleźć źródła, ale Turski pisał matury z matematyki i fizyki wtedy, gdy Król i Libera z polskiego. I (wg mojej pamięci – być może zawodnej) dostał coś koło 80% Co nie wydaje mi się dziwne, ja na maturze 2012 dostałem też coś koło tego 😉 Czasu starczyło bez problemu, ale część zadań była mętna albo wymagała uproszczonej odpowiedzi w bardziej złożonym problemie, więc mi tez wyszło niewiele ponad 80%. Wierzę, że prof.Ł.T. nie jest tu głupszy ode mnie 😉 Strategia: „zaznaczaj zawsze A” – jest lepsza od „rzucaj moneta i to zaznacz”. Pokazywałem to we http://osswiata.pl/stojda/2012/04/06/rozklad-bernoulliego-czyli-jak-zdac-mature-nie-umiejac-nic/ 😉… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Saskia

„Ja jednak myślę, że uczeń potrafiący mówić i pisać dałby sobie radę z obecnymi testami.” Marzeno, ja też jestem o tym przekonana. A skoro mowa wcześniej o tym, jak w innych krajach posługują się językami obcymi, to podam, jako ciekawostkę, mój przykład. Otóż kilka lat temu pojechałam z rodziną samochodem do Finlandii.Jechaliśmy z Helsinek w kierunku Imatry autostradą.Musieliśmy zatankować, ale bezpośrednio przy drodze nie było żadnej stacji benzynowej. Zawsze trzeba było kawałek zjechać. Zdecydowaliśmy się na taki zjazd. Stacja benzynowa była niedaleko autostrady, ale jednak w środku lasu i do tego okazała się być samoobsługową ( teraz i u nas… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„Ja jednak myślę, że uczeń potrafiący mówić i pisać dałby sobie radę z obecnymi testami.”
@Marzena, @Saskia – A ja myślę, że nie. Piszę to nieco przekornie, ale … . Najlepiej byłoby sprawdzić, zamiast myśleć. Dopóki nikt nie sprawdzi, możemy sobie „myśleć”, dyskutować i spierać się w nieskończoność. A może już ktoś sprawdził ? A jeżeli nie sprawdził, to dlaczego ?

avatar
Gość

Dlatego jetem przeciwnikiem matury. Kto chce mieć certyfikat z języka obcego, niech sobie zdaje. Kto nie chce – jego sprawa. Jadwiga Rappe nie została przyjęta do Akademii Muzycznej z powodu „braku głosu”. Po jakimś czasie wepchnięto ją „nielegalnie”, bez egzaminu, na studia do tej Akademii. Po dwóch latach została skreślona z listy studentów, bo nie uczyła się. Jedno wydaje się oczywiste: obecny system testowo-maturalny sprawia, że uczniowie uczą się w szkole lęku przed używaniem języka obcego. Ciągle są pod presją żeby nie pomylić się, bo będzie zła ocena. Rewolucją w szkole będzie gdy młodzież zacznie uczyć się w niej śmiałości… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Bardzo łatwo policzyć. Według budżetu 2012: System egzaminacyjny (budzet CKE, komisji niższego szczebla, wynagrodzenia egzaminatorów: 203 Mzł Subwencja oświatowa (to, co budzet centralny wypłaca samorządom): 38 Gzł (tak: 38 miliardów, czyli subwencja oświatowa kosztuje ok. 1000zł w przeliczeniu na każdego obywatela, albo 3000zł na podatnika — bądźmy świadomi tej liczby w bezwzględnym sensie!) Czyli egzaminowanie to 0.5% subwencji, a zakładając (jak to już kilka razy uzasadniałem), że realne koszty, ponoszone przez samorządy są ok. 3 razy wyższe od subwencji, egzaminowanie to 0.2% wydatków na oświatę. Nieistotny margines. „Czy lepsza płaca mogłaby w tym przypadku cokolwiek zmienić?” Oczywiście, że nie! Jeśli… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Tak mi się skojarzyło – ta wasza wymiana zdań o nauczycielach, to, o czym pisze Jacek w swoich ostatnich komentarzach – z wpisem z blogu Grzegorza Lorka, nauczyciela biologii:
http://blog.glos.pl/lorek/2013/01/23/nieslubne-dzieci-edukacyjnych-celebrytow/

avatar
Gość

Nie można mówić o wadach czy zaletach ewaluacji dokonywanej przez uczniów/rodziców czy przez urzędy, nie definiując wcześniej pożądanego celu. I tu mamy dwa rozłączne i sprzeczne ze sobą podejścia: 1. podmiotowość ucznia (rodzica), czyli auksyliarność szkoły, jej misją jest służyć dzieciom i rodzicom w ich realizacji prawa do nauki, cele są określane (niekoniecznie świadomie i jawnie) przez rodziców/uczniów; 2. przedmiotowość uczniów i rodziców, czyli szkoła etatystyczna, realizująca cele państwa, w której uczeń (rodzic) poddają się obowiązkowi szkolnemu, który realizuje cele społeczne, a nie indywidualne, cele są definiowane centralnie przez państwo. Póki nie wybierzemy któregoś z tych podejść, nie ma sensu… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Saskia

Tak się składa, że od niedawna zasiadam również w komisjach do spraw awansu zawodowego nauczycieli w różnych rolach, m.in. i eksperta. Pomijam moją opinię na temat użyteczności tej formy awansu zawodowego. Chcę tylko zaznaczyć, że czasami takie pytania, jakie wymieniła Marzena, podają, ale jakich odpowiedzi może na nie udzielić nauczyciel? Tylko twierdzących. Czy któryś z nich odpowie, że jego lekcje są sztampowe? Bardzo wątpię. Komisja nie ma praktycznie żadnych możliwości weryfikacji tego, co mówi nauczyciel, ale też nie chodzi o to, aby mu nie wierzyć. Za to na wszystkie postawione przez Marzenę pytania powinien sobie, moim zdaniem, odpowiedzieć dyrektor szkoły,… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Nikt nie odmawia dzieciom daru obserwacji, który jest dla nich podstawą poznawania świata. Uczyć się od nich możemy cały czas. Jeśli zapytamy, co sądzą o swoim nauczycielu, z pewnością uzyskamy cenne informacje. Jak to przełożyć na spójny i wiarygodny system ewaluacji? W przedszkolu i wczesnej podstawówce będą buźki? W szóstej klasie i gimnazjum jedynki i szóstki? A co w liceum i na uniwerstecie? Szczegółowa ankieta? Kiedy pisałem o „konkursie piękności” miałem na myśli kryteria, które rozumie dyrektor szkoły, ale niekoniecznie jej uczniowie. Co z młodszymi dziećmi? Osobny system? Odpowiedzi nauczycieli w ogóle nie brałbym pod uwagę… To jak mierzenie jakości… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Możemy to nazwać EWD, albo inaczej. Uważam, że odejście od pewnych ramowych ustaleń w edukacji państwowej jest niemożliwe – musi istnieć punkt odniesienia. Chyba, że w ogóle zrezygnujemy ze standaryzacji wymagań i jedyną weryfikacją wykształcenia będzie tytuł naukowy lub jego brak. Co jednak ze szczeblami pośrednimi? Wracając do ewaluacji wg pomiaru „na wejściu i wyjściu”, sporej części kosztów można uniknąć jeśli ocenę możliwości uczniów pozostawi się samemu nauczycielowi. On sam, arbitralnie, mógłby zdecydować o aktualnych możliwościach uczniów na podstawie placement tests, niezależnie od przedmiotu, którego uczy. Nie obawiałbym się fałszowania wyników (w celu zaniżenia poziomu wyjściowego), bo znacznie utrudniałoby to… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„Uważam, że odejście od pewnych ramowych ustaleń w edukacji państwowej jest niemożliwe” – tu się w pełni z Tobą zgadzam. Tyle, że wniosek z tego dla mnie płynący jest taki, że państwową edukację trzeba uzupełnić niepaństwową, a następnie wspierać rozwój tej niepaństwowej, by państwowa zeszła na margines. Tak samo, jak państwowe jadłodajnie (kierujące się obiektywnymi standardami jakości) zeszły na margines, a większość ludzi korzysta z prywatnych restauracji, w których o kompetencjach kucharza rozstrzyga nie obiektywna ewaluacja, a widzimisię właściciela. Ten przymus obiektywizacji i standaryzacji według formalnych kryteriów jest drugim, obok zasady legalizmu, czynnikiem, uniemożliwiającym sensowną jakość usług (ocenianych z punktu… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Czwarty akapit powinien wyglądać: „Po przeprowadzonym podziale na grupy, w każdej grupie przyrost powinien być podobny” Tu uwaga czysto metodologiczna: nie można porównywać przyrostu wiedzy na różnych poziomach. Można (też nie do końca) uznać „ilość wiedzy” za relację porządkującą. Można powiedzieć, że ktoś kto zna tabliczkę mnożenia i umie obliczać przecenę spodni wie więcej od tego, kto zna tylko część tabliczki mnożenia, ale nie pamięta ile jest $7\times 8$. Ale jakakolwiek ocena tej „ilości wiedzy” wyrażona liczbowo jest czysto arbitralnym wyborem. Nie można powiedzieć że jaś na starcie miał wiedzę $J_{\rm i }$ a na wyjściu $J_{\rm out}$, więc przerost… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Odpowiem wam obojgu w jednym wpisie: Nie ma takiej możliwości, żeby znaleźć system idealny i „mój” taki też z pewnością nie jest. Można się jednak do ideału zbliżać. Eliminacja czynników „miękkich” jest niezmiernie trudna. Jeżeli zakładamy że, nauczyciel będzie oszukiwał na „wejściu”, to rzeczywiście trudno uniknąć sprawdzania komisyjnego. Przyrost wiedzy nie jest oczywiście wartością bezwzględną i w jakikolwiek sposób mierzalną. Można go jednak szacować względem założonych celów – te zaś są określone wytycznymi ogólnymi, a nie widzimisię nauczyciela, choć to on decydowałby o drodze jaką ucznia do nich doprowadzi. Jego szanse wzrosną jednak trzykrotnie jeśli nie będzie musiał prowadzić trzech… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

I znowu pełna zgoda. Pomiary, testy pochłaniają dużo czasu, środków i energii. Mnie jednak bardziej interesowała ewaluacja pracy nauczyciela niż konkretnych uczniów. Wciąż bedę się upierał, że bez „mierzalnych” kryteriów tejże, nie da się wprowadzić w istniejącym systemie zmian, które doprowadziłyby do opisanej przez ciebie radości z chodzenia do szkoły. Staram się zawsze patrzeć na świat realistycznie i być obiektywny. Dopóki nie doprowadzi się do sytuacji, w której interesy uczniów będą interesem nauczycieli, nie doczekamy się poprawy. W żadnym znanym mi kraju nauczyciele nie zarabiają kokosów, ale przy braku w/w kryteriów nie widzę możliwości urealnienia (i uwolnienia) zarobków u nas.… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„[ewaluacja nauczycieli] bedę się upierał, że bez „mierzalnych” kryteriów tejże, nie da się wprowadzić w istniejącym systemie zmian, które doprowadziłyby do opisanej przez ciebie radości z chodzenia do szkoły.” Tu się zgadzam w pełni, podkreślę tylko, że mamy tu do czynienia z implikacją, a nie równoważnością — twierdzę, że z „mierzalnymi” kryteriami też się nie da ich wprowadzić. Za to stosowanie na szerszą skalę tych „mierzalnych” kryteriów wyeliminuje ze szkół tych nielicznych nauczycieli, którzy działając wbrew systemowi, a motywowani wewnętrznie, są dla uczniów pewną osłodą. Wszelkie „mierzalne” kryteria muszą promować nie działanie na rzecz zadowolenia uczniów, tylko osiąganie efektów testowych… Czytaj więcej »

avatar
Gość
K

Super, że są osoby, które dostrzegają problem i to wielki problem uczniów z komunikacją w języku obcym. Niestety podczas lekcji uczniowie mają nikłe szanse wykazać się, a nawet ćwiczyć komunikację. Większy czas nauczyciele poświęcają na tłumaczenie reguł gramatycznych, a później z kolei uczniowie robią ćwiczenia. Kiedy już pojawiają się „konwersacje” na lekcjach, są to w dużej mierze rozmowy sterowane, odpowiedzenie na pytanie nauczyciela, tak jak on tego od nas oczekuje, a nie nasze własne odczucia czy poglądy. Przez nikłą możliwość wypowiedzenia własnego zdania na dany temat, czy też przed obawą popełnienia błędu i wyśmiania, uczniowie rezygnują z komunikacji, wolą się… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Marta

Badania, o których Pani tu wspomina powinien zobaczyć każdy nauczyciel i tak naprawdę zadać sobie parę pytań : Czemu uczę języka obcego? Co chcę, aby osiągnęli moi uczniowie? Czy naprawdę liczy się tylko sukces na egzaminie i nauka pod klucz ?A może chcę, aby poza sztucznymi, udawanymi dialogami moi uczniowie potrafili zastosować język obcy w prawdziwym życiu?
Język nie powinien być nauczany jak regułka, którą po zdaniu uczniowie zapominają. Język powinien być przyswajany jak najbardziej w sposób naturalny. Nauczyciele powinni dobierać tematykę, która uczniów zainteresuje, pobudzi do refleksji i zmobilizuje do poznania nowych zakamarków języka obcego.

avatar
Gość

Pani Marto. A jeśli to co Pani sugeruje nauczycielom, Pani propozycje, postulaty, inne spojrzenie na edukację językową – są sprzeczne z wymaganiami stawianymi przez pracodawcę, z zasadami organizacji zwanej systemem oświatowym, z celami stawianymi przez organy sterujące szkołą, z zasadami i metodami nadzoru i kontroli, z zasadami i praktyką awansu zawodowego – to co wtedy ? Co wtedy ma zrobić nauczyciel, który CHCE robić tak, jak Pani pisze ?
Jakie sugestie miałaby Pani dla takiego nauczyciela w tej sytuacji ?

avatar
Gość
Marta

Wiem, że może patrząc na współczesny stan całego systemu oświatowego, moje postulaty mogą być dla większości nierealne. Jednak myślę,że odpowiedź na te pytania może otworzyć wielu nauczycielom oczy, którzy przestaną być tylko kukiełkami sterowanymi przez system. Zawsze wychodzę z założenia, że chcieć to móc, więc nie można od razu się poddawać widząc przed sobą mur zbudowany przez system oświatowy czy organy sterujące szkołą.Może akurat znajdzie się ktoś, kto tak samo jak świadomy siebie nauczyciel będzie chciał coś zmienić. Może właśnie to będzie jeden z dyrektorów szkoły, któremu nauczyciel przedstawi swoją koncepcję i który tak samo jak on zacznie walczyć o… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Pani Marto. Pani postulaty są jak najbardziej realne. To obecny system jest nierealny ! I w tym jest sęk. Sytuacja identyczna jak w Peerelu.
„Im więcej osób zauważy,że coś jest z tym systemem nie tak, tym większa jest szansa, żeby coś w nim zmienić.” No to co Pani Marto … może zabierzemy się za policzenie ile jest już tych osób ? Może zaczniemy robić ich spis ?

avatar
Gość
Mon

Oczywiście rozmowa w języku obcym na lekcjach jest jedną wielką symulacją. Jeżeli w ogóle wystąpi, ponieważ z moich obserwacji w szkole wynika, że uczniowie bardzo rzadko w ogóle coś mówią. Na lekcji jest cicho, jak makiem zasiał, a uczniowie rozwiązują w kółko zadania z podręcznika lub ćwiczeń. Raz było mi ich nawet żal, kiedy pani podała jakiś numer strony, uczniowie otworzyli na tę stronę i jeden z nich z bólem skomentował: „o nie, dlaczego?” I to powiedział ten, który zawsze bardzo interesuje się lekcją. Szkoda, że tak się demotywuje w szkole do nauki. Przykład z nauką jazdy jest bardzo dobry,… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Klaudia

Zgadzam się z Tobą Mon;) W szkole przeważa gramatyka i ćwiczenia gramatyczne. Rozmowy nie występują często, a jeśli już się pojawią, są to rozmowy sterowane. Jak słusznie pisze Pani Marzena Żylińska, nauczyciel stawia uczniom pytania pozorne, na które każdy odpowie tak samo. Uczeń nie ma możliwości wypowiedzenia tego co myśli, swojego zdania. Przez to też traci motywację i chęć uczestnictwa w „konwersacji”. Również obawa przed popełnieniem błędu hamuje możliwość poszerzania umiejętności komunikacyjnych. Podczas moich obserwacji czy to w liceum, technikum czy podstawówce, gdzie uczyła ta sama nauczycielka, prowadziła ona lekcje w ten sam sposób: uczniowie podchodzili po kolei do tablicy… Czytaj więcej »

avatar
Gość
ichi_hum

Generalnie trudno się nie zgodzić z tym, co piszę autorka. Zmiany w szkole są potrzebne – niewątpliwie. Jednak znajduję kilka punktów problematycznych punktów, zwłaszcza ten: – „Zakłada się również, że uczeń potrafi powiedzieć tylko to, co wcześniej zostało przerobione” .. hm, albo zdanie jest zle sformułowane, albo ja je zle rozumiem. No przecież oczywistym jest, ze uczniowie potrafią posługiwać się wyłącznie tymi słowami, które znają – tego żaden nauczyciel nie przeskoczy, bo gdyby miało tak być, to uczniowie musieliby uczyć się dodatkowych słówek sami w domu (a wiemy, ze to nierealne). Może inne przedmioty, takie jak matematyka, gdzie dojście do… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Ewelina2

Nie rozumiem, dlaczego ichi_hum z góry zakłada za nierealne, że uczniowie mogą sami uczyć się dodatkowo słownictwa. Czy uczeń, który jest np. uczulony na jabłka musi z wymuszonym uśmiechem na twarzy mówić po niemiecku, że najchętniej je właśnie jabłka (których spożycie w rzeczywistości wiąże się dla niego z nieprzyjemną a czasem nawet niebezpieczną reakcją organizmu), tylko dlatego, że podręcznik podaje taki przykład? Z własnego doświadczenia wiem, że „poszukiwanie” nowych słówek nie musi wcale odbywać się w domu, lecz również podczas zajęć. Wszystko zależy tylko i wyłącznie od nauczyciela. Podczas lekcji wystarczy zaaranżować ciekawe zadania, wspierające autonomię uczniów i pozwolić im… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Bubi

A co by było gdyby nauczyciele udawali, że są native speakerami? Ani słowa po polsku? Tylko, że najpierw nauczyciele sami musieliby się nauczyć języka…

avatar
Gość
Ewelina

Osobiście nie wyobrażam sobie uczenia taką metodą, np. w szkole podstawowej. Dla dzieci język musi być bardzo uproszczony, w przeciwnym razie usłyszymy: „Nie rozumiem”. Do tego uważam, że tylko nauczyciel mający wzorową wymowę może udawać native speakera, w przeciwnym razie przekaże swoją błędną wymowę dalej.

avatar
Gość
Karolina

To jest oczywiście do zrobienia, ale trzeba pamiętać o tym ,żeby cały czas mówić w obcym języku i się nie poddawać, bo dzieci są cwane i próbują wymusić na nauczycielu powiedzeniami „Nie rozumiem”, żeby przetłumaczył na język macierzysty to, co mówi. Wtedy dzieciaki już się tak nie starają, żeby spróbować zrozumieć, po prostu czekają na tłumaczenie, bo wiedzą, że zrezygnowany nauczyciel to dla nich zrobi.

avatar
Gość
Agnieszka

Mam brata, który ma 2 i pół roku. Jak to dzieci, wszystko chłonie w zdumiewającym tempie. Nawet słowa, które zasłyszał pierwszy raz, zapamiętuje od razu i co lepsza – potrafi użyć je we właściwym kontekście sytuacyjnym! Od pół roku ogląda pewną bajkę, która jest w języku angielskim. Okazuje się, że bez wcześniejszego kontaktu z tym językiem, ani bez zadawania pytań pt „Aga, co oni mówią?”, doskonale wie o czym jest bajka, a nawet sam potrafił wywnioskować co oznacza wiele słów i potrafi je użyć! Ostatnio z mamą podsłuchałyśmy, jak się bawił pluszakami i pewien fragment rozmowy brzmiał „… a teraz… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Nina

Schematy, schematy i jeszcze raz schematy. Brak autentyczności i szablonowość w nauczaniu j. obcych przedstawię na podstawię własnego doświadczenia. Uczę się j. niemieckiego od 4 klasy szkoły podstawowej, los (a może jednak nie los, a ministerstwo oświaty) chciał jednak, że na każdym kolejnym etapie edukacyjnym rozpoczynałam naukę niemieckiego od podstaw.. I tak, jak już powiedziałam, rozpoczęłam naukę j.niemieckiego w klasie 4 szkoły podstawowej, rozpoczynałam ją również w klasie 5, gdyż nauczać nas wtedy zaczęła „nowa” Pani, która najwyraźniej nie wierzyła w umiejętności metodyczne „starej” Pani i postanowiła przerobić materiał jeszcze raz, tylko po to abym w gimnazjum ponownie mogła rozpocząć… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Siwa

Pani Nino, nie jest Pani jedyna! miałam niestety bardo podobną sytuację z jednym wyjątkiem- nie mogłam ucinać sobie żadnej drzemki ani nic zjeść. Próbowałam zawsze sięgać po książki z nauk ścisłych do mojego plecaka, bo te zawsze mnie interesowały. Bezskutecznie! Dostawałam jedynkę za to (mimo,że to co pani od niemieckiego wymagała już umiałam), że chciałam rozwijać się w innym kierunku! „Fantastycznie”:D

avatar
Gość
Siwa

uczniowie często stawiają sobie pytanie: w jaki sposób zyskać sympatię nauczyciela? Największe szanse mają ci uczniowie, którzy się nauczycielowi podporządkują, tzn. będą odpowiadać na pytania tak, jak sobie zażyczył nauczyciel! To powoduje, że dumny jest nie tylko nauczyciel, ale też sam uczeń- bo…otrzyma dobrą ocenę za trzymanie się wskazówek! To prowadzi do tego, że uczeń uczy się dla szkoły, nie dla życia!…Szkoda, bo uczeń nie wie nawet jak bardzo dużo traci!

avatar
Gość
Dorota

Zgadzam się z tym, że wielu uczniów „uczy się dla szkoły, nie dla życia”. Celem dla nich jest nauczenie się na pamięć – tak szybko, jak to tylko możliwe – pewnych treści, zaliczenie tej partii materiału na sprawdzianie i zapomnienie wszystkiego zaraz po nim. Niedawno słyszałam, że ten proces (ze względu na przebieg ) określa się jako „Bulimie – Lernen”. Nie zgodzę się jednak ze stwierdzeniem, że nauczyciel jest dumny, kiedy uczeń tak odpowiada na pytania, jak sobie zażyczył nauczyciel. Kiedy przygotowuję pytania wprowadzające do tematu na początek lekcji dla moich uczniów (klasy II Szkoły Podstawowej) za każdym razem liczę… Czytaj więcej »

avatar
Gość
KuKu

Pytanie jest czy uczniowie chcą się uczyć. Ich motywacja jest bardzo niska a autorytet nauczyciela nie istnieje. Jak już to wcześniej było wspominane magister dla wszystkich oznacza, iż nie ma on jakiejkolwiek wartości. Ogólnie kształcenie nauczycieli w uniwersytetach to jest błąd, dziwi mnie, iż literaturoznawca dzięki „pseudo” kursowi pedagogicznemu dwa dni najczęściej w tygodniu może nazywać się nauczycielem. Nie ma w Polsce studiów nauczycielskich, a przynajmniej nie po likwidacji NKJOsów.

avatar
Gość
Robert Raczyński

@KuKu, poruszasz tu dwie, pozornie niezależne, sprawy. Po pierwsze, motywacja ucznia nigdy nie może być traktowana jako pewnik. A tak jest traktowana przez niemal całą metodykę, która udaje, że to nauczyciel jest tak sprawny (a raczej wszechmogący), że stosując niemal magiczne sztuczki, motywuje swoich uczniów do nauki. Na tym opiera się całe CLT, nasza kochana podstawa programowa i 99,9% programów nauczania. Problem w tym, że ten sposób postrzegania nauczania (jako centralnie sterowany, odgórny algorytm), wręcz stara się zdjąć z ucznia (i nauczyciela też) jakąkolwiek odpowiedzialność za proces edukacyjny. Uczniowi wmawia się, że w nic nie musi się angażować, bo wszystko… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Jak się cieszę, że ktoś wreszcie oficjalnie i mądrze poruszył ten temat! Moje własne doświadczenia dydaktyczne potwierdzają to w pełni.

avatar
Gość

Cztery lata temu mój uczeń (wraz z trójką kolegów) i podobną czteroosobową grupką Austriaków mierzyli średnicę Ziemi metodą Eratostenesa, tyle że używając Warszawy i Wiednia (a raczej Piaseczna i Mödling) jako bazy zamiast Aleksandrii i Sjene. Wprawdzie obyło się bez wideokonferencji, używali tylko telefonów i skype’a, ale doskonale uzgodnili co mają robić, choć posługiwali się polskim, niemieckim i angielskim, nikt nie znał dobrze wszystkich trzech języków, a zdarzały się takie pary, które nie miały wspólnego,a po wiedeńskiej stronie był tylko jeden chłopak polskiego pochodzenia. Ale poradzili sobie świetnie, choć ja od ich rozmów odpadłem na samym początku. Marzeno: podpowiedz to… Czytaj więcej »

avatar
Gość

OK. Przyjmuję zamówienie – spiszę to jako lekcję.

A w jaki sposób znaleźć chętnych do współpracy w Mödling — tego już nie podpowiem… Tam po prostu mieszka moje dalekie kuzynostwo z synem w wieku wówczas gimnazjalnym (dziś już studenckim) i chłopak dał się wciągnąć w to, a za sobą przyciągnął kilku szkolnych kolegów

avatar
Gość
Robert Raczyński

To świetny pomysł, ale z jednym zastrzeżeniem: dzieciaki muszą czuć realną potrzebę komunikacji. Kiedy moi uczniowie przeglądali zadania na e-twinning, natychmiast chcieli się z tego wyślizgać, mówiąc, że po raz kolejny nie będą robić projektów o swoim mieście albo dniu codziennym. Japonia jest pewnie na tyle egzotyczna, że to zadziałało :). Marzena, „twojej” nauczycielce nie potrafię nic doradzić. Miałem wrażenie, że z rodzicami tej grupy mam wspólny cel i mam ich poparcie. W praniu okazało się to złudzeniem. Przegrałem z własną dokumentacją i ocenowo-punktową kalkulacją. Kiedy zostajesz sama między udokumentowanymi „uchybieniami” w stosowaniu NPP, a oportunizmem uczniów i ich rodziców,… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Ola

Cieszę się, że pani Żylińska poruszyła ten temat. Bardzo nie lubiłam w szkole sztucznych dialogów, schematycznych, wzorcowych pytań i odpowiedzi, reproduktywnych ćwiczeń. Nauczyciele zmuszeni są niestety do „przerabiania” narzuconych z góry treści i zagadnień, uczą „pod” testy i egzaminy. Na autonomię ucznia brakuje często czasu. Szkoda. Książka pani Żylińskiej oraz jej rewolucyjne artykuły dają mi jednak nadzieję na zmiany w dydaktyce nauczania języków obcych.