avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Zmiana

Czy pozwolić uczniowi wyjść do toalety podczas lekcji?

19.03
2017

Zakładam, że trudno byłoby spotkać nauczyciela, który wybrał ten zawód, aby byle jak nauczać. Nikt z nauczycieli również nie wybrał tego zawodu, aby być opresyjnym. Jak to się więc stało, że dotarliśmy do momentu, w którym dyskutujemy o tym, czy pozwolić dziecku wyjść do toalety? Gdy coś stanie się dziecku, zastanawiamy się czy powiedzieć o tym rodzicowi i czy wszystkie procedury zostały zachowane. A dydaktycznie? Nagradzamy uczniów za zaangażowanie na lekcji – naklejkami, buźkami, plusami i ocenami, zamiast skoncentrować się na przeprowadzeniu ciekawej lekcji. A z drugiej strony tworzone są w szkołach regulaminy sprawowania dyżurów na przerwach, podczas których zabrania się rozmawiania nauczycielom ze sobą, patrzenia w tym samym kierunku oraz stania w miejscu.

Tak, jestem zdenerwowana: na to, że tak łatwo dajemy sobą sterować, nie mamy w sobie głośnego sprzeciwu, bezkrytycznie przyjmujemy do wiadomości albo nawet wykonujemy najdziwniejsze polecenia zwierzchników i kopiujemy utarte zwyczaje. Jak często uczymy z książek, choć możemy rzucić je w kąt? Uczymy z każdej strony podręcznika (bo domagają się tego rodzice, dyrekcja), po kolei – strona po stronie (a jak brakuje nam czasu, realizujemy 3 tematy naraz), czekamy na gotowe materiały i szukamy wzorców – ale nie po to, aby te wzorce i materiały zmodyfikować. Kserujemy je, aby rzucić na ławkę uczniom by ci wypełniali je jak zombi – kartka po kartce, przykłady tego samego rodzaju, 20, 30… im więcej, tym bardziej zapamiętają. Tak, zapamiętają, ale nie będzie w tym głębszego myślenia lub jakiejkolwiek radości z uczenia się. Gdy uczniowie buntują się przeciwko temu lub innym absurdom, odbieramy to jako zamach na nasz autorytet nauczycielski i używamy wobec nich władzy: oceny, uwagi, zastraszającego lub wyśmiewającego komentarza. Tak, mamy nad nimi przewagę, jesteśmy w pozycji władzy i gdy brakuje nam argumentów, z pewnością tej władzy użyjemy. Robimy dokładnie tak samo, jak (nad)używają władzy dyrektorzy, a wobec dyrektorów wizytatorzy i kuratorzy. Zepsuty system sam się reprodukuje.

Sama biję się w pierś – wielokrotnie tak postępowałam, ale po kilku latach w zawodzie nauczyciela coś we mnie pękło. Przecież musi być jakiś powód buntu uczniów, znudzenia na lekcji, a także mojego pośpiechu i bylejakości w przygotowaniu do lekcji! Jak bardzo (pozytywnie) zazdroszczę starszym stażem nauczycielkom i nauczycielom chociażby tego, że nie dawali się tak ogłupić tamtemu systemowi. Nie wiem jak wy, ale ucząc od 1999 r. nie pamiętam wielu swoich uczniów, nie pamiętam, abym zainteresowała się głębiej ich sytuacją życiową – wiedziałam, że coś jest nie tak, dawałam ulgi ale nie poświęcałam czasu, aby zrobić coś więcej. Nie pamiętam ich zainteresowań i uzdolnień… I choć w pierwszych miesiącach pracy wierzyłam jeszcze, że zawód nauczyciela to misja i niezwykłe zajęcie, to z miesiąca na miesiąc brutalnie przekonywałam się o braku jakiegokolwiek wsparcia dla młodych nauczycieli, braku korygowania naszych kosmicznych pomysłów i pozwalania na podglądanie doświadczonych nauczycieli przy pracy. Mogę przywołać swój naiwny pomysł, że nie powinnam stać na przerwach bo boli mnie kręgosłup, albo że ktoś powinien mi dodatkowo płacić za sprawdzanie prac w domu. Ktoś bardziej doświadczony powinien mi powiedzieć jak zachować się, gdy uczeń jest agresywny, a najlepiej opowiedzieć mi jak sam sobie z tym radzi. Jak można wspomóc takiego ucznia i co jest powodem tej agresji? Każdy uczeń jest inny, każdy potrzebuje czegoś innego, każda klasa jest inna, zmieniają się czasy, zagrożenia i możliwości i dlatego nauczyciel sam nie przetrwa w szkole. A tak wielu z nas jest zdanych jedynie na siebie lub wirtualne wsparcie (na Facebooku lub szkoleniach wyjazdowych, o których „brońCięPanieBoże” nie mów dyrektorowi i kolegom i koleżankom z pracy!).

Ci którzy pozostają w zawodzie nauczyciela tracą siły, motywację do pracy, doznają ciągłego zawodu, wpadają w sidła rywalizacji. A obecnie, dla wielu to kwestia przetrwania i utrzymania stanowiska więc lepiej się nie wychylać, nie angażować za bardzo, zobojętnić się i nie wypowiadać na głos swojego zdania. Taki obraz widzą często naukowcy obserwujący szkolną rzeczywistość. Tak jest – faktycznie. W wielu miejscach jest też inaczej, jakby na innej planecie, ale tych miejsc jest na tyle mało, że nie mają większego przebicia w istniejącym systemie (chociaż fajnie poczytać o takich szkołach na portalu społecznościowym). Więc badacze, w większości teoretycy, widzą to co widzą. Nauczyciele więc nie mają ochoty słuchać ich bo ich rady nie mają zastosowania w praktyce. Ale to tak, jak ze stosunkiem nauczycieli do dyrektorów – jedni nie rozumieją drugich… Nawet jeśli dyrektor był kiedyś nauczycielem, to wpadając w wir nadmiernej biurokracji (często sam sobie ją bezrefleksyjnie narzuca), zapomina o tym jak trudno jest być nauczycielem i jaka jest istota tej pracy.

Nie jest to jednak usprawiedliwieniem dla żadnej ze stron. Szkoła na pewno wymaga sensownego dyrektora - lidera, który nie będzie przeszkadzał, a będzie wspierał i współpracował. Człowieka, który będzie pozwalał na popełnianie błędów ale nadal będzie obdarzał nauczycieli zaufaniem – nauczycieli, czyli ludzi zdolnych samodzielnie myśleć, będących specjalistami w tym co robią (bo to oni uczą w danej klasie i znają danego ucznia). Przecież każdy z nas się uczy przez całe życie – dobrze, aby nauczyciel nigdy nie przestał być uczniem, a dyrektor był zawsze pierwszym uczniem. Naprawdę nie trzeba do tego specjalnych warunków i reform – jeśli jesteśmy refleksyjni, wspierający się, współpracujemy i obdarzamy zaufaniem, możemy współtworzyć przestrzeń szkolną – przyjazną dla nauczycieli i uczniów. Taką gotowość widzę od początku swojej pracy zarówno u nauczycieli, uczniów, rodziców i dyrektorów szkół. Jak to się więc dzieje, że nadal rozmawiamy czy pozwolić uczniowi wyjść do toalety podczas lekcji?

Podziel się ze znajomymi

4 komentarze do “Czy pozwolić uczniowi wyjść do toalety podczas lekcji?

  1. Oj, wyczuwam świeże, bolesne, bliskie spotkanie trzeciego stopnia z biurokracją :) . W tym zawodzie jest to nieuniknione i w sumie permanentne doświadczenie, zwłaszcza jeśli ktoś zachował kręgosłup (nawet bolący). Temat to wielowątkowy, jak zresztą cały twój wpis.

    Poruszasz, między innymi, kwestię procedur. Warto przez chwilę zastanowić się, skąd się biorą. Otóż mają nas chronić. Przed samymi sobą, przed odpowiedzialnością, przed myśleniem wreszcie. I znów jestem pesymistą – nie ma przed nimi ucieczki, żyjemy w świecie, który z regulacji wszystkiego uczynił sens swego istnienia. Z punktu widzenia instytucji, to, czy dzieciak zsika ci się na lekcji jest niczym, w porównaniu z jego możliwym poślizgnięciem się na schodach, w twojej nieobecności. Co innego, jeśli wypadek, ty i pół szkoły będziecie oglądać z bezpośredniej bliskości – będziecie mogli poświadczyć, że delikwent spadł sam. Nie ma się czemu dziwić, paranoja codzienna nakręcana przez różne strachy i ludzi mających coraz mniej zdrowego rozsądku, może jedynie rosnąć. Rodzic, którego dzieciak zmoczył spodnie, zrobi ci awanturę i powie, że procedura jest idiotyczna, ale gdyby to samo dziecko złamało nogę, też będziesz winna, bo przecież złamałaś procedurę, która właśnie awansuje na świętą.

    Świętymi, według proceduralnego świata, mają być wszyscy: dyrektor, nauczyciel, uczeń, rodzic i woźna. Co ma to zapewnić? Oczywiście procedura, której cyzelowanie może trwać miesiącami i która przyjąć może rozmiar broszury, instrukcji korzystania z toalety. Tak kończy się chęć zdjęcia z każdego jakiejkolwiek odpowiedzialności za siebie samego. Zwłaszcza z tego, kogo najpierw procedura wyższego rzędu zmusiła do korzystania z toalety w tej instytucji. Byle nie myśleć samodzielnie, bo to się może źle się skończyć… dla autorów procedur. A tego przecież nikt by nie chciał, bo myślenie boli.

    „Więc badacze, w większości teoretycy, widzą to co widzą. Nauczyciele więc nie mają ochoty słuchać ich bo ich rady nie mają zastosowania w praktyce.” – Zauważ, że teoretyków wybieramy sobie sami. Możemy właśnie wybrać opcję ich niesłuchania, kiedy mówią wierutne bzdury. Problem zaczyna się, kiedy słucha ich dyrektor, który właśnie ubrdał sobie, choć sam się na czymś nie zna, że lepszy będzie teoretyk z YouTube, albo magik od prostych rozwiązań, niż nauczyciel, któremu nie ufa, choć sam go zatrudnił. Dyrektor, który ufa, bo wie z kim pracuje, to szkolne dobro nie do przecenienia. I tu zaczynają się schody, bo zdrową sytuację gwarantują jedynie dyrektorzy obdarzenie kręgosłupem, którzy według kryteriów kręgosłupa właśnie, dobierają sobie współpracowników. Chyba właśnie dla takich zespołów, klimat staje się coraz mniej sprzyjający…

  2. Robercie, ponoć biurokracja ma zupełnie inne źródła i miała porządkować i pomagać. Pewnie z procedurami było podobnie. To tak pozytywnie na wstępie :)

    Gdzieś jakiś czas temu czytałam o Norwegii czy Finlandii (ale założę się, że tak jest w wielu miejscach na świecie), że na pytanie Polki o to jak sobie radzą z wypadkami dzieci, czy ubezpieczają siebie i dzieci, czy mają procedury, jakie – rozmówca nie wiedział o czym ona mówi. Po wyjaśnieniach, pytany wyjaśnił, że to rodzice ubezpieczają dzieci jeśli chcą. Wyobraź sobie takie leśne przedszkole w Polsce i panikę :)

    Ale z ubezpieczeniem to sama muszę się bić w piersi – wspólnie z rodzicami i nauczycielami zgłębiałam temat we wrześniu 2016 i okazuje się, że nikt nic nie musi.

    Zastanawiam się, po co w szkołach instalowany jest monitoring jeśli nie po to, aby „zapewnić bezpieczeństwo”? Panie woźne do pilnowania na przerwach pewnie specjalnie trzeba przeszkolić albo kazać im zrobić studia pedagogiczne, aby miały uprawnienia do zerknięcia na dziecko, czy wszystko z nim w porządku. Taki to u nas biurokratyzm-neoliberalizm.

    Jest jeszcze biedny nauczyciel, który „nieDajPanieBoże” poczuje sam potrzebę fizjologiczną podczas lekcji – tragedia! W jednej ze szkół dyrektorka stworzyła procedurę (myślę, że zgapiła od innych dyrektorów): nauczyciel wychodzący do toalety, musi podpisać się na liście i zapewnić opiekę przez innego nauczyciela!

    O zaufaniu – myślę, że rodzi się gdy nie mamy potrzeby udowadniać, że wiemy lepiej. Dyrektorzy boją się zatrudniać lepszych od siebie, a przecież o to chodzi bo jeśli bylibyśmy najlepsi we wszystkim to nie potrzebujemy nikogo zatrudniać – sami zrobimy to najlepiej!

    • Procedury to jedno, a ludzie drugie… Z moich osobistych obserwacji wynika, że do dzielenia włosa na czworo, najbardziej skłonni są ludzie, którzy mają nadmiar czasu na wyobrażanie sobie, co też może Jasia spotkać w przedszkolu lub szkole. Z przykrością muszę przyznać, że stereotyp się sprawdza – czas na`analizowanie takich scenariuszy i bicie piany mają ludzie lepiej sytuowani, którzy dopiero co odkryli, że pieniądze dają władzę. Przykre, ale prawdziwe. Procedury często powstają na ich zamówienie, lub w obronie przed nimi. Niestety, do postawy „płacę i wymagam” też trzeba dorosnąć, a niektórzy nie mieli na to czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*