avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Uczniowie Sokratesa
06.12
2013

Świeczka dla Mandeli

"Edukacja jest najpotężniejszym narzędziem, którego możesz użyć, by zmieniać świat" to moje motto dla tego bloga, ale przede wszystkim to słowa Nelsona Mandeli. Wielu jest - było - nauczycieli życia, z których czerpiemy mądrość i siłę do działania. Mandela był i mądrością, i siłą. Człowiek, który liczne, najlepsze lata spędził w więzieniu, dożył sędziwego wieku 95 lat. Jak to możliwe? Jaka siła pchała go do życia? A może właśnie najlepsze lata to te, które przeżył na wolności, w kraju wolnym od apartheidu? Może chęć dotrzymania kroku zmieniającemu się światu, chęć zobaczenia, co będzie dalej, utrzymywała go na tym świecie? Wielu zmienia świat, nieliczni - w tak istotnych sprawach. Na szczęście, świat po Mandeli jest zupełnie innym światem, niż ten przed Mandelą. Głęboko uświadomiłam sobie wartość, którą wniósł do świata, gdy przeczytałam na Facebooku wpis przyjaciela w edukacji z Ghany - on jako jeden z pierwszych zapalił wirtualną świeczkę. Z perspektywy czarnej Afryki i strata, i wdzięczność są stokroć większe. Nelson Mandela zrobił swoje i odszedł minionej nocy. Przekazał narzędzia następnym. Działajmy.
14.11
2013

O co warto spierać się w edukacji?

Jak zdefiniować problem, by warto było się spierać o edukację? Sześciolatki znowu spokojnie się bawią swoimi transformerami, pet-shopami czy też montują budzik napędzany energią z ogórka zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Na szczęście równie spokojnie przeżywały swoje dzieciństwo także przed bojem o referendum. Chyba, że nie należą do tych szczęśliwców z własnym pokojem spełniającym marzenia. Chyba, że tak teraz, jak i przedtem siedzą przed telewizorem albo grzebią patykiem w błocie koło budy psa łańcuchowego. Spór ucichł. Jedna strona miotłę dzierży i sposobi się, by zamieść pod dywan, druga kosy cicho ostrzy. Jeszcze będzie okazja, by się wykrwawić. Ale póki my żyjemy, pomyślmy, o co naprawdę warto się spierać. Szkoła polska, tak jak inne szkoły w innych krajach, szarpana jest wiatrami idei, oskarżeń, reform, zmian. Z drugiej strony jednak, jak na nią popatrzeć - stoi w bezruchu: żadnej zmiany, żadnej idei, pomysłu, reformy prawdziwej żadnej. Kompletna flauta. Z jednej strony nowa podstawa, zgodna ze standardami nowoczesnej edukacji, na poziomie, nie przymierzając, światowym, z drugiej - partyzantka. Nie, nie chodzi tylko o to, że wszystko podwiązane na sznurkach, jak dekoracja we frontowym teatrze. Partyzantami bywają nauczycielki, dzielnie w przedszkolu, prawie na tajnych kompletach, liter dzieci uczące - bo jak twierdzą, głowy im za to pourywają, gdy na jaw wyjdzie. Tu krytyka gimnazjum, że węża na piersi hoduje, że uwalnia z młodzieńca niewinnego agresję, więc wóćmy go do podstawówki grzecznej. Tam krzyk znowu, że stare konie w szkole z maluchami się mieszają, więc skandal i jak to może być - święte burzenie. Jak to więc jest? O czym warto podyskutować? Może warto spierać się o gimnazjalistę. Nie, nie o gimnazjum, ale o człowieka, który właśnie powoli, ale burzliwie zaczyna stawać się dorosłym. Kim jest ten człowiek 13-16-letni? Czego potrzebuje, by dokonać największej w swoim życiu transformacji. Nie kłóćmy się o to, jak go ujarzmić, spacyfikować, pogadajmy o tym, co możemy dla niego zrobić, także w szkole. Może chemia go interesuje tylko między ludźmi, a zanim na WOSie nauczy się żyć w społeczeństwie, musi nauczyć się żyć sam ze sobą? A może trzeba się pospierać o to, kim chcemy być jako społeczeństwo za 15-20 lat? Świat rządzi się swoimi prawami i nie mamy na to wpływu? Czy świat jednak to nie ludzie - ktoś z nich nadaje życiu planety kształt, ktoś głośno woła: "Tędy", ktoś inny cicho uprawia społeczną inżynierię. Pospierajmy się o to, jakie postawy, jakie umiejętności powinniśmy wykształcić u przyszłych dorosłych. Spierajmy się też o wartości. Czy dzieci dzięki domowi i szkole mają być patriotami z krwi i kości i co to znaczy. Czy każdy ma być przedsiębiorcą, pełnym pomysłów i skutecznie działającym. Co to w ogóle znaczy być przedsiębiorczym. Jak ważna jest społeczna wrażliwość, empatia, współczucie - wiadomo, że są ważne, ale czy mamy tego uczyć w szkole? Pospierajmy się w końcu o pieniądze - ile w tym naszym domowym-państwowym budżecie przeznaczymy na wykształcenie. Niektórzy się na to zapożyczają, inni wydają bez opamiętania, bo wiadomo edukacja ważna. Jako państwo, jak powinniśmy zadecydować? Edukacja warta jest rzeczowego sporu. Zanim więc wróci przeciąganie liny, pospierajmy się.
12.05
2013

50 dangerous things

  Rzeczywistość mamy coraz bardziej wirtualną. Zakupy mogę wybrać z cyfrowej półki, w szachy i The League of Legends dzieci grają przez internet, jak wygląda bank w środku już nie pamiętam. Szkoła – wiadomo – cyfrowa jeśli nie jest, to na pewno będzie, lekarz w postaci aplikacji to gorący temat dla start-upów. Można przebadać się w sprawach drobnych i większych. Książki – najlepiej na Kindle'u, bo mogę ich zabrać w podróż dziesięć, tak samo jak przewodniki turystyczne – żegnaj ciężki plecaku. Artyści całe symfonie tworzą, miksują, odtwarzają na swoich instrumentach z klawiaturą QWERTY. Za niedługo chyba tylko do fryzjera trzeba się będzie pofatygować osobiście, choć zarezerwuję wizytę być może przez sieć. Świat nie lubi jednak próżni. Miejsce puste, po aktywnościach ukradzionych przez internet i tablet zajmują MAKERSI. Każdy kto dorastał w czasach Ekranu z Bratkiem, Niewidzialnej Ręki, pamięta także Zrób to sam Adama Słodowego. Idea "zrób to" sam wraca w skali globalnej. Wraca triumfalnie. Liczy się to, co potrafisz zrobić własnymi rękami. Konkretne umiejętności użycia młotka i wyobraźni jednocześnie są w cenie. Dzisiejsi makersi (Działacze? Wytwórcy?) tworzą oczywiście głównie roboty, elektronikę albo projektują i drukują na drukarkach 3D. Ale, niech tam! Potem to można wziąć do ręki. Makersi doczekali się już hasła w Wikipedii: “subkultura wytwórców podkreśla nowe i unikatowe zastosowania technologii, rozwija wynalazczość i prototypowanie. Kultura ta kładzie silny nacisk na uczenie i wykorzystanie praktycznych umiejętności i stosuje je twórczo.” Kim są makersi? Mają swoje pisma (magazyn Make), święta (Makers Fair) i proroków. Jednym z nich jest Gever Tulley. Zasłynął kilka lat temu dzięki założeniu „Tinkering School” - letniej szkoły majsterkowania dla dzieci. Podczas tygodniowego obozu dzieci konstruują co tylko im przyjdzie do głowy – mosty, domy, rollercoastery. Tak właśnie: jeden z pierwszych pomysłów, który przyszedł 7-latkom do głowy a potem trzeba go było zrealizować to rollercoaster. Dzieci tworzą i twórczo rozwiązują problemy przy użyciu - o zgrozo! - prawdziwych narzędzi: wiertarek, pił, młotków, noży, siekier, lutownic i szlifierek. Czy ktoś jeszcze to czyta? Program letni zaowocował wydaniem książki 50 Dangerous Things (you should let your children do), w której autor dzieli się swoją pasją, ideą i wiedzą na temat wspierania dziecięcej kreatywności i przedsiębiorczości. Umiejętność rozwiązywania problemów rozwija się poprzez samodzielne rozpracowywanie zagadnień, poznawanie natury rzeczy. To z kolei zawsze wymaga przekroczenia znanych granic, choćby granicy absolutnego bezpieczeństwa. Czytanie już samego spisu treści jeży włosy na głowie: zabawy z ogniem, miażdżenie groszówek przy pomocy pociągu, chodzenie po linie, tłuczenie szkła, by wymienić tylko kilka mniej szokujących. Gever Tulley znalazł innych pasjonatów – rodziców, którzy szukali ciekawej, odważnej, indywidualnie kształcącej szkoły. Gever założył więc w San Francisco szkołę Brightworks. Tu wszystko jest inaczej. Cała nauka skupiona jest wokół tematów wybranych na dany rok. Każdy temat jest jak soczewka skupiająca światło na danym zagadnieniu, albo jak lornetka, która daje możliwość sięgnięcia wzrokiem dalej, poza granice nieuzbrojonego oka. Temat wiodący daje możliwość zgłębienia różnych dziedzin wiedzy, jest powodem wzniecania dyskusji i pracy projektowej. Gdy odwiedzałam Brightworks, tematem była sól. Jeden z uczniów projektował i budował bumerangi z różnych materiałów i o różnych kształtach, badając ich parametry i warunki konieczne do prawidłowego lotu. Sprawdzał też czy da się zbudować działający bumerang z soli. Kevin na podstawie rynku soli badał kształtowanie się relacji pomiędzy państwami w oparciu o relacje gospodarcze. Z kolei zainteresowana medycyną 11-letnia Mia badała wpływ soli na naczynia krwionośne. Gdy Adam Słodowy przez dwadzieścia cztery lata uczył nas przydatnej w PRL-u zaradności, Gever akcentuje zupełnie inne aspekty. Po pierwsze: odwaga działania. Przedsiębiorczość wymaga aktywnej postawy i podejmowania ryzyka: może się przecież nie udać, a już na pewno można się zmęczyć. Po drugie odpowiedzialność: świat nie jest miejscem samych złych rzeczy, które tylko czekają, by się wydarzyć, ale jednak nie jest też inkubatorem. Rozumiejąc „jak to działa”, znając reguły gry i używając rozsądku możemy mieć pewną kontrolę nad otaczającym nas światem. Po trzecie: kompetentność – kompetentni wiedzą, co zrobić, szczególnie gdy jest kłopot, wierzą w siebie, a także w to, że problemy są rozwiązywalne.   Tulley jest programistą, który od podszewki poznał wszystkie dziedziny informatyki i jest właścicielem wielu patentów technologicznych. Świat kodów, wirtualnych przestrzeni, abstrakcyjnych rozwiązań nie jest mu więc obcy. To jednak realna rzeczywistość majsterkowania jest przestrzenią jego największych pasji i eksperymentów. Jesienią będzie w Polsce – jest jednym z kluczowych mówców TEDxKrakow. Zanim to jednak nastąpi, już za kilka dni scenę i mikrofon dostaną do dyspozycji dzieci – 17 maja kolejny krakowski TEDxKids. Dziesięcioro 11-12-latków, którzy wzięli sprawy w swoje ręce, będą dzielić się pasją i wiedzą z rówieśnikami. Już nie mogę się doczekać.
01.03
2013

TED – I have a wish

Czy pamiętacie takie zdjęcie sprzed kilku lat: hinduskie dzieci wyciągające ręce w kierunku monitora komputerowego wmontowanego w mur? Dziura w ścianie jako okienko na lepszy świat, dzięki któremu dzieci z indyjskich slamsów samodzielnie uczą się, wiedzione ciekawością i chęcią eksplorowania. Sugata Mitra, profesor (Educational Technology, a także doktorat z fizyki) Uniwersytetu w Newcastle, zaeksperymentował: dał dzieciom mieszkającym w slamsach New Delhi dostęp do komputera podłączonego do internetu. Żadnej instrukcji obsługi, żadnego nauczyciela. Tylko kamera, która dyskretnie zapisywała wydarzenia tego performance'u – bo tak to początkowo wyglądało. Dzieci szybko poradziły sobie z komputerem. Po kilku godzinach kamera zarejestrowała samozwańczych, kilku-, kilkunastoletnich nauczycieli, którzy dzielili się wiedzą z kolejnymi dziećmi; dyskusje, wspólną zabawę i wspólne rozwiązywanie problemów. Projekt Hole-in-the-Wall otworzył nowe spojrzenie na uczenie się. Forma zwrotna jest tu nieprzypadkowa. Nie dość, że projekt wyprowadził narzędzia edukacji poza szkolne mury, to oddał je w ręce dzieci. Projekt ma swój dalszy ciąg. Trwa właśnie doroczna konferencja TED w Long Beach, w Kalifornii. Kilkuset widzów słucha i ogląda mówców dzielących się swoimi ideami, kilkaset tysięcy innych śledzi konferencję przez internet. Sugata Mitra jest jednym z najważniejszych mówców tegotocznego TEDa. Otrzymał nagrodę TED Prise, która ma umożliwić mu realizację wielkiego marzenia. Na konferencji mówi, co to jest. Chce zbudować szkołę w chmurze. Szkołę opartą na samodzielnym uczeniu się dzieci, społecznym mentoringu i komputerach podłączonych do sieci. Szkoła to edukacyjny system zbudowany na ciekawości i współpracy, chmura to środowisko i zasoby. Obserwując dzieci z najbiedniejszych dzielnic oraz mieszkające w dalekich zakątkach Azji, Mitra zadał pytanie: jak tysiącom takich dzieci pomóc – w sposób prosty, niezbyt kosztowny i skuteczny – zdobyć solidną edukację, gwarantującą pracę. Wygląda beznadziejnie? Nie jest to pytanie w rodzaju “jak żyć?”. Profesor Mitra ma plan. Komputer w dziurze pokazał, że pasja poznawcza nie zna granic. Są jednak trudniejsze tematy, powiedzmy np. zagadnienie replikacji DNA, gdzie przydałaby się dzieciom pomoc. Zatrudnił więc społecznie około 200 brytyjskich babć, które zgodziły się poświęcać około godziny tygodniowo na “babciny mentoring”. Żadna z nich chyba nie jest genetykiem ani innym specjalistą, wystarczy jednak klasyczna postawa babci – wspierająca, zachęcajaca, mobilizująca. Babcie na przykład chwalą: "to ciekawe odkrycie" i pytają: “jak do tego doszłaś?” albo “ciekawe, co jest na następnej stronie?” I to wystarczy, by akcja - czyli nauka - posuwała się do przodu. Do tego mogą jeszcze uczyć na przykład pięknej mowy. Dodajmy, że “babcie “są brytyjskie, “wnuki” hinduskie, a pomaganie odbywa się przez sieć. Sugata Mitra wierzy w edukacyjną potęgę sieci. Internet jest wielką chmurą wiedzy, szkoła w tej chmurze to system motywacji, pomysłów, ważnych pytań otwierających myślenie. I oczywiście narzędzi, które chmurę udostępnią. Profesor Mitra przede wszystkim jednak wierzy w dzieci. Są genialne: otwarte, chętne, dociekliwe, przedsiębiorcze i pracowite. Najlepsze, co można dla nich zrobić to dać pole do działania. Naiwny pięknoduch bujający w chmurach? Amerykańska publiczność konferencji TED za wystąpienie podziękowała mu na stojąco. Sugata Mitra: Build a School in the Cloud
21.11
2012

Imperium Siliconum – zapiski z podróży część 1.

Kiedyś ludzie zmierzali do Rzymu albo do Paryża – wszystkie drogi szukających mądrości, kariery, nowości prędzej czy później prowadziły właśnie tam. Teraz jeździ się do Silicon Valley. I mnie pociągnęło w tamtym kierunku. Nowy Rzym przyciąga przede wszystkim wyznawców nowych technologii. Do miast leżących w rejonie Zatoki San Francisco - Mountain View,Palo Alto, Cupertino, Sunnyvalle – ściągają młode umysły z całego świata, szukając natchnienia, nauki i potwierdzenia swoich pomysłów. Stąd z kolei, jak to ze stolicy imperium, w świat wyruszają kohorty aplikacji, urządzeń, programów. Jak na stolicę imperium przystało, tu kształtuje się też obowiązujący styl życia, w dużej mierze wyrażony w kulturze pracy. Chociaż solą tej ziemi są nowe technologie, coraz częściej i coraz więcej w Dolinie Krzemowej rozmawia się też o edukacji. Jak wygląda to z bliska? Po pierwsze: start-up Po drugie: network Po trzecie: the next big thing: education. Wszyscy już wiedzą, że epoka industrialna dobiegła końca. Czy potrafimy jednak nazwać nową epokę? Obserwując życie w rejonie Zatoki San Fransico widać, że świat zatacza kręgi po spirali. W pewnym sensie wróciliśmy do manufaktury. W czasach sprzed rewolucji przemysłowej miasta pełne były rzemieślników, sklepikarzy i innych przedsiębiorców. Każdy podług swoich talentów, możliwości, odczytania potrzeb klientów i odwagi otwierał działalność i wszelkimi dostępnymi sposobami starał się znaleźć swoje miejsce na rynku – na kramach miasta królewskiego Kraków albo Brugii czy Awinionu. Rewolucja przemysłowa zmiotła tę drobną przedsiębiorczość zapędzając ludzi do maszyn. Przy taśmie, rozumianej zarówno dosłownie, jak i metaforycznie, człowiek sam stał się częścią maszyny – precyzja i efektywność to główne zalety. Epoka Wielkiego Industriala skończyła się. Znów przedsiębiorczość jest w cenie. W San Francisco nawet 11-latki na pytanie „co chcesz robić w życiu” odpowiadają: „chcę założyć start-up”. O co chodzi? Start-upy to firmy na starcie, oparte na oryginalnym pomyśle, poszukujące modelu biznesowego, dającego szansę dużego rozwoju, najlepiej o globalnym zasięgu. Liczy się kreatywność, empatia i przedsiębiorczość. Jeśli chcesz coś osiągnąć w życiu i mieć satysfakcję z tego, co robisz, załóż start-up. Kreatywność. Trzeba być pomysłowym. Dostrzegasz, kojarzysz, wymyślasz. Korzystając z dostępnej wiedzy, tworzysz coś, czego nie było. Empatia. Wyczuwasz, co może być potrzebne. Wiesz, jakie potrzeby i problemy mają albo mogą mieć ludzie. Twój pomysł jest na nie odpowiedzią. Przedsiębiorczość. Bierzesz sprawy w swoje ręce. Realizujesz to, co wymyśliłeś. Nie sam, w zespole. Sprawdzasz, czy wszystko gra, poprawiasz aż do skutku. Jeśli dobrze trafiłaś, na pewno ktoś w ciebie zainwestuje i urośniesz. Jeśli nie, zyskujesz doświadczenie i próbujesz dalej. Dolina Krzemowa żyje start-upami. Najciekawsze przedsięwzięcia ostatnich lat to inkubatory dla młodych zdolnych przedsiębiorców z dobrym pomysłem, takie jak Y Combinator i 500 Startups. Znalezienie się w zasięgu oddziaływania któregoś z nich już jest sukcesem. Potem niektóre z zalążkowych przedsiewzięć wyrastają na gigantów, jak Dropbox czy Airbnb. A to dopiero początek. W Dolinie słyszy się, że czas wielkich korporacji przechodzi łagodnie w erę licznych mniejszych przedsięwzięć. Kreatywność i przedsiębiorczość są wszędzie, każdy może to mieć. Każdy musi to mieć i rozwijać. W Polsce też. Czy szkoła pomoże? Jeśli nie, zostaniemy krajem konsumentów. cdn.
16.06
2012

E-podręczniki – kto nam zrobi rewolucję?

Rządowy projekt cyfryzacji podręczników jeszcze nie zaczął się, a już spowodował zamieszanie wśród wydawców. Stabilny duży, pewny rynek podręczników na którym karty dawno zostały rozdane, czeka trzęsienie ziemi, nic więc dziwnego, że dotychczasowi potentaci sprzeciwiają się zmianom. Nie jest to bynajmniej pierwsze dominium, w którym nowe technologie spowodowały zmiany w układzie sił i gdzie wprowadziły nowe podmioty do gry. Najpierw rewolucja dotknęła świat mediów, tworząc w ich ekosystemie zupełnie nowe organizmy: portale internetowe, wyszukiwarki, agregatory informacji itd.; następnie zdemokratyzowała świat informacji, rozdając głos każdemu, kto chciałby go zabrać. Podobne procesy uruchomiły się w świecie edukacji. Synonimem ostatecznego źródła wiedzy nie jest już prestiżowa Brytannika czy Encyklopedia PWN, ale pisana, redagowana, poprawiana przez tysiące autorów i redaktorów-wolontariuszy Wikipedia. Obowiązujący dziesięciolecia porządek uczenia: w szkole wykład, w domu ćwiczenia, został zakwestionowany przez internetową Khan Academy. W dodatku, wiedza ta dostępna jest całkowicie za darmo. Obecnie wszędzie, także w naszym kraju, pracuje sie nad nowoczesną, adekwatną do czasów, w których żyjemy, formą podawania wiedzy. Rządowy program Cyfrowa szkoła, a w tym także projekt związany z e-podrecznikami, ma cywilizacyjną zmianę spowodowaną przez nowe technologie wprowadzić do szkół. Za 45 mln zł powstaną nowe cyfrowe podręczniki, dostępne za darmo na przygotowanej platformie. Idea otwartych zasobów edukacyjnych podchwycona przez struktury państwowe to działanie przełomowe dla polskiej edukacji, które może postawić nas w światowej awangardzie rozwiązań edukacyjnych. Pojawiają się jednak obawy, czy działania te idą w dobrym kierunku, czy przypadkiem nie posuwamy się pod prąd. Na świecie wszystkie przełomowe rozwiązania ostatnich kilkunastu lat były efektem kreatywności i wolnego rynku. Żadne z nich nie powstało na zamówienie jakiegokolwiek rządu. Google, Facebook czy Onet, Nasza Klasa albo Fotka.pl powstały na fali wzbudzonej aktywności setek, tysięcy ludzi i zespołów pobudzonych do działania przez nowe możliwości. Tymczasem rządowy projekt dotyczący e-podręczników wyłonić miał zaledwie pięciu partnerów (4 merytorycznych, 1 technologicznego), którzy w narzuconym przez zamawiającego rytmie mają stworzyć przełomowe rozwiązania w dziedzine cyfrowych podręczników od szkoły podstawowej po szkoły ponadgimnazjalne. W efekcie ich pracy ma powstać przynajmniej 18 podręczników nowej generacji, które bezpłatnie będą dostępne na tworzonej równolegle platformie cyfrowej. Z jednego dyktatu wpadamy w drugi. Jeden monopol będzie zastąpiony następnym: zamiast dużych wydawnictw podręcznikowych, cztery podmioty, które uzyskają finansowanie na swoje produkty i będą je mogły rozpowczechniać za darmo. Kto bowiem będzie chciał korzystać z innych podręczników, jeśli trzeba będzie za nie płacić. Poza tym, skąd wiadomo, że pomysły czterech wybranych partnerów projektu rządowego będą najlepsze. Żadna, nawet najlepiej przeprowadzona rekrutacja nie jest w stanie zagwarantować powodzenia. W założeniach projektu czytamy, że przy wyborze partnera brane będzie pod uwagę m.in. doświadczenie w realizacji projektu o podobnym charakterze. Jedną z najciekawszych na świecie aplikacji tego rodzaju jest iBook Author firmy Apple. Przed jej stworzeniem Apple nie miało żadnego doświadczenia w podobnych projektach, u nas więc nie miałby szans. E-podręczniki są tak świeżym tematem, że mało kto był w stanie zebrać tu jakieś doświadczenie. Wiele firm, organizacji i ludzi posiada jednak inne doświadczenie: w tworzeniu nowatorskich rozwiązań edukacyjnych, architektury informacji czy w tak popularnym ostatnio, a nie przetłumaczonym adekwatnie, user experience design. Z założeń można również dowiedzieć się, że do obowiązków partnera merytorycznego będzie należała współpraca przy opracowywaniu podręczników z partnerem odpowiedzialnym za przygotowanie i realizację projektu od strony technologicznej. Koncepcja technologiczna powinna być immanentą częścią koncepcji podręcznika, a więc osoby „technologiczne” powinny być członkami zespołu opracowującego koncepcję, a nie zewnetrznym ciałem, z którym jedynie trzeba pewne rzeczy uzgadniać i które następnie projekt zaproponowany przez partnera „nietechnologicznego” wykona. 45 mln złotych to kwota wystarczająco duża, by przygotować infrastrukturę dla nowego systemu. Dlaczego tylko cztery zespoły będą pracować nad nowatorskimi koncepcjami podręczników XXI wieku? Sto zespołów złożonych z innowacyjnych edukatorów, kreatywnych nauczycieli, wydawców, projektantów, programistów, autorów itd., każdy z budżetem ok. 45 tys. zł, stworzyłoby sto prototypów – materiał, z którego prawdopodobnie wyłoniłoby się kilka lub kilkanaście projektów wartych dalszej pracy. Na taki gigantyczny rozruch kreatywności, angażujący wszystkich, którzy mogą mieć coś do zaproonowania, wystarczyłoby wydać 10% całej przewidzianej kwoty, a następnie pozostałe 90% zainwestować w twórcze, innowacyjne rozwiązania wyłonione zgodnie z zasadami zdrowej konkurencji. E-podręczniki na świecie są w fazie eksperymentu. Korea Południowa, w której kilka lat temu ministerstwo odpowiedzialne za edukację przemianowano na Ministerstwo Edukacji i Technologii, zadeklarowała całkowite zastąpienie tradycyjnych podręczników ich wersją elektroniczną do 2015 r. Prowadzone testy nie dają jednoznacznej odpowiedzi, że jest to jedyna słuszna droga. Korea się waha. Prawdopodobnie nigdzie na świecie nie ma obecnie gotowych, sprawdzonych rozwiązań, które można wprowadzać na masową skalę. Skoro edukacja jest zarówno kluczem do cywilizacyjnego sukcesu – lub porażki – danego narodu, a także gigantyczną, obiecującą gałęzią aktywności ekonomicznej, musi ściągać zainteresowanie. Wśród niezliczonych startupów w Silicon Valey na pewno są takie, które postawiły na przyszły sukces swoich edukacyjnych aplikacji. Ponieważ są ich tysiące, trzeba założyć, że komuś się uda. Może udać się i nam, jeśli ten wielki projekt zrobimy po kolei: zanim rzucimy się w wir działania, poszukamy naprawdę dobrego pomysłu.
31.05
2012

Gra jedną Kartą

Osiemnaście godzin „przy tablicy” plus dwie na dodatkowe zajęcia, 3 roczne urlopy dla poratowania zdrowia w ciągu całej kariery, wakacje, ferie ... Ostatnio często budzią się emocje związane z tematyką edukacyjną. Nic jednak tak nie pobudza, jak Karta Nauczyciela. Temat Karty wyłonił się ostatnio z powodu budżetowych niedostatków i niżu demograficznego. Bo skoro uczniów mniej, to i wydatków na szkołę powinno być mniej, a Karta ruchy krępuje. Wokół zatrudnienia nauczycieli jest zresztą więcej szumu. Ostatnio chyba najwięcej w związku z nową podstawą programową w szkołach ponadgimnazjalnych i zmniejszeniem ilości godzin wielu przedmiotów, a co za tym idzie – spodziewanym zmniejszeniem ilości etatów. Powszechny odbiór tych decyzji jest taki, że głównym powodem jest cięcie kosztów. Póki co jednak, wydatki mogą się zwiększyć. Słyszałam o planach wykorzystania rocznych urlopów dla poratowania zdrowia przez nauczycieli spodziewających się zwolnień. W kolejnym roku urlop wezmą koledzy czy też koleżanki uczący tego samego przedmiotu w danej szkole, a potem ... a potem się zobaczy. To jednak inny fragment Karty jest przedmiotem debat: czy nauczyciele mogliby pracować – w znaczeniu: w klasie, prowadząc lekcje – dłużej, niż przez osiemnaście godzin tygodniowo. Bycie nauczycielem wygląda na wyjątkowo relaksującą pracę – te kilkanaście godzin można jakoś wytrzymać, a poprawianie wypracowań i klasówek nie zajmuje przecież dwudziestu godzin tygodniowo. Nigdy nie byłam nauczycielem, więc nie wiem jak to naprawdę jest, nie wiem też, która liczba godzin jest lepsza: 18 czy może np. 24, ale wyobrażam sobie, że dobry nauczyciel chcąc przeprowadzić bardzo dobrą lekcję, musi się do niej przygotować. Opracowanie scenariusza zajęć w ramach Uniwersytetu Dzieci, co wiem z praktyki, wymaga twórczej pracy przynajmniej dwóch osób, kilku spotkań, przygotowania materiałów, opracowania doświadczeń albo innych aktywności, często prezentacji multimedialnej. Nawet jeśli wykładowca jest świetnym znawcą tematu, do tego niezrównanym mówcą i animatorem o dużej inwencji, musi opracować scenariusz tego, co chce przekazać uczniom. Chciałabym, by nauczyciele w szkole również poświęcali czas na wykreowanie lekcji, poszukanie materiałów, przygotowanie interaktywnych działań. Wolałabym nie pozbawiać ich możliwości kreatywnego przygotowania się do lekcji, a uczniów uczestniczenia w dobrze opracowanych zajęciach. Tak, wiem – nie ma pewności, że nauczyciele właśnie w taki sposób ten czas wykorzystują. Zapewne są poloniści, którzy od lat zadają te same tematy wypracowań i chemicy, którzy zamiast robić z uczniami doświadczenia, czytają na lekcji podręcznik. Może jednak warto przede wszystkim z większą konsekwencją zacząć od nauczycieli wymagać wyższej jakości: ciekawszych tematów, zróżnicowanych form edukacyjnych, interakcji, zindywidualizowania nauczania. Większa ilość podobnych lekcji prowadzonych przez jednego nauczyciela jeszcze bardziej upodobni szkołę do fabryki. Chwilowa efektywność finansowa nie przełoży się na efektywność nauczania. Chwilowa, bo ostatecznie niewykształcone kompetencje i zainteresowania uczniów będą nas kosztować więcej niż zrobione oszczędności. Szkoły niepubliczne cieszą się coraz większym zainteresowaniem rodziców. W ciągu ostatnich lat systematycznie spada liczba dzieci w rocznikach szkolnych i - co z tym się wiąże – spada także liczba uczniów. Ale tylko w szkołach publicznych. Szkoły niesamorządowe, społeczne i prywatne notują systematyczny wzrost, wbrew demograficznym tendencjom. Co stanowi o ich sukcesie? Może większa swoboda działania – wiele z nich często zatrudnia nauczycieli w oparciu o kodeks pracy, a nie Kartę Nauczyciela, zwykle z obustronnym zadowoleniem. Daje to przede wszystkim możliwość właściwego kształtowania kadry pedagogicznej i – w razie konieczności – dokonywania zmian. Swoboda działania nie służy tu radykalnemu zwiększaniu czasu pracy nauczyciela, ale efektywnemu spędzaniu czasu w szkole przez ucznia. To uczeń jest podmiotem działań edukacyjnych – pamiętajmy o tym.
26.04
2012

Królestwo za konia, milion za strategię.

Ostatnio w prasie czytamy: „Polski student nie ma gwarancji, że dyplom da mu pracę”. Podobnie, maturzysta  z maksymalnym wynikiem z egzaminów czy laureat olimpiad nie może być pewien przyszłych sukcesów. Także gimnazjalista, który świetnie poradzi sobie z testami weryfikującymi jego wiedzę na koniec gimnazjum daleki jest od tego, by przepowiadać mu świetlaną przyszłość. A uczeń kończący szkołę podstawową? Czy czerwony pasek na świadectwie sam jest świadectwem  jego talentów, umiejętności myślenia itd.?  Wkroczyliśmy właśnie w tę fazę roku szkolnego, gdy najważniejsze są egzaminy i rankingi. Co z nich można wyczytać na temat jakości naszego kształcenia? Wszystkie edukacyjne miary mierzą tylko i wyłącznie osiągnięcia dokonane w szkolnym świecie.  A szkoła i życie to odrębne królestwa. Pani Minister Kudrycka zareagowała błyskawicznie: milion dla wydziałów, które zbliżą szkołę (wyższą) do życia. Szkolnictwo wyższe jako fabryka bezrobotnych to tylko czubek góry lodowej. Nasze nadzieje, potencjał, talenty rozbijają się dużo wcześniej o nieruchomą bryłę polskiej edukacji. Czas edukacji, łącznie ze studiami wyższymi, trwa ok 17 lat! Czy dobrze nim gospodarujemy? Nie powinniśmy chyba zakładać, że sprawności poruszania się w świecie nabiera się dopiero na ostatniej prostej. Umiejętności i postawy nalepiej kształtować od dzieciństwa. W końcu mądrość ludowa uczy od dawna, że czym skorupka za młodu ... albo też: czego się mały Jaś nie nauczy ... Jeśli 20-letni student nie słyszał o pracy zespołowej albo nigdy nikt nie wymagał od niego logicznego myślenia i posługiwania się własną wiedzą, to niemal  tak, jakby uczyć go czytać i liczyć dopiero po maturze. Studia to zbyt późny i zaawansowany etap, by kształtować tak podstawowe umiejętności. Dlaczego  6-latków nie uczyć współdziałania  a 9-latków krytycznego myślenia?  Na zajęciach Uniwersytetu Dzieci – prowadzonych zarówno w czasie wolnym, jak i w szkołach – spotykamy setki dzieci, które wręcz garną się do nauki, żarliwie eksperymentują, razem konstruują albo tworzą strategie biznesowe.  Nieustannie rosnąca liczba rodziców zainteresowanych takimi zajęciami dla swoich dzieci, świadczy o tym, że zwracają uwagę na formę zajęć  i zależy im na rozwijaniu u dzieci zainteresowań i odpowiednich kompetencji. Z wielu rozmów wiemy, że nie dostają tego od szkoły. Jaka powinna być polska szkoła? Czego powinna uczyć? To wiadomo: powinna być twórcza, ciekawa, efektywna, bezpieczna, przyjazna, dostępna, nie powinna obciążać domowych budżetów, ale powinna uczyć myślenia, skutecznego działania, ma także rozwijać  talenty, przygotowywać do dorosłego życia, tak, by było w miarę spełnione, a więc umożliwić przyszłym dorosłym pracę i umiejętność życia w społeczeństwie. Czy ktoś się nie zgodzi? Każdy pewnie coś jeszcze doda, każy z pewnością postawi nacisk na coś innego. Wszyscy zapewne się zgodzą, że powinna jednocześnie rozwijać każdego indywidualnie i kształtować przyszłych obywateli, członków różnych społeczności (rodziny,  zespołu pracowników, mieszkańców osiedla czy kraju,   ludzkości). Mało tego, taka wizja szkoły wpisana jest w nową podstawę programową. Dlaczego więc wykrwawiamy się w walkach: szkoły pustoszone przez niż demograficzny: zamykać–nie zamykać, sześciolatki do szkół: tak–nie.  Historii w szkołach należy uczyć: dużo-mało. Można znaleźć dobre przykłady popierające każde ze stanowisk, ale decyzja w żadnej z tych spraw, oderwana od całości edukacyjnych zagadnień nie podniesie jakości kształcenia. Wszystkie zabiegi edukacyjne służą wykształceniu kompetencji, szczególnie kluczowych, zdefiniowanych  jako te, których wszystkie osoby potrzebują do samorealizacji i rozwoju osobistego, bycia aktywnym obywatelem, integracji społecznej i zatrudnienia. W 2006 r. Parlament Europejski przyjął zalecenia dotyczące ram odniesienia w kształtowaniu tych kompetencji dla wszystkich państw członkowskich. Nawet nie odwołując się do ustaleń parlamentu, a jedynie do zdrowego rozsądku, można zauważyć, że brak płynnego przejścia z okresu nauki do pracy pokazuje wady zaszyte w naszym systemie kształcenia. Weźmy pod uwagę, że na studia idą już dorośli, uformowani ludzie, mający swoje nawyki,  zachęceni lub zniechęceni do działania, z rozbudzonym lub uśpionym duchem przedsiębiorczości, potrafiący lub nie logicznie myśleć, kreatywni lub tacy, których twórczość kończy się na  wycinankach w trzeciej klasie podstawówki. Prezes PZU, który swoją wypowiedzią dla GW rozpoczął dyskusję, wyznał, że sam najchętniej zatrudnia matematyków, fizyków czy biologów. Absolwenci tych kierunków najlepiej radzą sobie z analizą danych i wyciąganiem wniosków. Nauki przyrodnicze, tak jak matematyka, uczą dyscypliny myślenia. Dodatkowo, dają możliwość bezpośredniego kontaktu z rzeczywistością nauki. Wiecej doświadczeń przyrodniczych w szkole nie tylko sprawiłoby, że nauka byłaby ciekawsza, ale także nauczyłaby właściwego wyciągania wniosków. Tymczasem nauczyciele traktują je – doświadczenia - jako dodatek, gdy wystarczy czasu i uda się je zorganizować. Tak przynajmniej wynika z praktyki Uniwersytetu Dzieci. Zajęcia naukowe, które prowadzimy w szkołach, mają m.in. służyć nauczycielom inspiracjami do własnych aktywnych działań. Nauczyciele jednak, doceniając taką formę nauki, traktują ją jako atrakcyjny dodatek. Prawdziwa nauka to ta prowadzona przy pomocy tablicy, kredy i notatek w zeszycie. Bo nie ma możliwości, środków,czasu, motywacji. Są oczywiście wyjątki, które przywracają wiarę w nauczycieli – wsparci i zmotywowani będą uczyć ciekawie i praktycznie. Czy zatem skazani jesteśmy w sprawie edukacji na „zmądrzenie po szkodzie”? Jeśli nawet, to niech to będzie nasza szkoda, nie kolejnego pokolenia, które, znowu spiszemy na straty, jeśli nie zrobimy tego, o czym narazie tylko mówimy i piszemy. A wartość kolejnej generacji liczy się nie tylko w milionach. Sami będziemy zarówno cierpieć, jak i się wstydzić, jeśli go właściwie nie wprowadzimy do naszego królestwa.
02.04
2012

Szybki przepis na geniuszy

Czytam najnowszy numer magazynu Wired, amerykańskiego periodyku o nowych technologiach i ich wpływie na kulturę, ekonomię i politykę, a w nim artykuł „ Uprawa geniuszy”. Tematem tekstu jest fenomen „klastrów wybitnych jednostek”, które od czasu do czasu pojawiają się tu i ówdzie. „Wszelkie wzrosty ekonomiczne mają bardzo proste źródło: nowe idee. To nasza kreatywność stoi za naszym bogactwem. Jak zatem możemy zwiększyć tempo innowacji? Czy możliwe jest zainspirowanie większej liczby Picassów i Jobsów?” -pyta autor. Okazuje się, że geniusze nie są przypadkowo rozsiani w czasie i przestrzeni. Często pojawiają się nie pojedynczo, ale całymi gronami. I tak w starożytnych Atenach, mniej więcej w jednym czasie pojawił się Platon, Sokrates, Tukidydes, Herodot, Eurypides. Ajschylos, Arystofanes. Zasadniczo, to oni właśnie mieli decydujący wpływ na uformowanie Zachodniej Cywilizacji. Podobnie, jeśli spojrzymy na Florencję pomiędzy 1440 a 1490 rokiem, zobaczymy, że to wtedy ok.70-tysięczne miasto pozwoliło zaistnieć oszałamiającej liczbie artystów, a wśród nich takim postaciom, jak Michał Anioł, Leonardo da Vinci, Botticelli. Co stoi za taką eksplozją kreatywności? „Tajemnica leży w szczególnych meta-ideach, które stanowią grunt dla kolejnych pomysłów” - stawia hipotezę autor artykułu. Analizując różne epoki charakteryzujące się nadmiarem geniuszy, możemy stworzyć wzorzec kreatywności dla XXI wieku. Jakie konkretnie meta-idee, zdaniem autora, tworzą najlepsze środowisko dla rozwoju talentów. Pierwsza to skrzyżowanie kultur, cywilizacji: to nie przypadek, że wszystkie dawne „klastry talentów” były wielkimi centrami handlu w których krzyżowały się szlaki, a przybysze i wędrowcy, mogli dzielić się przywiezionymi rozwiązaniami i pomysłami. Badania wskazują, że zasada ta jest wciąż aktualna, bo wzrost liczby imigrantów z wyższym wykształceniem o jeden procent skutkuje 9-18-procentowym wzrostem ilości patentów. Inny powracający temat to edukacja. Wszystkie kwitnące kultury były pionierami nowych form nauczania. We Florencji skutecznie praktykowany model „mistrz i uczeń” umożliwił młodym artystom naukę w pracowniach starych ekspertów. Elżbietańska Anglia zrobiła z kolei nieprawdopodobny wysiłek, by wyedukować ówczesną klasę średnią – tą drogą Szekspir, syn rękawicznika, który nie potrafił się podpisać, dostał darmowe lekcje łaciny. Szeroko zakrojone wysiłki na rzecz dobrej edukacji odpłacają się liczbą ujawnionych i rozwiniętych talentów. Jak pisał T.S. Eliot, wspaniałe czasy nie rodzą większej liczby geniuszy, tylko mniej ich marnują. Ostatnia meta-idea to zdolność do podejmowania ryzyka. Szekspir miał to szczęście, że zyskał poparcie dworu dla swojego pisarstwa. Powstało, owszem, wiele poślednich tragedii historycznych, ale bez tego nie było by zapewne „Hamleta” czy „Burzy”. Medyceusze nie obawiali się wspierać artystów także w ich szalonych i nowych malarskich pomysłach, takich jak choćby perspektywa. Wymiana, edukacja, odwaga – czy to jest przepis na powodzenie także w dzisiejszych czasach? Nie od dzisiaj docenia się wartość „wymiany”. Studenci w ramach programu Erazmus wyjeżdżają  postudiować i popraktykować za granicę. Teraz wyjeżdżać zaczęli także naukowcy. Ministerstwo Nauki postanowiło wysłać poszukujących naukowców na kilkumiesięczne staże na najlepsze (głównie amerykańskie) uczelnie, przede wszystkim po to, by podpatrzyli proces przeobrażania pomysłu, odkrycia w produkt. Po nauki, najchętniej do Doliny Krzemowej, jeżdżą też młodzi przedsiębiorcy z kręgów nowych technologii. Kolej na następny ruch. Jonah Lehrer, Cultivating Genius, Wired, marzec 2012
19.03
2012

Naukowiec przed maturą

Kiedy rozpoczyna się karierę naukową? Po doktoracie? Wraz z publikacją w prestiżowym piśmie? Międzynarodowe konkursy młodych naukowców pokazują, że zacząć można już w liceum. Odbyła się właśnie kolejna polska edycja Konkursu Prac Młodych Naukowców, którego laureaci wezmą udział w finałach EU Contest of Young Scientists (EUCYS) oraz Intel International Science and Engineering Fair (Intel ISEF). Miałam przyjemność być jednym z 16 jurorów i dzięki temu mogłam odbyć kilkanaście bardzo ciekawych rozmów z przyszłą polską kadrą naukową. W Konkursie dominowały nauki przyrodnicze – nic dziwnego, badań i pomysłów w tym zakresie oczekują organizatorzy. Dziwił natomiast brak projektów inżynieryjnych, choć takich m.in. spodziewali się organizatorzy Intel ISEF. Młodzi naukowcy, wszyscy urodzeni po roku 1992, prezentowali się nieźle. W wielu przypadkach mogli się pochwalić solidnym warsztatem naukowym, żywą współpracą z akademickimi ośrodkami, ciekawą i ważką tematyką badań. Wielu z nich bazowało na obserwacji otaczającego świata i rozwijaniu wątków podsuwanych przez otoczenie. I tak kilkoro z nich za przedmiot badań wybrało np. mrówki albo pasożyta atakującego kasztanowce lub też pszczołę murarkę, która z powodzeniem może zastąpić w zapylaniu roślin ginące pszczoły miodne. Z kolei licealista z Wilamowic zajął się dociekliwymi badaniami swojej niezwykłej, obdarzonej kulturalną odrębnością miejscowości. Wśród uczestników byli również tacy, którzy swoje badania prowadzili w zaawansowanych laboratoriach akademickich, pod okiem naukowców.  Wszyscy uczestnicy polskiego finału wyróżniali się dociekliwością i naukowym zacięciem. Potrafili precyzyjnie zdefiniować przedmiot swojej pracy. Niejeden z młodych badaczy na żmudne badania poświęcił cały czas wolny. Wszyscy cechowali się ogromnym zaangażowaniem i zapałem. Wśród uczestników była mniej więcej podobna liczba dziewcząt i chłopców. Młodzi badacze potrafili zarówno skoncentrować się na szczegółowych badaniach wypełniających istniejącą lukę, jak i prowadzić innowacyjne poszukiwania otwierające nowe możliwości. Te pierwsze umożliwiają młodym ludziom wypracowanie solidnego warsztatu naukowego, który – miejmy nadzieję – przyda się im w dalszej, samodzielnej działalności naukowej. Praca niektórych już teraz zresztą stanowi wkład do dziedzictwa nauki. Młody badacz zajmujący się motylami we Wrocławiu opisał występowanie wybranych gatunków motyli na terenie tego miasta, odkrywając jednocześnie nowy gatunek detrytofaga, a debiutujący etnograf opisał unikatową i zanikającą kulturę wilamowicką, charakteryzującą się nie tylko własną obyczajowością, strojem, ale i całkowicie odrębnym językiem. Drugą grupę (zdecydowanie mniej liczną) stanowili uczestnicy, którzy postawili na odkrycia przełomowe, wprowadzające naukę w rejony, w których jeszcze nie była. Tu na szczególną uwagę zasługiwał chemik, uczeń I kl. liceum, który za cel postawił sobie badania zmierzające do opracowania metody leczenia choroby zwiotczenia mięśniowego, na którą obecnie nie ma skutecznego leku. Zwycięzcy polskich eliminacji teraz będą mieli możliwość porównania się ze swoimi kolegami z Unii Europejskiej w Bratysławie oraz ze świata w Pittsburghu. Do tej pory w europejskim konkursie EUCYS polscy reprezentanci zdobyli 20 nagród, w konkursie Intela będziemy reprezentowani po raz pierwszy.  W jakim znajdą się towarzystwie? Nie wiadomo, z pewnością konkurencja będzie bardzo silna. A jest o co walczyć. Oprócz prestiżu, zwycięzcy wygrywają również nagrody pieniężne o łącznej wartości 4 mln dolarów. Główną nagrodę przyznaje się na podstawie innowacyjnych badań oraz potencjalnego wpływu pracy na daną dziedzinę i świat. W edycji Intel ISEF 2011 główną nagrodę (75 tys. dolarów) otrzymała praca dotycząca innowacyjnych metod leczenia raka, sygnowana przez siedemnastolatka i osiemnastolatka z liceum w Lafayette w Kalifornii. Inną prestiżową nagrodę w tej edycji, przyznawaną za poszukiwanie innowacyjnych  rozwiązań problemów jutra, otrzymał zespół szesnasto- i siedemnastolatków z Tajlandii, za opracowanie opakowań wytworzonych z rybich łusek.   Moje największe obawy dotyczą stopnia innowacyjności – czy nasi aspirujący do miana naukowca badacze mają nietuzinkowe pomysły i odwagę podejmowania poważnych wyzwań naukowych? Wśród wszystkich kandydatów widziałam tylko jedną taką osobę – wspomnianego chemika. Drugą osobą, której chętnie przyznałabym punkty za odwagę i szerokie spektrum myślenia był badacz modliszek, który chciałby zaproponować modliszki jako domowy sposób na muchy i mole, a poważniej – sposób na roznoszące malarię komary. Tu jednak pomiędzy pomysłem a realizacją tego drugiego była jeszcze przepaść wielkości kanionu rzeki Kolorado. Czy pracę naukową należy zacząć już w liceum? Na pewno można, choć jest to droga dla najzdolniejszych i najbardziej pracowitych. Inny amerykański program Intel Science Talent Research  pokazuje wyraźnie, że wspieranie  rozwoju młodych naukowych talentów to wspieranie także przyszłych noblistów – wśród swoich podopiecznych program ma ich już siedmiu. Warto, by zachęcać polskich edukatorów i instytucje zainteresowane rozwojem zarówno edukacji, jak i nauki do organizowania podobnych przedsięwzięć, a media - by wszystkie takie inicjatywy nagłaśniały.