avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Prawo do rozumienia
18.03
2012

Poczucie wolności

Słychać już wiosnę – ruszyły motocykle.  Wielu motocyklistów tłumaczy swoje zamiłowanie do jazdy na motorze bez określonego celu podróży – w tę i z powrotem po osiedlu lub po trasie S8 – tym, że jazda taka daje im „poczucie wolności”.  Często dodają też,  że trudno to pojąć  komuś, kto na motorze nie jeździ.  Spróbujmy jednak podjąć wyzwanie zrozumienia tego fenomenu. Nawet ktoś, kto nigdy nie jechał motorem, jest chyba w stanie wyobrazić sobie,  że można mieć „poczucie wolności” omijając korki lub rozpędzając się w kilka sekund do 150 kilometrów na godzinę.  Ale czy to wszystko?  Raczej nie.  Czy typowy motocyklista byłby bowiem zainteresowany wymianą swojego motoru na nowocześniejszy, mocniejszy, szybszy, ładniejszy i bardziej ekonomiczny, ale jednocześnie taki, którego silnik pracowałby cicho i nie dawałoby się nim ryczeć?  Załóżmy, że symulację tego dźwięku mógłby słyszeć, ale tylko sam, w słuchawkach. Z obserwacji zachowania typowych motocyklistów wynika, że prawdopodobnie nie byliby zainteresowani taką zamianą.  Komunikowanie otoczeniu głośnym rykiem silnika, że właśnie jadą,  jest dla wielu z nich nieodłącznym elementem tej jazdy, bez którego straciłaby całkowicie swój urok. Tak naprawdę, „motocyklowe poczucie wolności” to dla wielu korzystanie z przyjemności jazdy motorem, ale w połączeniu ze świadomością, że uprzykrza się życie możliwie dużej liczbie anonimowych ludzi i to w taki sposób, że praktycznie nic na to nie mogą poradzić.  I to jest dopiero prawdziwa i pełna wolność!  Wolność wynikająca z braku odpowiedzialności za wpływ swojego celowego działania na innych.  Może dlatego tak trudno zrozumieć to „niewtajemniczonym” i tak trudno to wprost przyznać? Motocykliści to nie jakiś margines społeczny.  Motory sporo kosztują i ich eksploatacja też, więc nie są to ludzie niezamożni. Pewnie w większości inteligentni, mający być może odpowiedzialną pracę.  Większość z nich raczej nie pamięta komunistycznego systemu edukacji. Uczyli się i wychowywali już w wolnym kraju.  Co ich tak strasznie frustruje, że frustrację tę muszą aż w taki sposób odreagowywać, odgrywając się na obcych, przypadkowych ludziach? Czy system edukacji mógłby coś  zaradzić?
27.02
2012

Skręt w lewo

Typowa sytuacja drogowa: skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną i wydzielonym pasem do skrętu w lewo. Stoję jako dziewiąty czy dziesiąty w kolejce do skrętu.  Zapala się zielona strzałka. Liczę wolno: raz, dwa, trzy, cztery, pięć – nareszcie! W moim polu widzenia pojawił się pierwszy skręcający w lewo samochód.  Dwadzieścia metrów za nim – następny, dwadzieścia metrów – kolejny, no… może jeszcze jeden zdąży.  Zdążył!  Cztery przejechały!  Jeszcze tylko dwie zmiany świateł i może już ja się załapię. Czy kierowcom ruszającym z takim mozołem, zostawiającym aż tyle miejsca za poprzedzającymi ich samochodami chodzi o bezpieczeństwo?  Może  mają zbyt dużo czasu?  Na pewno nie wszyscy. Wielu z nich za chwilę rozpędzi się na prostym odcinku do dużo większej prędkości niż ta, przy której wykonywali manewr skrętu i będą się poganiać „wjeżdżając sobie na zderzak”.  Czy szkoła mogłaby coś zrobić, żeby obecni uczniowie, w większości przyszli kierowcy, zrozumieli – we własnym interesie – potrzebę racjonalnego gospodarowania tak ograniczonymi zasobami jakimi są czas i miejsce w ruchu drogowym, bo jak widać, kurs na prawo raczej nie kształtuje tej umiejętności? Może w procesie edukacji należy zwrócić większą uwagę na orientację przestrzenną, umiejętność oceny odległości i koordynację wzrokowo ruchową? Może na lekcjach wychowania fizycznego potrzebne są ćwiczenia na skrócenie czasu pomiędzy spostrzeżeniem sygnału świetlnego, a wykonaniem prostego ruchu ręką i nogą? A może też takie, które pomogą opanować trudną sztukę jednoczesnego kontrolowania dwóch parametrów jakimi są np. odległość od poprzedzającego samochodu i kąta skręcenia kierownicy?  Sporo mogłoby chyba pomóc rozwijanie umiejętności logicznego myślenia, w szczególności wiązania przyczyny ze skutkiem, a więc w tym wypadku zjawiska korków i własnego „wkładu” w ich tworzenie, poprzez brak koncentracji na wykonywanych czynnościach w odpowiednim momencie. Nie bez znaczenia byłoby też rozwijanie umiejętności przyjmowania innego punktu widzenia, czyli np. kształtowanie wyobraźni sytuacyjnej, przydatnej chociażby do tego, żeby kierowca umiał sobie wyobrazić sobie stojącego na końcu korka, ale wtedy, gdy stoi na światłach jako pierwszy i wie, że on na pewno zdąży przejechać. Nie ma więc bezpośredniej motywacji, żeby być skupionym na sprawnym wykonaniu manewru w interesie tych, którzy stoją za nim. Ważna jest też zdolność do empatii i umieszczania skutków swoich zachowań w szerszym kontekście. Wiadomo bowiem, że jednym z głównych zagrożeń na drodze jest zirytowany, spieszący się kierowca, a niewątpliwie poziom irytacji przeciętnego kierowcy rośnie proporcjonalnie do czasu spędzonego w korku spowodowanym oczywistą niefrasobliwością, czy bezmyślnością innych. Warto by też było pewnie nawiązać do ekologii w odniesieniu do smrodzących, stojących w korkach samochodów i ekonomii w odniesieniu do zmarnowanego paliwa i czasu. Opisany skręt w lewo, to oczywiście jeden z możliwych przykładów, w którym, na losowej próbie widać jak praktycznie nasz rozumiany szeroko system edukacji (dom, szkoła, środowisko) kształtuje szeroki wachlarz kompetencji niezbędnych do racjonalnego funkcjonowania w różnych, typowych sytuacjach społecznych.  Może zamiast kosztownych i czasochłonnych badań PISA wystarczyłoby co jakiś czas przeanalizować zapisy z monitoringu na wybranych skrzyżowaniach lub w podobnych miejscach, gdzie kształtowane z takim trudem umiejętności powinny się ujawniać, ale często jakoś nie mogą?  
10.01
2012

Polska szkoła 2012. Cele edukacji

Proces edukacji ma miejsce w różnych obszarach i okresach życia i nie jest ograniczony do edukacji szkolnej.  Państwo nakłada jednak na obywateli obowiązek szkolny, więc uprawnione wydaje się założenie, że jednym z głównych celów tej edukacji powinno być wychowanie w duchu wartości oficjalnie głoszonych przez państwo.  Weźmy dwa pierwsze artykuły Konstytucji RP: Art. 1. Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. Art. 2. Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.   Akcja „Polska szkoła 2012”: Jacek StrzemiecznyUczenie się w szkole ... Danuta Sterna (...) moje nadzieje Marzena Żylińska Po co do szkoły? Witold Szwajkowski Cele edukacji Wiesław Mariański CHCĘ INNEJ SZKOŁY Ewa Borgosz Kilka pytań ... Ksawery Stojda (...) deregulacja Czas na przedszkole „Celowy” problem Zofia Godlewska Szkoła musi być źródłem rozwoju Strona główna blogów Oś świata W jakim stopniu system edukacji wychowuje i przygotowuje młodzież do życia w takim właśnie państwie?  Czy uczniowie i rodzice postrzegają system edukacji jako dobro wspólne, czy jako obszar realizacji urzędniczych, korporacyjnych  interesów lub żerowisko dla  lokalnych sitw?  Czy urzędnicy zatrudnieni w systemie oświaty kierują się w pierwszej kolejności prawem i sprawiedliwością społeczną, czy raczej kolesiowską solidarnością ponad prawem w dobieraniu się do publicznych pieniędzy i wzajemnym ochranianiu się przed odpowiedzialnością?  Wzorce jakiego państwa otrzymuje młodzież obserwująca od wewnątrz system edukacji? Kto w państwie, które jest dobrem  wspólnym,  powinien określać cele edukacji?  Urzędnicy żyjący z podatków obywateli, czy może powinny być do decyzje wspólne: uczniów, rodziców i nauczycieli?  Dlaczego nie może się przyjąć w naszym systemie oświatowym idea Rady Szkoły?  Dlaczego o sposobie realizacji budżetu szkoły i powoływaniu dyrektora nie decyduje  rada złożona z równej liczby przedstawicieli każdej z tych grup, tylko urzędnicy? Obawiam się, że nadrzędnym celem naszego systemu edukacji jest wczesne wpojenie młodzieży przekonania, że szczytne, oficjalnie głoszone cele mają się nijak do praktyki życia codziennego.  Może i dobrze?  Przekonanie takie z pewności przyda się w przyszłej pracy w administracji lub jakiejś korporacji i pomoże uniknąć frustracji. Blogi Oś świata: Jacek Strzemieczny Oś świata Jacka ... Danuta Sterna Moja oś świata Marzena Żylińska Neourony w szkolnej ławce Witold Szwajkowski Prawo do rozumienia Wiesław Mariański Głos rodzica Ewa Borgosz Do przyszłości Ksawery Stojda Kolokolo Bird Anetta, Grażyna Czas na przedszkole Zofia Godlewska Patrząc na ... szkołę Strona główna blogów Oś świata
19.12
2011

Zmień tożsamość

W dyskusji, która rozwinęła się po poprzednim wpisie pani Danuta zwróciła uwagę na problem komunikacyjny pomiędzy uczniem a nauczycielem, wynikający z tego, że dziecko nie rozumie pewnej konwencji.  Np. nie rozumie znanego sobie słowa w nowym kontekście, a nauczyciel nie dopuszcza do siebie myśli, że słowo to, czy dane określenie może być niejasne, więc mamy błędne koło.  I nie chodzi tu o oczytanie, czy sprawność językową dziecka, ale o znajomość umowy lub brak czasu na jej asymilację.  A tego typu określeń i umów dziecko musi poznać i przyswoić bardzo dużo w krótkim czasie. Gdy pierwszy raz wszedłem w system, żeby napisać coś na tym blogu i wpisałem podane mi hasło, zobaczyłem komunikaty:  "Przejdź do kokpitu" i "Zobacz witrynę". Obydwa słowa znam, ale pojęcia nie miałem, co oznacza "kokpit" w tym nowym dla mnie kontekście.  Wchodzić, nie wchodzić?  Z czym to się wiąże?  Myślę, że generalnie, z psychologicznego punktu widzenia, nie jest komfortową sytuacja, gdy ktoś, szczególnie uczeń, otrzymuje polecenie zawierające słowo o nieznanym mu znaczeniu.  Część osób zapyta o co chodzi, ale chyba większa część zada sobie pytanie: "Czy ja tego nie powinienem wiedzieć?  Może lepiej nie ujawniać, że nie wiem, żeby się nie skompromitować?".  Czy nie powinna obowiązywać zasada, przynajmniej w edukacji, że to na nauczyciel upewnia się, czy jak dziecko rozumie określenie użyte w nowym kontekście, zanim zacznie się przy jego pomocy komunikować? Gdy kiedyś chciałem założyć nowy adres mailowy natrafiłem na polecenie, żeby "zmienić tożsamość".  Aż mi ciarki przeszły po plecach. Do tej pory nie umiałbym komuś wyjaśnić, co to jest "domena", mimo, że w wielu źródłach próbowałem doczytać się jednoznacznej definicji. Wiele tego typu nowych określeń, jak niki, tagi, loginy staje się jasnych dopiero po pewnym czasie. Ich znaczenie poznaje się w miarę używania. Spróbujmy wyjaśnić komuś dorosłemu, kto nigdy nie posługiwał się komputerem, jak z niego korzystać.  Ciekawe jak zrozumie określenia "plik", "kliknąć" "przeciągnąć kursor", "sformatuj", "zaloguj się", "rozwiń menu", "edytuj" i to w sytuacji, gdy te wszystkie nowe znaczenia spadają na niego jednocześnie, a na monitorze widzi dziesiątki okienek i informacji, które znikają i pojawiają się nie wiadomo kiedy i dlaczego.  Myślę, że dziecko na lekcjach matematyki i nie tylko, może być w podobnej sytuacji. Nigdy nie mogłem pojąć na czym polega gra w baseball.  Próbowałem pytać o to kilku rodowitych Amerykanów, ale mimo że zam angielski w wersji amerykańskiej, nie mogłem zrozumieć słów, których używali w kontekście gry w baseball, chociaż znałem ich potoczne znaczenia.  Oni po prostu próbowali mi wyjaśnić zasady gry w baseball przy pomocy terminologii specyficznej dla baseballa, a widząc że nie rozumiem, patrzyli ze słabo ukrywanym politowaniem na tłumoka z Polski, który nie może pojąć rzeczy tak oczywistych.  Kiedyś dawno próbowałem się też nauczyć grać w karty w "tysiąca", ale nikt nie potrafił mi wyjaśnić zasad, mimo że umiałem już  grać w pokera, brydża, wista i inne gry karciane.  Barierą dla mnie było słowo "meldunek", którego wyjaśniający używali, a którego znaczenia w kontekście tej gry nie mogłem pojąć.   Najlepsza rada, jaką dostałem to "przyglądaj się jak inni grają, to się nauczysz".  Może właśnie na tym ma polegać edukacja? Blogi Oś świata: Jacek Strzemieczny Oś świata Jacka ... Danuta Sterna Moja oś świata Marzena Żylińska Neourony w szkolnej ławce Witold Szwajkowski Prawo do rozumienia Wiesław Mariański Głos rodzica Ewa Borgosz Do przyszłości Ksawery Stojda Kolokolo Bird Anetta, Grażyna Czas na przedszkole Zofia Godlewska Patrząc na ... szkołę Strona główna blogów Oś świata
07.12
2011

Hipotetyczne rozporządzenie

Co by było,  gdyby jakiś  nowy minister edukacji wydał rozporządzenie, w myśl którego  nauczyciele wszystkich przedmiotów  uczący w klasach 4-6  zdawaliby co roku egzamin z matematyki na poziomie wymaganym od absolwentów szkół podstawowych.  Ci, którzy by go zdali, otrzymywaliby znaczący dodatek do pensji. Można się domyślać, że części nauczycieli  raczej by się to nie spodobało, ale grupa niezadowolonych, bezpośrednio zainteresowanych,  liczyłaby nie więcej niż  jedną czwartą wszystkich nauczycieli, minus nauczyciele matematyki w tej grupie minus nauczyciele innych przedmiotów, którzy nie mieliby problemu ze zdaniem takiego egzaminu minus ci,  którzy chętnie przypomnieliby sobie co nieco, żeby więcej zarabiać.   Grupa oponentów  mogłaby więc liczyć, jak szacuję,  nie więcej niż 50-60 tysięcy osób, czyli 10-15% wszystkich nauczycieli. Czy rozwiązanie takie przyniosłoby jakieś korzyści edukacji matematycznej dzieci?  Jeżeli tak, to jakie?  Jakich argumentów używaliby jego przeciwnicy? Blogi Oś świata: Jacek Strzemieczny Oś świata Jacka ... Danuta Sterna Moja oś świata Marzena Żylińska Neourony w szkolnej ławce Witold Szwajkowski Prawo do rozumienia Wiesław Mariański Głos rodzica Ewa Borgosz Do przyszłości Ksawery Stojda Kolokolo Bird Anetta, Grażyna Czas na przedszkole Zofia Godlewska Patrząc na ... szkołę Strona główna blogów Oś świata
23.11
2011

Dobry pomysł, ale kto na nim straci?

Dlaczego tak trudno zreformować cokolwiek?  Dlaczego dobre intencje, trafne obserwacje, oryginalne pomysły czy wyniki twórczych dyskusji tak trudno wcielić w życie?  Dlaczego komisji Przyjazne Państwo niczego znaczącego nie udało się odbiurokratyzować? Może nie wystarczy tylko przedstawić sam pomysł, wskazać wynikające z niego korzyści, ewentualne słabości i poddać go pod merytoryczną dyskusję?  Wiadomo przecież, że nawet najbardziej absurdalne rozwiązania funkcjonują nie dlatego, że nikt tych absurdów nie widzi lub nie wie jak je zlikwidować, ale dlatego, że ktoś bardzo konkretny na nich korzysta.  Nie słyszałem żeby szef wspomnianej  komisji, tak głośno domagający odbiurokratyzowania gospodarki, kiedykolwiek wskazał konkretnie, jakie grupy, środowiska czy sitwy zawodowe korzystają np. na utrzymywaniu obecnych przepisów związanych z wydawaniem pozwoleń na budowę.  Nie da się niczego zreformować bez narażenia się komuś.  Łatwiej rozłożyć ręce i powiedzieć: „Nie udało nam się”. Może więc poddając jakiś nowy pomysł pod dyskusję, warto zacząć od wskazania tych, którzy na jego wprowadzeniu w życie stracą?  Im bardziej precyzyjnie, tym lepiej.  Beneficjenci absurdów rzadko kiedy występują w ich obronie z otwartą przyłbicą.  Przeważnie rozpoczynają  podskórne lobbowanie na rzecz utrzymania korzystnego dla nich stanu rzeczy.  Wpuszczają do obiegu argumenty zastępcze, mające tylko odwrócić uwagę od argumentu kluczowego,  jakim jest ich wąsko pojęty interes.  Wskazanie ich z imienia i nazwiska nie ułatwiłoby im tego.  Dobrze by też było zastanowić się, jakie to mogą być argumenty i wskazać je,  zanim przyczajeni obrońcy swoich pozycji zdążą ich użyć.  Znacząco osłabiłoby to ich siłę. Warto też chyba wskazać, na czym te ich straty miałyby polegać.  Niekoniecznie muszą to być bezpośrednie straty materialne.  Może to być utrata „świętego spokoju” związanego z brakiem konieczności podejmowania dodatkowego wysiłku, obniżenie prestiżu, utrata wpływu lub ograniczenie władzy.  Sam chyba z większym zainteresowaniem rozpoczynałbym zapoznawanie się z nowym pomysłem na zreformowanie czegokolwiek od takiej właśnie analizy.  W kolejnym wpisie spróbuję podać przykład. Blogi Oś świata: Jacek Strzemieczny Oś świata Jacka ... Danuta Sterna Moja oś świata Marzena Żylińska Neourony w szkolnej ławce Witold Szwajkowski Prawo do rozumienia Wiesław Mariański Głos rodzica Ewa Borgosz Do przyszłości Ksawery Stojda Kolokolo Bird Anetta, Grażyna Czas na przedszkole Zofia Godlewska Patrząc na ... szkołę Strona główna blogów Oś świata
10.11
2011

Genialnie proste

Z kilku źródeł słyszałem opis genialnie prostego, podobno zrealizowanego gdzieś pomysłu, dotyczącego planowania układu chodników dla pieszych na osiedlach.  Pomysłodawca uznał,  że nie ma sensu budować chodników, dopóki nie sprawdzi się, którędy chcą chodzić ludzie.  W tym celu należy założyć trawnik, zobaczyć gdzie zostaną wydeptane ścieżki  i dopiero wtedy ułożyć chodniki na miejscu wydeptanych ścieżek.  Wydaje się proste i logiczne. Okazuje się jednak, że wcale takie proste nie jest.  W pewnym uproszczeniu, ludzie nie chodzą po trawie takimi ścieżkami, jakimi chodzili by po asfalcie.   Zjawisko to opisuje Philip Ball w książce „Masa krytyczna”.  Powód jest dość prozaiczny.  W klimacie, w którym padają deszcze, w wydeptanych ścieżkach tworzą się kałuże.  Ludzie więc je  omijają i stopniowo wydeptują zupełnie inne ścieżki niż te, którymi chcieliby chodzić, czyli najkrótszą drogą. Może dałoby się tę obserwację  jakoś wykorzystać przy reformowaniu oświaty?  Tam też widać sporo genialnie prostych pomysłów.   Blogi Oś świata: Jacek Strzemieczny Oś świata Jacka ... Danuta Sterna Moja oś świata Marzena Żylińska Neourony w szkolnej ławce Witold Szwajkowski Prawo do rozumienia Wiesław Mariański Głos rodzica Ewa Borgosz Do przyszłości Ksawery Stojda Kolokolo Bird Anetta, Grażyna Czas na przedszkole Zofia Godlewska Patrząc na ... szkołę Strona główna blogów Oś świata
03.11
2011

Co to jest temperatura?

Z systemem edukacji matematycznej opartym na nauce pamięciowej wiąże się bardzo poważne zagrożenie.  U wielu osób może on wywołać błędne przekonanie, że skoro udało im się nauczyć posługiwać praktycznie jakimś prostym pojęciem, to znaczy, że je rozumieją.  Oto przykład:  Czy znamy kogoś dorosłego, kto nie korzysta na co dzień z pojęcia „temperatura”?  Sprawdźmy zatem, zaczynając od siebie, ile osób z naszego otoczenia potrafiłoby  wyjaśnić komuś,  CO TO JEST temperatura? Dla większości ludzi nie jest wielkim problemem wskazanie zagadnień, których nie mogą zrozumieć.  Znacznie poważniejszym wyzwaniem jest zidentyfikowanie tych, o których myślą, że je rozumieją, a w rzeczywistości tak nie jest.  Własne, głębokie przekonanie, że się rozumie pewne pojęcie może być nieuświadomioną przeszkodą w zrozumienia innego pojęcia, które na tym pozornie zrozumiałym jest zbudowane.  Jeżeli sytuacja taka dotyczy osób, które nie zajmują się edukacją matematyczną, można powiedzieć, że to ich sprawa.  Problem ten może dotyczyć także nauczycieli, a nawet osób, które uczą nauczycieli. Może oprócz „strefy najbliższego rozwoju”, czyli w uproszczeniu, zagadnień których nie można zrozumieć samodzielnie, ale można to osiągnąć pod okiem dobrego nauczyciela, powinniśmy rozpatrywać „strefę najdalszego zapóźnienia”?  Byłoby to najbardziej podstawowe zagadnienie z danej dziedziny, którego uczeń (student, nauczyciel) już nie zrozumiał, a mimo to wymagano od niego przyswojenia kolejnych, budowanych na nim pojęć, których siłą rzeczy zrozumieć nie mógł, nawet z pomocą wybitnego pedagoga. Blogi Oś świata: Jacek Strzemieczny Oś świata Jacka ... Danuta Sterna Moja oś świata Marzena Żylińska Neourony w szkolnej ławce Witold Szwajkowski Prawo do rozumienia Wiesław Mariański Głos rodzica Ewa Borgosz Do przyszłości Ksawery Stojda Kolokolo Bird Anetta, Grażyna Czas na przedszkole Zofia Godlewska Patrząc na ... szkołę Strona główna blogów Oś świata
25.10
2011

Narzucanie niezrozumiałych struktur

Wyobraźmy sobie następujący dialog: Ile to jest trzy pomnożone przez cztery? Czego trzy i czego cztery?  Jak to czego? Liczbę trzy pomnóż przez liczbę cztery. Ale liczby czego? Niczego!  Pomnóż same liczby, które niczego nie oznaczają. Jak mam rozumieć taką liczbę, która niczego nie oznacza?  Ja takiej liczby nie potrafię sobie wyobrazić. Dobrze, to pomnóż liczby czegokolwiek. Nie mogę pomnożyć liczb czegokolwiek.  Muszę wiedzieć, co przez co mnożę. Nie wszystko da się pomnożyć. Dlaczego się nie da? Jak mogę na przykład  pomnożyć  trzy jabłka przez cztery jabłka?  Otrzymałbym 12 jabłek razy jabłek.  Ale ja nie wiem, co to jest jabłko razy jabłko…  Jak takie "jabłko razy jabłko" smakuje?  Ile waży?  Czy to w ogóle jest jabłko?  Nie będę więc mnożył, jeżeli nie rozumiem sensu wyniku. No to pomnóż po prostu trzy przez cztery! Ty mówiąc  „po prostu”  wyrażasz chyba to,  że  –  tak naprawdę – nie wiesz o co ci chodzi! …. Matematyka to m.in. nauka o formalnych/abstrakcyjnych strukturach.  Można oczywiście przyjąć, że tabliczka mnożenia jest właśnie jedną z takich formalnych struktur, której znajomość ułatwia rozwiązywanie zadań praktycznych.  Jeżeli bowiem trafi nam się zagadnienie związane z takimi liczbami, które można przez siebie pomnożyć i uzyskać sensowną interpretację wyniku, to nie musimy już zastanawiać się nad samym wynikiem liczbowym, tylko weźmiemy go po prostu z opanowanej pamięciowo tabliczki mnożenia.  Czy jest to jednak wyjaśnienie zrozumiałe dla ośmiolatka?  Czy w ten sposób można wyjaśnić ośmiolatkom, dlaczego powinny uczyć się tabliczki mnożenia?    Tabliczka mnożenia to tylko w miarę niewinny przykład.  W ramach systemu obowiązkowej edukacji, w umyśle dziecka budowane są niezrozumiałe dla niego formalne, matematyczne  (ale nie tylko)  struktury.  Dzieci tego nie rozumieją, ale rodzice mają prawo rozumieć, kto i na jakiej podstawie zdecydował, że należy takie struktury budować, np. poprzez odpowiednio wczesne (przedwczesne!) przyzwyczajanie dziecka do bezrefleksyjnego deklamowania z pamięci,  ile to jest siedem razy osiem i chwalenia go za dobrą odpowiedź.  Czy nie jest to prosta droga do uczenia się matematyki (i nie tylko) na pamięć, z łatwym do przewidzenia skutkiem?  Czy taka metoda nie tłumi w dziecku potrzeby zrozumienia sensu pytania, a więc i sensu udzielanej odpowiedzi?  Z czego wynika prawo do tak głębokiej ingerencji systemu oświatowego w psychikę dziecka i niweczenia jego szans na zrównoważony z dojrzewaniem umysłowym rozwój? Kto podjąłby się wyjaśnić dociekliwemu dziecku, jak rozumieć sens i wynik mnożenia trzech przez cztery, ale bez odwoływania się do żadnych przykładów?  Kto w przytoczonym wyżej dialogu reprezentował szkołę?
20.10
2011

Matematyka dla chętnych?

Przez dwanaście lat nauki szkolnej uczeń spędza co najmniej dwa tysiące godzin na lekcjach matematyki.  Co najmniej drugie tyle  siedzi nad zadaniami w domu.  Daje to ponad pięćset dni roboczych, czyli ponad rok życia.  A efekt końcowy edukacji matematycznej jest taki, że – ostrożnie szacując – 80%, a prawdopodobnie więcej, ludzi w różnym wieku, legitymujących się maturą, nie rozumie podstawowych pojęć matematycznych i nie potrafi się nimi posługiwać.  Większość rodziców nie jest w stanie pomóc swoim dzieciom w matematyce już na etapie końcowych klas szkoły podstawowej.  Trudno wyobrazić sobie, żeby ktokolwiek, nawet ktoś pozbawiony talentu plastycznego, kto poświęciłby pięćset dni na naukę rysowania, nie potrafił niczego narysować. Nauczanie matematyki to z jednej strony olbrzymie koszty dla budżetu państwa, a z drugiej poczucie bezsilności i frustracja milionów uczniów, którzy nie mogą sobie z nią poradzić.  Podatnik finansujący edukację matematyczną ma prawo pytać dlaczego tak źle wydawane są jego pieniądze.  Ma prawo rozumieć mechanizmy prowadzące do marnotrawstwa publicznych środków i ludzkich sił na taką skalę.  Absurdalną byłaby teza, że edukacją matematyczną zajmują się ludzie mniej kompetentni niż edukacją w innych dziedzinach.  Równie nieuprawnione jest przypuszczenie, że dzieci, które potrafią skutecznie opanować wiele złożonych umiejętności i obsługiwać skomplikowane urządzenia, nie są w stanie zrozumieć prostych zagadnień matematycznych.  Za nieskuteczność edukacji matematycznej trudno też winić stosowane metody nauczania.  Pracowało nad nimi tylu wybitnych dydaktyków matematyki i wypróbowano ich już tyle, że raczej mało prawdopodobne jest znalezienie  jakichś nowych, skutecznnych sposobów. Gdzie zatem tkwi problem?  Czy jest to w ogóle problem, który można rozwiązać?  Czy na czas szukania rozwiązania nie powinno się zlikwidować obowiązkowych lekcji matematyki w szkołach, które większości uczniów przynoszą więcej szkody niż dają pożytku i wprowadzić ją jako przedmiot dla chętnych?  Kto by na tym stracił? Blogi Oś świata: Jacek Strzemieczny Oś świata Jacka ... Danuta Sterna Moja oś świata Marzena Żylińska Neourony w szkolnej ławce Witold Szwajkowski Prawo do rozumienia Wiesław Mariański Głos rodzica Ewa Borgosz Do przyszłości Ksawery Stojda Kolokolo Bird Anetta, Grażyna Czas na przedszkole Zofia Godlewska Patrząc na ... szkołę Strona główna blogów Oś świata