avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Jak moglibyśmy się uczyć

Bojkot wydawnictw i autorów

13.06
2012

W takim samym stopniu, jak jest bojkot e-podręczników przez wydawnictwa (zdaniem GW z 06.06.2012), jest bojkot wydawnictw, a także autorów przez rząd (ministerstwo). Uzasadnię to posługując się argumentami, które wielokrotnie wypowiadałem w dyskusji na temat e-podręczników i Cyfrowej Szkoły na posiedzeniach Rady ds. Informatyzacji Edukacji (MEN), jak i poza forum Rady. Dotknę także innych e-spraw, a na końcu – niespodzianka, informacja o koncepcji e-podręcznika z 2002 roku, zaprezentowanej w 2004 roku!

Koncepcjom e-podręcznika na ogół niewiele można zarzucić, w naszym krajowym, czy też zagranicznym wydaniu, ale

szkoda, że zapomina się, iż

dzisiejsza oferta rynku podręczników jest wynikiem długoletniej pracy wydawnictw, które nie tylko dostarczają treści edukacyjnych w postaci podręczników, ale może przede wszystkim pełnią na tym rynku rolę mecenasa rozwoju edukacji. Ten mecenat odnosi się do autorów i zespołów autorskich, ich formowania i rozwoju, ale może w jeszcze większym stopniu dotyczy nauczycieli, przygotowywanych metodycznie do korzystania z podręczników, a więc faktycznie przygotowywanych do wzbogacania zajęć różnego rodzaju zasobami. Wydawnictwa przyjęły też na siebie rolę katalizatora zmian zasobów i sposobów z nich korzystania, powodowanych przez ciągły rozwój technologii. Kraje, w których pominięto tradycyjne wydawnictwa, jako partnera przy tworzeniu e-podręczników, notują edukacyjną (i polityczną!) zapaść, o czym informowali ich przedstawiciele zaproszeni na konferencję do Warszawy. Szkoda, że nie uwzględniono tych doświadczeń przy tworzeniu koncepcji e-podręcznika na nasz krajowy użytek.

Podręcznika autorskiego nie pisze się rok,

przez rok można ewentualnie zebrać materiał porozrzucany na różnych nośnikach i złożyć pod jednym tytułem. Przekonali się o tym twórcy wolnych podręczników. Podręcznik nie powstaje ani na papierze, ani w Internecie, ale najpierw w głowach autorów, w dyskusji z wieloma twórcami jego postaci i obudowy merytorycznej i metodycznej. Rozpoczyna swój cykl życia dopiero wtedy, gdy wyschnie na nim farba drukarska. W koncepcji MEN natomiast właśnie wtedy … przestaje się nim interesować zamawiający, bo kończy się finansowanie (2015). Jaki więc będzie dalszy żywot takich podręczników? Wydawnictwa i ich autorzy nie mogą sobie pozwolić na to, by firmowany przez nich utwór, nawet pod szyldem MEN, pozostawał całkowicie wolny, dostępny dla każdego do korzystania i do zmian, do celów komercyjnych i nie komercyjnych. Faktycznie niczyj.

Dotykamy tutaj zjawiska z minionej epoki. Wydrukowany podręcznik można używać niezmieniony przez jakiś czas, nie przejmując się zmieniającą się rzeczywistością. Tak bowiem został zaprojektowany. Podręcznik elektroniczny to

twór on-line, wymaga więc zajmowania się nim on-line,

przez cały cykl jego życia. Zaniedbanie tego jest gorsze niż w przypadku tradycyjnej publikacji, która na ogół nie ulega zmianie, albo dzieje się to bardzo powoli. Środowisko publikacji elektronicznych ulega nieustannym zmianom, co wymusza również zajmowanie się nim on-line. Taka opieka nad e-podręcznikami po jego wyprodukowaniu nie została przewidziana w projekcie MEN, wydawnictwa natomiast nie chcą, by ich utwór ulegał degradacji z czasem, by nikt się nim nie zajmował. Wszystkie elementy publikacji on-line powinny być on-line –  autor, redaktor, twórca środowiska (platformy), administrator platformy i zasobów, jak również środowisko odbiorców – uczniowie i nauczyciele, a także twórca koncepcji, która powinna rozwijać się wraz z rozwojem narzędzi technologii. Efektów zapominania o tym nie trzeba daleko szukać wystarczy obserwować los portalu Scholaris (polecam http://mmsyslo.pl). Niestety prace nad tym portalem mają być kontynuowane, w niewiele zmienionej koncepcji, wbrew powszechnej opinii, że za fundusze publiczne tworzy się monopol jednej instytucji.

Jednym z założeń ministerialnej koncepcji e-podręcznika jest

jednolite środowisko technologiczne do tworzenia i funkcjonowania podręczników.

W tych jednolitych ramach, opracowanych przez jednego partnera, ma być umieszczony każdy podręcznik, a więc podręcznik do historii i podręcznik do matematyki, jak również podręcznik do informatyki. W przypadku zajęć komputerowych i informatyki, rolą e-podręcznika powinno być wspomaganie pracy uczniów przebiegającej nie tylko na platformie podręcznika, ale głównie w środowiskach różnych narzędzi informatycznych, jak edytor tekstu i grafiki, środowisko programowania itp., z którymi uczeń ma pracować i tworzyć swoje zasoby.

Faktycznie, taki tryb pracy uczniów z e-podręcznikiem należy przewidzieć w przypadku niemal każdego przedmiotu przyjmując, że uczniowie korzystają z technologii informacyjno-komunikacyjnej jako narzędzia w pracy na zajęciach z każdego przedmiotu. Na przykład na lekcjach historii uczniowie mogą otrzymać zadanie napisania dłuższego eseju historycznego w postaci rozbudowanego dokumentu przygotowanego w edytorze Word.

Środowisko technologiczne e-podręczników powinno być na tyle elastyczne, by uwzględniało, różne style pracy uczniów i nauczycieli, ich różnorodne tryby pracy oraz podejście metodyczne. Można mieć wątpliwości, czy jeden partner technologiczny będzie w stanie spełnić tak różnorodne oczekiwania.

Będąc przy rozwiązaniach technologicznych, trzeba jeszcze zauważyć, że ministerialny projekt nie uwzględnia

technologii odtwarzania elektronicznych podręczników,

czyli urządzeń, do korzystania z nich przez uczniów i nauczycieli w szkole i w domu. W dyskusji pojawił się pomysł, że rząd daje darmowe podręczniki, a rodzice zaopatrują swoje dzieci w urządzenia do ich odtwarzania, na przykład w tablety. Tak śmiercią naturalną umiera idea darmowych podręczników, a także darmowych zasobów. W tej dziedzinie, jedynie w klasie komputerów osobistych można mówić o jednolitości (funkcjonalnej) środowiska, natomiast między tabletami nadal jest widoczna walka o standardy, a więc jednolite środowisko technologiczne dla ministerialnych podręczników musiałoby uwzględniać wszystkie ewentualności dla ich odtwarzania, bo nie można wymagać, by wszyscy uczniowie zaopatrzyli się w ten sam typ tabletu. Czy to jest możliwe? Nie zastanawiano się nad tym.

Warto też przewidzieć, jaka ma być metodyka pracy z e-podręcznikiem w klasie i w domach uczniów. Przyjmuje się na ogół postawę charakterystyczną dla pierwszych etapów wdrażania każdej technologii – ta technologia jest tak wspaniała, że może wywołać tylko pozytywne efekty. Już Seymour Papert doświadczył w latach 80. XX wieku, że do tego nie wystarczy sama, nawet najwspanialsza technologia.

Trzymając się konwencji tej opinii, w rządowej koncepcji e-podręcznika można również dostrzec

bojkot rynku.

Po uzyskaniu przez e-podręcznik dopuszczenia do użytku szkolnego, nauczyciele mogą dokonać wyboru e-podręcznika jako obowiązującego w danej klasie. Nauczyciele znajdą się więc między młotem a kowadłem – wybrać darmowy e-podręcznik, czy inny ale odpłatny, z którym na przykład dotychczas pracowali. Pojawią się zapewne naciski rodziców, będących z oczywistych względów za darmowymi rozwiązaniami, i wydawców oraz autorów, przekonujących do swoich propozycji, ugruntowanych przez lata i zaakceptowanych przez nauczycieli. To nie jest uczciwa ze strony państwa konkurencja.

Można przewidywać, że ministerialne e-podręczniki, pojedyncze do poszczególnych przedmiotów, zdominują rynek podręczników swoją darmowością, zabijając w ten sposób nie tylko konkurencję, ale głównie jakość i rozwój podręczników, bez względu na ich format, tradycyjny, czy elektroniczny.

Mnogość podręczników do każdego przedmiotu, to z jednej strony szerokie pole wyboru przez nauczycieli różnych metod nauczania, które stoją za każdym podręcznikiem. Z drugiej zaś strony to często ukryta konkurencja między autorami różnych opcji edukacyjnych, która wpływa na podnoszenie poziomu podręczników, merytorycznego i metodycznego, jak i ostatnio, w zakresie stosowania różnych metod kształcenia wykorzystujących elektroniczne zasoby i narzędzia technologii edukacyjnej. O taką zdrową konkurencję należy zadbać również w przypadku rynku e-podręczników, ale jedyna oferta jaką dostarczy planowany projekt rządowy, nie będzie temu dobrze służyć.

Podkreślmy jeszcze raz, że

rynek podręczników, to rynek autorów

nie twórców technologii, czy nawet technologicznej obudowy zasobów. Zmiany na tym „rynku” powinny więc być głęboko przemyślane, by nie wylać dziecka z kąpielą.

Zasoby otwarte, jakimi mają być e-podręczniki i zasoby na ich platformie, albo kiedyś były zamknięte i odpłatne, albo zostały wytworzone przy finansowym wsparciu państwa lub innych instytucji. Nie ma nic za darmo, ktoś musi finansować powstawanie zasobów. Horyzont czasowy rządowego projektu to rok 2015, a co będzie później? Kto będzie finansował rozwój zasobów otwartych, a konkretnie – e-podręczników wytworzonych w projekcie rządowym? Jak to krótko można ująć

by coś było otwarte za darmo, wcześniej musiało być zamknięte,

a więc musi kosztować. Kto będzie ponosił te koszty? A ważniejsze, kto będzie zabiegał o rozwój e-podręczników jako zasobów edukacyjnych, przemyślanych merytorycznie i metodycznie, wartościowych dla rozwoju kształcenia.

Last but not least,

uczeń.

Czy pomyślał ktoś o nim w dyskusji o e-podręczniku? Oczywiście, że tak! Podręczniki mają być interaktywne, multimedialne, pełne odniesień do sieci, ułatwiające współpracę i naukę w dowolnym miejscu i w dowolnym czasie. Jednym słowem, będą bardziej atrakcyjne niż tradycyjne. Tylko dlaczego ponad 80% badanych w pilotażu uczniów w Korei (także za 50 mln.) przedkłada tradycyjny podręcznik nad e-podręcznik? Podobnie w USA, ponad 70% studentów woli tradycyjne textbooks. Jednym z powodów takiego nastawienia uczniów jest właśnie forma tych podręczników, która powoduje, że e-podręczniki na mają zamkniętej postaci. Taki podręcznik to drzwi do nieograniczonych zasobów, a za tym uczniowie i studenci nie przepadają, bo chcą być pewni, co od nich wymaga nauczyciel i w jakiej postaci. Dość często, właśnie nagromadzenie różnych form przekazu w e-podręczników, podlinkowanie niemal każdego miejsca na elektronicznej powierzchni e-podręcznika powoduje, że uczeń przestaje czuć się pewny, czy wszystko „przerobił”, czy nie opuścił jakiegoś odniesienia do ważnego materiału, i gdzie mogą go zawieść ciągi kolejnych odniesień. To wynika z wygody uczniów, ale jeszcze nikt ich nie nauczył „czytania ze zrozumieniem” elektronicznego tekstu – w badaniach PISA polscy uczniowie wypadli z tego słabo. Symptomatyczne. Gdy zapytałem kiedyś syna, kiedy zagląda do Internetu, a kiedy do papierowej encyklopedii, gdy szuka znaczenia jakiegoś hasła, jego odpowiedź zaskoczyła mnie w pierwszej chwili, ale później znalazłem jej uzasadnienie – zagląda do papierowej encyklopedii, gdy chce coś … szybko znaleźć, a do Internetu – gdy chce skopiować. Teraz go rozumiem – wy-googlowanie kilkuset tysięcy stron z odpowiedzią na proste pytanie jest żadna odpowiedzią, a w encyklopedii trafia w dziesiątkę.

Wygląda na to, ze e-podręcznik, podobnie jak cały Internet (autorem tego powiedzenie jest Stanisław Lem),

jest odpowiedzią na pytanie, które nie zostało postawione.

Nie zostało postawione przez zamawiających, zamawiający nie zapytali wydawców i autorów, rynek też nie miał szans zapytać o swoje prawa, nie pytano także uczniów. Może akurat dobrze się dzieje, że odpowiedź, czyli e-podręcznik w wizji rządu, nie ma specjalnego wzięcia u największych graczy na rynku dostawców treści i zasobów edukacyjnych.

Można zaproponować

kilka innych rozwiązań pod szyldem e-podręcznika,

które zamiast skłaniać do bojkotu różne aktorów sceny edukacji spowodują, jeśli nie współpracę między różnymi graczami na rynku twórców elektronicznych zasobów edukacyjnych, to przynajmniej skłoni ich do działań w tym samym celu. Pisałem i mówiłem o tych propozycjach w różnych gremiach, przy różnych okazjach.

  • Inny model rynkowy. Jeśli już rząd chce finansować podręczniki, to sprawiedliwiej będzie rozdać uczniom „książkowe bony edukacyjne”, które każdy uczeń może przeznaczyć na sfinansowanie zakupu podręczników wybranych przez nauczyciela i szkołę. Mogą to być podręczniki tradycyjne i elektroniczne. Dysponując dodatkowymi funduszami, ministerstwo (rząd) może dofinansowywać powstawanie podręczników obu typów.
  • Jeszcze inny model finansowy (dyskutowany na posiedzeniu Rady w MEN). MEN ogłasza konkurs na e-podręczniki i pokrywa część kosztów wytworzenia podręczników dopuszczonych do użytku. Stają się one dostępne na platformie. Szkoły (klasy) mogą wybrać dowolny podręcznik, tradycyjny lub elektroniczny, za e-podręcznik płacąc licencję w zależności od liczby uczniów korzystających z tego podręcznika. Twórcy e-podręczników biorą udział w podziale zysków. W ten sposób zrównuje się szanse wszystkich dostawców podręczników. Przy tym ministerstwo może mieć wpływ na obniżenie kosztów e-podręczników, a ich twórcy są wynagradzani za ich jakość, utrzymanie i rozwój.
  • Porzucenie podręczników. Wielką pokusą dla twórców podręczników jest łatwość zamiany papierowej wersji podręcznika na elektroniczną zwłaszcza, że każdy tradycyjny podręcznik ma również swój elektroniczny format (np. PDF). Tak powstaje wiele e-podręczników. Jeśli jednak e-podręcznik ma stanowić nowe rozwiązanie i nową jakość, powinien być rezultatem projektu, który nie jest obciążony rozwiązaniami znanymi z tradycyjnych podręczników, powinien „powstać od zera”.

Alternatywą dla podręcznika może być komputerowe środowisko aktywności ucznia, w którym znajdzie on materiał związany z zajęciami (podręcznik) i wiele innych funkcji, związanych z jego edukacyjnymi aktywnościami. Takie funkcje są dostępne na platformach edukacyjnych, takich jak Moodle czy Fronter. Z poziomu platformy uczeń może mieć dostęp do platform zasobowych, oferujących (za darmo lub komercyjnie) zasoby uzupełniające zasoby edukacyjne. W tej koncepcji uczeń zarządza swoim miejsce zajęć edukacyjnych i faktycznie tworzy je kształcąc się, personalizując swoje uczenie się i rozwój.

Co więcej, takie środowisko aktywności uczniów nie powinno być nazywane podręcznikiem – niech ta nazwa pozostanie związana z tradycyjnym utworem książkowym na papierze. Ewentualne zasoby elektroniczne towarzyszące takiemu podręcznikowi mogą nosić nazwę elektronicznej obudowy podręcznika. Zaś nazwa e-podręcznik powinna być związana z sieciowym środowiskiem aktywności uczniów. Pozwoli to uniknąć kłopotów terminologicznych, ale ważniejsze – będzie można nadać tym terminom właściwe znaczenia.

  • I ostatni krok, na który powinno zdecydować się ministerstwo – odstąpienie od zatwierdzania e-podręczników, bo to faktycznie oznacza zatwierdzanie zasobów w Internecie. Trudno oczekiwać, by się to stało w najbliższej przyszłości, bo ani nie ma jeszcze żadnego w pełni elektronicznego podręcznika, ani resort nie myśli w kategoriach otwartości oferty edukacyjnej (nie mylić z otwartością zasobów).

 

Dygresja. Już w 2002 roku opisaliśmy koncepcję e-podręcznika, której założeniem w pierwszej wersji było, by uczeń poznawał technologię informacyjno-komunikacyjną oraz informatykę w środowisku technologii i z pomocą tej technologii. Opisaliśmy nasz e-podręcznik w pracy przedstawionej na Jubileuszowej Konferencji „Informatyka w Szkole, XX” we Wrocławiu w 2004 roku, demonstrując wtedy główne mechanizmy tej koncepcji (patrz e-podręcznik). Niestety, firma, która wykonała wersję demo, największy krajowy producent zasobów elektronicznych dla edukacji, wycofała się ze współpracy bez słowa, po prostu zamilkła, do dzisiaj. W następnych latach nie udało się nam przekonać i pozyskać do współpracy innych twórców oprogramowania edukacyjnego – my dawaliśmy kontent, zresztą autorzy wersji demo taki kontent od nas otrzymali. I nic z tego nie wyszło. Czy wyprzedziliśmy epokę? W pewnym sensie tak, ale w myśleniu. Nasza koncepcja e-podręcznika nie była bowiem wynikiem zastanawiania się nad możliwościami istniejącej technologii do zbudowania atrakcyjnego e-podręcznika, ale była efektem rozważań nad postacią środowiska, które byłoby najbardziej odpowiednie dla ucznia i dziedziny, którą poznaje wspierając się technologią. Już ponad 10 lat temu w koncepcji elektronicznego środowiska dla uczących się znalazły się takie rozwiązania, jak: platforma edukacyjna, chmura edukacyjna, środowisko adaptacyjne, personalizacja i inne, bez tych nazw, bo pojawiły się one później. Mamy jeszcze nadzieję, że kiedyś uda się nam zrealizować nasz pomysł na e-podręcznik. Zapraszamy do współpracy zainteresowanych.

 

Podziel się ze znajomymi

27 komentarze do “Bojkot wydawnictw i autorów

  1. Proszę mnie wyprowadzić z błędu, jeśli mam złe wyobrażenie, bo nie śledzę sprawy e-podręczników (większości czytelników tego blogowiska pewnie też by się przydało takie wyjaśnienie)

    W moim rozumieniu e-podręczniki miały być prostym zastępnikiem podręczników papierowych. Nie wymagałyby nowego opracowania, utrzymania i serwisowania. Proste PDF-y (albo inny format) podręczników papierowych. Ich jedyną wyższością nad papierowymi byłaby oszczędność na kosztach druku za cenę czytnika, zmniejszenie ciężaru do noszenia w plecaku – bity ważą mniej niż papier i łatwość zmiany podRęcznika na inny, bo z punktu widzenia ucznia/nauczyciela byłyby bezpłatne.

    W tym rozumieniu większość uwag jest bezzasadna: nie trzeba ich pisać na nowo, nie trzeba ich utrzymywać. Pozostają pytania o platformę czytników. Tu obawiam się, że znów publiczne pieniądze popłyną do Microsoftu… Ale wystarczyłoby narzucić wymóg używania otwartych standardów zapisu (np. PDF) obsługiwanych przez wszystkie praktycznie systemy.

    Nie mogę tez zgodzić się z twierdzeniem, że „by coś było otwarte za darmo, wcześniej musiało być zamknięte”.
    Ani Wiki, ani Linux, ani OpenOffice nigdy nie były zamknięte. Nie musimy płacić PWN-owi za Encyklopedię, mamy Wiki. Nie musimy płacić Billowi Gatesowi za prawo pisania swoich tekstów w Wordzie, mamy OpenOffice. Nie musimy płacić Billowi Gatesowi za okienka na ekranie – mamy Ubuntu.

    „Gdy zapytałem kiedyś syna, kiedy zagląda do Internetu, a kiedy do papierowej encyklopedii…” – muszę pogratulować wychowania syna na jeszcze bardzie dinozaurowatego dinozaura, niż ja sam jestem. Znalezienie hasła w elektronicznej Britannice zajmuje mi dużo mniej czasu, niż wstanie od biurka i znalezienie odpowiedniego tomu na półce. Przy całej mojej dinozaurowatości: guzik „find” jest naprawdę efektywniejszy od zdejmowania tomu z półki. Choć kocham papierowe książki, to encyklopedie, słowniki i atlasy stoją zakurzone.
    Może zamiast szukać hasła w Google Pana syn powinien go szukać w Wiki albo Britannica Online, a też trafi w dziesiątkę?

    Problem wydaje mi się wyłącznie kłótnią sępów o pieniądze dysponowane w chorym stylu, gdy władze chcą ten system zmienić na inny (ani mniej, ani bardziej chory).
    W wersji papierowej: państwowy urzędnik (nauczyciel) zmusza prywatne osoby (rodziców) do wydania ich pieniędzy na bardzo niskiej jakości towar, którego bez tego przymusu by nie kupili.
    W wersji elektronicznej: państwowy urzędnik (ministerialny) wyda pieniądze podatników na bardzo niskiej jakości towar, który potem rozda końcowym użytkownikom, a oni będą zmuszeni tylko do kupienia sobie (na wolnym rynku) czytników.
    W jednym i drugim przypadku to nie użytkownik ani ostateczny płatnik weryfikuje jakość towaru, tylko urzędnik. No to i mamy „mleko z żółtym kapslem”.

    • W moim rozumieniu e-podręczniki miały być prostym zastępnikiem podręczników papierowych. Nie wymagałyby nowego opracowania, utrzymania i serwisowania. Proste PDF-y (albo inny format) podręczników papierowych. Ich jedyną wyższością nad papierowymi byłaby oszczędność na kosztach druku za cenę czytnika, zmniejszenie ciężaru do noszenia w plecaku – bity ważą mniej niż papier i łatwość zmiany podręcznika na inny, bo z punktu widzenia ucznia/nauczyciela byłyby bezpłatne.

      MSY: Jeśli tak, to po co tworzyć nowe byty pod nazwą e-podręcznik. Ostatecznie wydawnictwa mają elektroniczne wersje swoich papierowych podręczników i mogłyby łatwo wyprodukować i udostępnić ich wersje w formacie PDF. Polecam nasz stary artykuł na temat e-podręcznika.

      W tym rozumieniu większość uwag jest bezzasadna: nie trzeba ich pisać na nowo, nie trzeba ich utrzymywać. Pozostają pytania o platformę czytników. Tu obawiam się, że znów publiczne pieniądze popłyną do Microsoftu… Ale wystarczyłoby narzucić wymóg używania otwartych standardów zapisu (np. PDF) obsługiwanych przez wszystkie praktycznie systemy.

      MSY: Microsoft nie ma platformy czytników.

      Nie mogę tez zgodzić się z twierdzeniem, że „by coś było otwarte za darmo, wcześniej musiało być zamknięte”. Ani Wiki, ani Linux, ani OpenOffice nigdy nie były zamknięte. Nie musimy płacić PWN-owi za Encyklopedię, mamy Wiki. Nie musimy płacić Billowi Gatesowi za prawo pisania swoich tekstów w Wordzie, mamy OpenOffice. Nie musimy płacić Billowi Gatesowi za okienka na ekranie – mamy Ubuntu.

      MSY: Wszystko lub niemal wszystko, co jest na Wiki, oryginalnie ukazało się w zamkniętych źródłach. OpenOffice to imitacja MS Office. Linux to tylko inna realizacja funkcji wcześniejszych systemów operacyjnych.

      „Gdy zapytałem kiedyś syna, kiedy zagląda do Internetu, a kiedy do papierowej encyklopedii…” – muszę pogratulować wychowania syna na jeszcze bardzie dinozaurowatego dinozaura, niż ja sam jestem. Znalezienie hasła w elektronicznej Britannice zajmuje mi dużo mniej czasu, niż wstanie od biurka i znalezienie odpowiedniego tomu na półce. Przy całej mojej dinozaurowatości: guzik find jest naprawdę efektywniejszy od zdejmowania tomu z półki. Choć kocham papierowe książki, to encyklopedie, słowniki i atlasy stoją zakurzone.
      Może zamiast szukać hasła w Google Pana syn powinien go szukać w Wiki albo Britannica Online, a też trafi w dziesiątkę?

      MSY: Czy nie zauważa Pan, że korzystanie z elektronicznej Brytaniki wyklucza informacyjnie? Kieruje zainteresowanego prosto do poszukiwanej odpowiedzi. A ileż innych informacji znajdujemy szukając hasła w papierowej encyklopedii. Każde personalizacja środowiska zasobów prowadzi do informacyjnego wykluczenia, wiedzie bowiem poszukującego ściśle określonymi (przez kogoś innego lub przez maszynę) drogami.

      Problem wydaje mi się wyłącznie kłótnią sępów o pieniądze dysponowane w chorym stylu, gdy władze chcą ten system zmienić na inny (ani mniej, ani bardziej chory).
      W wersji papierowej: państwowy urzędnik (nauczyciel) zmusza prywatne osoby (rodziców) do wydania ich pieniędzy na bardzo niskiej jakości towar, którego bez tego przymusu by nie kupili.
      W wersji elektronicznej: państwowy urzędnik (ministerialny) wyda pieniądze podatników na bardzo niskiej jakości towar, który potem rozda końcowym użytkownikom, a oni będą zmuszeni tylko do kupienia sobie (na wolnym rynku) czytników.
      W jednym i drugim przypadku to nie użytkownik ani ostateczny płatnik weryfikuje jakość towaru, tylko urzędnik. No to i mamy „mleko z żółtym kapslem”.

      MSY: właśnie koncepcja e-podręcznika, którą miałem przed oczyma pisząc swój tekst umożliwi końcowemu użytkownikowi wybór środowiska kształcenia, za które chciałby zapłacić, jeśli będzie kosztować, lub wybierze z dostępnej oferty otwartych zasobów.

      MSY: Maciej M Sysło

  2. Nasuwają mi się pytania:
    Dla kogo są/będą podręczniki ? Dla ucznia, czy dla nauczyciela ? Tak naprawdę.
    Czy e-podręcznik, otwierając szeroko wrota do wiedzy, ułatwi, czy utrudni pracę nauczyciela i ucznia ?
    Oby e-podręczniki nie były kolejną „okazją” do zamieszania. Oby nie pomylono celów z narzędziami, procesów z wynikami, wolności z przymusem. Oby nie okazało się, że nowe narzędzia nie zepchnęły nauczyciela i ucznia jeszcze niżej niż są teraz

  3. Pingback: Podręcznik do e-polskiego | Poloniści @pcen.pl

  4. Witam
    Też chciałabym wiedzieć, jak będzie wyglądał zaplanowany e- podręcznik. Czy będzie tylko PDF papierowego podręcznika, czy Jak pisze autor tego bloga, będzie umożliwiał interaktywne nauczanie?
    W drugim przypadku obawiam się, że czasu jest za mało na opracowanie tego typu podręcznika. Zresztą Pan Sysło napisał, że nie ma chętnych na jego tworzenie.
    W przypadku PDF nie widzę większych trudności.
    Jedyna to brak kasa dla wydawnictw. Może powinny zamieścić swoje podręczniki w PDF? Gdyby tak zrobili wszyscy, to rząd mógłby płacić tym wydawnictwom, których podręczniki byłyby przez nauczyciela wybierane. Jeśli będzie jeden tylko podręcznik, to jak pisze Wiesław, wrócimy do sytuacji – bez wyboru.
    Tylko nie wiem, czy kołdra nie jest za krótka i za 3 lata (2015) będą wystawać nam spod kołdry nie tylko nogi, ale też reszta ciała.
    Danusia

    • Witam,

      nie napisałem, ani że nie ma czasu na napisanie e-podręcznika interaktywnego, ani że nie ma chętnych.

      Format pdf jednak nie załatwia sprawy – w takiej wersji wiele podręczników istniej już od lat, np. wszystkie skanowane kopie podręczników. W formacie pdf można zawrzeć interakcję, jednak ten format nie jest uważany za właściwe rozwiązanie dla e-podręczników.

      Przy końcu ma Pani rację – nikt nie myśli, co będzie się działo z e-podręcznikami po 2015 roku, gdy skończą się pieniądze na ich finansowanie, a przecież wiadomo, że cykl życia podręcznika zaczyna się dopiero w chwili jego opublikowania – piszę o tym w swojej wypowiedzi.

      Pozdrawiam, Maciej M Sysło

      • Witam
        Widocznie źle zrozumiałam Pana myśl: „Opisaliśmy nasz e-podręcznik w pracy przedstawionej na Jubileuszowej Konferencji „Informatyka w Szkole, XX” we Wrocławiu w 2004 roku, demonstrując wtedy główne mechanizmy tej koncepcji (patrz e-podręcznik). Niestety, firma, która wykonała wersję demo, największy krajowy producent zasobów elektronicznych dla edukacji, wycofała się ze współpracy bez słowa, po prostu zamilkła, do dzisiaj. W następnych latach nie udało się nam przekonać i pozyskać do współpracy innych twórców oprogramowania edukacyjnego – my dawaliśmy kontent, zresztą autorzy wersji demo taki kontent od nas otrzymali. I nic z tego nie wyszło” I wywnioskowałam, że nie ma chętnych na tworzenie podręcznika Państwa pomysłu.

        Ciekawi mnie, co sądzi Pan, o dwóch niewątpliwych zaletach darmowego podręcznika w formie PDF: jest bezpłatny i oszczędza papier.
        Danusia

        • Witam,

          >> Ciekawi mnie, co sądzi Pan, o dwóch niewątpliwych zaletach
          >> darmowego podręcznika w formie PDF: jest bezpłatny i oszczędza papier.

          Pytanie, które rodzi pytania:

          1. Czy to ma być tradycyjny podręcznik w formacie PDF?
          Jeśli tak, to do tego rozwiązania odnosi się nadal umowa z autorem, w której jest napisane, na jakich polach wydawnictwo może dysponować podręcznikiem. Obawiam się, że nie będą to darmowe podręczniki.

          2. Jeśli ma to być podręcznik tworzony za pieniądze sponsora (MEN) i udostępnione za darmo, to jest to pewne rozwiązanie, ale dlaczego upierać się, że to ma być format PDF, jeśli już tworzy się coś od nowa.

          3. Jeśli chodzi o format PDF, to warto dodać, o czym mało kto wie, że dokumenty tworzone w tym formacie za pomocą programu Acrobat od wersji 7.0 (nie mylić z darmowym programem Acrobat Reader, Acrobat kosztuje) mogą zawierać interakcję (np. testy, animacje itd.), można też umieszczać w dokumentach fragmenty kodu, a więc „programować” dokumenty.

          4. Jeśli chodzi o oszczędność, to można mówić tylko od strony producenta, który nie wypuszcza wersji papierowej, ale uczniowie, a zwłaszcza nauczyciele nadal lubią pracować na papierze. Na co wskazuje pilotaż w Korei, jak i badania w USA.

          Generalnie, posługiwanie się w dyskusji argumentami, jak darmowy, oszczędza papier itd., może być bardzo mylące. Byłoby lepiej, gdyby koncepcja e-podręcznika była w pełni opracowana, z wszystkimi detalami i wariantami, zamiast operowania tylko atrybutami: darmowy, otwarty, lekki, oszczędza papier, bo faktycznie żaden z tych atrybutów nie jest prawdziwy.

          A wracając do naszej koncepcji e-podręcznika:

          >> I wywnioskowałam, że nie ma chętnych na tworzenie podręcznika
          >> Państwa pomysłu.

          w swojej wypowiedzi komentarz pozostawiłem otwarty – niestety nasze myślenie (pomysł) wyprzedziło myślenie i przygotowanie firm do rzeczywistej innowacji. Jak napisałem, my wyszliśmy od ucznia i jego stylu pracy z komputerem, a nadal panuje podejście, w którym tradycyjny podręcznik chce się zamienić na elektroniczny.

          O innych kwestiach piszę w komentarzu do Pani wypowiedzi na Pani blogu – mam nadzieję, że Pani go zaakceptuje.

          Pozdrawiam, Maciej M Sysło

          • Witam
            Faktycznie okoliczności konstrukcyjne e-podręcznika są tajemnicą, przynajmniej dla mnie.
            W sprawie preferencji papierowych, to owszem w większości ludzie wolą papier, ale mając PDF, czy inną formę elektroniczną mogą wydrukować sobie tylko to co konieczne. Pracując z podręcznikami matematyki pomijałam pewne rozdziały, w ich miejsce używałam lepszych moich zdanie źródeł. Najczęściej sama pisałam dla moich uczniów podręcznik, taki który mi odpowiadał. Zawsze miałam jakieś zastrzeżenia do proponowanych podręczników. Myślę więc sobie, że gdybym miała do dyspozycji kilka e-podręczników, to zlepiając je po swojej myśli mogłabym mieć znaczne ułatwienie.
            Pozdrawiam Danusia

    • To musi być jakiś błąd, Panie Profesorze. Na tym blogu nie ma moderowania i Pański wpis powinien się pojawić od razu.

    • Dziwne, na blogach Marzeny Żylińskiej i Ksawerego Stojdy nie czeka się na akceptację. Teraz dopiero widzę, że na pozostałych trzeba. Wygląda, jakby w opcjach Państwa blogów była możliwość ustawienia tego parametru.

    • To jest jakiś bug tutejszego środowiska blogowego, z którym administratorka, mimo zwrócenia jej na to uwagi pół roku temu, dotąd nie dała sobie rady. W zasadzie komentarze ukazują się bez zatwierdzania, ale od czasu do czasu (kilka procent przypadków) komentarze kolejkują się do zatwierdzenia przez właściciela blogu. A on nie zawsze to od razu zauważa… Najlepiej wysłać mail do właściciela z prośbą, żeby zatwierdził, albo powtórzyć komentarz (z ewentualnym PS. dla właściciela, żeby skasował czekająca kopię)

      Nie udało mi się odkryć prawidłowości, kiedy komentarze wpadają w moderację.

      • Teraz z kolei czekam na zatwierdzenie u W. Mariańskiego. Pomyślałem, że pierwsze komentarze na blogu czekają na zatwierdzenie, a następne już nie muszą.

  5. Nie ukrywam, że z niepokojem obserwuję to co się dzieje wokół projektu e-podręcznika. Pomijając kwestie rozstrzygnięć konkursowych i zamieszania z tym związanego, dużo większą uwagę zwróciłam na to, że w ciągu krótkiego okresu ma powstać od razu kilkanaście e-podręczników na każdy etap kształcenia. Nie wiem jak Państwo, ale ja odnoszę wrażenie, że robimy coś na hurrraa, byle szybciej, bo jest to modne i nikt nie zrzuci nam, że nie idziemy z duchem czasu i nie próbujemy ulepszać systemu nauczania. Każdy rozsądny człowiek nie rzucałby się z motyką na słońce i nie próbował od razu robić niemal wszystkiego. Przecież prace można rozpocząć od wykonania dwóch-trzech e-podręczników do wybranych klas i przedmiotów, tak aby przygotować odpowiednią technologię, udostępnić e-podręcznik grupie testowej (w losowo wybranych szkołach), zebrać opinie, ulepszyć produkt i dopiero wówczas podjąć pracę nad kolejnymi e-podręcznikami, wzorując się na wypracowanym standardzie technologicznym. Niestety w tej chwili nie wierzę w powodzenie projektu, choćby z tego względu, że prace nad koncepcją merytoryczną wydają się być rozdzielone od prac nad stroną technologiczną.
    Obecnie pracuję w zespole, który opracował pewną metodę internetowego nauczania przedmiotów ścisłych. Na tej podstawie widzę, iż praca twórców/projektantów treści i programistów jest ściśle ze sobą powiązana. Jeden zespół z drugim pracuje równolegle, tworząc pewne schematy, w które można „opakować” treść by była atrakcyjna dla odbiorcy. Druga problematyczna sprawa to odbiór produktu przez grupę docelową, a właściwie warunki odbioru. W naszym przypadku platforma nauki została udostępniona chętnym szkołom za darmo. Badania aktywności i wypowiedzi nauczycieli jednoznacznie wskazują na poważny problem jakim jest brak możliwości wykorzystywania platformy podczas zajęć. Problem ten wynika z braku infrastruktury w szkołach (nawet w dużych miastach). A to brak komputera w sali lekcyjnej, a to brak rzutnika, a to brak dobrze działającej sieci internetowej (nie wspominając o wi-fi). Szczególnie ten ostatni może być uciążliwy – jeśli już nawet uczniowie zaopatrzą się w urządzenia mobilne, to przecież brak internetu może odciąć w szkole dostęp do e-podręcznika (jeśli będzie on tylko w wersji online).
    Ponadto nie wyobrażam sobie aby pracownicy uczelni wyższej potrafili z odpowiednim podejściem dydaktycznym zaprojektować e-podręcznik dla klas szkoły podstawowej, jeśli na co dzień nie mają kontaktu z nauczaniem w tego typu placówce, a jak rozumiem partner merytoryczny odpowiada za przygotowanie e-podręczników na każdym etapie kształcenia. Tutaj aż prosi się o wybranie do współpracy dydaktyków szkolnych osiągających dobre wyniki nauczania, pracujących z pasją i wykorzystujących TiK w nauczaniu. To oni czują jak taki e-podręcznik powinien wyglądać, aby uczniowie chcieli się z niego uczyć. Bo obecnie problemem nie jest brak dostępu do wiedzy, lecz sposób jej prezentowania. Wiedza jest na wyciągnięcie ręki, sęk w tym, że uczniowie nie są odpowiednio motywowani, zachęcani, by po nią sięgnąć.

    • Witam,

      Nie chciałbym wrzucać kamyczka (kamienia) do swojego ogródka. Moja uczelnia (UWr) bierze udział w projekcie. Jestem także autorem podręczników dla wszystkich etapów edukacyjnych.

      Przyznam się, że najbardziej jestem dumny z podręcznika dla szkoły podstawowej (Informatyka 4/6), który powstawał pod koniec lat 90. Towarzyszy mu nasze własne oprogramowanie, które dzisiaj mogłoby stanowić środowisko dla e-podręcznika. Jest to tzw. Junior Windows i Junior Office, bo niestety Bill Gates nie pomyślał o maluczkich, i sadza ich do profesjonalnego pakietu MS Office. Stworzyliśmy więc własne Windows i własny Office (zwany Przybornik). Niestety, WSiP zaprzestał już wznawiania naszego podręcznika. Mam nadzieję, że odzyskam ten podręcznik od wydawnictwa wtedy udostępnię na swojej stronie.

      Ten podręcznik wraz z oprogramowaniem powstawał ponad dwa lata przy ścisłej współpracy autorów (pięcioro) i twórców oprogramowania. Byliśmy w kontakcie z nauczycielami prowadząc szkolenia finansowane przez MEN, studia podyplomowe i praktyki w szkołach dla studentów informatyki. Odbyłem dziesiątki spotkań z nauczycielami, nauczyciele dzielili się z nami swoimi doświadczeniami z pracy uczniami w klasie.

      Mam podobne obawy jak @agahe, czy wybrane uczelnie są przygotowane i są w stanie sprostać pokładanym w nich nadziejom. Wydaje mi się, że nie są świadome wyzwania, jakiego się podjęły, nie mają też dostatecznego doświadczenia, by realnie ocenić szanse na stworzenie takiej liczby podręczników w tak krótkim czasie. Ale wina leży po obu stronach, zamawiającego i wykonawcy – ten projekt nie jest w pełni dobrze określony i zapewne jego efekty, jeśli powstaną, będą miały tę samą skazę.

      Pozdrawiam, Maciej M Sysło

      PS. Największym komplementem, jaki usłyszałem odnośnie podręcznika, o którym piszę, była opinia naszego przyjaciela: „ależ to nie jest podręcznik do informatyki”. Podręcznik otrzymał nagrodę EDUKACJA XX.

  6. @agahe
    Bardzo jasno przedstawiłaś problemy i propozycje. Tak mamy tendencję do działań na hurra, uwielbiamy robić akcje. Przygotowanie e-podręczników ma znamiona takiej akcji, więc jest duże prawdopodobieństwo, że efekt będzie taki jak zawsze, czyli fiasko (przykład: mundurki szkolne).
    Charakterystyczne są Twoje słowa „Tutaj aż prosi się o wybranie do współpracy dydaktyków szkolnych”. Ciągle powtarzany jest ten sam błąd: jacyś ONI przygotowują innowację, a nauczyciele, uczniowie i rodzice mają ją wdrożyć. Nauczyciele powinni być uczestnikami procesów projektowania. W przeciwnym razie pozostaje im rola wykonawców nie mających możliwości wyboru. Nit nie lubi takiej roli. Wykonawca będzie zawsze niezadowolony i bardzo krytyczny. „No co ONI znowu wymyślili ?!”

  7. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że uczelnie nie mając dostatecznego doświadczenia, nie miały realnych możliwości ocenić swoich szans na stworzenie takiej liczby podręczników w tak krótkim czasie. Dodam na przykładzie mojego zespołu (autorzy,programiści,testerzy,konsultanci ze szkół), iż praca nad interaktywnym kursem do jednego przedmiotu z zakresu szkoły ponadgimnazjalnej została zaplanowana na 2 lata intensywnej pracy, pomimo znanej, wcześniej wypracowanej przez nas i wytestowanej przez użytkowników technologii. Ale być może nasze podejście było zbyt ambitne i wynikało z chęci zrobienia czegoś bardzo innowacyjnego jak na warunki, w których rodził się pomysł.
    Obecnie sama koncepcja wypracowania nowej technologii dostępnej jednocześnie na komputery i urządzenia mobilne jest nie lada wyzwaniem.
    Nie powinnam krytykować uczelni, bo sama jestem pracownikiem jednej z wrocławskich szkół wyższych, ale zbyt dobrze widzę co się dzieje w temacie TiK w nauczaniu i ile szans na rozwój nowych narzędzi edukacyjnych zostało zaprzepaszczonych na etapie pomysłów.

    • Bardzo ciekawe informacje… przekonały mnie, że podstawą całej dyskusji powinno być granie w otwarte karty. Osobiście nie mam wątpliwości, że spór dotyczy tylko pieniędzy a kwestie pozostałe są uzasadnianiem mniej lub bardziej na siłę. Wprowadzenie e-podręczników nie zmusi nauczycieli do wyboru e-podręczników natomiast zmusi ich do tłumaczenia się przed rodzicami dlaczego wybrali odpłatny i w czym on jest lepszy. Dla tego jednego jedynego momentu warto wprowadzić e-podręcznik bo to ważny moment.

    • Witam,

      Oświadczenie KOED zawiera kopie dokumentów, udostępnionych przez WSiP. Jak mogłem się zorientować, dotyczą one podręczników dla mniejszości narodowych i dla osób niepełnosprawnych. Takie pomoce dydaktyczne są wspierane przez wszystkie kraje, jest to sektor, który wymaga wsparcie, na nim nikt nie jest w stanie zarobić, a obowiązkiem państwa jest zadbanie o takich uczniów. Nasze ministerstwo robi to rękami komercyjnych wydawnictw, które są w stanie spełnić oczekiwania uczniów dzięki zasobom i zespołom autorskim wydawnictw.

      BTW, ujawnione przez KOED dokumenty zawierają dane osobowe wielu sygnatariuszy tych dokumentów, nie jestem pewien, czy jest to zgodne z prawem o ochronie danych osobowych.

      Pozdrawiam, Maciej M Sysło

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*