avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Kolokolo Bird

Armageddon

30.09
2017

Miesiąc temu miał nastąpić Armageddon. Nie nastąpił.

Poproszę o komentarze (byle w czasie przeszłym lub teraźniejszym, a nie przyszłym niedokonanym, spekulując o rychłym nastąpieniu tej Apokalipsy, która nie nastąpiła miesiąc temu, ale z pewnością jeszcze nastąpi. I byle z pierwszej ręki, a nie trzeciej), co takiego stało się w związku ze zlikwidowaniem gimnazjów.
Ktoś z Was stracił pracę? Albo w ramach tej pracy musi wykonywać durniejsze obowiązki, niż dotąd? Jakie? Wasze dziecko nie zostało przyjęte do podstawówki albo liceum? Zabrakło tam dla niego miejsca, i po tym, jak w czerwcu skończyło 1. klasę gimnazjum, to we wrześniu ocknęło się w próżni?
Dzieciom trudniej nauczyć się tego, czego uczyły się poprzednie roczniki? Dzieci i rodzice tęsknią za „sprawdzianem szóstoklasisty”?
Uczenie „8. podstawówki” różni się od uczenia „2. gimnazjum” z perspektywy nauczyciela? Czym?
Uczenie się takiego ucznia różni się perspektywy jego własnej i jego rodzica? Czym?

Poproszę o szczere komentarze z pierwszej ręki.

I znów wychodzę na apologetę PiS, którego szczerze nie znoszę, ale akurat w tym przypadku nie mogę mu odmówić racji i odwagi zadziałania wbrew interesowi lobby nauczycielskiego…

 Albrecht Dürer: Jeźdźcy Apokalipsy

Ech, żeby ktoś kiedyś pokazywał dzieciom Apokalipsę Dürera i zostawiał pod zastanowienie się… Nieważne już, czy w podstawówce, gimnazjum, czy liceum. I choćby robił to nawet katecheta…

Podziel się ze znajomymi

8 komentarze do “Armageddon

  1. Ksawery, będzie krótko i tym razem bez komentarza, bo nie mam już siły strzępić języka na temat tej hucpy…

    - Czy przyszło ci do głowy, że „działania wbrew interesowi lobby nauczycielskiego” przekładają się jakoś na interesy podmiotu edukacyjnego? To naczynia połączone i nie pytaj mnie, czy to etyczne, dlaczego niedemokratyczne i niewolnorynkowe…

    - Nie, nie straciłem pracy. Straciłem godziny i „uzupełniam etat”. 3/4 nauczycieli w mojej szkole jest w tej samej sytuacji, to ci nic nie mówi, powiem dokładniej: około 30 ludzi, z jednej tylko szkoły, jeździ po całym mieście, jakby nie mieli nic sensowniejszego do roboty. Parę moich koleżanek nie miało tyle szczęścia.

    - Tak więc wzrosły koszty mojej pracy, ale to nie MEN będzie je pokrywał.

    - Praca objazdowa to nie tylko inna siatka godzin, ale i inne obowiązki i „obowiązki” przynajmniej zdublowane (są tacy, którzy obsługują więcej niż dwie szkoły): rady pedagogiczne, godziny wyrównawcze, kółka, imprezy, dyżury, itp. – to kosztuje. Ja tam, pracując sobie 18 godzin, mogę się wreszcie wykazać. Zapłacą uczniowie, wiesz czym.

    - Jedną z nieuniknionych konsekwencji są pokręcone plany zajęć. Wiesz, jak się układa plan w szkole w której 3/4 personelu sztukuje etaty? My mamy od tego nie lada specjalistkę, w innych szkołach zmiany w planach potrwają do Wszystkich Świętych… Na pewno będą ułożone „pod ucznia”? Z wyjątku, zmianowość staje normą – dzieci zaczynają lekcje o 12, kończą o 17… Od strony nauczyciela, okienka i balkoniki w nienotowanej ilości – czas raczej niezbyt produktywnie i efektywnie spędzony. Durniejsze obowiązki? Nazwijmy rzecz po imieniu, nie rozwijamy się wtedy zbytnio, niektórzy nie mają nawet warunków żeby w spokoju poczytać, coś sprawdzić, czy uzupełnić dokumentację… Z uczniem możesz popracować po 16-tej, kiedy czeka na etykę…

    - Turystyka „godzinowa” wygląda niewinnie we wrześniu. Z nadejściem zimy spóźnienia będą normą. Ja już się spóźniam, bo na przemieszczenie się między szkołami mam 10 min – pracodawca (a raczej minister z łapanki) wykorzystuje to, że mam samochód, więc bywa to fizycznie wykonalne. Nie wszyscy samochody mają.

    - Stanowisko pracy to nie tylko budynek. Musisz wszystko nosić ze sobą. Zdarza mi się zapomnieć, gdzie mam jaką książkę, w której szkole będę jej potrzebował, która grupa potrzebowała kserówki, którą mogę zrobić w jednym miejscu, ale nie w drugim. Inne bywają zasady, zalecenia, priorytety. Nie tylko ja na tym ucierpię.

    - Szkoły są różne. Jedna z moich koleżanek nie dorobiła się jeszcze krzesła (trzeba je każdorazowo donosić), nie ma tablicy, a magnetofon wozi z domu (samochodu nie ma). Inna uczy w pomieszczeniu, które kiedyś było składzikiem. Wielu uczniów jest upychanych do takich placówek. Tymczasem, nowe szkoły, nowocześnie wyposażone od piwnic po strych, będą zamieniane na „inne budynki użyteczności publicznej” i podstawówki, w których trzeba będzie wymienić „tylko” połowę tego wyposażenia. Ja narzekam jedynie na kredę, od której zdążyłem się już odzwyczaić – strasznie wysusza skórę i mam już białą kierownicę, bo myć rąk nie mam czasu, cha, cha, cha…

    - „Dobra zmiana” ma głęboko rozwalanie zgranych zespołów, które miały już wypracowany swój modus operandi – nowe będą na niego pracowały kolejnych kilka lat. To stracony czas kolejnych roczników.

    - Pytasz czym „Uczenie „8. podstawówki” różni się od uczenia „2. gimnazjum” z perspektywy nauczyciela”. A kto ci powiedział, że to tak działa? Uczyłeś nastolatki, dostajesz nauczanie początkowe, albo odwrotnie. Nie chcesz? Nie umiesz? Znajdzie się ktoś o mniejszych skrupułach. Nie sądzę, żeby wygrała tu profesjonalna uczciwość…

    Zadałeś kilka dobrych pytań, np. „Uczenie się takiego ucznia różni się perspektywy jego własnej i jego rodzica?” Zadaj mi je ponownie za pięć lat. Armageddonu „nie ma”, bo jego ofiary odczują go dopiero wtedy. Nikt jednak nie będzie się zastanawiał nad przyczynami, bo będą słabo rozróżnialne i trudne do identyfikacji. Nie łudź się rewolucje, zwłaszcza tak głupie, nikogo nie oszczędzają. O pracę zapytaj mnie za rok, kryzys w tej branży dopiero nastąpi…

  2. Ponieważ twoje złudzenie „racji i odwagi” nie daje mi spokoju, powiem wprost: Z powodu pisowskiej „odwagi” nieliczenia się z „lobby nauczycielskim”, którego częścią jestem, niezależnie od chęci, poglądów i kwalifikacji, będę (już jestem) gorszym nauczycielem. Mniej wydolnym, zdekoncentrowanym i zajętym rzeczami trzeciorzędnymi.
    Środowisko nauczycielskie jest słabe i podzielone, a PiS wykorzystuje społeczny resentyment ćwierćinteligentów do kręcenia swoich lodów. To element dość prymitywnej, ale skutecznej walki o kształt ręcznie sterowanego państwa, a nie wydolnej edukacji. Nie sądzę, żeby w dającej się ogarnąć perspektywie ta tęsknota za szkołą z czasów Ali i Asa przełożyła się na jakąkolwiek poprawę losu uczniów. Wiążę jeszcze jakieś nadzieje z ewentualnymi zmianami w szkolnictwie wyższym, ale na moim podwórku jest to jedynie mieszanie w garze, generujące koszty, które jak zwykle poniosą „zwykli Polacy” z kompleksem wrednej pani od… czegokolwiek.
    Wiem, że chodziło ci o konkrety, ale problem z takimi pełzającymi rewolucjami jest jeden: niezmiernie trudno je wskazać. Są rozproszone i rozłożone w czasie. Spodziewam się np. bajzlu z podręcznikami, niespójności w pp, itp, itd. Czy uczniowie będą głupsi? Może tak, może nie. Ale nie tylko to się liczy. Dla mnie ważne jest także to, czego uczą się poza curriculum, a dostają właśnie lekcje znane nam z czasów słusznie minionych, podkolorowane patriotyzmem dla ubogich. Nie wskażę palcem wielu rzeczy, które podejrzewam, ale tę atmosferę niepewności, ostrożności, fałszu i podwójnych standardów znowu daje się wyczuć. Nie łudź się także, że części tej niepewności i frustracji, „słusznie” pogonieni nauczyciele nie przeleją na swoich wychowanków. To będą te konkrety…
    Powtórzę to, co napisałem na tym forum już kilkukrotnie: Nie żyjemy w próżni – szczeniacki odwet na jakiejkolwiek grupie zawodowej, ku uciesze gawiedzi, rodzi jedynie napięcia i animozje, nigdy nie przynosi efektów terapeutycznych w chorobie głównej: nadmiaru ideologii i szczerej niechęci większości do samodzielnego myślenia.
    Szereg poprawek do systemu można było bez żadnego problemu wprowadzić bez „Armageddonu”, ale wtedy suweren nie miałby poczucia bycia mądrzejszym od radia – pies musiał dostać „kość”, żeby złodziej mógł się dostać do środka, bez przykrych dla siebie konsekwencji…

  3. Edukacja jest ręcznie sterowana od czasów Fryderyka Wilhelma. I od tego czasu nie ma nic wspólnego z wolnorynkowością. Byłeś chyba świadom, że najmujesz się do pracy w monopolistycznej państwowej instytucji — nie masz więc prawa narzekać na „brak wolnorynkowości”. Że jest to ostatni powszechny relikt PRL, po zniesieniu obowiązkowej służby w wojsku, też chyba wiedziałeś, więc nie domagaj się, by panowała w nich demokracja. Nie ma jej pod PiS, but nie było pod żadnym innym rządem. Paradoksalnie więcej demokratyzmu w szkołach było za PRL — centralne sterowanie zacieśnia się coraz mocniej przez cały czas.

    Nie widzę, żeby PiS sterował ręcznie bardziej, niż poprzednie rządy wprowadzaające gimnazja, a przy okazji wprowadzające centralne matury zamiast wewnątrzszkolnych, tudzież centralne egzaminy gimnazjalne i sprtawdziany szóstoklasistów, zamiast wewnątrzszkolnie przyznawanego świadectwa.
    Nie widziałem też, by dotąd nauczyciele byli skoncentrowani na skutecznej edukacji — a jeśli się zdekoncentrują od tresury do egzaminu gimnazjalnego, to raczej nie zaszkodzi to uczniom w niczym. Na pełnienie funkcji świetlicowych są wystarczająco skoncentrowani.
    Lekcje w dziwnych porach („dzieci zaczynają lekcje o 12, kończą o 17″) były normą już wcześniej, nie słyszałem, żeby to się statystycznie pogorszyło tej jesieni.

    Zupełnie za to nie jestem w stanie przyjąć logiki: „wprowadzenie gimnazjów w miejsce systemu 8+4 doprowadziło do degrengolady edukacji, jaką widzimy. Ale wprowadzenie z powrotem systemu 8+4 doprowadzi z pewnością do jeszcze większej!”
    Nie twierdzę też, że celem PiS nie jest TKM i przejęcie sterowania — nie uważam tylko, by ich sterowanie było gorsze od równie ręcznego sterowania przez K.Hall i jej podobne. Za to dwustopniowa struktura jest prostsza i tańsza dla podatnika — wolę utrzymywać dwóch dyrektorów i dwa sekretariaty, zamiast trzech. I wolę, by moje dziecko miało tylko raz stres egzaminacyjny i związany z przenosinami do innej struktury, a nie dwa razy.

    Nie zgodzę się co do nieskuteczności opierania się lobby zawodowym i związkowym. Będę najszczęśliwszy, jeśli Broniarz podzieliłby los Scargilla, a przerosty zatrudnienia zostały zlikwidowane. Nie mam wiele empatii ani do nauczycieli ani do górników zwalnianych z zamykanych przez M.Thatcher państwowych walijskich kopalń, nie potrzebnych nikomu poza górnikami. Zwłaszcza, że te zwolnienia z gimnazjów nie są dramatyczne i masowe, zostawiając głodujących ludzi na bruku.

    „dostają właśnie lekcje znane nam z czasów słusznie minionych, podkolorowane patriotyzmem dla ubogich”
    Masz oczywistą rację. Tylko dostają to absolutnie niezależnie od tego, czy jest to w systemie 6+3+3 czy w systemie 8+4. Nie widzę związku jednego z drugim. W zeszłym roku też takie lekcje dostawali. I degrengolada następuje systematycznie od czasu pierwszej reformy po upadku PRL.

    Też nie sądzę, żeby zmiany istotnie przełożyły się na poprawę edukacji uczniów. Za wyjątkiem mniejszego stresu (raz a nie dwa zmieniasz szkołę) i przedłużenia liceum o rok, a jednak licea zazwyczaj uczyły czegoś więcej, niż gimnazja. Najgłupsza powszechna masówka będzie o rok krótsza.

  4. (Komentarz publikowany z przyczyn technicznych w imieniu Roberta Raczyńskiego)

    „Nie widzę, żeby PiS sterował ręcznie bardziej, niż poprzednie rządy wprowadzające gimnazja, a przy okazji wprowadzające centralne matury zamiast wewnątrzszkolnych, tudzież centralne egzaminy gimnazjalne i sprawdziany szóstoklasistów, zamiast wewnątrzszkolnie przyznawanego świadectwa.” – Rozważania nad przewagą grypy nad odrą lub vice versa nie mają większego sensu. Jeżeli chcesz mnie przekonać, że PiS miało prawo dłubać przy edukacji, to już czuję się przekonany. Jako bezpośrednio zaangażowanego, interesuje mnie jednak sensowność tych posunięć, które, wierz lub nie, nie przyniosą niczego dobrego z jednego podstawowego względu – są od początku do końca posunięciem politycznym. Ponieważ żaden system, z którym mieliśmy ostatnio do czynienia nie spełnia naszych oczekiwań i nikt nie proponuje, żeby system zliberalizować, sensowne wydaje mi się rozwijanie już istniejącego, a nie zawracanie kijem Wisły. Podkreślę kolejny raz, że większość elementów deformy dałoby się wprowadzić nawet sensowniej bez demontażu tego, na co najpierw wydało się miliardy. Tak będzie to jedynie gestem, prezentem dla ludzi, którzy gimnazjów nie rozumieli i z sentymentem wspominają podstawówkę, jako jedyną szkołę, którą udało im się skończyć.

    „…dwustopniowa struktura jest prostsza i tańsza dla podatnika — wolę utrzymywać dwóch dyrektorów i dwa sekretariaty, zamiast trzech. I wolę, by moje dziecko miało tylko raz stres egzaminacyjny i związany z przenosinami do innej struktury, a nie dwa razy.” – Idąc tym tropem, jeszcze tańsze byłoby wprowadzenie systemu dwunastoklasowego, zakończonego egzaminem na studia, którym nie musieliby się stresować, ci którzy po ośmiu latach przeszliby do zawodówek. Pieniądze wydaje się w jakimś celu, edukacja państwowa jest niestety celem złożonym, którego ekonomia nie sprowadza się do wyboru najtańszej oferty w przetargu. Raz, że żadnych przetargów nie ma, dwa, że trzeba osiągnąć rożne cele naraz (to, że się nie osiąga nie ma najmniejszego znaczenia, bo i tak nikt ich nie traktuje poważnie już w momencie ustalania). Celem istnienia gimnazjów było, między innymi, odchudzenie rożnych „tysiąclatek”, molochów, w których uczyło się tysiąc uczniów, klas liczących 40 i więcej ludzi, oraz danie oddechu przeładowanym podstawówkom w małych miejscowościach, danie uczniom i rodzicom komfortu dojazdu do szkoły nowej, lokalnej, nowocześniej wyposażonej, a niekoniecznie do centralnej „fabryki” w większym ośrodku. Pamiętam z jaką ulgą reagowali rodzice małych dzieci, które wreszcie mogły nie być tratowane na korytarzach. Skutki bywały oczywiście rożne, ale odwracanie „nowego” trendu, przy pełnej świadomości, że stary trzeba będzie zupełnie przekonstruować, by spełniał nowoczesne wymagania jest marnotrawstwem sił i środków. Nowa organizacja na pewno nie będzie tańsza, szkół i sekretariatów nie ubędzie, a dyrektorzy będą mieli swoich zastępców, zawiadujących szkołami-filiami. Nie słyszałem, żeby centralizm był kiedykolwiek tańszą opcją.

    „Zupełnie za to nie jestem w stanie przyjąć logiki: „wprowadzenie gimnazjów w miejsce systemu 8+4 doprowadziło do degrengolady edukacji, jaką widzimy. Ale wprowadzenie z powrotem systemu 8+4 doprowadzi z pewnością do jeszcze większej!” – Niczego takiego nie powiedziałem. Degrengoladę edukacji spowodował pewien nieprzetrawiony koncept filozoficzny, a nie taki, czy inny podział na etapy edukacyjne. Powrót do 8+4 degrengolady nie odwróci, a zafunduje dekadę bałaganu i przepychanek.

    „Lekcje w dziwnych porach („dzieci zaczynają lekcje o 12, kończą o 17″) były normą już wcześniej, nie słyszałem, żeby to się statystycznie pogorszyło tej jesieni.” – Może w niektórych szkołach. Dopiero teraz staje się to normą powszechną.

    „Nie widziałem też, by dotąd nauczyciele byli skoncentrowani na skutecznej edukacji — a jeśli się zdekoncentrują od tresury do egzaminu gimnazjalnego, to raczej nie zaszkodzi to uczniom w niczym.” – Jeśli z góry założymy, że nikt w tym kraju nie wykonuje swoich obowiązków, czy powinności zawodowych, to nie ma najmniejszego znaczenia, w jakim systemie będą pracować – równie dobrze możemy przyjąć system rotacyjny, albo co dekadę realizować jakiś pomysł wyłoniony w jakże demokratycznym idiotele. Będzie to równie usprawiedliwione ekonomicznie. Ja chcę (i chyba muszę, uważając się za profesjonalistę) zakładać, że ta robota ma jakiś sens, nawet jeśli nająłem się „do pracy w monopolistycznej państwowej instytucji”. Już tylko ze względu na burzenie tego sensu właśnie u ludzi, którzy mają jego poczucie, ta reforma nie ma szans powodzenia. Tym, którzy takiego poczucia nie mają i tak jest wszystko jedno i niczego nie zreformują.

    „Nie mam wiele empatii ani do nauczycieli ani do górników zwalnianych z zamykanych przez M.Thatcher państwowych walijskich kopalń, niepotrzebnych nikomu poza górnikami.” – Ja też nie. Lady Thatcher, to postać, która w dużej mierze ukształtowała moje podejście do gospodarki. Problem w tym, że edukacja, w wydaniu, które znamy (a jest to wariant raczej dominujący na świecie) nie ma wiele wspólnego z gospodarką, czy ekonomią. Przerost zatrudnienia w szkolnictwie jest względny. Oczywiście, jeśli przyjąć, że pensum jest bzdurne i każdy nauczyciel może pracować przy tablicy 40 godzin, to rzeczywiście jest tych nauczycieli dwa razy za dużo. Rzeczywistość jest jednak inna. Osobiście, swoją szkolną wydolność maksymalną (włączając w to obsługę pozalekcyjną) obliczam na 25 godzin tygodniowo. Nawet gdybyśmy narzucili wszystkim tak „wyśrubowane” normy, zbyt wielu etatów byśmy nie zredukowali, bo przecież nie chcemy by dzieci kończyły szkołę o 18-tej. Poza tym, nie wszystkie przedmioty wymagają takiego wymiaru godzin. Oczywiście wskazane byłoby, żeby ten „nadmiar” etatów obsługiwali ludzie sensowni. Nie raz ten temat wałkowaliśmy, ale nie da się niestety uciec od wniosku, że taka weryfikacja jest średnio wykonalna, nawet nie ideologicznie, ale technicznie w warunkach oświaty powszechnej. Nie przychodzi mi do głowy nic, z wyjątkiem postulatu, by dyplomów nie rozdawać.

    „Też nie sądzę, żeby zmiany istotnie przełożyły się na poprawę edukacji uczniów. Za wyjątkiem mniejszego stresu (raz a nie dwa zmieniasz szkołę) i przedłużenia liceum o rok, a jednak licea zazwyczaj uczyły czegoś więcej, niż gimnazja. Najgłupsza powszechna masówka będzie o rok krótsza.” – Zmiana szkoły jest stresem. Ale bywa także wybawieniem. Zdania i losy są podzielone. Poza tym, gimnazja miały pomagać dzieciom z biedniejszych lub zaniedbanych środowisk w tranzycie do liceów. Nic z tego na ogół nie wychodziło, ale nie ze względu na samo istnienie gimnazjów, ale na powszechne przekonanie o sile sprawczej chciejstwa. Trzyletnie liceum (też uważam, że za krótkie, ale głównie ze względów towarzyskich – przecież to najfajniejszy okres w życiu, kiedy ludzie mogą się poznawać i być razem nie tylko na Facebooku) również było spowodowane założeniem, że gimnazja realizują swoje zadania. To, że nie realizowały i wysyłały do liceów materiał wybrakowany, znowu nie wynikało z wady samego założenia, a z przekonania, że do liceum muszą iść wszyscy. Wystarczyło po prostu stosować się do przepisów, zamiast pisać nową ustawę. Można także było wprowadzić zdrowszy podział 3×4, albo nawet 5+3+4. Egzamin gimnazjalny mógł zostać zlikwidowany tak samo jak szóstoklasisty. Nikt by po nim nie płakał, bo on niczemu nie służył – i tak nie można go było nie zdać, a jego wyniki można było przewidzieć z dokładnością do jednej dziesiątej. Wszystko to można było załatwić kosmetyką zapisów i konsekwencją w dążeniu do realizacji zadań. Ale to nie byłoby spektakularne i wymagałoby pracy. Lepiej wywalić trochę kasy i czekać na efekty, które spadną już na kogoś innego. Znów będzie można zwalić na przeciwników politycznych i rżnąć głupa bez końca.

  5. „nie przyniosą niczego dobrego z jednego podstawowego względu – są od początku do końca posunięciem politycznym”
    Nawet motywowane politycznie posunięcia miewają czasem pozytywny skutek. Inaczej musielibyśmy uznać, że żadne działanie żadnego rządu nie odnosi żadnego skutku. Bo rządy kierują się wyłącznie polityką. I Boże uchowaj nas przed rządami mającymi na celu powszechne zbawienie, a nie politykę. Czym w końcu mają się kierować? Ideologią???

    „nikt nie proponuje, żeby system zliberalizować”
    Fakt: likwidacja gimnazjów skraca bezwzględny przymus szkolny z 1+6+3 do 1+8 lat. To nie jest wielki improvement, ale zawsze drobniutka liberalizacja.
    Liberalizacją jest też zdjęcie z rodziców (i dzieci) bezsensownego ciężaru konieczności zmiany szkoły.

    „większość elementów deformy dałoby się wprowadzić nawet sensowniej bez demontażu tego, na co najpierw wydało się miliardy.”
    Oczywiście. Nie dyskutujemy jednak o tym, czy można było zrobić reformę lepiej, niż zrobił to PiS, tylko o tym, czy jego działanie ma pozytywny skutek w porównaniu do braku jakiegokolwiek działania. Tak, oczywiście, wolałbym, że by to inny rząd odważył się na odkręcenie już dawno idiotycznej reformy.
    Jednak lepiej wydać na odkręcenie wcześniej, niż później. Za rok odkręcenie byłoby jeszcze ciut droższe. Jedynym uzasadnieniem systemu 1+6+3+3 staje się to, że już utopiono w nim miliardy. Prawda. Ale im wcześniej przerwie się topienie następnych, tym lepiej. I nikt poza PiS się na to nie zdobył.

    „jeszcze tańsze byłoby wprowadzenie systemu dwunastoklasowego”
    Nie popadaj w demagogię! Różnica polega na tym, że po 8-letniej podstawówce wybierasz profil między zawodówką, a liceum. Tymczasem między 6-letnią podstawówką a gimnazjum nie zmieniałeś profilu. Czysto formalne przejście, jak z klasy do klasy, w ramach jednolitego systemu. Wyłącznie kłopot.
    Oczywiście, 12-letnia jednolita szkoła byłaby jeszcze gorsza.

    „Celem istnienia gimnazjów było, między innymi, odchudzenie rożnych „tysiąclatek”, molochów…”
    Really??? Może deklarowanym propagandowo celem. Czy doprawdy dwuzmianowość zajęć lekcyjnych w 2015 była mniejsza, niż w 1980? I czy naprawdę urwanie 7. i 8. klasy spowodowało, że małe wiejskie szkółki uzyskały większy sens działania dla 30 uczniów z całego rocznika w całej wsi?

    „danie uczniom i rodzicom komfortu dojazdu do szkoły nowej, lokalnej, nowocześniej wyposażonej, a niekoniecznie do centralnej „fabryki” w większym ośrodku”
    ??? Coś chyba odwracasz kota ogonem. Przeniesienie 13. i 14. latków z wiejskiej szkółki do większego (gminnego) ośrodka dało ich rodzicom komfort dojazdu nie 2km tylko 8km??? Podstawówkę mam o 2km od domu. Gimnazjum ponad 6km.

    „szkół i sekretariatów nie ubędzie”
    Naprawdę? Skąd to przekonanie? Jak dotąd to najgłośniejsze narzekania słyszałem z ust dyrektorów szkół, którzy stracili dyrektorskie posady i bibliotekarzy szkolnych, którzy okazali się niepotrzebni, bo ich księgozbiór został rozparcelowany między podstawówkę i liceum. Szkół pewnie nie ubędzie, ale administracji, dyrektorów, etc. zmniejszy się 2:3.

    „Nie słyszałem, żeby centralizm był kiedykolwiek tańszą opcją.”
    Ja też nie. Ale nie o tym dyskusja! Nie porównujemy wolnego i liberalnego szkolnictwa ze scentralizowanym, tylko dwie różne organizacje scentralizowanego. Zorganizowaną w dwóch albo trzech równie zbiurokratyzowanych kawałkach.

    „Jeśli z góry założymy, że nikt w tym kraju nie wykonuje swoich obowiązków, czy powinności zawodowych, to nie ma najmniejszego znaczenia, w jakim systemie będą pracować”
    Dwa aspekty. Po pierwsze ma znaczenie z racji kosztów systemu. Redukcja zatrudnienia ma obiektywny pożytek społeczny. Po drugie, trzeba odróżniać pomiędzy „obowiązkami” a „powinnościami zawodowymi”. Od kontrolowania spełniania obowiązków jest państwowa biurokracja i w to się nie mieszam. A „powinności zawodowe” (jeśli je rozumiem podobnie jak Ty) i tak były realizowane wyłącznie przez maleńki margines nauczycieli szkół państwowych.

    „równie dobrze możemy przyjąć system rotacyjny…”
    Again – nie dyskutujemy o różnicy pomiędzy zmianą poczynioną przez PiS, a nieistniejącymi projektami, tylko między systemem sprzed roku, a dzisiejszym. Ani rok temu, ani dziś, system rotacyjny nie był/nie jest stosowany.

    „ta reforma nie ma szans powodzenia”
    Jak to nie ma? Właśnie się odbyła. Myślisz, że jakaś nowa władza ją odkręci za chwilę?

    „25 godzin tygodniowo. Nawet gdybyśmy narzucili wszystkim tak „wyśrubowane” normy, zbyt wielu etatów byśmy nie zredukowali, bo przecież nie chcemy by dzieci kończyły szkołę o 18-tej”
    Nie wpadaj w kolejną demagogię. 25h/week to 5h/day. Mogliby odbyć wszystko 8-13. Uczniowie mają trochę więcej godzin, więc i tak wąskim gardłem nie jest czas pracy nauczycieli ani liczba etatów. Raczej przeciwni — jak sam pisałeś: jeżdżenie z miejsca na miejsce i sztukowanie etatów.

    „Zmiana szkoły jest stresem. Ale bywa także wybawieniem”
    Tak! Ale dla kogo jest wybawieniem, to zawsze może się przenieść. Mnie rodzice przenieśli do innej podstawówki, bo oni i ja mieli już dość idiotki wychowawczyni. Ale to nie znaczy, że rozwiązaniem jest, żeby KAŻDY przenosił się do innej szkoły z automatu po sześciu latach na następne trzy.
    Ja uzyskałem to wybawienie po trzech latach na następne pięć ;)

    „To, że nie realizowały… Wystarczyło po prostu … Wszystko to można było załatwić…”
    Again! Nie dyskutujemy o tym jak mogłoby być wspaniale, gdyby reforma była inna, tylko o tym, czy dziś jest lepiej, niż było rok temu. W trybie dokonanym, a nie przypuszczającym.
    Oczywiście. Gdyby to nie Jahwe, tylko ktoś mądrzejszy od niego (np. ja) stworzył świat, to byłby lepszy. Byłby.

  6. Powinienem był raczej powiedzieć, że polityka i władza, do której polityka prowadzi, były celem jedynym – nikt nie myślał tu o dobru edukacji. To widać już po doborze ludzi, z…. wziętych, którzy się tym „zajęli” (nie żeby w przeszłości było znacząco lepiej, ale jednak). Jedynym, przypadkowym plusem, który dostrzegam jest skrócenie przymusu.
    To jasne, że wypowiadam się z perspektywy kogoś bezpośrednio zainteresowanego utrzymaniem status quo. Taka perspektywa jest nieunikniona i chociaż, podobnie jak ty, uważam, że najlepiej jest zaczynać od czystej kartki papieru, to nie mogę się z automatu pogodzić z pisaniem na kartce najpierw zmiętej w kulkę, a potem naprędce prostowanej.
    Z tej może niezbyt obiektywnej perspektywy obserwatora uczestniczącego, widzę, że dla edukacji traktowanej ogólnie nie wynika nic dobrego z takiego rozumienia reformy. Konsekwentnie unikasz myśli, że ludzie, którym osuwa się grunt pod nogami, często nieładnie się chwytają… Za niedogodności, które ich spotykają, zawsze płacą inni, którzy akurat im podlegają.
    Pytałeś, czy ktoś widzi negatywne konsekwencje „dobrej” zmiany, udzielam ci szczerej odpowiedzi: Patrząc na nastroje, reakcje i pracę blisko 40 ludzi w moim bezpośrednim otoczeniu profesjonalnym, nie sądzę, by przełożyło się to na korzyść uczniów, którzy do szkoły zobowiązani są chodzić. Ewentualne plusy, na które wskazujesz (które dostrzegą i docenią nieliczni, bo choćby nasza dyskusja wskazuje, że perspektyw jest bez liku), nie przeważą nad konsekwencjami bezceremonialności i dezynwoltury w traktowaniu tematu. Jeśli, jak piszesz, i w dużej mierze się z tobą zgadzam, ludzie sensowni stanowią w tym zawodzie margines, to znowu został on znacząco zwężony – nie wiem, czy się mogę do niego zaliczać, ale motywacji na pewno mi nie przybyło. Pewnie nie zauważyłeś, że ubiegły rok szkolny skoncentrowany był na wyczekiwaniu, a nie na „niesieniu kaganka”. Wbrew pozorom twój Armageddon zacznie się dopiero za rok (kolejny edukacyjnie odfajkowany) i będzie dotyczył także tych „sensownych”. Jednocześnie dobroczyńca suwerena nie uczynił nic, by zapewnić sobie dopływ kadr. No chyba, że traktować poważnie dołożenie pięciu stów dyplomowanym. A to przecież w większości znowu jedynie staż, a nie kompetencje…
    Organizację pracy szkoły też wyobrażasz sobie w sposób bardzo uproszczony – plan, który proponujesz, jest być może prawdopodobny w małej wiejskiej podstawówce. „Odbyć wszystko 8-13″ jest marzeniem ściętej głowy, w ogóle abstrahujesz od czasu beztablicowego, wzajemnych zależności, podziału na grupy itp, itd. Turystyka na etacie to w tym zawodzie nowość, która nie pomaga ani w układaniu rozsądnych planów zajęć, ani w gospodarowaniu czasem nauczyciela. On niby będzie robił to samo, ale w żadnym razie nie tak samo. Najwyżej tak samo źle, albo gorzej.
    Powstaje pytanie, po co. Znów żeby udowodnić, że Polak potrafi? Po co przeprowadzać zmiany, które nie zmienią niczego na lepsze? Wiem, że pytam tu retorycznie, ale wybacz, to, że część nauczycieli (nawet niewielka) straci pracę nie wynika tu z mechanizmów wolnorynkowych, ale albo z czystego przypadku, albo z faktu, że nie wyrobili sobie szerszych pleców. Nie jest to mechanizm selekcyjny, wyławiający profesjonalne perełki, ale utrwalający podział na swoich i swojszych. Już się zaczynają przepychanki w poszukiwaniu związkowych dupochronów. Nie nazwę tego pożytkiem społecznym, a już na pewno nie obiektywnym. To raczej marnotrawstwo ubogich zasobów. Nie ma presji na bycie lepszym nauczycielem, jest znów nacisk na pozorowanie bycia wspaniałym urzędnikiem, który jedynie słuszną podstawę zna na pamięć i wszystko zdążył wpisać w dokumentację fikcji.
    Wspominasz o „drobnej liberalizacji”, którą mają się cieszyć rodzice i niewykluczone, że ci, którym spędzała sen z oczu perspektywa wyboru szkoły i konieczności jej zmiany, odetchną z ulgą. Zobaczymy, co powiedzą za rok, dwa, skonfrontowani ze wspaniałą, nową, bezpieczną podstawówką. To tylko gdybanie, ale adekwatne i proporcjonalne do ich z sufitu wziętej nadziei, że „teraz to poziom nauczania znacząco wzrośnie”.

  7. „nie sądzę, by przełożyło się to na korzyść uczniów”
    Też nie sądzę (poza już wspomnianym skróceniem przymusu i zmniejszeniem stresu przenosin i liczby egzaminów).
    Pytanie, jakie stawiałem, było „czy to się przełoży na ich niekorzyść?”, a ni o tym, czy „przełożyło się na ich korzyść” I nie widzę ani trochę takich zagrożeń.
    Wierzę, że nawet w sfrustrowanym reorganizacją belfrze nie obudzą się sadystyczne zapędy, albo będzie to wyjątkowo sporadyczne.
    Mój tekst nie jest o tym, że nastąpiła paruzja, i teraz będzie raj na ziemi, ale o tym, że Armageddon też nie nastąpił.
    A pewne pozytywne efekty nastąpią i jest to raczej pewne — jak to, że ogłupianiu w masówce dziecko będzie poddawane o rok krócej. Mam też przekonanie, że wydatki publiczne na oświatę staną się mniejsze – zwłaszcza w małych gminnych (nie powiatowych) miasteczkach, które dotąd musiały utrzymywać zarówno podstawówkę i gimnazjum, a w nich 10 roczników, a teraz tylko jedną podstawówkę z jednym dyrektorem i jednym sekretariatem i nauczycieli dla 9 roczników.

    „nie wiem, czy się mogę do niego zaliczać, ale motywacji na pewno mi nie przybyło”
    Możesz się zaliczać ;) Ale nie trzasnąłeś drzwiami, ani nie obudziły się w Tobie sadystyczne zapędy.
    A jeśli pracę straciło trochę ćwierćinteligentów, mieniących się „nauczycielami” albo inni wynieśli się z zawodu, to trzeba by było wykazać, że odeszło proporcjonalnie więcej sensownych, niż oportunistycznych półgłówków – że została dokonana selekcja negatywna, wyrzucająca z pracy tych rozsądniejszych, a zostawiająca wyłącznie belfrów.

    „Wbrew pozorom twój Armageddon zacznie się dopiero za rok”
    Zapowiadany był na ten wrzesień. Nie nastąpił, więc teraz słyszę, że z pewnością nastąpi za rok.
    Od ukrzyżowania Chrystusa minęło już prawie 2000 lat, rychły koniec świata jest wieszczony przez cały czas, ale jakoś nie nastąpił.
    Za rok powtórzę wpis z tym pytaniem — „czy we wrześniu 2018 nastąpił Armageddon w szkolnictwie?” Wtedy zapewne usłyszę, że znów nie nastąpił, ale z pewnością nastąpi za kolejny rok.

    „plan, który proponujesz…”
    Ależ ja go nie proponuję! Ja tylko stwierdzam, że jest możliwy i jeszcze 30 lat temu działał. Ale też nie wiążę jego uciążliwości z tegoroczną zmianą. Zmiana nastąpiła już lata temu. I nie jest moją sprawą doradzanie MEN ani gminom, jak mają robić wewnętrzną organizację pracy swoich pracowników. Mogę jedynie z perspektywy ocenić, że w latach 1970′ mimo wyżu demograficznego zmianowości nie było, a od kilkunastu lat, mimo niżu, jest. Więc nie wiń za tę zmianowość PiS! PiS jest wstrętny i paskudny, ale to nie znaczy, że jest winien WSZYSTKIEMU. Zmianowość jest obecna w szkołach od co najmniej kilkunastu lat. A za PRL jakoś lekcje się zaczynały o 8 – sporadycznie od 9, a kończyły o 13, góra 15. I jakoś się dawało to zorganizować.

    „To tylko gdybanie, ale adekwatne i proporcjonalne do ich z sufitu wziętej nadziei, że „teraz to poziom nauczania znacząco wzrośnie”. ”
    Ależ nie oczekuję, że wzrośnie!!! Ale tez nie spadnie, bo już niżej spaść się nie da. Przestaną pamiętać, że $T^2\propto r^3$ bo nauczyciel fizyki będzie sfrustrowany? No to przestaną. Zaszkodzi im to w czymś? Raczej nie.

  8. „Wierzę, że nawet w sfrustrowanym reorganizacją belfrze nie obudzą się sadystyczne zapędy, albo będzie to wyjątkowo sporadyczne.” – Tu nie chodzi o ekstrema, ale o to, czy ludziom chce się wykonywać swoją robotę, czy też stwierdzą, że swoje to oni już zrobili i z „koniem’ nie będą się dalej kopać, nawet jeśli dotąd próbowali i to „koń” czasem oberwał. Chodzi o proste pytania, które niektórzy zaczną sobie zadawać, nawet jeśli do tej pory udawali, że nie znają na nie odpowiedzi. Na przykład, czy mi się to opłaca? Bywa, że konkluzja, że na ogół nie (no bo jedynie w przypadkach bez wyjścia, przy wsparciu rodziny, partnerów, jako drugi /pierwszy/ etat, lub rzadziej z miłości na zabój), nie przesądza sprawy, ale najczęściej to kropla, a nie powódź przelewa czarę goryczy. Niby dlaczego mam dokładać do interesu choćby 50zł miesięcznie? Przecież nie podróżuję po mieście z chęci zysku i dorobienia się, ale na polecenie przełożonego… A, prawda nie muszę… Ale jeśli już, to czy muszę gnać jak wariat na sygnale, ryzykując zdrowie własne i innych, żeby 3-cią A ucieszyć swoim widokiem? Może dojdę sobie statecznie w ramach akademickiego kwadransa, jak na pana „profesora” przystało, spokojnie włączę sobie komputer, wpiszę temat, frekwencję (zamiast robić to w domu, po pracy) i na zajęcia poświęcę jakieś 20 min, nie zastanawiając się za bardzo, czy Jasio coś pojął i czy mu się to przydało? Po co się szarpać, skoro „przyjdzie walec i wyrówna”?

    „…a teraz tylko jedną podstawówkę z jednym dyrektorem i jednym sekretariatem…” – Nie wiem skąd ci się bierze przekonanie, że wszystkie podstawówki są zdolne pomieścić dwa dodatkowe roczniki. Będą miały swoje filie w tych samych gimnazjach, albo w innych, na szybko przysposobionych budynkach. Administracja i biurokracja zawsze się wyżywi.

    „A jeśli pracę straciło trochę ćwierćinteligentów, mieniących się „nauczycielami” albo inni wynieśli się z zawodu, to trzeba by było wykazać, że odeszło proporcjonalnie więcej sensownych, niż oportunistycznych półgłówków – że została dokonana selekcja negatywna, wyrzucająca z pracy tych rozsądniejszych, a zostawiająca wyłącznie belfrów.” – Nie wiem, na jakiej podstawie dokonujesz swoich oszacowań, ale rozsądnym byłoby przyjąć, szanse utraty pracy są równe i dla ćwierćinteligentów, i sensownych (jak pisałem, żaden mechanizm selekcji pozytywnej nie działa). Ponieważ jednak sensownych zawsze było nieporównywalnie mniej, każdy utracony jest realną, a nie jedynie statystycznie proporcjonalną stratą dla ucznia. Poza tym, wydaje mi się, że jednak nie doszacowujesz tych sensownych…

    „Zapowiadany był na ten wrzesień. Nie nastąpił, więc teraz słyszę, że z pewnością nastąpi za rok.” – To prawda, że było wiele bardzo alarmistycznych i emocjonalnych wypowiedzi. Ale wydaje mi się, że proporcjonalnych do stylu wprowadzania zmian, zwykłego chamstwa i pozorowania konsultacji. I mylisz się, jeśli sądzisz, że rodzice są w większości zadowoleni. Pamiętaj również, że żyjemy już w czasach podwójnych standardów medialnych – głosy krytyczne nie przebijają się do świadomości publicznej i na pewno nie będą głośno dyskutowane. Na tym forum też bym nie liczył na reprezentatywny odzew. Na dodatek, nie jesteśmy społeczeństwem obywatelskim, z silnie zakorzenioną tradycją wyrażania opinii – dopóki nie boli, Polak wiele zniesie. A jak zaboli, to wali na oślep, bo już nie jest w stanie zidentyfikować przyczyn bólu. Z deformą będzie tak samo, poboli, przestanie, ale dlaczego bolało i przestało nikt nie będzie pamiętał już po paru latach, raz, że nie wszystkich bolało, dwa, że mocniejsze bóle są aplikowane i trzy, że pięć stów znieczulenia jednak działa. A że się ból z anestetykiem dostaje, to chyba dobrze? Ludzkie państwo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*