avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Kolokolo Bird

O szkolnym przymusie

17.09
2017

(ciąg dalszy dyskusji zapoczątkowanej i rozwijającej się na blogu Danusi, ale dość dalekiego od jej tematu – więc lepiej jej nie spamować)

„systemowy przymus takich wymagań wyrasta nie z jakiegoś totalitarnego widzimisię (choć tak jest realizowany), ale z metodycznej legendy uzgodnionej w duchu dialogu i demokratycznego konsensusu „
Really? Podstawa programowa obowiązująca moje dziecko jest państwowym rozporządzeniem. Czy ktoś ją ze mną konsultował? Dialog ze mną prowadził? CKE prowadziło ze mną dialog w sprawie pytań maturalnych?
Ten dialog polegał na wymuszeniu na CAMK, by przyciął mój referat o maturze z astronomii do czasu, w którym nie sposób przedstawić argumentacji, a wyłącznie hasła, i samemu żądając (skutecznie) slotu po moim, jednak mi już nie nie dając możliwości riposty — w efekcie musiałem trzasnąć drzwiami i wycofać się z konferencji. Pozostał więc monolog CKE…

Widziałeś może przykłady dialogu co do podstaw programowych — innego niż prasowe bicie piany o konkretną listę lektur szkolnych na polski i ilość godzin na historię, tudzież prawo do zwolnienia dziecka z lekcji wychowania seksualnego? Bo już nie z jasełek.
Taki to jest dialog i demokratyczny konsensus???
Paru hipokrytycznych macherów, nazywających „edukacją” wyrwane z holistycznych programów przedwojennych (ale zbyt skomplikowanych dla masówki) na oślep fragmenty narzuciło ją wobec braku głośnego sprzeciwu większości, mającej to po prostu gdzieś (lub cieszącej się, że zmniejszają wymagania), a buntującej się tylko, jeśli rozszerza się przymus (e.g. „sześciolatki do szkół”)?
Podstawy programowe i zasady funkcjonowania systemu szkolnego nie są żadnym konsensusem, tylko uzurpacją w drodze kompromisu pomiędzy lobby nauczycielskim (byle nikogo nie zwolnić z pracy i nie wymagać, by zdał trudny egzamin), a „pedagogami” i „dydaktykami” z państwowych struktur, uprawiającymi radosną twórczość biurokratyczną w rodzaju opisanym przez N.C.Parkinsona – pierwszorzędnie uzasadniającymi swoją niezbędność.

Bezsensowna i opresyjna biurokracja, szkodząca całemu społeczeństwu, nie musi wynikać ze spersonifikowanego w jakiejś osobie totalitarnego widzimisię. Zazwyczaj wyrasta z konfliktu interesów pomiędzy nieliczną, ale mocno zainteresowaną grupą, a większością, która ma mniejszą motywację, żeby się temu oprzeć i dla świętego spokoju za to płaci, jeśli opresja nie przekracza granicy wytrzymałości. Konfliktu zawsze wygrywanego przez tę mniejszość, wywalczającą sobie podniesienie podatków i utrzymywanie ich pod przymusem przez podatki innych. Ministerstwo Kolonii rosło, choć wszystkie niemal dostały niepodległość. Społeczeństwo im płaciło coraz wyższe pensje. To był konsensus?

„sposób jej introdukcji i nauczania, na ogół nie podlega żadnej dyskusji. Trzeba ją maksymalnie strywializować”
„Nieszczęściem nauczyciela jest najczęściej nie durna pp, ale METODA, od której nie jest w stanie uciec, bo jest nią osaczony”

Oczywiście. Tyle, że podstawy programowej nikt nie musi trywializować. Już jest strywializowana na maksa. Odgórny system szkolny (pp plus zadania egzaminacyjne CKE) narzuca trywializację wszystkiego i sprowadzenie treści do bezmyślnego wykucia na pamięć oderwanych od siebie wzorów i formułek, w czym historyjki i mnemotechniczne wierszyki akurat są nie gorsze, a może odrobinę lepsze, niż wkuwanie całkiem na sucho. Większość dzieci nie jest zainteresowana zrozumieniem, większość rodziców też nie, a jeśli jest, to tłumaczy swoim dzieciom to sama, a większość nauczycieli nie jest zdolna do dydaktyki opartej na rozumieniu. Mleko, znaczy woda z wanny Archimedesa, już się wylało… Jeśli więc za ostateczny cel działania przyjmujesz to, by dziecko zdało egzamin gimnazjalny/maturę i nie podważasz jego głupoty, to METODY są skuteczne choć trochę. Będą przynajmniej znać imiona Chochoł i Archimedes. To im pomoże pomóc zdać, bo egzaminy opierają się na wyłapywaniu słów kluczowych, a nie na oczytaniu i rozumieniu.

„Totalitarne jest więc bardziej samo nadrzędne, „nowoczesne podejście”, operujące grą pozorów, szafujące podmiotowością i mamiące z nazwy niewymienionym socjalizmem, niż państwowy ustrój szkoły”
Nie zgodzę się. Choć, oczywiście, podzielam uwagi o grze pozorów, etc.
Totalitarny może być wyłącznie przymus państwowy. Najgorszy idiotyzm, oddziałujący z jego własnej woli na konkretnego człowieka nie jest totalitaryzmem. Jest tylko idiotyzmem. „Nowoczesne podejście” ma rację bytu wyłącznie w oparciu o bagnety (Urzędy Skarbowe i opiekę społeczną). Nikt, kto nie musiałby posyłać pod groźbą kary dziecka do jakiejś szkoły, a pieniądze na jej funkcjonowanie byłyby już ściągnięte z niego, nie wynająłby z własnej woli postmodernistycznej hipokryzji. Babysitterka byłaby tańsza.
Postmodernizm może funkcjonować wyłącznie na koszt podatników – bezpośrednio z podatków, przepisami wymuszając płacenie, albo formalnie uzależniając inne elementy życia od posiadania kwitka z pieczątką „matura”.

Wobec istnienia państwowego przymusu jest to dyskusja o wyższości dżumy nad cholerą, albo o tym, czy w sowieckiej opresji gorsze było UB czy ideologia Karola Marksa. A bez przymusu tej gry pozorów by nie było, lub tylko śladowa.

„Malejące potrzeby intelektualne są wygodne i biologicznie ekonomiczne”
„(O)światowa świetlica nieuświadomionym sposobem na łagodzenie konfliktów społecznych?”

Masz pełną rację. Są wygodne dziś, bo jeszcze w Oświeceniu nie były – wtedy dobra edukacja i poziom intelektualny gwarantowały ponadprzeciętny poziom życia i większą przeżywalność. Ale cóż – nastał egalitaryzm i rozwarstwienie zarobków zmalało i bezpieczeństwo socjalne niedouczonych ludzi wzrosło. Nie ma już po co tracić czasu i wysiłku na uczenie się. Szanse reprodukcyjne gamoń ma nie mniejsze, niż wykształcony człowiek. Sukces w sferze publicznej przestał też być skorelowany z wykształceniem. Wzorcem do naśladowania jest dziś Ronaldinho, a nie Higgs.
Zgłupienie społeczeństwa jest nieodłączną ceną za spłycenie rozwarstwienia opartego o intelekt.

„Czy od Orwella nie ma ucieczki?”
Nie ma… Nie tylko od Orwella. Hiszpańska Inkwizycja też była efektem konsensusu społecznego, jeśli już tak to określiłeś ;) Każdemu to pasowało, byle to nie jego torturowali, tylko jakiegoś przemądrzałego Żyda.

Jest takie opowiadanie Stanisława Lema: „Opowieść pierwszego Odmrożeńca”
W edukacji mamy to samo od lat, co u Lema było aluzją do soc-realizmu, ale też obserwacją wszelkich totalitaryzmów: wszyscy poszukują pozornej recepty, jak uzdrowić i naprawić filharmonię i doprowadzić do tego, żeby Harmonia Sfer brzmiała pięknie, a każdy nabiera wody w usta i udaje, że istnienie Goryllium, terroryzującego wszystkich, nie ma miejsca.
A któż to widział, żeby komissye i doktorzy hab. cich., i uczone ekspertyzy, i rewidenci, i kontrrewidenci, i mikroskopy na kopy, a nikt nic, ni pary z gęby, jeno w kucki a w kucki? To ja tu teraz powiadam Veto, Grólu Zbawnucy, i Veto, panowie bracia, i Veto, czyli nie masz zgody na ciebie, Kąciarzu Bezecny, i póki ciebie, tedy tu g… będzie, nie Harmonia Sfer!!!

Podziel się ze znajomymi

8 komentarze do “O szkolnym przymusie

  1. Oj, rozumiem cię doskonale. Nie zamierzałem szukać tu, czy usprawiedliwiać mniejszego zła (w żaden sposób nie broniłem żadnej podstawy programowej), a jedynie zwrócić uwagę na to, że choć „metody” nikt z nami nie konsultował, to nie wynikła ona przecież z żadnej czerwonej książeczki Robinsona, czy innego kopernika, tylko z odpowiednio obrobionego produktu, którego spora część podpada pod badania i dociekania naukowe. To, że często są one wypaczane lub pożytkowane wybiórczo nie oznacza jeszcze, że są antydemokratyczne. Wręcz przeciwnie, to demokratycznie podjęta, wynikła z odpowiednio spreparowanych, metodycznych dociekań uchwała Rady Europy odpowiada za metodyczną klęskę w postaci obowiązującej CLT lub jej klonów, metody doskonałej, ale zupełnie nieadekwatnej do realiów 80% szkół europejskich. Niestety, pomyłka okazała się chwytliwa ideologicznie, a ideologia jest najlepszą pożywką przymusu. I tak pozytywny, fragmentaryczny przyczynek stał się intelektualną modą, a ta wkrótce obowiązującą mantrą. To dlatego uważam, że podstawa programowa jest wtórna do ideologii, która sama w sobie wcale nie musi mieć totalitarnych, czy choćby podejrzanych korzeni.
    Proces ten idealnie zresztą podpada pod to co piszesz dalej: „Bezsensowna i opresyjna biurokracja, szkodząca całemu społeczeństwu, nie musi wynikać ze spersonifikowanego w jakiejś osobie totalitarnego widzimisię. Zazwyczaj wyrasta z konfliktu interesów pomiędzy nieliczną, ale mocno zainteresowaną grupą, a większością, która ma mniejszą motywację, żeby się temu oprzeć i dla świętego spokoju za to płaci, jeśli opresja nie przekracza granicy wytrzymałości.” Będę się jednak upierał, że nawet zwykły, niewinny idiotyzm może być totalitarny jeśli na sztandar weżmie go właśnie odpowiednio silna lub bezczelna grupa nacisku, bo wtedy łatwo staje się narzędziem przymusu. Można oczywiście dowodzić, że narzucenie faszyzującej szkoły wyznaniowej jest bardziej niebezpieczne, niż dekret ordynujący obowiązek oglądania Ludwików, czy biegania po lesie w poszukiwaniu matematycznego natchnienia, ale mechanizm stojący za obydwoma jest podobny. A zaczyna się zawsze od szlachetnej idei…

    • I jeszcze jedno. Mimo opresyjnej bzdury pp, nie doszło jeszcze do tego, by nauczyciel był realnie rozliczany ze sposobu, czy maniery w jakiej zrealizował wytyczone w niej cele (oczywiście jedynie ze względów technicznych). Skuteczność przede wszystkim ;) . Tymczasem niewinny, miękki, wynikający z ideologii i ogólnego klimatu dyktat, w postaci przerostu formy nad treścią, jest na co dzień dużo bardziej odczuwalny. Nawet bzdurę, przy pewnej dozie gimnastyki można jakoś starać się naprostować, z ideologią wygrać może tylko inna. Ta, która mi odpowiada, nie ma na to najmniejszych szans…

  2. „Mimo opresyjnej bzdury pp, nie doszło jeszcze do tego, by nauczyciel był realnie rozliczany ze sposobu, czy maniery w jakiej zrealizował wytyczone w niej cele”
    Tak! Pod warunkiem realizowania celów. I muszę z całym obrzydzeniem przyznać, że mnomotechniki, scenki i inne pierdoły w realizacji celów zdefiniowanych przez CKE i pp sprawdzają się na masową skalę lepiej, niż sensowne uczenie. Nauczyciel jest rozliczany z tego, czy jego uczniowie zdają dobrze egzamin gimnazjalny/maturę/test szóstoklasisty (czy jak to będzie wyglądać po likwidacji gimnazjów). Jeśli jest rozliczany nie z ich intelektu, tylko z tego, czy pamiętają, że kula to $\frac{4}{3}\pi r^3$, to mnemotechnika dla bezmyślnego zapamiętania tej formułki, połączona z czymś przyjaźnie wytwarzającym dopaminę i chwilą treningu w pisaniu greckiej literki $\pi$ (Boże uchował przed nauczeniem ich całego greckiego alfabetu), najlepiej okraszona powiewającym podczas biegu penisem Archimedesa, jest najskuteczniejszą metodą, by większość to zapamiętała. Nie są rozliczani z tego, czy nieliczni wygrają olimpiady – poza elitarnymi szkołami na olimpiady nastawionymi. W szkole masowej są rozliczani z tego, czy najdurniejszy i najoporniejszy Jasio pamięta tabliczkę mnożenia. Więc nie uczą przygód intelektualnych, tylko mnemotechnik dla opornych matołów. Przynajmniej ogromna większość tak robi. I jest to racjonalna strategia. I – w gruncie rzeczy – dobre dziaanie. Primum non nocere. Jeśli mają zapamiętać głupoty, to niech to zrobią bezboleśnie.

    Nie można dyskutować o „metodach” w oderwaniu od podstawy programowej, wymogów egzaminacyjnych i REALNEGO celu jakim nie jest formacja intelektualna, tylko wynik egzaminacyjny. Bzdety i „metody” działają lepiej, niż idealistyczne próby uczynienia intelektualistów ze wszystkich. Podejście intelektualne ma sens tylko w stosunku do chętnych, a nie ofiar przymusu, szukających przetrwania minimalnym kosztem. Przerost formy nad treścią wydaje mi się zupełnie naturalną konsekwencją próby realizowania idiotyzmów pozbawionych treści, jednocześnie zachowując przyjazność i delikatność.
    To, co mnie w tym brzydzi, to jest hipokryzja, że to ma kogoś czegoś nauczyć, że to służy jego „edukacji” i „rozwojowi”. Nie! powiedzmy to jasno i wprost: służy przebrnięciu przez egzaminy szkolne i niczemu więcej.

  3. „I muszę z całym obrzydzeniem przyznać, że mnomotechniki, scenki i inne pierdoły w realizacji celów zdefiniowanych przez CKE i pp sprawdzają się na masową skalę lepiej, niż sensowne uczenie.” – Ależ absolutnie. Mówiłem już, że znaleziono metodycznego Graala dla ameby. Metodyka ma kompleks masowości: Jeśli nie daje się „sprawiedliwie” uczynić wszystkich mądrymi, to niech
    chociaż sprawiedliwie pozostaną amebami. Cieszmy się trofizmami.

    „Jeśli mają zapamiętać głupoty, to niech to zrobią bezboleśnie.”/”Przerost formy nad treścią wydaje mi się zupełnie naturalną konsekwencją próby realizowania idiotyzmów pozbawionych treści, jednocześnie zachowując przyjazność i delikatność.” – No i tu niestety padasz ofiarą edukacyjnej mitologii. W tym nie ma żadnej przyjazności, ani delikatności. Jest za to wyniosła pobłażliwość, lekceważenie, szantaż i zawoalowana tresura, lub, w nieco lepszym układzie, neoficka naiwność, nuda i nieskuteczność. Bezboleśnie traktowane są ameby cwane lub bogate. Nie popadając w skrajności, wyobraź sobie, że masz wysiadywać na wykładach prowadzonych po chińsku i czuć się zachwycony krawatem prelegenta. Jesteś też nagradzany świętym spokojem w przypadku zapamiętania przypadkowej, nieco wyraźniejszej lub częściej powtarzanej frazy. Cała różnica między takim przypadkiem, a dwunastolatkiem słuchającym wyjątków z Wesela polega w większości przypadków na ilości zapamiętanych fraz i pojęć bez konieczności łączenia ich w związki przyczynowe. Czy to dziwne, że jedyną rzeczą przyswojoną z takiego słuchowiska jest jakiś neurodydaktyczny szpagat wykonany przez prelegenta? Co w tym przyjaznego? Że nie biją? W iPhona patrzeć nie dają, pogadać też nie można. Coś tam mówią i każą się zachwycać. Śmiesznie gadają i wyglądają, ale nawet rozrywka szybko się nudzi jeśli się nie rozumie kontekstu. No to ameby zaczynają rozrabiać. I jakie wnioski wyciąga z tego organizator imprezy? W przyszłym roku ma być więcej kolorów i szpagatów. Przyjaźnie.

    „Nie można dyskutować o „metodach” w oderwaniu od podstawy programowej…” – Chciałem jedynie zaznaczyć, że regulamin jest pochodną klimatu, w którym powstał, a nie odwrotnie. To jasne, że tło i detal należą do tego samego obrazu. Nie chodzi mi o to, żeby zmienić klimat na inny, bo co wtedy robić z amebami, którym teraz wręcz odmawia się prawa do bycia amebą w imię dobrego samopoczucia odmawiających. Dobrze byłoby jednak, żeby ten klimat był bardziej zróżnicowany…

    „To, co mnie w tym brzydzi, to jest hipokryzja, że to ma kogoś czegoś nauczyć, że to służy jego „edukacji” i „rozwojowi”.” – Jak każdego, kto nie przeszedł „klimatycznego” prania mózgu…

  4. ” niech chociaż sprawiedliwie pozostaną amebami. Cieszmy się trofizmami.”
    Właśnie o tym piszę — CKE wymaga na egzaminach gimnazjalnych i maturach właśnie trofizmów. Języki obce są pewnym wyjątkiem – tu nie da się iść z hipokryzją aż tak daleko jak w matematyce, fizyce, czy historii. Wymagane są trofizmy na poziomie ameb, to rozsądną strategią działania nauczyciela, rozliczanego z wyników egzaminacyjnych, a nie poziomu intelektualnego dzieci, jest tworzenie ich.
    Zwłaszcza, że jest rozliczany nie z najlepszych, tylko z liczby oblewających nawet tak prymitywne egzaminy — egalitaryzm na poziomie ameby jest wytworem systemu, rozliczającego i nauczycieli z ich pracy i uczniów ze zdawania testów na poziomie ameby, a nie widzimisię nauczycielskiego.
    Użyję często przez Ciebie przytaczanego argumentu: „Modna metodyka” nie jest wymysłem i inicjatywą nauczycielską, tylko odpowiada na ich potrzeby – pozwala żyć w hipokryzji robienia czegoś sensownego, nie wytwarza za dużo wyrzutów sumienia, że męczą bardzo dzieci i w stosunku do skupieniu się na kilku mądrych i chętnych daje nauczycielowi lepszą ocenę przez przełożonych.

    „W tym nie ma żadnej przyjazności, ani delikatności. Jest za to wyniosła pobłażliwość,”
    No nie, bez przesady. W warunkach przymusu właśnie „pobłażliwość” staje się „przyjaznością”. Oprawca, który nie bije mocno i niewiele wymaga jest „przyjaznym oprawcą”, w przeciwieństwie do sadysty na równoległej pozycji.
    „przyjazność”, jeśli ją traktować literalnie, jest oczywistym oksymoronem wobec istnienia przymusu — czy poganiacz niewolników może być wobec nich „przyjazny”?
    Jednak poziom opresji w porównaniu do pruskiej szkoły z przełomu XIX/XX wieku, z biciem linijką po łapach, ciągnięciem za uszy, klęczeniem na grochu i zamykaniem dziecka w „kozie” jest tu zdecydowanie mniejszy. I piewcom „nowoczesnej pedagogiki” nie mogę odmówić łagodności i pobłażliwości większej, niż powszechna 30 czy 100 lat temu. Słuchanie głupawych historyjek i odgrywanie scenek z Ludwikiem jest niewątpliwie przyjemniejsze, niż wymóg uczenia się na pamięć wierszy Broniewskiego, co jeszcze miało miejsce w moich czasach. Wyniosła pobłażliwość jest lepsza, niż brak jakiejkolwiek.

    „wyobraź sobie, że masz wysiadywać na wykładach prowadzonych po chińsku i czuć się zachwycony krawatem prelegenta. Jesteś też nagradzany świętym spokojem w przypadku zapamiętania przypadkowej, nieco wyraźniejszej lub częściej powtarzanej frazy”
    Tak właśnie sobie to wyobrażam! Święty spokój jest jedynym, czego mogę oczekiwać od przymusowej instytucji! By dała mi święty spokój za minimalną, możliwą w narzucającym ten przymus systemie, cenę.

    „dwunastolatkiem słuchającym wyjątków z Wesela polega w większości przypadków na ilości zapamiętanych fraz i pojęć bez konieczności łączenia ich w związki przyczynowe.”
    Tak, oczywiście, o tym piszę tu od kilku lat. Tyle, że łączenie w związki przyczynowe nie jest widzimisię nauczycieli (poza Wallenrodami), tylko jest narzucone przez podstawy programowe, wymogi CKE i system PISA. Ten brak powiązań przyczynowych nie jest wynikiem „metodyki” tylko celów i wymagań. Celów nie stawianych przez nauczycieli i metodyków, tylko przez CKE i PISA, a opisanych w podstawie programowej.
    Nie możesz oczekiwać niczego innego od osób afirmujących i realizujących pp i wymogi CKE/PISA .

    „Co w tym przyjaznego? Że nie biją?”
    Tak właśnie! Złagodzenie egzekucji przymusu. To duży postęp – jak dzisiejsza policja jest przyjaźniejsza niż peerelowskie ZOMO. Klawisz nie używający pałki jest lepszy, niż klawisz bijący więźniów. Nauczyciel ustawiający idiotyczne scenki z Ludwikiem jest lepszy, niż każący się uczyć na pamięć wierszy, które mnie nie obchodziły, ale uczenie się ich na pamięć było przykre, co dotąd pamiętam. Nauczyciel podpowiadający mnemotechnikę dla zapamiętania idiotyzmu jest przyjaźniejszy od wmuszającego ten sam idiotyzm zapamiętywania na sucho tych samych formułek. A formułki do zapamiętania nie są wytworem nauczycieli, tylko CKE i twórców pp, mającymi sankcję państwową.

  5. „Języki obce są pewnym wyjątkiem – tu nie da się iść z hipokryzją aż tak daleko jak w matematyce, fizyce, czy historii.” – Oj, zdziwiłbyś się. Od czego miękkie kompetencje? Skoro można docenić za kropkę, można w ogóle uważać komunikację za ciąg trofizmów.

    „Wyniosła pobłażliwość jest lepsza, niż brak jakiejkolwiek.” – Nie, no jasne, ale przecież tę „rewolucję kopernikańską” ćwiczy się już ponad 50 lat. Jak nikt doceniam postęp i śmieszą mnie utyskiwania na powolność „rewolucji”, nie pojmuję jednak uzgodnienia jej celów ze strzałką entropii – to coś nowego w rozwoju społecznym.

    „Ten brak powiązań przyczynowych nie jest wynikiem „metodyki” tylko celów i wymagań. Celów nie stawianych przez nauczycieli i metodyków, tylko przez CKE i PISA, a opisanych w podstawie programowej.” – Chyba mówimy o cokolwiek różnych rzeczach. Dla mnie łańcuch przyczynowo skutkowy wygląda tak:
    klimat ogólny, zmiana postrzegania człowieka, dziecka, etc. > zainteresowanie/nowe trendy w psychologii, pedagogice, metodyce > badania, eksperymenty, prace naukowe > rzeczywistość postmodernistyczna > brak konkluzji, przyzwolenie na nieokreśloność, miałkość i nijakość w „nauce” popularnej > zaanektowanie jej przez grupy nacisku w takim, czy innym celu > „badanie” opinii > ekscytacja demosu > tworzenie instrukcji i podstaw „romiących demosowi dobrze > poszukiwanie dla nich „naukowego” podparcia i uzasadnienia > zaanektowanie wybranych, wygodnych elementów i odrzucenie niewygodnych > wykorzystanie „pożytecznych idiotów” > „nowy” paradygmat > preparacja metod > gotowe podstawy i podręczniki > aplikacja metod

    Koniec końców, przymus podstaw programowych jest pochodną chciejstwa, które u podstaw może nawet być demokratyczne, ale doskonale wiemy, że nie jest to system doskonały – ideologia nadal rządzi tłumem, który demokracji nie rozumie i wcale za nią nie tęskni dopóki nie zabiorą pięciu stów…

  6. Pewnie, języki też są dotknięte idiotyzmem, zwłaszcza egzaminacyjnym — i to nie jest wymysł nauczycieli kochających miękkie kompetencje, tylko odgórna państwowa regulacja CKE. Ale nie udało im się tak całkiem uwolnić spod zdroworozsądkowej weryfikacji — nawet ktoś, kto sam nie zna języka, potrafi ocenić, czy jego dziecko rozumie, czy nie. Są tylko dotknięte — jednak większość treści z podręczników ma zdroworozsądkowy sens. W przeciwieństwie do treści matematyki czy fizyki, z których nie zostało absolutnie nic — wyłącznie bzdet i ogłupianie.

    „klimat ogólny, zmiana postrzegania człowieka, dziecka, etc. > zainteresowanie/nowe trendy”
    Możemy więc leksykalnie się spierać: czy klimat ogólny, dopuszczający przymus państwowy (i prowadzący do jego uchwalenia) wobec rodziców i dzieci, wymuszający egalitaryzm „równania walcem” jest już totalitaryzmem, czy tylko totalitarną tendencją, czy czymś jeszcze innym.

    Zwracam też uwagę, że to nie podstawa programowa i wymogi CKE są tworzone na podstawie podręczników, tylko podręczniki i metodyki, na podstawie pp i wymogów CKE.
    Tak, jak przed wojną wydawano debilne bryki, będące odbiciem szkoły wyśmiewanej przez Gombrowicza. Który jednak miał to szczęście nie dożyć do dzisiejszej…

    • Widać zwróciliśmy uwagę na odmienne etapy procesu… Oczywiście, że podręczniki są narzędziami podstaw i wymogów. Klimat totalitarny w edukacji to chyba za duże słowo, ale jak się zdaje, rodzaj ludzki ma znacznie większe inklinacje do zamordyzmu, niż demokracji. W pewnym sensie, można dowodzić, że każda idea może być i najczęściej bywa wypaczana, i że „dobrymi chęciami” brukuje się wszelkie drogi do dyktatur – i tych dużych, i tych zupełnie małych. Dyktatury zawsze wykorzystują „wolę” ludu. Wszystko, co nas spotyka jest nam aplikowane „na własne zamówienie”, które zostało odpowiednio spreparowane. Przecież wszystkie „koperniki” chcą dobrze i zdecydowana ich większość otrzymuje, czego pragnie – „więcej świetlicy”…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*