Oś Świata/Moja oś świata

Dlaczego Oni protestują? – Maciej Śliwa

07.04
2019

Maciej Śliwa

Dlaczego Oni protestują, przecież w zasadzie prawie nic nie robią…
Czyli parę myśli z notatnika dojrzałego nauczyciela.

Ile to razy słyszałem te słowa: 18 godzin, wakacje, ferie, przerwy świąteczne. W zasadzie po co oni są, gdy uczniowie mają i tak najwięcej samodzielnej pracy w domu, z rodzicami.
Na te słowa reaguję różnie. Różnie, bo różni są nauczyciele. Jak w każdym zawodzie są osoby wśród nas, które nie powinny go wykonywać. Osoby, które nie lubią dzieci i młodzieży, osoby, które nie są przygotowane do swojej pracy. I najgorsze: osoby, które nie reflektują swoich działań. To przez takie nauczycielki/nauczycieli sam czasem frustruję się, złoszczę, wściekam na system edukacji.

Ale, jak w krzywej Gaussa, wiem, że takich jest mniejszość. I że jest pracująca nad sobą większość. I, w końcu, są Ci, którzy zasługują na podziw – nauczyciele „refleksyjni praktycy”.
Im chcę poświęcić parę swoich myśli, a zarazem pokazać ciekawym pedagogicznej kuchni, o czym musi rozmyślać nauczycielka/nauczyciel, gdy zastanawia się, jak przygotować dobrą lekcję. I myśląc o tych osobach, chcę Was poprosić o zrozumienie, ile pracy trzeba włożyć w każdą poprowadzoną godzinę.

Oto mam opracować nowy temat. Przedmiot nieważny, w szkole biolog, geografka, historyk polonistka to nie są specjalistki/specjaliści od swoich dziedzin wiedzy. To mistrzynie i mistrzowie nauczania swoich przedmiotów i – co ważniejsze – osoby budujące proces samodzielnego uczenia się uczniów i uczennic.
Zaczynam od podstawy programowej. W jakim miejscu są moi uczniowie i uczennice? W jakim miejscu w teorii, a w jakim w praktyce? Co ma dołożyć do ich wiedzy, umiejętności i postawy realizowany za chwilę temat? Czyli buduję cele lekcji i kryteria sukcesu – odpowiadam na pytanie, jakie są moje oczekiwania i po czym poznam, że uczennice i uczniowie je zrealizowali. Gdy już znam swoje cele/kryteria, przychodzi czas na przełożenie ich na język osób nauczanych. Dobrze, gdy cele i kryteria wzbudzą emocje, zaskoczą, pokażą powiązania treści z praktyką. Lekcja bez celu, zrozumiałego dla nauczanych, jest jak okręt, który płynie, ale płynie nie znając portu przeznaczenia.

Po celach planuję, jakich użyć zadań edukacyjnych. Zadań, które spowodują, że zbuduję na lekcji kulturę zadawania pytań. Oczywiście nie moich, dobra lekcja to lekcja, gdzie przeważają pytania dzieci czy młodzieży. Zadania mają odpowiadać możliwościom osób, z którymi spotykam się w klasie. Za proste – obniżą motywację. Za trudne – obniżą motywację. A kłopot w tym, że w klasie są osoby o różnych możliwościach. Zaś ja mam budować motywację wszystkich – tą prawdziwą, wewnętrzną, która nie ma prawie nic wspólnego z uzyskiwanymi ocenami.

Pomoże mi tu strategia wzajemnego uczenia się uczniów, budowanie sytuacji, gdy pracują w parach, większych grupach, czują odpowiedzialność i za siebie, i za koleżanki/kolegów. Jakich więc użyć metod czy technik? Miniprojekty lekcyjne? Metaplan? Praca metodą składanki eksperckiej? I wiele innych możliwych działań. Co wybrać?
Oczywiście, w pamięci mam wiedzę, że jednym z głównych oddziaływań w edukacji jest budowanie własnej świadomości uczenia się w każdej młodej osobie, z którą pracuję. Warto więc być gotowym na pokazywanie im mojej pedagogicznej „kuchni”, tłumaczenie, co i dlaczego w tym momencie robimy, co osiągniemy pracując w ten sposób.

Co dalej – kolejny element to informacja zwrotna. Uczennice i uczniowie, w grupie i indywidualnie, muszą wiedzieć, co robią dobrze, co już opanowali. Z tym, gdzie maja braki – o tak – to niestety przychodzi nam za łatwo im przekazywać (a czasami tylko to robimy). W pożądanej informacji zwrotnej dodajemy jeszcze element o tym, czego powinni jeszcze się nauczyć. A tym, którzy maja z tym problem, oprócz tego „co”, musimy jeszcze wytłumaczyć „jak” to mają zrobić.
Tak wiec zaplanowałem lekcję, spojrzę jeszcze, tak dla sprawdzenia, czy to co zaplanowałem spowoduje, że zapamiętają. Zapamiętają – odetchną niektórzy i zakończą tu refleksję.

Ale „refleksyjny nauczyciel” musi iść dalej – zapamiętać to mizerna i nietrwała wartość nauczania i uczenia się w szkole. A zrozumienie? A umiejętność zastosowania w praktyce? A analiza zjawiska? A dokonanie syntezy? A stawianie własnych, udokumentowanych argumentami ocen zjawisk? To coraz wyższe poziomy budowania świadomości procesu uczenia się przez każdą uczennicę i każdego ucznia.

Świetnie – mam więc lekcję, z której zaczynam być dumny. Teraz przeszukam swoje zasoby, Internet i szkolne szafy w poszukiwaniu potrzebnych pomocy naukowych, przygotuję niezbędne materiały.
I wypływam z pokoju nauczycielskiego do klasy z kolejną ważną myślą – Czym mnie dzisiaj zaskoczą? Co spowoduje, że zamiast realizować mój program, będę od niego odchodził, by reagować na ich pytania i zawarte w nich ciekawość, lęki, stereotypy. Gdzie uznam, że dla budowy postawy ważniejsza jest rezygnacja z realizacji treści związanych z wiedzą, co zmodyfikuję, gdy moje refleksje okazały się, jak nie raz, nietrafionym założeniem.

To wszystko włożę w ramy 45 minut, z czasem odjętym na obowiązki administracyjne, z chwilą, tak ważną, na rozmowy przypominające, że „oni” są tu w roli uczniów i uczennic. ale to przede wszystkim ludzie, wchodzący na lekcje ze swoimi troskami, lękami, radościami, zmęczeniem…
Tak działają nauczycielki i nauczyciele, które i którzy są dla mnie wzorami. Gdzie sam jestem na tej pedagogicznej drodze? Najczęściej odpowiadam sobie, że jestem świadom swojej niekompetencji. Po prawie 27 latach w zawodzie nauczyciela wiem dobrze, co chcę poprawiać. I frustruję i raduję się, gdy na przykład poprawa kartkówki, kiedyś z postawionym tylko stopniem, teraz, po chęci wprowadzania informacji zwrotnej, zmienia się w satysfakcjonującą, niemniej trwającą 2-3 godziny pracę w nocy.

Albo jeszcze inaczej – od paru miesięcy nic nie poprawiam, nie piszę informacji zwrotnych, nie przygotowuję zajęć. Tak, wiem, kolejny wobec mojego środowiska zarzut – byczę się na rocznym urlopie dla poratowania zdrowia. Byczę się, wyleguję i zakończyłem właśnie drugą terapię związaną z chorobą, z którą zaprzyjaźniłem się, szczególnie od czasu, gdy zapadła decyzja o zniszczeniu mojego gimnazjum. Z taką chorobą o ładnej nazwie neurastenia.

Dziękuję Ci, jeśli doczytałaś/doczytałeś do tego miejsca. I jeszcze tylko wytłumaczę Ci, dlaczego napisałem ten post. Bo pojechałem dziś do szkoły, posłuchałem koleżanek, co myślą o tym, co teraz się u nas dzieje. Powspominaliśmy, jak dwa i pół roku temu część z nas chciała protestować, bo inaczej, za dwa lata, połowy z nas nie będzie już w naszej szkole. I dzisiaj wspominałem tych, połowę grona, których faktycznie nie ma. Choć w pokoju ludzi jakby jeszcze mniej, bo przecież pracują w dwóch lub trzech szkołach… Tak więc sobie jeszcze tylko zagłosowałem w referendum i wróciłem, w refleksyjnym nastroju, do domu…

PS Tak często zapominamy, skąd pochodzą słowa…
Educo, educare – wychowywać, opiekować się…
Ale pamiętajmy, że jest też educo, educere… Poniższe zdjęcie pokazuje jego znaczenia. Ja lubię szczególnie to ostatnie, oznaczające, że w edukacji zabieramy, w jakąś ekscytującą podróż, razem siebie, uczący i nauczani (choć czasem nie wiadomo, kto kim).

 

Dodaj komentarz

avatar