avataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Moja oś świata
Zaloguj się

Balon – Przydatność

31.01
2018
Celem szkoły jest przygotować człowieka do dorosłego życia. Skonfrontujmy to z programem szkolnym. Eksperci ustalili, czego mamy uczniów uczyć w szkole. Jeśli po latach zastanowimy się, co z tego, czego nas uczono, przydaje się nam dziś, to konkluzja będzie druzgocąca. Ale ten balon – „szkoła uczy potrzebnych rzeczy” – ma się całkiem dobrze.

Uczono nas od pokoleń niepotrzebnych rzeczy i my też to robimy. Ufamy ekspertom i podręcznikom. Eksperci mówią: „Każdy wykształcony człowiek musi to wiedzieć!”. A balon fruwa, bo sami widzimy, że wielu z nas czegoś nie wie i żyje całkiem dobrze. Wystarczy prześledzić losy znanych ludzi i od razu widać, że nie stali się wielcy z powodu dobrego kształcenia w szkole. Znamy też argumenty typu: „Jeśli tego teraz nie pozna, to nie da sobie rady na studiach”. Ale przecież nasz uczeń nie będzie studiował wszystkiego, tylko pewien zakres wiedzy na wybranym wydziale i jeśli umie się uczyć, to sam znajdzie potrzebne mu informacje. Zastanówcie się, komu z Was w życiu przydały się np. logarytmy, znajomość lewych dopływów Wisły, albo układu krwionośnego żaby?! Pewnie pomyśleliście, że coś ze mną nie tak. Uczyłam przez wiele lat logarytmów i to niezależnie, czy moi uczniowie wybierali się na studia techniczne, czy humanistyczne. Może od tego pustego balonu w głowie mi się pomieszało? Gdybym zaprzestała uczenia logarytmów, to konsekwencje byłyby dla mnie okropne – musiałabym odejść ze szkoły, bo przecież nauczyciel nie może zastanawiać się, co jest przydatne, on ma uczyć tego, co zatwierdzili specjaliści.

Na początku mojej kariery zawodowej uczyłam przez 12 lat studentów na Politechnice Warszawskiej, dopiero potem zaczęłam uczyć w szkole. Jednym z tematów moich lekcji było twierdzenie sinusów i cosinusów. Pochyliłam się nad tym i z przerażeniem zauważyłam, że nie wiem, o czym te twierdzenia mówią. Prawdopodobnie nie było mnie w szkole, gdy uczniowie przerabiali te twierdzenia, a jednak udało mi się zdać egzamin na matematykę, skończyć studia, a nawet uczyć studentów matematyki. Pewnie powiecie: „miała szczęście!”. Oczywiście tak, ale jakoś udało mi się żyć szczęśliwie bez tego twierdzenia, podejrzewam, że większość z Was już go teraz nie pamięta. W dobie internetu z łatwym dostępem do informacji, powinniśmy stawiać na umiejętności kluczowe (balon 3), a nie na realizację programu.

Ten balon jest naprawdę zadziwiający. Czy próbowaliście kiedyś rozwiązać egzamin np. gimnazjalny? Ja próbowałam i dobrze mi idzie tylko z matematyki, pozostałych części bym nie zdała. Powiecie – „To się zapomina.”. I macie rację, ale może warto uczyć tego, czego się nie zapomina, bo się przydaje. Matematyka jest bardzo dobrym przykładem, bo jest „gilotyną” na różnych egzaminach – zawsze można wymyślić takie zadania, aby prawie nikt nie zdał. I jak tu lubić szkołę, jeśli uczą w niej niepotrzebnych i nieciekawych rzeczy?

Jak ciężko mają nauczyciele, którzy muszą się zmieścić pomiędzy obowiązkiem, a potrzebą.

Podziel się ze znajomymi

26 komentarze do “Balon – Przydatność

  1. Pytanie tylko, czy “przydatność” jest balonem mniej jasnym, niż “przygotowanie do dorosłego życia”.

    Literalnie potrzebne nie jest nic, poza powietrzem do oddychania. Nawet bez obiadu zjedzonego w szkole nikt by specjalnie nie ucierpiał.
    Spróbuj zdefiniować co byłoby dziś potrzebne. Cokolwiek więcej, niż umiejętność czytania i pisania, bo tu (i tylko tu) można się zgodzić, że to fundament dla niemal każdego. Próbując na tym blogowisku zrobić taką listę, dodałem do tego jeszcze “mówienie po angielsku” – może nie jest to “potrzebne”, a tylko “przydatne”, jednak dla większości. Czytać i pisać i tak każdy nauczyłby się w domu, bo dziś już nie ma rodziców analfabetów. Już tabliczka mnożenia nie jest nikomu do niczego potrzebna, używałem jej zdecydowanie rzadziej nawet, niż logarytmów, czy twierdzenia sinusów. Skądinąd bardzo pięknego. Jego samodzielne udowodnienie jest bardzo pouczającą wprawką z geometrii. Ładne, pouczające i dające do myślenia, ale niepotrzebne.
    Tak samo, jak prawo Archimedesa niepotrzebne jest Wiesławowi. Ani dawanie do myślenia. Nie ma z tego żadnego pożytku.

    Czego więc szkoła udaje, że uczy przez 12 lat? Odrzucając każdą propozycję “potrzebne” (tu się przychylam, też uważam, że szkoła nie uczy niczego potrzebnego) trzeba być konsekwentnym i uznać, że szkoła nie daje nic i powinna samoograniczyć się do roli świetlicy. Albo zredefiniujmy szkołę, że wcale jej celem nie jest uczenie rzeczy potrzebnych, ale ma zupełnie inne cele. Tyle, że tych innych celów nie sposób podpasować pod konstytucyjny obowiązek pobierania nauki.
    Bez takiej redefinicji “potrzebne” okazuje się wyłącznie zapewnienie dzieciom opieki na czas, gdy rodzice są w pracy i nie mieliby z kim ich zostawić. Przydatne by było tylko, żeby zatrudniać opiekunki nie mówiące po polsku, a wyłącznie po angielsku. Zasługa dla wykształcenia dzieci ze strony niani z Ghany była stokroć większa, niż szkoły.

  2. Ruszyło mnie i sprawdziłem. Oczywiście dziś twierdzeń cosinusów ani sinusów nie ma w programie szkolnym, nawet na rozszerzonej maturze. Za wyjątkowo potrzebną, kluczową umiejętność matematyczną szkoła uważa wprawę w liczeniu ceny spodni przed przeceną, jeśli po przecenie kosztują ileś tam. W trochę mniejszym stopniu, ale też, za kluczowe i potrzebne każdemu szkoła traktuje dodawanie ułamków. Trygonometria tylko dla wybranych. Nie wykraczająca poza definicje funkcji i wzór na $ \sin 2 \alpha $ do zapamiętania.

    Balony “umiejętności kluczowe” i “rzeczy potrzebne” są tym samym – to synonimy.

    Oczywiście, że powiem, że “miałaś szczęście”! Ale nie dlatego, że przemknęłaś się przez studia nie znając twierdzenia sinusów, tylko dlatego, że studiowałaś w czasach, gdy zdawało się egzaminy wstępne, a nie przyjmowano na uniwersytet w oparciu o testy centralne. A wydział MIMUW zawsze miał te egzaminy wstępne dość rozsądne i raczej nie wymagał na nich pamiętania wzorów i ich podręcznikowych nazw.

  3. Choć nie uważam się za pierwszego naiwnego, przyznaję, że dość długo wydawało mi się, że szkoła jest czymś więcej, niż urzędem rozdającym świadectwa i pieczątki. Chyba dopiero będąc już nauczycielem zorientowałem się, że nie dość, że szkoła współczesna jest niemal synonimem świetlicy, to jeszcze istnieje spora grupa ludzi, którzy tą świetlicę chcą pozbawiać absolutnych resztek idei oświeceniowych, jakie się w niej jeszcze (choćby na papierze) ostały.

    W odkryciu tej przykrej dla mnie prawdy pomogło mi studium własnego przypadku. Zorientowałem się, że szkoła nie nauczyła mnie niczego, co w jakimkolwiek ujęciu mógłbym uznać za kluczowe lub choćby przydatne. Oczywiście, myśląc o medycynie (nie dzięki szkole, a lekturom i tradycji rodzinnej) wybrałem w liceum profil biologiczno-chemiczny. Ku swojemu zdziwieniu, stwierdziłem, że materiał, który, lepiej lub gorzej był mi znany (niespecjalnie dzięki wysiłkom nauczycieli, o co wcale nie mam do nich pretensji), jest jedynie bazą, na której można budować gmach wiedzy, zdobywanej na korepetycjach. W naiwności swojej, prawdę powyższą zignorowałem, co przypłaciłem niezdanym egzaminem (zabrakło mi chyba dwóch punktów). Nie przejąłem się tym zbytnio i chciałem zdawać ponownie, ale jakoś tak się stało, że obserwując pracę ojca (w rzeczywistości przedtransformacyjnej), zupełnie się do medycyny (a raczej jej przyziemnej, codziennej strony) zraziłem. O anglistyce i tym, czym zajmuję się dzisiaj, też nie zadecydowała szkoła (nigdy nie uczyłem się angielskiego jako przedmiotu (w podstawówce rosyjski, w liceum niemiecki, rosyjski, łacina), zdecydowanie bardziej The Beatles, Pink Floyd i Led Zeppelin, słownik Fundacji Kościuszkowskiej, który ciotka zostawiła wyjeżdżając do Anglii i artykuły w Scientific American.

    Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, by o taki stan rzeczy kogokolwiek obwiniać. Wręcz przeciwnie, szkoła to ogromne bogactwo doświadczeń, z którego niezbyt zdajemy sobie sprawę po latach. Choć osobiście rzadko poszerzała mi horyzonty, jestem wdzięczny ludziom, którzy pokazywali, że lepiej jest wiedzieć coś, niż nic. Choć jak się okazało, moje inklinacje były bardziej “humanistyczne”, niż “ścisłe”, jestem wdzięczny pani prof. Niedźwiedzkiej za konieczność opanowania wyprowadzenia wzoru na prędkość elektronu i panu prof. Artykiewiczowi za geometrię analityczną, która wybroniła mnie od poprawki w klasie trzeciej. Doceniam też wysiłki pani prof. Mordal, która z uporem darła mi rzeczy, które uznawałem za zeszyty i wpajała, że eseje to nie radosna twórczość, ale przede wszystkim fakty, które trzeba ubrać w słowa. Choć były to problemy, które szkoła sama urodziła, to wbrew dość rozpowszechnionym przekonaniom, uważam, że jej rolą jest właśnie produkowanie takich problemów. One budują człowieka, sprawdzają go w różnych sytuacjach, że o relacjach międzyludzkich ledwie wspomnę. Oczywiście dość płynna jest granica między sprawdzaniem, a nękaniem, o czym w swojej własnej pracy staram się pamiętać.

    Dziś uważam, że, z małymi wyjątkami, szkole pozostała już jedynie misja kulturotwórcza wśród “dzikich plemion”, które pewnych rzeczy z domu wynieść nie mogą. Gdyby jeszcze uczynić ją dobrowolną… A o pragmatyce, przydatności i umiejętnościach kluczowych radziłbym zapomnieć.

  4. Dziwi mnie założenie, że istnieje jakiś zestaw uniwersalny, wiedzy i umiejętności, którymi można obdarzyć każdego ucznia i który będzie on wykorzystywał do końca życia. Jest wiedza bardziej uniwersalna (składanie liter w słowa) i jest wiedza, którą wykorzysta 1% uczniów. Zadaniem nauczyciela nie jest nauczenie wszystkiego wszystkich, a pokazanie, że taka wiedza istnieje. Twierdzenie cosinusów i logarytmy, przytoczone w tekście są tego świetnym przykładem (nawiasem mówiąc ja korzystam z nich codziennie, z wyższej matematyki też). Większość społeczeństwa przeżyłaby dobre życie nie wiedząc, czym owo twierdzenie i logarytmy są, ale nie byłoby postępu i techniki, gdybyśmy nie nauczyli tego niektórych z uczniów. Których? Otóż nie wiemy tego, dlatego pokazujemy je WSZYSTKIM. I ten, który jest chętny, zainteresowany opanuje i być może wykorzysta, reszta zapomni. To jest w porządku, bo nie ma metody bardziej sprawiedliwej, nad danie szansy każdemu.
    Uczeń, który nie zobaczyłby matematyki bardziej skomplikowanej niż liczenie ceny spodni przed przeceną, nie miałby szansy na poznanie matematyki i zmierzenie się z nią, więc nie nadawałby się na studia. Skąd mielibyśmy brać fizyków, techników, tłumaczy, lekarzy itd., jeśli pozostalibyśmy przy fragmencie wiedzy użytecznym dla każdego?

    Spotkanie z nauczycielem, z innym dorosłym, zawsze rozwija i uczy, choć rzadko szkolnej wiedzy. Dla przykładu: każdy z państwa bardzo sprawnie posługuje się językiem polskim. Wynieśliście to z domu? Ja – ze szkoły.

  5. “Skąd mielibyśmy brać fizyków, techników, tłumaczy, lekarzy itd., jeśli pozostalibyśmy przy fragmencie wiedzy użytecznym dla każdego?”
    Finlandia, edukacyjny raj i niedościgły ideał, musi zatrudniać inżynierów i lekarzy z Polski, Niemiec, Litwy, czy nawet spoza EU – głównie z Rosji. Sama jakoś nie jest zdolna ich wykształcić. Przeglądam też xArchiv i jakoś nie widzę wśród autorów prac z fizyki ani jednego nazwiska brzmiącego fińsko. Choć z porównywalnej wielkości krajów, jak Holandia, Szwajcaria czy Izrael jest ich całkiem sporo.

    Polszczyznę mam zdecydowanie z domu. Rodzice w końcu przenieśli mnie do innej podstawówki, gdy zauważyli, że polonistka poprawiała mi w pracach domowych poprawne gramatycznie wypowiedzi na błędne. Choć była miła, sympatyczna i wprawnie “budowała relacje”.

    • > Polszczyznę mam zdecydowanie z domu.

      A moja babcia skończyła cztery klasy wiejskiej szkoły w nadbużańskiej wsi. Bazując na wiedzy wyniesionej z domu nie mogłabym być tam, gdzie jestem dziś. Gdybym gdzieś na swojej drodze nie spotkała doskonałego nauczyciela matematyki. A nawet kilku.
      A przecież popycham świat do przodu 😉 na styku makro- i mikroświata, czyli dziedzinie wymagającej doskonałej znajomości matematyki, fizyki i chemii. I owszem, sporo dziur musiałam zasypać sama, bo ze szkoły nie wyniosłam nawet bazy, ale nie oszukujmy się, gdyby nie szkoły, to nie wiedziałabym, że mam cokolwiek do zasypywania…

    • Ach i jeszcze, Finlandia. Pierwsza reforma edukacji to zaledwie lata siedemdziesiąte. Najstarsi uczniowie, którzy w całości uczyli się w zreformowanych szkołach są zaledwie koło pięćdziesiątki, trudno więc oczekiwać, żeby Finowie byli gromadnie wiodącymi fizykami świata. A lekarzy w Finlandii jest o 1/3 więcej (w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców) niż w Polsce, więc nie szalałabym z argumentami…

      • Większość publikacji naukowych tworzą ludzie w wieku trzydziestu-czterdziestuparu lat. To już by się załapali, gdyby fińskie szkoły i uniwersytety i wykształciły.
        Miałem okazję odwiedzić jakieś 10 lat temu centralę Nokii w Espoo koło Helsinek. Zdecydowana większość inżynierów to byli imigranci, w kafeterii więcej było słychać niemieckiego i angielskiego, niż fińskiego. A środowisko było zdecydowanie młode – już po reformach. Średnia wieku inżynierów raczej była poniżej 40. Chłopak z którym współpracowałem, znacznie młodszy ode mnie, powiedział mi, że liceum i studia kończył w Szwecji.
        Dużym zdziwieniem dla mnie była bierność poznawcza i brak krytycyzmu wśród uczestników technicznego seminarium. Co prowadzący mówi, to przyjmują na wiarę, nie tylko nie polemizując, ale nawet nie zadając pytań. W dyskusje z prelegentami wdawali się głównie Niemcy i Polacy.

        • > To już by się załapali, gdyby fińskie szkoły i uniwersytety i wykształciły.

          Ależ do tego trzeba tradycji uniwersyteckich. Wprawdzie uniwersytet w Helsinkach cieszy się wysokim miejscem na liście szanghajskiej, ale jak szybko sprawdziłam, dwóch noblistów, którym to zawdzięcza, pracowało tam ponad 60 lat temu.
          A widzę to choćby po swojej alma mater – gdzie są tradycje uniwersyteckie, tam jest nauka, gdzie jest wydział tworzony z potrzeby zawodowej, tam są wyłącznie pieniądze.

        • “do tego trzeba tradycji uniwersyteckich”
          O tym właśnie mówię. Jak na razie tych tradycji nie ma, a jedynie marzenia o nich i propagandowy mit o “cudownej fińskiej edukacji”. Wprawdzie nieskutecznej, ale cudownej i tak.
          Helsinki nie były na dalszej prowincji Rosji niż Wilno czy Warszawa. I opresja sowiecka była dużo łagodniejsza, niż w Polsce. Więc nie ma tu tłumaczenia dla tradycji univ.Helsinki gorszej, niż przedwojennej wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego (moja babcia…) czy dzisiejszej UW.
          Ale fińska edukacja ma PR, a polska nie. Choć to Polacy emigrują za inteligenckim chlebem do Finlandii, a nie odwrotnie.

    • Uczciwie muszę przyznać, że liceum też było trochę rozwijające. Na poziom większości nauczycieli z Gottwalda nie można było narzekać. Może nawet trochę polszczyznę mi to podszlifowało, nie tylko matematykę… Spotkanie z dorosłym nauczycielem bywa rozwijające – jednak tylko wtedy, gdy ten nauczyciel jest lepiej wykształcony niż rodzice czy babcia. Stąd drażni mnie tak bardzo mantra, że nauczycielom nie jest potrzebna wiedza merytoryczna, mają jej wystarczająco, ale koniecznie muszą rozwijać swoje “miękkie umiejętności”. Jeśli nie mają głębokiej wiedzy merytorycznej i erudycji, większej od dostępnej w domu, to rozmowa z nimi rozwijająca ani trochę nie jest, niezależnie od tego jak są zaangażowani, empatyczni i mili.
      Moja babcia miała magisterium uzyskane przed wojną, więc mam wyżej postawioną poprzeczkę.
      Już mnie męczy co to za pogranicze makro- i mikroświata. Mam absolutną pewność, że ciekawsze, niż przeceny spodni.Stąd i zapewne nadające się jako dobry punkt zaczepienia dla rozwijających dyskusji z młodzieżą.

      • > Już mnie męczy co to za pogranicze makro- i mikroświata.

        Fizyka statystyczna i modelowanie kawałków Wszechświata 🙂 Usiłuję powiązać własności pojedynczych cząsteczek (np. wody) z właściwościami mola (np. szklanki wody). Ciekawe? Owszem, dla bardzo nielicznych. Trudne? Piekielnie.

      • Oczywiście, że ciekawe! Dla nielicznych, ale i tak liczniejszych, niż zainteresowanych przeceną spodni.
        Gdyby nie było trudne, to by nie było ciekawe… Choć pewne idee daje się zazwyczaj opowiedzieć ciekawie bez wchodzenia w upiorne rachunki modelu.
        Jak choćby z tymi pojedynczymi cząsteczkami wody i wyjaśnieniem zagadki, dlaczego lód jest lżejszy od wody. To nawet gimnazjalista zrozumie wyjaśnione jakościowo. Życzyć im, by na swojej drodze spotkali ludzi, chętnych do pokazania im takich rzeczy. Niektórzy się wciągną na całe życie…

        Gratuluję!

  6. “Jeśli nie mają głębokiej wiedzy merytorycznej i erudycji, większej od dostępnej w domu, to rozmowa z nimi rozwijająca ani trochę nie jest, niezależnie od tego jak są zaangażowani, empatyczni i mili.” – Cały czas mam wrażenie, że oświata instytucjonalna jest, mniej lub bardziej świadomie, pomyślana jako proteza kultury niewyniesionej z domu. Jako taka nigdy nie będzie satysfakcjonująca dla ludzi protezy niepotrzebujących. Dopóki stawiała sobie za zadanie uczenie składania liter i eliminację krzyżyków pod dokumentami, o sukces było łatwo. Protetycy nie nadążają jednak z udoskonalaniem protez, których komplikacja musi rosnąć wraz ze światem za oknem. Ponadto, okazuje się, że ludziom niepotrzebne są wymyślne protezy, które ze względu na wielkość przestały być użyteczne. Prawdopodobnie, to właśnie czytanie, pisanie i świadomość dostępności wiedzy (jeśli nienabyte w domu) są wszystkim, czego potrzebuje od szkolnej edukacji ktoś, kto pragnie się rozwijać. Jak pisze pani Ala, za sprawą mądrych nauczycieli i wkładu własnego, a nie pedagogiczno-biurokratycznych czarów-marów.
    W pewnym sensie oświata zatoczyła koło, ale nie chce przyznać, że poza prymitywną alfabetyzacją i świetlicą nie jest zdolna nic zaproponować ludziom, którzy umiejętności kluczowe już zdobyli.

    • “Protetycy nie nadążają jednak z udoskonalaniem protez, których komplikacja musi rosnąć wraz ze światem za oknem.”
      Potrzebne protezy nie zmieniły się od setek lat. Średniowieczne trivium nadal wydaje się ideałem, z drobnym niuansem zastąpienia łaciny angielskim. I tu masowa oświata miałaby pole do popisu, bo pokolenie rodziców w większości angielskiego nie zna i pierwotna “alfabetyzacja” byłaby wskazana. Tu akurat muszę przyznać, że fińska szkoła sobie poradziła. Podobnie estońska, nawet jeszcze szybciej. W młodym pokoleniu niemal z każdym, nawet w małym miasteczku, da się porozumieć. Czego nie można powiedzieć np. o taksówkarzach we Francji. Polska masowa oświata nawet tej “protezy” nie jest w stanie dostarczać na masową skalę.

      • Trafiłam na ten portal, gdy poszukiwałam metod dotarcia do tej odrobinę starszej młodzieży. Jestem nauczycielem akademickim i matką, mam dwoje dzieci w podstawówce. Z ogromnym zainteresowaniem czytam przemyślenia tych ludzi związanych z oświatą, którym się chce czynić edukację lepszą. Ale komentarze pod tą notką są… proszę mi wybaczyć, przerażające. Cóż odkrywczego jest bowiem w stwierdzeniu, że szkoła, z założenia, ma wyrównywać szanse edukacyjne i dawać posmakować kultury tym dzieciom, które nie wynoszą jej z domu? Przecież to jeden z dwóch głównych filarów szkoły!
        A przecież codzienność w szkole nie wygląda tak źle. Widzę po moich dzieciach, że nauczyciele są zwyczajnie …różni. Jak to w życiu. I zetknięcie z każdym jest kształcące, bo wymusza na dziecku odpowiedzi na bardzo ważne pytania: nie lubię człowieka czy nie lubię słuchać o rzeczach, których uczy? Jak osiągnąć swój cel i jak go właściwie definiuję? Dziecko styka się z wymaganiami, z niesprawiedliwością (rzeczywistą bądź wyimaginowaną). Dotyka nudy i atrakcji. Ćwiczy w bezpiecznym otoczeniu wiele umiejętności.

        Od panów bije poczucie takiej bezradności, bezsiły. Braku sensu. Albo to kokieteria 😉

        • Jeżeli czuję się bezradny i bezsilny, to wobec dmuchania balonów. Na co dzień, po prostu godzę się z rzeczywistością i robię, co mogę, bo, jak pani słusznie zauważyła, “codzienność w szkole nie wygląda tak źle”:).

          “Cóż odkrywczego jest bowiem w stwierdzeniu, że szkoła, z założenia, ma wyrównywać szanse edukacyjne i dawać posmakować kultury tym dzieciom, które nie wynoszą jej z domu?” – Odkrywcze to może nie jest, a jedyny problem, jaki tu widzę, to że jest to na ogół jedyne jej założenie. Niezbyt jawne, na dodatek. Jak na mój gust to trochę za mało, zwłaszcza że działalność ta oparta jest na równaniu w dół. Energia bywa wydatkowana na dęcie balonów. Trochę szkoda, prawda?

        • “Trafiłam na ten portal, gdy poszukiwałam metod dotarcia do tej odrobinę starszej młodzieży.” – Też kiedyś szukałem metod, ale w końcu zorientowałem się (i musiałem się przyznać przed sobą, co najtrudniejsze), że szukam “wytrycha”. Wraz z tym spostrzeżeniem, dotarło do mnie, jak skomplikowanym i wyrafinowanym urządzeniem musiałoby być takie narzędzie. Stąd tylko krok od konstatacji, że coś takiego nie ma prawa istnieć. Wiem, że nic tu nie odkrywam i, że zróżnicowanie przedmiotu/podmiotu naszych działań to banał, ale wiem również, jak trudne jest przyjęcie tego faktu do (ś)wiadomości. “Dotarcie” do tej, czy innej grupy to kwestia nie tylko doświadczenia i kwalifikacji, ale także w dużej mierze przypadku. Zbieg okoliczności potrafi wpłynąć na całokształt współpracy już na pierwszych zajęciach. Bardzo często zastanawiamy się, co robimy nie tak, kiedy z jakąś grupą po prostu “się nie układa”. Gwarantuję, Pani Alu, że w 95% nie jest to kwestia “metody”…

          • > w 95% nie jest to kwestia „metody”…

            Słusznie. Im bardziej skomplikowany system, tym częściej para idzie w gwizdek i skupiamy się na formalizmie w miejsce “mięsa” 😉 Ale są umiejętności, dające się wyszkolić, które jednak ułatwiają komunikację.

        • Trochę “metod” jest, choć dalekich od powszechnie powtarzanych pomysłów pedagogicznych, raczej są to wskazania dość intuicyjne i znane od stuleci. Choć nie wszystkie są bardzo oczywiste, o niektórych przekonałem się dopiero w kontakcie z młodymi ludźmi. Na przykład obserwacja, że do większości łatwiej “trafić” przez powiązaną filozofię, metafizykę z nią związaną, niż przez czystą fizykę. Przynajmniej na wstępnym etapie “trafiania”, a nie “pogłębiania”. Albo przez zaskakujące i nieintuicyjne obserwacje przyrodnicze. Niekoniecznie powtarzane jako ilustracja eksperymentalna, ale wspomniane i wypunktowane. Albo walory estetyczne – e.g. z fraktalami udało mi się niegdyś “trafić” do dziewczyny, zainteresowanej niemal wyłącznie sztuką.
          To zresztą jest bardzo indywidualne – do jednych łatwiej trafić tak, do innych inaczej, a do sporej części w ogóle trafić nie sposób i trzeba się z tym po prostu pogodzić. Tych fascynuje filozofia, tych przyroda, tych finezja rozumowań, tych struktura świata, a tamtych ścisłość matematyczna, ale większości nie fascynuje nic, może poza biustem koleżanki z sąsiedniej ławki.

          Istotne dla “trafiania” jest też bycie autentycznym i naturalnym. Komu nasz styl pasuje, do tego trafiamy łatwiej, komu nie pasuje, do tego nie trafiamy. Ale udawanie innego stylu, niż nasz naturalny, odstręczy i jednych i drugich.

          Problemem generalnym szkoły jest uporczywość w próbach trafiania do tych, którzy te próby odrzucają.

          • > przez powiązaną filozofię, metafizykę z nią związaną, niż przez czystą fizykę.

            Super. A bardziej konkretnie? Na przykładach?

            > Komu nasz styl pasuje, do tego trafiamy łatwiej,

            Nad stylem można pracować i nie stajemy się przez to mniej autentyczni. Błędy też się popełnia intuicyjnie, a czasem chodzi o drobiazgi. Żeby nie być gołosłownym, moim błędem było przywitanie poprzez krótkie streszczenie tematu. Wydawało mi się, że tak łatwiej rozmawiać: wokół jasno określonego tematu. A tymczasem jedyny efekt jaki uzyskiwałam, to znudzenie. I wtedy ktoś powiedział mi: jeśli chcesz uwagi słuchaczy, musisz ich zmusić, żeby zaczęli cię słuchać. Zaskoczyć ich, zdezorientować (właściwie piszemy o tym samym)… Fakt, nie ze wszystkimi się da, niektórzy chcą po prostu pójść dalej. Trudno.

          • Pani Alu!
            Proszę do mnie napisać mornay@o2.pl – odpiszę z przykładami in priv. Ale obawiam się, że tu już nie zdążę, bo Oś Świata zmienia formułę na bardziej zamkniętą, a nie założyłem jeszcze nowego własnego bloga.

            Pod pojęciem stylu rozumiem raczej własne upodobania, fascynacje, podejście bardziej formalistyczne albo bardziej na możliwie holistyczne rozumienie zjawisk.

            A przykładów wyjścia od filozofii do fizyki – mnóstwo. Choćby einsteinowskie pytanie o to, czy Księżyc istnieje, gdy nikt na niego nie patrzy. Udało mi się tak wciągnąć w mechanikę kwantową kilkoro licealistów. Well – kilkoro na kilkanaście lat… Ale dobre i to.

      • Z oświatą związany jestem czysto hobbystycznie i raczej z dużym dystansem do szkoły oficjalnej. Nauczycielem akademickim byłem, zanim zacząłem zarabiać na życie w komercji, a edukacją zajmuję się ubocznie, pozasystemowo, dyskutując czasem z młodymi ludźmi o nauce, filozofii i czym jeszcze chcą rozmawiać, jeśli znajdują takie dyskusje ubogacającymi i rozwijającymi.
        Mam jednak głębokie przekonanie, że Pani dzieciom nie byłbym w stanie pokazać dużo więcej, niż Pani sama im pokazuje, zwłaszcza, że Pani specjalność nie tak daleka od mojej fizyki cząstek elementarnych. No chyba, że wstydzą się rozmawiać z matką (to też mi się zdarzyło kilka razy, że dzieciaki były bardziej otwarte na rozmowy ze mną, kimś z zewnątrz, niż z własnymi rodzicami)
        Poczucie bezsiły i bezsensu – może wynikające z dłuższego już uczestnictwa w dyskusjach wokółedukacyjnych, zdominowanych przez chciejstwo i postmodernistyczne lekceważenie i ignorowanie racjonalnej argumentacji? Doprawdy dalekich od poszanowania logiki i oświeceniowej tradycji rzeczowości.

Dodaj komentarz