avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Moja oś świata

Drużyna

26.08
2012

Byłam świadkiem takiego zdarzenia:

Zawody sportowe w szkole. Nauczyciel wyznacza dwóch kapitanów drużyn i poleca im dobrać na przemian członków do swoich drużyn. Zawody mają polegać na drużynowej sztafecie w bieganiu w worku.

W grupie jest mała dziewczynka. Selekcja trwa. Nikt dziewczynki nie wybiera, na końcu zostaje sama jedna i jeden z kapitanów macha do niej, aby podeszła do jego drużyny. Typowa sytuacja na lekcjach WF.

Wiele osób, gdy opowiadam tę historię wzdycha: „To ja byłam tą małą dziewczynką” i dodaje: „Nie nawiedziłam zawodów”.

Zanim stwierdzimy, że w sporcie rywalizacja jest niezbędna i trzeba ją stosować z uczniami w szkole, to pomyślmy o uczuciach tej małej dziewczynki, którą moglibyśmy sami być.

Podziel się ze znajomymi

49 komentarze do “Drużyna

  1. Problem widzę nie w rywalizacji i zawodach, tylko w przyjętej w większości szkół procedurze budowania drużyn i w przymusie uczestnictwa w zawodach.
    Sam nie znoszę zawodów sportowych (ani jako uczestnik, ani jako widz, w pełni się zgadzam z Twoim komentarzem o imprezie olimpijskiej i „sporcie” w TV), ale to nie znaczy, że wielu ludzi się w nich nie odnajduje. Mam znajomą biegająca w biegach długodystansowych i dla niej udział w zawodach jest spełnieniem i nadaniem sensu długiemu treningowi.
    Problemem jest szkolna po bolszewicku rozumiana „równość”: każdemu daje się nie to, co jemu pasuje i co on chce, tylko wszystkim z rozdzielnika to samo. Biegać w zawodach maja zarówno ci, którzy lubią zawody i którym rywalizacja pomaga i motywuje, jak i ci, którzy zawodów nie znoszą.
    A swoją drogą: to, że dziecko nienawidzi zawodów jest argumentem przeciwko nim tak samo ważnym, jak to, że dzieci nienawidzą mycia rąk i zębów nie znaczy, żeby miały ich nie myć.

    • Ksawery
      „A swoją drogą: to, że dziecko nienawidzi zawodów jest argumentem przeciwko nim tak samo ważnym, jak to, że dzieci nienawidzą mycia rąk i zębów nie znaczy, żeby miały ich nie myć” – czy masz zamiar decydować we wszystkim co dobre dla dziecka?

      • O cudzych dzieciach nie mam zamiaru decydować! Wprost przeciwnie.
        Ale własne… Uznaję też prawo innych rodziców do przymuszania swoich dzieci do mycia zębów.
        A nie widząc aksjologicznej różnicy pomiędzy myciem zębów a udziałem w wyścigach — zostawiam rodzicom prawo decydowania o tym, czy ich dzieci powinny uczestniczyć w takich działaniach nawet, jeśli tego nie lubią.

        Powtórzę: problemem jest „równe” traktowanie wszystkich. Jednym udział w zawodach dobrze robi, innym gorzej. A są i tacy, dla których popsucie się zębów będzie mniejszą szkodą, niż stres wywołany przymusem ich mycia. Zostawmy to rodzicom i dzieciom, a nie organizujmy wyścigów, w których musi na takich samych zasadach brać udział zarówno Twoja mała dziewczynka, jak i klasowy mięsniako-przygłup, dla którego WF to jedyne zajęcia mające sens.

        • „A nie widząc aksjologicznej różnicy pomiędzy myciem zębów a udziałem w wyścigach” – A ja widzę. Gdyby rodzic wymyślił sobie, że jego dziecko ma chodzić tylko na rękach, to też byś nie widział różnicy?
          Danusia

  2. Inny przykład. Zabawa osoby dorosłej z dwoma pięciolatkami w chwytanie piłki. Jednemu dziecku wychodzi to bardzo dobrze. Drugie gubi piłkę prawie przy każdej próbie, szybko irytuje się, płacze. Przerywamy zabawę. Po chwili wznawiamy rzucanie tylko drugim dzieckiem. Zasada taka: gdy złapiesz piłkę – robisz kroczek wstecz, gdy nie uda ci się – robisz krok do przodu.  Chwytanie wychodzi coraz lepiej, uśmiech wraca na buzię, dziecko jest coraz dalej, zabawa trwa 20 minut.
    Już pisałem kiedyś jak wygląda lekcja jogi. Obok siebie ćwiczą jednocześnie: wiekowy, schorowany „paraltyk” oraz młody, wysportowany „pistolet”. Nauczyciel steruje ćwiczeniami, poprawia ćwiczących, ale nie wypowiada żadnych pochwał. Wszyscy wychodzą z sali radośni i pełni satysfakcji.
    Nie jestem przeciwnikiem sportów opartych na rywalizacji. Jestem zwolennikiem tego o czym wspomina Danusia: pomyśl zanim podejmiesz decyzję. Złośliwcy mówią: „tu nie szkoła, trzeba myśleć”.

    • „Nie jestem przeciwnikiem sportów opartych na rywalizacji” – a ja tak. Przynajmniej na zmuszanie do nich dzieci bez pytania czy im to odpowiada.
      Danusia

  3. @ Danusia
     
    Ależ to absolutnie nie jest o sporcie i o rywalizacji! To jest historia o zachowaniach społecznych, których dzieci uczą się w szkole – z udziałem nauczycieli lub (częściej) bez tego udziału. W ostrych postaciach historie tego rodzaju opowiadają o szkolnych subkulturach, podobnych do niedawnej jeszcze „fali w wojsku”. O tym, jak dzieci uczą się hierarchii, którą spontanicznie ustanawiają same, jak się uczą niechęci, czasem agresji wobec słabszych lub w jakikolwiek sposób odmiennych. Nauczyciele albo tego nie dostrzegają, albo nie reagują, a czasem w tym uczestniczą – nie tylko wuefiści. Ani we własnych wspomnieniach, ani w doświadczeniach kolejnych moich dzieci nie spotkałem ani jednego przypadku szkoły, czy nawet indywidualnego nauczyciela, który by tego rodzaju modele próbował modyfikować.
     
    Ja również byłem od zawsze dobierany do drużyn jako ostatni. Posłano mnie do szkoły rok wcześniej i byłem od zawsze słabszy fizycznie, a opisany mechanizm sprzyjał utrwaleniu tej mojej cechy. Ale wspominam o tym, bo mówisz tu rzecz charakterystyczną – te westchnienia i wspomnienia własnych identycznych przeżyć. To jeden z przejawów bardzo powszechnego spojrzenia – wszyscy znamy szkolne absurdy i nawet patologie z własnych doświadczeń. Są te doświadczenia tak powszechne, że je traktujemy jako konieczną cechę szkoły – dopust Boży, przez który sami musieliśmy przejść i każdy musi. Przypominam, że jeszcze niedawno przymusowa służba wojskowa była dla wielu z nas podobnie konieczną choć przykrą „szkołą życia” i nawet w „fali” potrafiliśmy dostrzegać walory wychowawcze.
     
    Moim zdaniem – upieram się przy tym – szkoła w minimalnym stopniu uczy szkolnych „przedmiotów”. Popełnia przy tym mnóstwo błędów i najczęściej jest przeciwskuteczna. Skutecznie szkoła uczy właśnie tego typu zachowań oraz całej gamy postaw i sposobów przetrwania w systemie przymusowych, niechcianych norm.

    • Pawle
      Wielu mówi: „Tak już musi być, życie nie jest sprawiedliwe, niech dzieci się przekonają o tym wcześniej”. I to mi się nie podoba. I to idzie od nas dorosłych. Znam dzieci wychowywane przez rodziców, którzy się z tym nie zgadzają i potrafią zaszczepić im myśl, że warto nie dokładać się do tej niesprawiedliwości.
      Też poszłam nieszczęśliwie o rok wcześniej do szkoły, nigdy do kolegów z klasy nie dorosłam.
      Danusia

  4. Danusiu,
    Uwielbiałam lekcje W-F :o ),
    Pomimo tego, iż przytrafiały się sytuacje które powinny mnie zrazić ale nie mam traum spowodowanych postępowaniem nauczycieli W-F.
    W szkole podstawowej (8-klasowej, lata 70-te/80-te) byłam w klasie z rozszerzoną matematyką, nagle w 6 klasie objawiłam się jako talent gimnastyczny, byłam świetna na krótkie dystanse w sprincie (rozpędzałam się i na sali specjalnie otwierano mi drzwi gdzie leżały materace (na ścianie byłaby ze mnie miazga).
    Skakałam wzwyż jak Jacek Wszoła, uważnie obserwowałam jego technikę i dzięki temu skakałam wzwyż wyżej i wyżej pomimo 166 :o ),
    Uwielbiałam to Jego sprężynujące odbicie, któremu zawdzięczałam szybowanie w górę i ten cudowny efekt miękkości i lekkości wybicia wzwyż :o ),
    Ekscytuję się tym zawsze :o ),
    Trójskok, coś niesamowitego i pięknego zarazem :o ),
    Gimnastyka artystyczna i wymyślne ekwilibrystyczne figury wymyślane na użytek tendencji zwyżkowej ocen.
    Siatkówka, koszykówka, stanie na bramce w piłkę nożną, jako baranek boży trzeba się wyhasać :o ),
    Dlatego tak zawsze lubiłam szkołę, ponieważ dostarczała tylu ekscytujących wszelakich wrażeń.
    W 6-tej klasie wymyślono, iż przeniosą mnie do klasy sportowej ponieważ podniosę im wyniki.
    Przeniosłam się jako jedyna ze swojej poprzedniej klasy i zaprotestowałam. Byłam tą nieparzystą, w ławce siedziałam sama, lubiłam matematykę, i nie podobała mi się nowa ekipa.
    Wróciłam do poprzedniej klasy szczęśliwa. 
    Wychowawczyni klasy sportowej od tego momentu zaniżała mi oceny, poniżała i wyraźnie dawała do zrozumienia, iż nie daruje mi mojej decyzji. Trudno.
    Zajęłam się harcerstwem i tam wyżywałam się chodząc w pałatce i pionierkach po 30 km w deszczu.
    Budowałam latryny na obozach harcerskich w Bieszczadach. Zmierzyłam wzdłuż i wszerz Pomorze i Bieszczady na pieszych rajdach itp. Znalazłam ujście nadmiaru uczniowskiej energii sama. Nie potrzebowałam prowadzenia mnie za rękę, odwożenia :o ),
    Mam Danusiu wizję tej dziewczynki w przyszłości i nieodparte wrażenie, iż potencjalnie może być ok :o ),
    Potencjalnie:

    Dziewczynka mogła urosnąć wyższa niż rówieśnicy,
    Wyciągnęła wnioski z tej sytuacji i nie była to jej przyszła trauma,
    Co Jej nie zabiło to wzmocniło,
    Wspierali ją rodzice,
    Miała super przyjaciół,
    Była genialna w innych dziedzinach,
    Poszukała ścieżki odpowiedniej dla niej i satysfakcjonującej Ją samą,
    Osiągnęła sukces na miarę siebie a nie innych,
    Miała satysfakcję z własnych dokonań i nie przejmowała się nic nie znaczącym epizodem na W-F,
    Świetnie grała w palanta lub uznała mentalnie iż nauczyciel W-F nim był skoro przyczynił się do krępującej sytuacji,
    Dziewczynka miała zdrową osobowość i zajęła się konkretami a nie gdybaniem co byłoby gdyby, czy ktoś ją lubi czy nie, miała silną osobowość pomimo kruchej postury :o ),

    Pozdrawiam Serdecznie z Wrocławia
    @si@ 

    • Joanno
      Twoja historia jest optymistyczna, ale nie powszechna. Jeśli choć jedna mała dziewczynka lub niezbyt szybki chłopiec przestanie w siebie wierzyć przez opisaną przez mnie praktykę, to trzeba z tą praktyką walczyć.
      Jestem bardzo przeciwna opinii: „Mnie ojciec bił, wyrosłem jednak na przyzwoitego człowieka, więc trzeba bić dzieci”. Takie rozumowanie nie trzyma logicznego wnioskowania.
      Danusia

  5. @ Joanna
    @ Danusia
     
    No właśnie… Wspomniałem wojskową falę i jej zalety w obiegowej opinii. Jak na zawołanie pojawił się komentarz, a w nim „wizja dziewczynki w przyszłości”:
     
     
     
    „Wyciągnęła wnioski z tej sytuacji i nie była to jej przyszła trauma,
    Co Jej nie zabiło to wzmocniło” (sic!)
    (…)
    „Dziewczynka miała zdrową osobowość i zajęła się konkretami a nie gdybaniem co byłoby gdyby, czy ktoś ją lubi czy nie, miała silną osobowość pomimo kruchej postury”.
     
    Wybacz, Joanno, ale ja nie chcę, żeby moich dzieci życia uczyła bezmyślność wuefisty. Nie odważyłbym się również proponować takiego rodzaju wychowania cudzym dzieciom.

  6. Na studiach w ramach zajęć z aerobiku prowadząca wymyśliła, iż wezmę udział w mistrzostwach ogólnopolskich aerobiku.
    Powiedziała abym wykonała szpagat.
    Zapytałam: męski czy żeński? (tańczyłam w zespole)
    Wykonałam szpagat bez rozgrzewki i naderwałam mięśnie :)
    I po mistrzostwach :)
    Naderwane mięśnie zregenerowały się :)
    Wrocław pozdrawia
    @si@ 

  7. Wybacz Pawle,
    Czy nauczyciele, nie tylko W-F to Kretyni?
    To są myślący ludzie.
    Czasami rodzice podejmują tak bezmyślne decyzje, iż polemika 
    kto mądrzejszy a kto głupszy nic nie da.
    To są incydenty.
    I każdy ma inne punkty widzenia i perspektywy.
    Pokolenie wojenne chciało dla swoich dzieci lepiej, kolejne pokolenia chciały lepiej i lepiej.
    Jak jest teraz?
    Rodzice czasami mają szansę dojrzewać z własnymi dziećmi, ponieważ wcześniej byli pozbawieni takich szans poprzez traumy własnych rodziców.
    Wrocław
    @si@ 

  8. Pawle,
    Nie wierzę w rodzica idealnego.
    Nie ma ludzi idealnych i nieomylnych.
    Wszyscy zmagają się z rzeczywistością najlepiej jak potrafią, tak jak ich nauczono.
    To wynieśli z rodzinnych domów.
    Tam gdzie jest wiele traum trzeba szukać dróg wyjścia z nich a nie pogłębiania tychże traum.
    Wrażliwość dobrze ukierunkowana jest zbawienna.
    Wrocław
    @si@ 

  9. @ Joanna
     
    Pozdrawiam z Mazowsza – pochodzę z Wrocławia.
     
    „Czy nauczyciele, nie tylko W-F, to Kretyni?” Moi nauczyciele W-F – owszem – byli kretynami bez ani jednego wyjątku. Jeden z nich był sadystą – dzisiaj poszedłby siedzieć za rzeczy, które wyprawiał na każdej lekcji. Mimo to staram się nie generalizować. Pamiętam wszakże o tym, że poza karalną przemocą fizyczną istnieje cała gama możliwych serwowanych uczniom upokorzeń, które – według moich obserwacji – zły nauczyciel (zjawisko co najmniej nie wyjątkowe) serwuje swoim uczniom nie tylko regularnie, ale również z bijącym w oczy upodobaniem. To jednak pomińmy – zawsze można uznać, że indywidualne doświadczenia każdego z nas są właśnie indywidualne i nie nadają się do ekstrapolacji.
     
    Napisałaś jednak „co Jej nie zabiło, to wzmocniło”. Ok. Gdyby jednak zabiło? W szkole? Nie w sytuacji przypadkowej, ani nie takiej, którą sama sprowokowała na przykład nierozważnie poszukując wrażeń. Mówimy o „jeździe po bandzie” serwowanej dzieciom, które doprawdy nie mają wyboru. Szkoła jest obowiązkowa – pamiętaj, proszę. Ten, któremu proponujesz próbę „jeśli przeżyjesz, byle kto cię nie zabije” nie ma wyboru – to nie on sam poddał się tego rodzaju terapii.
     
    „To są incydenty” – napisałaś. Moim zdaniem nie są. Nawet, gdyby były, zasługują na potępienie, a nie pochwałę – zwłaszcza ze strony nauczyciela, na miłość Boską… „Każdy ma inne punkty widzenia i perspektywy” – dodałaś. To prawda. I to prawda głęboka. Tyle, że w obowiązkowej szkole, w której to Ty jesteś nauczycielem, Twoja perspektywa decyduje, a uczniowi pozostaje logika „co go nie zabije, to go wzmocni”. Odmawiam Ci prawa narzucania moim dzieciom tej perspektywy. Z całą sympatią dla Wrocławia – śmiertelnie poważnie. I bardzo kategorycznie.

  10. Paweł,
    Zapewne użycie sformułowania, które funkcjonuje obiegowo w społeczeństwie 
    spowodowało negatywną retrospekcję u Ciebie, w którą nie wnikam.
    Dziewczynka, z przykładu Danusi pomimo wybrania Jej jako ostatnią do drużyny
    w wyścigu w worku była pierwsza :)
    I tyle :)
    Paweł, daj sobie spokój, jaka pochwała?
    Apeluję tylko o zdrowy rozsądek. I tyle.
    Spacyfikuj mnie, za durny zwrot potoczny blondynki, poczujesz się lepiej?
    Mam klęczeć na grochu?
    Czy leżeć krzyżem?
    Co Ciebie usatysfakcjonuje?
    Projektujesz na mnie coś, czego nie przyjmuję i tyle.
    Dlaczego ta dziewczynka nie miałaby być gwiazdą w tej sztafecie?
    Dlaczego wszyscy koncentrują się na negatywach?
    Dlaczego?
    Danusia, nie napisała co było później. Po prostu dziewczynkę wybrano jako ostatnią.
    Dlaczego wszystko ma mieć traumatyczny przebieg a nie optymistyczny?
    Pozdrawiam
    @si@ 

  11. Paweł,
    Użyłam obiegowego sformułowania, a Ty na podstawie swoich traum
    insynuujesz, iż komukolwiek proponuję i co?
    Usiadłam z wrażenia.
    Podkreślam, szkołę każdą, W-F i wszystkie przedmioty uwielbiałam.
    Nie pozwolę aby projektowano na mnie własne negatywne odczucia.
    Pozdrawiam
    @si@ 

  12. Joanna,
     
    Obiegowo funkcjonują w społeczeństwie nie tylko sformułowania, ale również opinie – zdanie: „co cię nie zabije, to cię wzmocni” jest opinią.
     
    Konsekwencji funkcjonowania tej opinii w szkolnej rzeczywistości nie dostrzegasz i apelujesz do mnie – „Pawle, daj sobie spokój”. Twój zdrowy rozsądek absolutnie nie jest moim zdrowym rozsądkiem – jest jego zaprzeczeniem. Gdzie napisałem, że masz klęczeć na grochu albo leżeć krzyżem? Napisałem, że sobie kategorycznie nie życzę, byś Ty albo ktokolwiek inny aplikował moim dzieciom survivalową logikę szkoły.
     
    Powtórzę raz jeszcze – za nic na świecie na powierzę opieki nad własnym dzieckiem komukolwiek, kto uważa, że wychowanie koniecznie musi zawierać praktyczną demonstrację tego rodzaju „życiowych realiów”. Ani temu, kto apeluje o luz i wyjaśnia, że nic się nie stało. Być może jemu nic, ale ja nie mam ochoty podejmować ryzyka – zwłaszcza, że jedynym powodem, dla którego mam je podejmować jest ów konstytucyjny zapis, według którego powinienem oddać własne dziecko pod opiekę wuefisty – kretyna.

  13. @ Joanna
    „Użyłam obiegowego sformułowania, a Ty na podstawie swoich traum
    insynuujesz…” Niczego nie insynuuję. Piszę o Twoich tezach. Nie wspomniałem o swoich traumach – wspomniałem o swoich obserwacjach. W jednym się z Tobą zgadzam – ja również „usiadłem z wrażenia”.
     

  14. Paweł,
    Takiej opinii nikt w szkole nie stosuje.
    Nauczyciele W-F bywają instruktorami Jogi itp. nie tylko sportów ekstremalnych.
    Doceniony uczeń sportowiec:
    http://blogiceo.nq.pl/magdaloxv/files/2012/07/LOXV_Wroclaw_08.jpg
    Niektórych sport uszczęśliwia :)
    Niektórym sprawia radość :)
    W żadnej szkole nie ma mowy o żadnym ekstremum:
    „Napisałem, że sobie kategorycznie nie życzę, byś Ty albo ktokolwiek inny aplikował moim dzieciom survivalową logikę szkoły”.
    Bzdura.
    Nikt niczego powyższego nie aplikuje.
    Są tacy, którzy byli, są i będą szczęśliwi w szkole.
    Szkoła to radość, szczęście i spełnienie marzeń.
    Świat negatywnych projekcji jest w głowach dorosłych, którzy świata własnych traum nigdy nie opuścili.
    Powodzenia w celebrowaniu własnych traum.
    W obawie przed … no właśnie czym?
    Każdy ma prawo do oceny.
    Na pacyfikowanie mnie za to czego nie ma. Nie wyrażam zgody. Nie daję przyzwolenia.
    @si@

     

  15. Pogubiłem się w tej dyskusji. Wydaje mi się , że tematem kluczowym wpisu Danusi jest pytanie: czy udział w rywalizacji sportowej (i inie tylko) może być w szkole obowiązkowy, czy powinien raczej podlegać zasadzie dobrowolności ? Jak odpowiedzielibyście na to pytanie ?
    Też odwołam się do własnych doświadczeń wuefowych. Miałem lęk wysokości, bałem się skoków przez kozła, dobrze grałem w siatkówkę i koszykówkę. Jak taki uczeń był/jest traktowany i oceniany w naszych szkołach kiedyś/teraz ? Czy są jakieś nowe tendencje, zmiany w tej kwestii ?

      • Można. Przekonała mnie o tym nauczycielka wf mojej niskorosłej córki. Tak, tej małej dziewczynki z opowiadania powyżej :) Można oceniać przez pryzmat zaangażowania, długość skoku mierzyć maleńkimi stópkami tej niskorosłej dziewczynki i grać nie o zwycięstwo ale aby poczuć satysfakcję. Nie doświadczyłabym tego gdybym nie miała odwagi, aby zabrać dziecko ze szkoły i posłać do innej. Moja córka nigdy nie miałaby szansy polubić wf, zawsze musiałby czekać jako ostatnia w kolejce.
        P. Joanno życie to nie bajka i niskorosłe dziewczynki nie dorastają do wzrostu koszykarek.

  16. Oj!
     
    „Bzdura.
    Nikt niczego powyższego nie aplikuje.”
     
    Czy mi się tylko wydaje, czy jednak post, pod którym dyskutujemy, naprawdę opowiada o sytuacji, w której sportowa rzekomo konkurencja przeradza się w „dołowanie” słabszych? Nie wiem na ile powszechne jest aplikowanie tego rodzaju wzorców w polskich szkołach. Niemniej moje powyższe oświadczenia i sam post Danusi to dwa głosy. Mało, ale wystarczy, byś nie mogła powiedzieć „nikt”. 
     
    Nie celebruję własnych traum – nie miałem ich wielu :) Celebruję Twoje gimnastyczne sukcesy :)

  17. Wiesławie,
    Zaszły zmiany.
    Udział w rywalizacji sportowej jest dobrowolny.
    Uczniowie mają zwolnienia całkowite lub częściowe z lekcji W-F.
    Są też przeprowadzane sprawdziany teoretyczne np. z zasad bezpieczeństwa, co jest bardzo ważne.
    Uczniowie mają szansę rozwijania umięjętności w wybranej dyscyplinie sportowej.
    Rodzice usprawiedliwiają też np. comiesięczne sytuacje dziewcząt, które na dany moment są dla nich dyskomfortowe.
    Dużo jest uczniów z alergiami. 
    Z moim lękiem przestrzeni i wysokości wybrałam się na rebirthing i regresing już jako osoba dorosła.
    Rodzinne opowieści z czasów II wojny światowej były powodem silnego lęku wysokości i przestrzeni w moim wypadku.
    Uważam, iż lęk może mieć podłoże traumatyczne. Dlatego warto poszukiwać rozwiązań, tych finalnie pomyślnych.
    Pozdrawiam 
    @si@

    • Joanna
      „Udział w rywalizacji sportowej jest dobrowolny” – to nie jest prawda, a przeczy tej opinii opisana przeze mnie sytuacja. Danusia

  18. @ Wiesław
     
    Co było tezą lub pytaniem Danusi? Nie wiem. Nie jestem pewien, czy jej chodziło o swobodę wyboru uczestniczenia w sportowej rywalizacji, czy może w rywalizacji jakiejkolwiek. Mam wrażenie, że Danusia napisała o jednej z „mód” w myśleniu o szkole. Takiej mianowicie, że rywalizacja stymuluje. Danusia – wydaje mi się – napisała, że jeśli istotnie stymuluje, to tylko tych, którzy w tej rywalizacji odnieśli sukces. A tych nie jest wielu – co wynika z definicji sportowego sukcesu i ilości miejsc na podium. Zresztą owa sytuacja, rzeczywiście w szkole bardzo typowa, pokazuje przecież nie tyle mechanizm celebrowania zwycięzcy, co raczej poniżania przegranego. Według mnie to jest treścią postu Danusi.
     
    Mój komentarz zmierzał więc do pokazania, że opisane zjawisko nie dotyczy tylko sportu i sportowej rywalizacji. Moim zdaniem to tylko jeden z bardzo wielu możliwych przykładów szkolnej socjalizacji w ogóle. Nieporozumienie z Joanną to osobna kwestia – prosząc Joannę o wybaczenie, pozwalam sobie przypuścić, że nasza kontrowersja nie ma związku ani ze sportem, ani z rywalizacją. Sport to nie tylko zdrowie. To również „kuźnia charakterów” – jasne. Ale nie każdy charakter lubi być tak wykuwany. A są charaktery, które na tym zawsze tracą. O tym – chyba – był post Danusi i tego – chyba – nie chce rozumieć Joanna. Pewnie to moja wina – zaatakowałem ją, więc się mi odpłaca. Wydaje mi się jednak, że problem jest bardziej istotny niż może się wydawać. Szkolny przymus generuje sytuacje nacechowane opresją. I reakcje przystosowawcze.
     
    Pytasz o nowe tendencje i zmiany. Wolałbym pytać nie o koszykówkę i lęk wysokości. O co zamiast tego? O stosunek do słabszych, tych, co nie wytrzymują konkurencji, innych niż przewiduje norma. Wydaje mi się, że Danusia trochę o tym pisała.

    • Całkowicie się zgadzam. O to mi chodziło.
      Ostatnio byłam na szkoleniu, gdzie proponowano nam na rozgrzewkę gry zespołowe. Gry były bardzo zróżnicowane, drużyny dobierane losowo i zmieniające się przy każdej grze. Po pewnym czasie przestaliśmy liczyć punkty, bawiliśmy się bardzo dobrze i nie wiem która drużyna kiedy wygrała. Choć zdobywając punkt dla mojej drużyny byłam zadowolona.
      danusia

      • Bardzo Ci jestem wdzięczny za to potwierdzenie intencji. Naprawdę. Kurczę, przez moment się dziwnie poczułem nie widząc nikogo, kto by dostrzegł te przykrą logikę „co nie zabije, to wzmocni” oraz „ja przeżyłem, to i moje dziecko da radę”.

        • Pawle
          Tak samo się czuję bardzo często. Jakbym była naiwna i z choinki się urwała. Inne zdanie doprowadzające mnie do pasji to: „Trzeba trenować dzieci do stresu, czyli organizować im sytuacje stresujące, to się nauczą z nimi radzić”. Lu inne: „Nie należy dzieci chwalić, bo się je przechwali i wpadną w zarozumiałość” lub „Za co go doceniać, to co robi jest jego obowiązkiem (np przykłada się do nauki.
          Mamy temat na następny wpis, co?
          Danusia

  19. Joanna. Cieszę się, że są takie tendencje i zmiany w podejściu do słabości ucznia.
    Paweł. Do Twoich słów pasują, przytoczone przez Macieja Sysłę, słowa Steva Jobsa (1995), że edukacja powinna być budowana na dewizie equal opportunity as opposed to equal outcome, czyli równe szanse, w przeciwieństwie do jednakowych rezultatów (czyli wyrównywania szans) – takie same szanse w szkole powinien mieć uczeń zmierzający po Nagrodę Nobla z fizyki, jak i uczeń, który chce mieć w szkole święty spokój, szkoła nie powinna szkodzić żadnemu z nich.

  20. Paweł,
    Rozumienie jest względne.
    Tak jak szklanka czasami do połowy lub całkowicie pełna.
    Zależy to od przyjętej perspektywy widzenia.
    Tzw. słabsi, o których piszesz mają wsparcie w nauczycielach, którzy wskazują im potencjalne
    możliwości, gdzie mogą być autorytatywni dla rówieśników i innych.
    Z moich obserwacji wynika, iż bardzo dużo zależy od rodziców.
    Jeśli rodzice nie poradzą sobie z wychowaniem dziecka, wspierająca szkoła może nie być wystarczająca.
    Bywa i tak, że np. uczeń/uczennica XYZ marzy o danej szkole np. lotniczej.
    Badanie lekarskie wykazuje wadę serca.
    W sprzyjających okolicznościach odnajdzie inną lub pokrewną drogę.
    Niestety nie jest to potencjalna reguła.
    W mojej szkole kolega nauczyciel wychowania fizycznego jest tutorem.
    Pozdrawiam
    @si@ 

  21. Wiesław,
    Profesora M. M. Sysło szanuję i cenię od lat.
    Dziękuję za przytoczony cytat.
    Wierzę w szkołę o jakiej piszesz. Tę pomyślną.
    Wierzę, iż każdy ma w niej szanse na miarę siebie i jest za to doceniany.
    Sam też bez udziału innych zna swoje mocne strony i dąży do świadomości, akceptacji i samoakceptacji.
    Każdy potencjalnie w szkole może rozwinąć własne edukacyjne skrzydła.
    Szkoła, edukacja może być pomyślnie inspirująca.
    Pozdrawiam
    @si@ 

  22. @ Joanna
     
    Obejrzałem zdjęcia z przesłanych przez ciebie linków. Deja vu… Jakbym widział własne zdjęcia ze szkoły, co zresztą jest powodem, dla którego w ogóle się tu odezwałem. Bo się odezwałem dlatego, że Danusia wspomniała o koleżance wzdychającej, że sama przez to przeszła.
     
    Poczet sztandarowy… Mój Boże… Obrazki 01 i 13.jpg. Brakuje doniczki z paprotką na zielonym suknie i popiersia Lenina gdzieś w tle – naprawdę… Weź wąsatego gościa ze zdjęcia 05 i popatrz na dzieciaki w tle. Ilu go słucha? Popatrz na zdjęcie 13 – z pocztem sztandarowym znowu – i pomyśl, czy i kogo słuchają dzieciaki. Zwłaszcza dziewczyna – bodaj trzecia od lewej – która wygina stopy tak, żeby się zetknęły krawędziami wysoko ponad podłogą? Porównaj to ze zdjęciem 06, na którym dorośli słuchają kogoś – prawdopodobnie wąsacza ze zdjęcia 01. Zobacz 26 i inne, na których widać młodych i „starych”. Na ilu z nich młodzi i starzy patrzą w tę samą stronę?
     
    Gratuluję Ci dobrych wspomnień ze szkoły. Moje – wyjaśnię raz jeszcze – nie są dobre, ale też nie są powodem moich nocnych koszmarów. Dobre nie są. Fakt. Mam za to przepraszać, czy się tego wstydzić? Odzywając się tutaj – zechciej to wziąć pod uwagę, proszę – nie o koszmarach pisałem, ale o Twoim zdaniu „co jej nie zabije, to ją wzmocni”. To Ty, nie ja, pisałem o zabijaniu :)

  23. Paweł,
    Jestem dumna ze zdjęć Mikołaja.
    Czlowiek, o którym piszesz zasługuje na szacunek.
    Podobnie jak ja, uczniowie.
    Uważam, iż Twoje dookreślenia zdjęć to Twoje projekcje.
    Szacunek dla osób starszych wymaga pokory.
    I poczucia człowieczeństwa.
    Właśnie szklanka do połowy lub pełna.
    W zależności od punktu widzenia i perspektywy.
    Współczuję :)
    @si@

     

  24. @ Joanna
     
    Angażujesz mnie emocjonalnie… :)
     
    No, niby jak inaczej?
     
    „Szacunek dla osób starszych wymaga pokory”
     
    Jestem od Ciebie starszy :)
     
    „I poczucia człowieczeństwa.”
     
    Czuję się człowiekiem :)
     
    „Właśnie szklanka do połowy lub pełna.”
     
    Że co, proszę?

  25. A ja tak na marginesie tej dyskusji:
    Ja bym nie był dumny ze zdjęć Mikołaja. Dlaczego szkolne zajęcia z plastyki usiłują (zupełnie nieskutecznie) uczyć rysować, a nie pokazują zasad kompozycji i elementarnej techniki w fotografii? Przecież te zdjęcia (niezwykle cenne jako dokumentacja szkolnej akademii, tożsamej z tą z czasów mojej szkoły) są po prostu beznadziejne kompozycyjnie i badziewne technicznie.

  26. Xawer,
    Twoje prawo dorosłego Tutora do wyrażenia własnej subiektywnej opinii.
    Prawo Mikołaja do zobrazowania danej uroczystości polega na tym, iż chciał wykonać zdjęcia,
    na których też rodzinnie uwiecznił siostrę wiolonczelistkę :)
    Mylisz się, zdjęcia nie są dokumentacją szkolnej akademii ale fotorelacją przyszłego dziennikarza :)
    Mikołaj ma prawo się uczyć i podejmować wyzwania. Dzięki zamieszczonej fotorelacji można z nim
    przedyskutować zasady zarówno kompozycji jak też jak piszesz elementarnej techniki w fotografii.
    Artystą się nie jest Artystą się bywa :)
    Mikołaj potrzebuje takich wyzwań.
    Jako pasjonat piłki nożnej dookreśla, iż posiada odporność na stres.
    Twoja subiektywna opinia może być dla niego wyzwaniem. Lecz nie musi :)
    Mikołaj podejmuje wyzwanie i ryzyko, podobnie jak ja zamieszczając link do fotorelacji.
    Super, iż uczniowie podejmują wyzwania :)
    Nie muszą być idealni :)
    A ktoś jest idealny? :)
    Pozdrawiam Serdecznie z Wrocławia :)
    @si@
     

  27. Życzę Mikołajowi jak najlepiej, ale i dam mu dobrą radę: niech poszuka jakiś warsztatów z fotografiki. Ktoś mu powinien pokazać jak się ustawia ostrość i że fotografując siostrę wiolonczelistkę nie ucina się jej ręki brzegiem kadru. Na pewno we Wrocławiu coś takiego znajdzie. Fotoreportaże robione przez dzieciaki z powiatowego Domu Kultury obok mnie bywają naprawdę udane.

  28. Xawer,
    Szanuję i cenię Twoje zdanie jak też radę dla Mikołaja :)
    Trzeba dać szansę młodemu człowiekowi na własne doświadczenia
    i wyciąganie z nich wniosków jak też podjęcie odpowiednich kroków
    w celu np. podniesienia jakości jak też poprawności prac :)
    Nie zawsze tylko jakość się liczy :)
    Są walory emocjonalno-sentymentalne :)
    Jak też jak piszesz „bywają naprawdę udane”.
    Pozdrawiam Serdecznie z słonecznego Wrocławia
    @si@ 

  29. Bardzo polecam takie warsztaty — prowadzi je mnóstwo Domów Kultury i podobnych instytucji, niektóre są na naprawdę bardzo przyzwoitym poziomie: choćby Klub Fotografów  w moim  Grodziskim Centrum Kultury.
    Wrócę natomiast do swojego zdziwienia: dlaczego takich zajęć nie prowadzi się w ramach szkolnej plastyki? Męczy się dzieci rysunkami, co u tych trochę starszych, zazwyczaj prowadzi do obrzydzenia i zniechęcenia. O ile nauczyć się rysować/malować/rzeźbić na poziomie takim, żeby efekt był akceptowalny jest dość trudno i wykracza poza zdolności większości ludzi (przyznaję się: nie umiem rysować), o tyle fotografię na akceptowalnym poziomie może opanować niemal każdy – trzeba opanować trochę prostych reguł kompozycji, kadrowania, gry ostrością i niezbyt skomplikowanych umiejętności manualnych. To nadawałoby się swietnie na szkolny kurs. Tym bardziej, że dziś aparat fotograficzny ma praktycznie każdy. A błedy techniczno-kompozycyjne zdjęć, jakie się robi na imieninach u cioci są w ogromnej wiekszości do łatwego wyeliminowania. Takie elementarne umiejętności by się przydały każdemu w jego życiu prywatnym.
    Do tego fotografia dość szybko się odpłaca — nawet niewielki wysiłek włożony w naukę bardzo szybko prowadzi do zauważalnej poprawy jakości i ktoś, kto kilka miesięcy potrenuje może osiągnąć wyniki bliskie profesjonalistom.
     
    „Nie zawsze tylko jakość się liczy” – nie zawsze. Ale liczy się zawsze — jeśli można tę jakość poprawić niewielkim wysiłkiem i kosztem, to prawie zawsze warto.
    A Mikołajowi trzeba po prostu dać kilka dobrych rad, najlepiej w warunkach warsztatowych, czyli fotografowania tej samej sceny w troszkę różnych ujęciach albo z trochę różnymi nastawami, żeby sam zauważył, jakie kompozycje wyglądaja lepiej, a jakie gorzej. I przetrenować z nim umiejętności manualne (kilka zdjęć miał ewidentnie poruszonych — to jest zapewne sprawa sposobu, w jaki trzyma  aparat).
    – z zalanej deszczem wsi pod Grodziskiem…

  30. Xawer,
    Piękne plenery przed Tobą :)
    Na wszystko odpowiedni czas, pora i miejsce na miarę każdego.
    Czasami w osłupieniu spoglądam na bezustannie czynione spacje
    przed znakami interpunkcyjnymi a nie po lub przed i po :)
    Bywają urocze niedociągnięcia :)
    Wszystko zależy od okoliczności.
    Prawdą jest, iż jak ktoś się spieszy i biega z uwagi np. na pasję do piłki nożnej
    wszytko ma poruszone :)
    Pozdrawiam Najserdeczniej
    @si@ 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*