avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Eduopticum

Sceny z życia larw

03.01
2018

Dziś tekstu odautorskiego będzie niewiele. Krótkie scenopisy mówią więcej, niż jakikolwiek komentarz:

Scena 1.

Wczesne popołudnie. Plaża, gdzieś w ciepłym kraju. Rodzina wraca na obiad do hotelu. Zbieranie bambetli, otrzepywanie się z piasku, przebieranie. Dwunastoletni Jasio kręci się bezradnie, obserwując krzątających się rodziców. Na coś wyraźnie czeka. Objuczony ojciec rodziny pierwszy rusza w drogę. Matka obrzuca grajdołek czujnym okiem, sprawdzając, czy wszystko zabrała. Jej wzrok pada na Jasia. Ten, szczęśliwy, że ktoś wreszcie zwrócił na niego uwagę, unosi stopę obutą już w but marki Nike. Matka odkłada plażową torbę i trzy ręczniki, przyklęka na piasku i starannie wiąże podstawiony bucik. Jasio ma problem z utrzymaniem równowagi, ale po chwili zgrabnie przeskakuje na drugą nogę, by mamusia mogła zawiązać drugi but. Po chwili, matka podnosi porzuconą torbę i odchodzi. Jasio podąża za nią, starając się nie nasypać piasku do butów. Przez chwilę bacznie go obserwuję, szukając oznak niepełnosprawności, czy upośledzenia. Nic z tych rzeczy, Jasio dogania matkę pięć metrów dalej i prowadzi z nią najnormalniejszą w świecie rozmowę.

Scena 2.

Około 9-tej rano, przedszkole w stolicy. Pod budynek podjeżdża SUV. Z miejsca kierowcy wysiada drobna kobieta koło trzydziestki. Okrąża samochód, otwiera tylne prawe drzwi i odpina pasy dziecięcego fotelika, opinające pięciolatka. Z wyraźnym trudem wyciąga go z auta. Trzymając go przed sobą, usiłuje zamknąć drzwi, ale po drugiej próbie daje za wygraną. Podrzuca wyrośniętego, na oko 20-kilogramowego chłopca, by ułożył się jej wygodniej i pospiesznie rusza w stronę wejścia. Na jej drodze dwie pary drzwi. Ma szczęście, bo też właśnie wchodzę, więc otwieram je przed nią. Rzuca zdyszane dziękuję i rusza ku schodom. Idę za nią. Na półpiętrze jeszcze jeden podrzut i wsparcie ciężaru na biodrze. Na piętrze, matkę i dziecko wita wychowawczyni starszaków. Matka pyta ją o menu na ten dzień, bo Maksymilian jest oczywiście na diecie i bardzo nie lubi rzodkiewki, co podkreśla dwa razy. Usiłuje przekazać ciążący skarb wychowawczyni, ale ta udaje, że nie widzi tego gestu. W myślach gratuluję jej odwagi. Pięciolatek ląduje na nogach, a te, o dziwo, wytrzymują jego ciężar. O własnych siłach i nad wyraz sprawnie, chłopczyk biegnie do szatni.

Scena 3.

Restauracja hotelowa, w porze kolacji. Przy stoliku obok, siedzi małżeństwo kończące posiłek.

- Idź już może… – żona do męża.

- Jeszcze nie zdążył… – mąż wyraźnie nie ma ochoty wstawać od stołu.

- Idź, spłucz mu te włosy, przecież wiesz, że zawsze ma potem szampon na szyi!

- Mógłby już nauczyć się myć głowę. – Mąż nie daje za wygraną, a ja gorąco mu kibicuję, wiedząc, że chłopak ma 14 lat i raczej nie jest Sikhem.

- No, idź, znowu wszędzie nachlapie…

Scena 4.

Galeria handlowa, miasto powyżej 500 tys. mieszkańców, popołudnie. Elegancko ubrana kobieta dźwiga dwie ciężkie reklamówki. Obok niej drepcze dziewczynka w wieku około trzech lat, wyciągając rączki.

-Mama, mammaa, weśmie!

-Poczekaj, mam ręce zajęte, idziemy do do samochodu.

-Weśmieeee! – Mała podkówka niebezpiecznie się rozciąga.

-Przecież pół godziny jeździłaś na wózku. Pomożesz mi zapakować zakupy? – Matka chce umiejętnie zmienić temat, ale jest już za późno.

Podkówka sięga uszu i mała Tyrania rozdziera się wniebogłosy, wzbudzając życzliwe zainteresowanie otoczenia. Dziecko słania się na nogach, ociąga i przysiada na ławce.

- Jak chcesz to zostań, ja jadę do domu. – Kobieta nie daje za wygraną, co nie spotyka się z aprobatą społeczną:

- Do butiku takiej, ciuchy przebierać, a nie dzieci mieć! – Dosadnie.

- Jak można tak postępować z małym dzieckiem! – Oględniej.

Widząc, że matka dochodzi już do drzwi i najwyraźniej nie zamierza zawrócić, Tyrania błyskawicznie staje na nogi. Jej buzia wraca do zwykłych kształtów i proporcji, i mała, jak gdyby nigdy nic, biegnie za rodzicielką. Przemiana następuje tak szybko, że zbulwersowanej publiczności szczęki nie zdążyły wrócić na miejsce na czas, by przeprosić za życzliwe uwagi i porady.

Scena 5.

Znajomi znajomych co roku wynajmują od innych swoich znajomych domek nad morzem. Przy jakiejś okazji zostaliśmy tam zaproszeni na weekend. Warunki raczej polowe, więc po kolacji, przyrządzonej przez tymczasową panią domu, zaoferowałem, że pozmywam. Wyrzucając resztki zauważyłem, że kosz na śmieci jest niemal pełny. W kącie kuchni, z nieodłączną komórką w ręku, siedział szesnastoletni syn najemców, więc to do niego skierowałem pytanie o miejsce, gdzie kosz mógłbym opróżnić. Spojrzał na mnie, jakbym mówił o nurkowaniu w szambie i odparł, że nie ma pojęcia, ale ojciec będzie wiedział. Pewnie tak. W końcu przywozi tu syna już dziewiąty raz…

——

Wszystkie opisane powyżej sytuacje są autentyczne (z wyjątkiem imion, rzecz jasna), mógłbym ich przytoczyć dużo więcej, a gdybym zdecydował się na relacje z drugiej ręki, to nikt nie doczytałby ich do końca przed wyczerpaniem baterii w laptopie. Rodzi się (przynajmniej we mnie) pytanie, kto tu zwariował i komu chce wmówić, że to nie on, a cała reszta? Ciekawe, w jakim stopniu szkoła bierze udział w tym nowym chocholim tańcu, którego finał może być podobny jedynie do bajędy o lemingach. A może nie? Może nowe „elity” tak właśnie będą wyglądać?

Podziel się ze znajomymi

3 komentarze do “Sceny z życia larw

  1. Chyba akurat w tym zidioceniu szkoła ma niewielki udział.

    (Scena 2) wychowawczyni w końcu nie bierze chłopca na ręce od matki, tylko ignoruje jej sugestie.
    Szkoła (dla ciut i mocniej starszych) nie jest nadopiekuńcza, a raczej opresywna. Jej „opiekuńczość” jest w rodzaju opiekuńczości poganiacza niewolników, starającego się, by nie ulegli śmiertelnemu wypadkowi przy pracy. Ani nawet by knut nie zostawił im blizn na plecach.
    A spolegliwości przedszkolanek trudno się dziwić – w końcu są płacone z dobrowolnych opłat nadopiekuńczych matek, nie mogą więc takiego podejścia otwarcie kwestionować.

    Widzę to jako zidiocenie ogólnospołeczne (rodem z USA), ale szkoła w nim nie uczestniczy, przynajmniej nie systemowo i nie bardziej, niż wskutek mentalności „pań” szkolnych, niezbyt różnej od mentalności klientek galerii (Scena 4)

    Sprawy nadopiekuńczości i braku samodzielności dzieci typu (Scena 5) są wyłącznie efektem prywatnego podejścia rodziców do ich dzieci.

    • To oczywiste, że jeśli szkoły wtrącają swoje trzy grosze do tej paranoi, to robią to w swoim dobrze pojętym interesie – wygodnie jest zrezygnować z egzekwowania wymagań, z którymi mają problemy sami rodzice, można odpuścić sobie użeranie się o jakiekolwiek zasady i chodzić w glorii poszanowania podmiotowości. Przodują w tym „szkoły” prywatne, w których postawa płacę i wymagam (by moje dziecko nie musiało przejmować się pierdołami) jest w zasadzie ogólnie przyjętą normą, ale i szkoły publiczne nie są na „nowe trendy wychowawcze” tak impregnowane, jakby się niektórym zdawało.

      A „nowe” trendy są bardzo wygodne w zastosowaniu. Pod płaszczykiem „traktowania dziecka jak człowieka”, często umożliwia mu się unikanie traktowania jak ludzi wszystkich pozostałych. Tu nie chodzi jedynie o produkcję życiowych kalek, niezdolnych do funkcjonowania poza ciepłym kojcem, ale hodowanie pokoleń niezdolnych nie tylko do altruizmu, ale do empatii w jakiejkolwiek postaci – jest coraz więcej dzieci tak skoncentrowanych na własnej wygodzie i potrzebach, że nie ma w ich myślach miejsca na cokolwiek innego.

      Niech sobie jedna mamusia z drugą usuwa wszelkie przeszkody spod nóg owocu żywota swojego, ale niech nie żąda od reszty świata, by ją w tych dążeniach wspierała. Co więcej, domagałbym się od tej „reszty”, by stanowczo się od takich dążeń odcinała. W szkole publicznej, jeszcze może, ale to już raczej łabędzi śpiew rozsądku. Niestety, zgodnie z trendami, które na Zachodzie już dość dawno przebrzmiały, nasze społeczeństwo myli nowobogackie rozpychanie się łokciami i leczenie kompleksów wyniesionych z czworaków, z zdążeniem do podmiotowości i poszanowania drugiego człowieka.

      To prawda, że problem dotyczy głównie ludzi, których finansowo stać na egzekwowanie własnych fanaberii i zachcianek latorośli na otoczeniu. Wielokrotnie napotykałem na problem ołówka, „który zaginął, bo Zdzisia go znów sprzątnęła” i pokoju, w którym można się było zabić, „bo Zdzisia jeszcze nie posprzątała”. Nikt mi nie każe tego znosić i parę razy zrezygnowałem z funkcji kolejnej Zdzisi, głęboko zniesmaczony klimatem „dworu”. O panią Zdzisię też tak bardzo się nie martwię, zakładam, że nie daje się traktować przedmiotowo, a jeżeli już, to za satysfakcjonujące ją pieniądze.
      Problem zaczyna się, gdy „panicz”, lub „księżniczka” w wieku dowolnym, zaczyna przenosić domowe przyzwyczajenia na teren przestrzeni wspólnej, a jest to nieuniknione. Nie jest też dziwne, że te „jaśniepańskie”, a raczej po prostu chamskie i żenujące gesty bywają podchwytywane przez „plebs”, chcący dorównać „elicie”, dowożonej mercedesami do szkoły odległej o 500 m. Normą staje się nie tylko gówniarskie pyskowanie, ale także literalne obrażanie nauczycieli, nie mówiąc o reszcie personelu szkoły. Rozmemłanie Jasia nieradzącego sobie ze sznurówkami, to nic, ale kiedy Jasio dobrze zawiązanymi NewBalance’ami najpierw rozdeptuje, a następnie kopie kanapkę po szkolnym korytarzu, to oznacza, że jego rodzice o czymś zapomnieli i nie było to kieszonkowe. Powiązanie życiowego niedorajdy z łobuzem, który na zwróconą uwagę, odpowiada, że „nie będzie niczego sprzątał, bo woźna jest od tego”, tylko z pozoru jest nadużyciem – jednego z drugim bardzo często łączy przekonanie o własnej wyjątkowości i usługowej roli całego otoczenia. Wszystko to dzieje się w kraju, w którym pieniądze są bardzo świeże, a który nie ma już żadnych żywych tradycji, pokazujących książętom płci obojga ich miejsce, rolę i powinności. W kraju, w którym nie istnieje żadna szkoła elit, ani żadna „akademia wojskowa”, w której książęta mają szansę nauczyć się, że bycie księciem nie oznacza bycia rozwydrzonym chamem. Chcę podkreślić, że to, co jeszcze nie tak dawno było „domeną” nuworyszowskiej niszy, teraz przechodzi na sporą część znacznie mniej zasobnej gówniarzerii, która już dawno weszła na głowę zidiociałym rodzicom i rozgląda się, komu jeszcze na głowę może narobić. Permisywna, podmiotowo zidiociała szkoła to idealne miejsce na takie eksperymenty. Niestety, coraz częściej udane.

  2. Dobrze jeśli w szkole podstawowej od pierwszej klasy, jest spójny system edukacji, którego wyznacznikami są: odpowiedzialność, samodzielność, dzielność, aktywność własna, szacunek, empatia. Są takie szkoły.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*