avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Eduopticum

Art. 44e ust. 4/Catch 22

20.03
2017

W ramach rosnącej troski o podmiotowość obywateli, mądrzy ludzie w art. 44e ust. 4 ustawy o systemie oświaty w brzmieniu obowiązującym od 1 września 2015 r. ustanowili wreszcie, co następuje: „[...] sprawdzone i ocenione prace pisemne ucznia są udostępniane uczniowi i jego rodzicom. Oznacza to, że uczeń i jego rodzice nie muszą zwracać się do nauczyciela z wnioskiem o udostępnienie pracy (tak stanowiły dotychczasowe przepisy). Nauczyciel ma obowiązek udostępnić sprawdzone i ocenione bieżące prace pisemne.

Jednocześnie, wymieniony tu artykuł, w ustępie 7, wskazuje, że: „[...]szkoła musi określić w swoim statucie sposób tego udostępniania.” Mimo istniejącej, dość czytelnej wykładni, wiele szkół wykorzystuje ten ustęp w niepełnym brzmieniu, tak aby z ustępu 4 ustawy się nie wywiązywać, a tym samym stosować artykuł w rozumieniu sprzed noweli i uczynić go czymś w rodzaju hellerowskiego paragrafu 22. Jakim problemem jest, przy braku jakiejkolwiek kontroli, zapisać w statucie (który formułowany jest bez jakiejkolwiek konsultacji prawnej), że prace uczniów są powszechnie dostępne do wglądu zainteresowanych we wtorki (z wyjątkiem dni powszednich i świątecznych), w godzinach 9.00-9.15, w pokoju nr -5 i 1/4, pod warunkiem, że ktoś upoważniony właśnie w nim będzie, bo klucz do pokoju ma woźna, która we wtorki ma zwykle wolne?

Jako nauczyciela i rodzica, problem z udostępnianiem sprawdzonych i ocenionych prac pisemnych dotyczy mnie podwójnie. Na płaszczyźnie zawodowej, zdaję sobie oczywiście sprawę z wartości archiwalnej i dokumentalnej tychże prac. To jasne, że mogą stanowić dowód, że uczeń w ogóle pisał jakiś sprawdzian i jakaś tam ocena w dzienniku nie wzięła się z Księżyca. Uczciwość każe jednak przyznać, że jako dowody w sprawie sprawdziany i kartkówki wykorzystywane są sporadycznie, a na co dzień ich ukrycie przed publicznością stanowi jedynie wygodny dupochron przed ewentualnym… No, właśnie, przed czym? Przede wszystkim, w większości przypadków ‚ewentualnych’, dowody w sprawie można uzyskać na kilka innych, pośrednich sposobów. Poza tym, jeśli zakwestionujemy uczciwość wystawienia oceny ze sprawdzianu, lub samo jej istnienie, musimy założyć, że i cała reszta ocen wystawionych przez danego nauczyciela ma zerową wartość normatywną, bo większości z nich nie jest on w stanie ani uwiarygodnić, ani udowodnić zasadności ich wystawienia. Może je jedynie zaksięgować, bez żadnego kwitu. Jeśli jakaś praca klasowa zaginęła po ocenieniu, jej ocena jest warta dokładnie tyle samo, co ewaluacja udziału w lekcji, wypowiedzi ustnej i sporej części prac domowych, które z natury rzeczy mogą ginąć bez ograniczeń. Jeśli temu zaprzeczymy, przyznamy, że jedynie oceny ze sprawdzianów się liczą, a resztę można sobie spokojnie w buty włożyć.

Z bólem serca muszę przyznać, że walka o ograniczenie dostępu do uczniowskich prac usprawiedliwiona może być jedynie zagrożonym komfortem nauczycieli. Narażeni na stałą nagonkę medialną, cierpiący na kompleks papieskiej nieomylności i obezwładnieni strachem przed uchybieniem procedurze, wolą nie wystawiać się na żaden atak. Zgubiłem kartkówkę… O rany, zgnoją mnie na wywiadówce. Podyktowałem złe polecenie, wydrukowałem podwójnie zadanie, pomyliłem się w punktacji, zrobiłem błąd ortograficzny, skreśliłem coś, co było „dobrze”… Jejku, ukrzyżują mi autorytet.

No, właśnie o ten autorytet chodzi. Mało kto dopuszcza myśl, że przyznanie się do błędu powinno autorytetu przysparzać, nie mówiąc już o ociepleniu wizerunku. W tym kraju uczyniono już chyba wszystko, by budowanie belferskiego autorytetu oprzeć jedynie na papierze i procedurach; czy można się dziwić, że absolwent pedagogiki dowolnej uczyni wszystko, by zejść z linii strzału, zanim jeszcze o jakimkolwiek autorytecie będzie mógł pomarzyć? A tymczasem, oficjalnie hołdujący fińskiej supremacji oświatowej misjonarze udają, że nie zdają sobie z tego sprawy i brną w fikcję wystukanych na blachę metod, odbębnionych praktyk i papierowej misji. Adepci zawodu, karmieni frazesami o bezkolizyjnej konkurencji, glorii i afirmacji istnienia, zderzają się następnie z niewirtualną rzeczywistością i rozliczani z niej według zupełnie odmiennych, niż zapisane w zeszycie od metodyki, zasad, odreagowują swoje stresy i kompleksy na tych, na których mogą, czyli na uczniach i ich opiekunach. Chcesz spokojnie przeanalizować swój dokument tajny łamany przez poufny? Złóż podanie, odczekaj swoje i przejrzyj szybko, bo się spieszę… Nauczyciele, dyżurni chłopcy i dziewczynki do bicia w zakompleksionym i roszczeniowym społeczeństwie, sami ograniczani biurokracją i żenującą pensją, nauczyli się minimalizować ryzyko. Po co mają dobrowolnie nadstawiać karku, narażać się dyrekcji, kolegom i być wytykanym palcami w przypadku jakiegoś czeskiego błędu? Mija właśnie trzeci rok szkolny obowiązywania nowego prawa, odkręcającego tę urzędniczą paranoję, a większość zainteresowanych wciąż nawet nie próbuje go egzekwować, nawet jeśli w ogóle wie o jego istnieniu.

Nigdy nie pozowałem na Judyma, więc muszę być chyba niespełna rozumu, przyznając się publicznie do łamania prawa przez kilkanaście lat pracy. Mam nadzieję, że „dobrej zmianie”, mimo licznych zakusów, nie uda się doprowadzić do załamania zasady lex retro non agit, bo ktoś mógłby mnie, jako urzędnika, pociągnąć do odpowiedzialności za świadome udostępnianie i upublicznianie tajnej dokumentacji wagi państwowej. Bez trudu można mi bowiem udowodnić, że odkąd pracuję w gimnazjum, wszyscy moi uczniowie mają nieograniczony dostęp do swoich prac, sprawdzianów i kartkówek, i to na czas nieokreślony. Czy nie przeprawiają i nie dopisują, czego nie było? Do prawidłowo sprawdzonego testu nie da się dopisać braków. A przeprawić błąd po ocenie można przecież także podczas standardowych oględzin na lekcji, nie popadajmy więc w paranoję. We wrześniu, moje pierwsze klasy zakładają sobie teczki, które trzymają w domu i do których wpinają wszystkie materiały ode mnie otrzymane (łącznie z ocenionymi sprawdzianami i kartkówkami). Rodzice są o tym powiadomieni. W dobie powszedniejących dzienników elektronicznych, informacja o terminie oddania sprawdzianów i frekwencji w tymże dniu jest łatwo dostępna, a kwestia otrzymania sprawdzianu do rąk własnych łatwo weryfikowalna. Kiedy zdarzyło mi się zostawić pracę ucznia w domu, też mogłem w prosty sposób to zakomunikować. W klasie trzeciej, moi uczniowie mają możliwość otrzymania w czerwcu oceny (z wagą sprawdzianu) za „rozliczenie się z teczki” (zadaję wtedy zwykle trzy pytania dotyczące kwestii drażliwych, czyli np. ocen niedostatecznych). W praktyce więc, prace są przechowywane znacznie dłużej, niż przewidywała bardziej restrykcyjna wersja ustawy. Jako anegdotę mogę przytoczyć historię handoutu, którego źródło elektroniczne „zaginęło” mi przy zmianie laptopu. Był to wymarzony materiał do pewnej lekcji, ale ani własna pamięć organiczna, ani żadna RAM nie przyszła mi z pomocą. Wystarczył jednak kontakt z absolwentem i po trzech dniach miałem w ręku teczkę sprzed sześciu lat! Właściciel twierdził, że z powodzeniem korzystał z niej w liceum. To podsunęło mi pomysł stworzenia online przedmiotowego archiwum materiałów, zawsze dostępnego dla zainteresowanych. Takie rozwiązanie wyeliminowałoby wiele problemów technicznych. Tak więc, wracając ad rem, zdecydowana większość uczniów swoje teczki utrzymuje w jakim takim porządku, ci którzy chcą i mogą wykorzystać zebrane w nich materiały do powtórzeń, poprawy ocen i pracy własnej, robią to; ci, którym jest to obojętne, na sprawdzianach kiszonych w mojej szufladzie też by nie skorzystali.  Czy sprawdziany giną? Zdarza się. Uczniowie mogą przecież z nimi zrobić praktycznie wszystko i niejednokrotnie udało im się owe cenne manuskrypty zgubić lub zniszczyć. Mogą nanosić na nie (ołówkiem) notatki i, o zgrozo, powielać je przy pomocy wszelkich dostępnych technik. Prokurator pewnie zauważy, że oskarżony wielokrotnie sam namawia uczniów do czynu zabronionego, czyli do kserowania i fotografowania sprawdzianów kolegów (za ich zgodą), w przypadku nieobecności na sprawdzianie. Kolportuje także zbędne mu, pozostałe kopie w podobnych okolicznościach. Jak widać, lekce sobie waży powagę dokumentu i traktuje go jako jeszcze jedną, banalną technikę nauczania. Naraża przy tym na szwank powagę profesji i przysparza niepotrzebnej pracy innym urzędnikom, którym pięć kserowanych w konspiracji kartkówek wystarczało dotąd na pięć lat pracy.

Za okoliczność łagodzącą, Wysoki Sąd powinien jednak uznać domniemanie, że ci pozostali urzędnicy państwowi żyją chyba w rzeczywistości alternatywnej, w której czas zatrzymał się 25 lat temu, a technologie i fakty im nieznane, lub przez nich wyparte, ulegają automatycznej dezintegracji w umysłach pozostałych ludzi. Idąc tym tropem, jakiś kopernik gotów rzeczywiście pomyśleć, że komputery przyczyniają się do zmian (raczej degeneracyjnych) w mózgach, tym razem u cyfrowych imigrantów. Czy można być tak naiwnym, żeby wyobrażać sobie, że uczniowie, którzy chcieliby skorzystać z gotowców, muszą czekać na cynk od szczęśliwca, któremu udało się zabrać sprawdzian do domu i przepisać przez kalkę w 20 egzemplarzach? Trzeźwo myślący nauczyciel powinien zdawać sobie sprawę, że jeśli rutynowo pozwala sobie na niejednoczesne zastosowanie tego samego testu w kilku grupach, każdy taki sprawdzian zostaje natychmiast obfotografowany pod każdym możliwym kątem i rozesłany po szkole, przy słusznym założeniu wzajemności. Trzeźwo myślących jest jednak coraz mniej, bo sami, wyposażeni w mnogie gotowce, sprezentowane przez prześcigające się w standaryzowanym badziewiu wydawnictwa, święcie wierzą, że ich „książki nauczyciela” nie są dostępne, za złoty pięćdziesiąt, na Chomikach i innych platformach p2p, w tydzień po ukazaniu się podręcznika w księgarniach.

Na korzyść oskarżonego powinien także świadczyć fakt, że przyznaje się do winy, składa obszerne wyjaśnienia i, jako że sam przepracowywać się nie lubi, zdradza tajniki przestępczego procederu: Otóż, te same wredne tajniki IT, których używają uczniowie, bezwzględnie wykorzystując nauczycielską naiwność, ignorancję i lenistwo, można zastosować ku realizacji celów urzędnika. Powszechność i różnorodność opcji edytorów tekstu gwarantuje, że ten sam test, w tej samej szkole, może wystąpić w nieograniczonej wprost liczbie wersji, wobec której nadane sms’em abcd jest bezradne. Jeśli na dodatek urzędnik państwowy wykaże się inwencją i skorzysta z możliwości kompilacji, okaże się, że zamykanie sprawdzianów w pancernych szafkach ma znikomy sens. Obrona wnioskuje zatem o nieskazywanie oskarżonego na wydalenie z zawodu ze stosownym wpisem do akt, ale o udzielenie mu jedynie nagany, by na przyszłość miał się na baczności i nie antycypował logicznych zapisów prawnych.

Po takim procesie (myślowym) i, jak się zdaje, korzystnym wyroku (zdrowego rozsądku), jeszcze trudniej jest mi się odnaleźć w roli rodzica, traktowanego jak dywersant sypiący piach w tryby rozpędzonej machiny systemu oświatowego, szpieg wykradający jego tajne strategie i podstępny prowokator dybiący na wszelkie potknięcia jego personelu. Jestem świadomy, że powstawanie i stosowanie irytujących procedur jest podyktowane ułomnością ludzkich charakterów i istnieją przypadki, kiedy posiadanie corpus delicti w szufladzie stanowi gwarancję spokojnej głowy. Jeżeli już stos makulatury gwarantuje komuś poczucie bezpieczeństwa, to pozwólmy choć rodzicom na kserowanie lub fotografowanie prac. Że mogą zostać wykorzystane niezgodnie z naszą wolą? Niefajnie byłoby zobaczyć na Facebooku swój czerwony, uczony komentarz z błędem ortograficznym, prawda? Po pierwsze, musimy pogodzić się z faktem, że żyjemy w czasach, w których zachowanie prywatności jest rzeczą bardzo trudną, jeśli w ogóle możliwą, trzeba więc starać się być odpowiedzialnym za swoje emploi, które w tym wypadku uznać należy za profesjonalne, a nie prywatne. Po drugie, wiemy przecież, komu uczniowską twórczość udostępniamy, więc o co tyle hałasu?

Tymczasem, choć nigdy jeszcze nie byłem zmuszony pisać petycji o łaskę rzucenia okiem na prace swojego dziecka, wyrwanie ich ze szczęk szkolnej biurokracji graniczy z cudem. Z upływem lat, przeglądanie tych prac traci na znaczeniu, ale wciąż jeszcze zdarzają się momenty, w których pomocne byłoby zorientowanie się, gdzie dzieciak robi błędy i dlaczego. Przypuszczam, że urzędnikom szkolnym trudno uwierzyć, że ktoś poza nimi samymi jest w ogóle w stanie ogarnąć niezgłębione tajemnice procesu edukacyjnego na poziomie gimnazjum i sensu takiej pozaszkolnej analizy toku rozumowania dziecka nie potrafią dostrzec. Jednocześnie, przeceniają swoją moc eksplanacyjną w przypadku poprawy sprawdzianu na zajęciach (jeżeli w ogóle ma ona miejsce). Zakładają chyba, że wszyscy są wtedy jednakowo skoncentrowani i, jak nigdy, pracują w tym samym tempie. Realny czas, który trzeba by poświęcić na rzetelną poprawę pracy klasowej, a nie jedynie podanie prawidłowych wyników, to często dwie godziny lekcyjne. Biorąc to pod uwagę, nauczycielowi powinno zależeć, by uczniowie mieli szansę popracować nad powstałymi problemami w domu (no, chyba że założymy zupełne nieprawdopodobieństwo takich zachowań), przy własnym biurku, albo, jak woli moje dziecko, we własnym łóżku. Niestety, nad takie korzyści, często przedkłada on swoją własną wygodę i złudną pewność, że nikt mu na klasówce nie ściąga i ewentualnych błędów merytoryczno-proceduralnych nie wytknie. Po części, wynika to także z dość popularnego przekonania, że test coronat opus i trzeba czym prędzej przejść do kolejnego działu – test nie jest postrzegany jako integralny element pracy z uczniem, ale sitko do odcedzania średnich.

Po namyśle, dodać muszę jeszcze trzeci aspekt mojego zderzenia z artykułem 44e ust. 4. W roli tutora często bywam zatrudniany nie jako przewodnik intelektualny młodego człowieka, poszerzający jego lingwistyczne horyzonty, ale jako lekarz pogotowia ratunkowego, mający przeprowadzić szybką reanimację pacjenta z podejrzeniem ostrej niewydolności ogólnojęzykowej. Stwierdzenie symptomów takiej niewydolności nie jest na ogół trudne, ani czasochłonne, jednak jej etiologię i szczegóły przebiegu mógłbym szybciej i sprawniej ustalić, mogąc choćby pobieżnie przejrzeć kilka ostatnich „badań” dzieciaka. Niestety, na „patent  teczkowy”, albo podobne rozwiązanie, nie mogę liczyć z 99% pewnością. To oczywiste, że świadomość, że ich praca może być recenzowana przez osoby, które mają po nich „poprawiać”, nie jest dla nauczycieli przyjemna i nie widzą oni żadnego sensu w ułatwianiu komuś takiemu pracy. Niemniej jednak, niezależnie od osobistej percepcji, anonimowość poczynań nauczyciela i jego suwerenność są już raczej przeszłością – pytanie brzmi, czy sami nauczyciele nadal wierzą w mit swojej nieomylności oraz w to, że są niezastąpieni. To dziwne, że, jako adresaci tysiąca miękkich szkoleń z jeszcze bardziej elastycznych kompetencji, dają sobie narzucić powszechnie piętnowaną narrację kultury błędu, strachu przed pierwszą lepszą konfrontacją, a każdy możliwy konflikt interesów swoich i podmiotu procesu edukacyjnego traktują jak podły zamach na podmiotowość własną.

Stwierdzenie, że są po prostu rozpuszczeni swoją Kartą, zmanierowani imputowaną wszechwładzą, niedouczeni z założenia i po prostu niekulturalni, uznałbym jednak za diagnozę pobieżną i dość prostacką. Nauczyciele też, podobnie jak cały system edukacyjny oparty na procedurze, a gardzący faktami, funkcjonują w konkretnym kontekście kulturowym. Taki mamy klimat – błędów, zwłaszcza słabszym, się nie wybacza. Może warto i przy tej okazji przypomnieć, że omawiane tu szkolne równanie ma dwie strony. Część odpowiedzialności powinni także ponosić uczniowie i ich rodzice. Może w klasach młodszych rodzic powinien decydować, czy sam będzie odbierać sprawdziany, czy też ufa dziecku, bo wie, że jest już na tyle dojrzałe, że pracę do domu doniesie i pokaże. W gimnazjum, normą powinno być już ufanie w taką dojrzałość. Jeśli jej brak, odpowiedzialność za np. zagubienie ważnego sprawdzianu powinna spocząć na barkach gubiącego, bez prawa do weryfikacji oceny (jeśli oczywiście pracę otrzymał, co można sprawdzić dzięki zapisowi w dzienniku).

W odniesieniu do wzmiankowanego artykułu 44e, przyznaję, że zarówno lekkomyślnie i nieprofesjonalnie zlekceważyłem procedury, jak i poddałem w wątpliwość swój urzędniczy autorytet, wiedząc, że w razie niesprzyjającego splotu okoliczności, nikt nie będzie nawet szukał innych możliwych winnych. Po to właśnie procedury istnieją i kropka. Przyznaję, że sposób to ryzykowny i nierozwiązujący problemu globalnie. Z tego, że takie postępowanie nie odbiło mi się instytucjonalną czkawką, nie sposób wyciągnąć wniosku, że innym też by się udało. Jak radziliście sobie z tym catch’em do 2015 r? Jak radzicie sobie z jego cieniem dzisiaj? Jako nauczyciele? Jako rodzice?

Podziel się ze znajomymi

3 komentarze do “Art. 44e ust. 4/Catch 22

  1. Kilkanaście lat w zawodzie i nadal nie rozumiem problemu z problemem udostępniania prac uczniom – wpinam lub prosze o wpięcie prac do zeszytu lub ksiazki i tyle. Nie rozumiem kolejek rodzicow do nauczycieli i prosby o udostepnianie oraz powolywanie sie na „intelektualny” wkład pracy nauczyciela przy tworzeniu sprawdzianu. Nie rozumiem kserowania w czasach gdy można zrobić zdjęcie, nie rozumiem tego, że uczen uczac sie do poprawy, nie moze uczyc sie z poprzedniego sprawdzianu i zobaczyc co robił źle, a co robił dobrze. Nie rozumiem

    • Jak się zdaje, dość powszechne jest przekonanie, że praca nauczyciela jest niczym nieregulowaną, amatorską wolnoamerykanką, a sam nauczyciel niczym nieskrępowanym sobiepanem. Niezależnie od obserwacji mogących takie przekonanie kształtować, w większości przypadków, jest to szkodliwy mit.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*