avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Eduopticum

Bóg z platyny i irydu

02.03
2017

Zestaw do samodzielnego montażu

Bez żadnego manuala to musiało trwać dłużej, niż sześć dni. Trud to wielokrotny, podejmowany raz po raz od nowa, nieukończony, bez nadziei na finał i odpoczynek dnia siódmego. Nikt nie zawołał prasy, więc żadnego reportażu nie będzie – nie ma co liczyć na nowe Genesis. O stworzeniu i codziennym kształtowaniu boga przez człowieka, czasem na jego obraz i podobieństwo, mówi się niewiele, niezależnie od tego, czy chodzi o dobrotliwego, brodatego dziadka na chmurce, mizoginicznego choleryka w jednej, choć potrójnej osobie, wielorękiego, aryjskiego demiurga, olimpijski związek zawodowy X-menów, najwyższe drzewo w okolicy, czy pomnik wodza rewolucji. Ciężko się o tym rozmawia, bo raz, że bogów jest pewnie tylu, co ludzi, a dwa, że ci, którzy do swoich boskich płodów są bardzo przywiązani, mają zwykle bardzo reaktywne ciało migdałowate – strukturę odpowiedzialną za emocje, w tym, za powszechną w sporach religijnych agresję.

Jak w przypadku każdego wynalazku, nie jest łatwo ocenić, czy urządzanie sobie teatrzyku w innym wymiarze przynosi ludziom więcej dobrego, czy złego. Dyskusja taka ma jednak niewielki sens, bo wszechmogący aktorzy w nim występujący są w dużej mierze wytworami ewolucji naszego mózgu, która już dawno „zdecydowała”, że ma on rację bytu. Musimy sobie zdawać sprawę, że ewolucja nie ma celów, a powodem ekspansji naszych mózgów nie jest dążność do obiektywnego poznania rzeczywistości, lecz jak najlepsze dopasowanie do zastanych warunków. A na pewnym etapie naszego rozwoju biologicznego i społecznego (niestety, pojęcie to nacechowane jest zupełnie nieadekwatną tu celowością), okazało się, że mózg religijny przyczynia się do redukcji stresu i napięć powodowanych wzmożoną interakcją. Ułatwia także organizację struktury społecznej. Statystycznie, w ujęciu czysto biologicznym, religijność przedłuża zdrowe życie, zmniejsza prawdopodobieństwo depresji, uzależnień i śmierci samobójczej. Efekt placebo jest u osób religijnych silniejszy, łatwiej również zdrowieją. Jak widać wymiar „duchowy” z automatu załatwia to, do czego umysł świadomie dochodzi ze sporym wysiłkiem i zwykle przez znacznie dłuższy czas. To kolejna przesłanka świadcząca o korzyści ewolucyjnej odnoszonej na skutek swoistej ignorancji. Oczywiście, kojarzenie tych dobrodziejstw z obiektywną, czy choćby potencjalną korzyścią jednostek jest nieuprawnione. Ilość ofiar spowodowanych religijnym i parareligijnym amokiem jest niewyobrażalna, a szkody spowodowane wstecznictwem niemożliwe do oszacowania i niepowetowane. Jest to cena, jaką płacimy za urwanie się z krótkiej smyczy ewolucji – w pierwotnych, dość jednolitych i relatywnie niewielkich populacjach, symulowana obecność jakiejś siły regulującej i porządkującej świat, „ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej” w jednym, musiała stanowić namiastkę państwa opiekuńczego i bezpiecznej, choć pośmiertnej emerytury.

Współcześnie zasadne jest jednak pytanie, czy rozdawanie biletów na przedstawienie tego mitologicznego teatrzyku powinno leżeć w gestii publicznej szkoły, zarządzanej przez podobno świeckie państwo, nawet jeśli teoretyczna większość jego obywateli traktuje swoje życie jedynie jako antrakt w tymże spektaklu. Katecheza w szkole nie tylko ogranicza demokratyczne prawa mniejszości, ale nie przysparza także korzyści wierzącym. Wręcz przeciwnie, odstręcza uczestników, buduje niechęć wobec instytucjonalnego przymusu i z autentycznym doświadczaniem absolutu nie ma nic wspólnego. Dostarczana przez nią instrukcja składania boga jest tak prymitywna, że gdyby IKEA dołączała takie do swoich produktów, nigdy nie można byłoby być pewnym, czy montowany właśnie mebel jest stołem, czy kanapą. Zdziwienie taką sytuacją wynika jednak z daleko posuniętej naiwności zdumionych lub odsetka ciemnego ludu w populacji. Ten pseudoedukacyjny kabaret ma być przejawem życia ideologicznego i politycznego, a nie duchowego. Ma przygotowywać grunt pod bajania dowolnego szamana. Jeśli bez oporu przyswajasz, lub choćby tolerujesz bzdety serwowane przez ludzi, którzy sami w analizie swej świętej księgi nie wyszli poza etap fundamentalistycznej szkółki niedzielnej, w przyszłości łatwiej łykniesz dowolną bzdurę podszytą sekciarskim entuzjazmem. Jeśli nie dostrzegasz dysonansu między wywodami katechety, a resztą przedmiotów, lub traktujesz je jako rzeczywistości równoległe, jesteś mentalnie przygotowany do odbioru medialnej postprawdy. Jeśli nie widzisz nędzy intelektualnej, nieprzygotowania, a zarazem bezczelności i perfidii zdecydowanej większości aspirujących do miana przewodników duchowych młodzieży*, bez problemu zaakceptujesz koronację kolejnej, betonowej wieży pychy i ochoczo strzelisz obcasami, salutując pierwszemu lepszemu bałwanowi. Pozostaje mieć nadzieję, że lud nie jest nawet w połowie tak ciemny i infantylny, jak malują go jego wybrańcy i manipulacja, jakiej jest poddawany, spłynie po nim, tak samo, jak indoktrynacje minione. Szkoda jedynie lat życia spędzonych na funkcjonowaniu w dwóch obiegach, do którego coraz lepiej przygotowuje nas pozornie świecka szkoła. A będzie przygotowywać jeszcze wspanialej, bo religia oficjalna może w niej wkrótce spotkać i pokochać sekciarstwo historyczne, patriotyczne i obyczajowe**. Jeśli na ten melanż nałoży się jeszcze dogmatyzm pedagogiczny i metodyczny, to przepis na ponowoczesnego wyznawcę dowolnej głupoty mamy gotowy.

Warto zauważyć, że popularne parakulty, w rodzaju smoleńskiego zaczadzenia, nie są wynikiem nadmiaru transcendencji, czy chrześcijańskiej duchowości w życiu naszego kraju, a wręcz przeciwnie, jej niedostatku i deformacji, która zaczyna się na lekcji niedouczonego katechety, a kończy niedzielnym kazaniem cynicznego, wszechpolskiego satrapy w mitrze. Mechanizm kultu religijnego i wiecowego amoku sterowany jest tymi samymi strukturami układu nerwowego, to dlatego dojrzałe demokracje powinny dbać, by uczucia religijne pozostawały sferą prywatną obywateli, a nie elektrodami w ich mózgowiu, umieszczonymi tam przez cwanych oportunistów.

Nie będę jednak pisał teraz o gmeraniu w mózgu w poszukiwaniu neuronalnego mechanizmu poczęcia bóstwa, choć jest to historia ciekawa, wielowątkowa i zasługująca na uwagę zwłaszcza tych, którzy szlak dopaminergiczny i samą dopaminę uznają za kluczowe w procesie dydaktycznym. Niestety, ten ubóstwiany, świeżo odkryty dla niektórych szkolnych czarodziei, neurotransmiter spełnia swoją biologiczną rolę równie dobrze w „nauczaniu przyjaznym mózgowi”, co przy przyswajaniu bzdur i kreowaniu intelektualnych lub religijnych omamów. Choćby tylko z tego powodu, trzeba obstawać przy założeniu, że w procesie edukacyjnym, kluczowe są jednak wola i treść, a belferskie techniki, ideologiczne szpagaty i śledzenie ponad wyobrażenie skomplikowanych, śladowo sterowalnych mechanizmów biochemicznych, zupełnie wtórne.

Czym nawozi się mak?

Dziś, w kreacji transcendencji, interesuje mnie nie maszyneria, lecz jej potrzeba. Można oczywiście podążyć w takich rozważaniach utartym szlakiem i poprzestać na podstawowej, nie tylko zresztą dla rodzaju homo, ale dla całej materii ożywionej, potrzebie badania otoczenia. Poganiana ewolucją ciekawość i jej pochodna, potrzeba objaśniania obserwowanego świata, wydają się wystarczającymi praprzyczynami myślenia magicznego, religii i tworzenia idoli. W końcu organizmy żywe stawiały hipotezy i budowały teorie na długo zanim człowiek sformalizował i zrozumiał te pojęcia. Niektórzy, np. ci mający mentalny problem z Darwinem, nie rozumieją ich do dziś. Nie może więc dziwić, że nasi przodkowie, mając nieporównywalnie mniejsze możliwości wglądu w strukturę i prawa rządzące ich rzeczywistością, hipotezę zbędną Laplace’owi stawiali nad wyraz chętnie, a potrzebę dowodzenia swych teorii mieli w pogardzie odkąd tylko zorientowali się, jak wielką władzę nad hordą one gwarantują. To intuicyjne i niemal aksjomatyczne założenie jest jednak moim zdaniem niewystarczające, nie do końca bowiem tłumaczy przytłaczającą, już całkiem współczesną przewagę liczebną osób wierzących w jakikolwiek byt nadnaturalny nad populacją ateistów. A przecież, od czasów Inkwizycji, mimo obiektywnych trudności i prawdopodobnie ewolucyjnie podyktowanej przewagi ignorancji nad analizą intelektualną, jako cywilizacja, poczyniliśmy ogromny postęp w objaśnianiu świata. Wydawałoby się więc, że postępująca laicyzacja, sekularyzacja, a przede wszystkim powszechna edukacja proporcję tę nieco wyrównają. Obserwuje się jednak coś innego – oświata (a szerzej, nauka) i religia (i myślenie magiczne w ogóle) funkcjonują w dziwnej symbiozie, a przynajmniej kohabitują w obrębie tej samej niszy. Skoro mamy tak zaawansowaną (choć z definicji niepełną) wiedzę o naturze Wszechświata, dlaczego wciąż potrzebujemy magii do jego objaśniania?

W tym miejscu także nie jestem usatysfakcjonowany kolejnym apriorycznym założeniem, że wiedza staje się zbyt skomplikowana, abstrakcyjna i trudna, a większość ludzi jest po prostu zbyt głupia, by ją zdobywać i różnych wszechmogących gromowładnych ze zbioru wyjaśnień wyeliminować raz na zawsze. Żaden liberalny ateista nie będzie przecież twierdził, że wśród wierzących nie ma ludzi o ogromnym potencjale intelektualnym, a ateiści są z kolei en masse wolni od ignorancji. Tu również rządzi rozkład normalny i założenie takie może być jedynie istotną częścią rozwiązania, ale nie całością. Na dodatek, tu rzecz godna uwagi ludzi zainteresowanych edukacją i nauką, wiara w zwiewne aniołki i dziewictwo matek nie wyczerpuje bogactwa form myślenia religijno-magicznego. Jestem skłonny przypuszczać, że mimo zaprzeczeń i deklaracji, nawet część ateistów i naukowców „wierzy” w swoje przekonania i dziedziny w sposób analogiczny do tego, w jaki wyznawcy Jahwe, Manitu, czy Śiwy odprawiają swoje rytuały***. W chwili, gdy ta „wiara” przestaje być wiedzą i zlewa się z ideologią, nie bardzo różni się od sekciarstwa i jihadów innego pochodzenia. Media elektroniczne sprawiają, że z dnia na dzień maleje doniosłość kwestii stających się zarzewiem owych kółek wyznaniowych dowolnej idee fixe i towarzystw wzajemnej adoracji wyznawców kultu rozmaitych koperników. Kto miał dotąd szczęście z internetową parareligią się nie zetknąć, może jej doświadczyć o dwa, trzy kliknięcia stąd. Ludzie stricte religijni nie mają monopolu na mistyczne uniesienia i plemienne zwieranie szeregów. Choć zapach wiadomego opium jest wyraźnie i powszechnie wyczuwalny, stanowi często jedynie dodatek, cynicznie dodany ornament na sztandarze spraw dużo bardziej prozaicznych. Nie trzeba wcale wierzyć w Boga, by wyznawać kult Betula pendula, świętej metody dydaktycznej, szeregowego posła, czy innego ojca narodu.

Skoro więc żądza poznania pierwotnej przyczyny, pożeniona z dumną ignorancją, nie do końca wyjaśnia imperatyw transcendencji w postaci dowolnej, cóż innego pozostaje? Strach to kolejny, logiczny kandydat na przyczynę zapotrzebowania na boga, chociaż lęk przed losem grillowanej kiełbaski jest dziś raczej wypierany przez fobię mniej wizualnie nachalną, za to istniejącą w znacznie bliższej i bardziej namacalnej perspektywie – przez  obawę przed odrzuceniem i brakiem akceptacji. Instynkt stadny, potrzeba identyfikacji i wtopienia się w tłum silny obietnicą anonimowości i moralnej dyspensy na wszelką niegodziwość, ma mnóstwo do zaoferowania podmiotowościom słabym, chwiejnym i zakompleksionym. Wydaje się jednak czynnikiem kulturowo, czy wręcz biologicznie starszym, niż religia, a przez jej zorganizowaną postać zawłaszczonym i twórczo wykorzystanym.

W czasach, gdy pierwotny lęk przed cieniem, ruchem w trawie, ciemnością nocnego lasu, gromem, czy opętaniem jest już raczej domeną horroru w 3D i hi-fi, na placu boju pozostaje tylko czysto egzystencjalny strach przed śmiercią. Doraźnie, w sposób uświadomiony, lub całkiem instynktowny, lęk ten odczuwa wszystko, co żyje. Czy wystarczy on jednak, by miliardowe rzesze umysłów młodych, zdrowych i, co tu kryć, na ogół nienawykłych do myślenia w perspektywie dłuższej, niż tydzień, wpędzić w niewolę jasełkowych pacynek i uczynić ofiarami moralnego szantażu? Strach jest z pewnością jednym z najsilniejszych (i ewolucyjnie najpotrzebniejszych) doznań. Prawdopodobnie, traumatyczne przeżycia, w połączeniu z oddziaływaniem tradycyjnego, autokratycznego środowiska, w sporym procencie przypadków, przyczyniają się do choćby okazjonalnych manifestacji potrzeby obecności siły wyższej. Jest ona pożądana jako przeciwstawna do przeważającego na co dzień chaosu, niemożliwego do ogarnięcia umysłem wychowanym w mnożących się jak króliki narracjach, postmodernistyczną manierą uznanych za równoprawne. Jednak wizja sądu ostatecznego i ewentualnego surowego wyroku nie wyczerpuje chyba problemu, bo potrzeba mistycyzmu i myślenia nieracjonalnego nie ogranicza się przecież do rytualnego wysyłania codziennych, wazeliniarskich walentynek ulubionej postaci z mitologicznej menażerii. Obejmuje także szczerą,  trwałą i bezwarunkową miłość do Fidela, do słońca narodów, JFK, papieża, The Beatles, do PiS i PO, do „rewolucji w nauczaniu” i pruskiego drylu, do liberalizmu i totalitaryzmu, do purytańskiej wstrzemięźliwości i libertyńskiego poróbstwa, do… Każdy ma swojego boga. Trudno nie wierzyć w nic. Czy to też ze strachu przed nieistnieniem?

Jeśli nie kij, to może marchewka? Czymś w końcu przyszłe opium trzeba nawozić. Siedemdziesiąt dwie hurysy, wygodny pokoik z niebieskim sufitem? Permanentna kontemplacja wybranego słoneczka? Wieczny spokój, śpiew w skrzydlatym chórze? Inna, mniej, lub bardziej wyrafinowana nirwana? To raczej mało atrakcyjna perspektywa dla współczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego. Biorąc pod uwagę średnie wymagania i wyobrażenia o komforcie, niebieską ofertę biur podróży w jedną stronę klienci powinni mieć raczej w głębokim poważaniu. A jednak spory procent ludzkości takie wczasy chce sobie wykupić. Wygląda na to, że dostępne foldery odczytują zupełnie inaczej, niż ich twórcy. Uwolnienie od trosk i pokus doczesnych, wyobrażają sobie raczej jako all inclusive na Bahamach. Są aż tak naiwni, czy raczej nie traktują tego poważnie? Ogromny (od zawsze) rozdźwięk między teorią, a praktyką religijną każe przypuszczać, że potrzeba boga jest w zasadzie niezależna od instytucji, celebry, rachunku sumienia i lokalnie obowiązującego anturażu. Wizją anielskich kołysanek, a nawet nieograniczonej konsumpcji odnawialnego dziewictwa, bez zabezpieczeń i viagry, skuszeni są już chyba tylko nieliczni ubodzy duchem.

Świat to za mało

Powyższy, z pewnością bardzo niepełny, przegląd motywacji do narkotyzowania się kadzidłem pod różną postacią, chciałbym uzupełnić własnym (na ile oryginalnym, nie wiem) podejrzeniem. Otóż myślę, że za potrzebą boga, w dużej mierze stoi ludzka megalomania, arogancja i zarozumialstwo (również ewolucyjnie ciekawe), a zarazem kompleks niemożliwości sprostania własnym ambicjom. Uświadomienie sobie własnej małości (głównie w aspekcie moralnym) wymaga ratowania twarzy. Ludzki PR bardzo poprawia hipokryzja, wymagająca używania stopnia absolutnego, kiedy stopień najwyższy traci już moc przekonywania.

Posłużę się dla przykładu prostym modelem wyłaniania przywódcy hordy. Z początku przywództwo jest prostą konsekwencją rozkładu normalnego wymaganych cech (tu ostrożnie, bo nie wszystkie podpadają pod rozkład Gaussa). W niewielkiej grupie, naprawdę silnych i przedsiębiorczych osobników, potrafiących przekonać do swoich racji (obojętnie jakim sposobem) jest niewielu, a czasami tylko jeden. W takich warunkach, proste porównanie szans w konfrontacji z racjami takiej jednostki (tak, ludzie jednak porównują się ze sobą i oceniają możliwości wygranej) w zupełności wystarcza – wszyscy wiedzą, kto w pojedynkę zabił tygrysa szablozębnego, kto pogonił kota tym zza rzeki, albo kto zawsze wie, kiedy i gdzie zaczaić się na jelenia. Sytuacja komplikuje się (jak zwykle), gdy sprawnie kierowana horda powiększa się i stary wódz ma, na przykład, trzech synów i wszyscy oni odziedziczyli po nim potencjał. Tu jeszcze nie ma tragedii, bo kwestię pierwszeństwa do schedy załatwi większy tygrys, przypadkowe złamanie nogi w pogoni za jeleniem lub brat bez skrupułów. Gorzej, gdy horda zmienia się w plemię i różne klany mają własnych kandydatów, którzy kiedyś też ubili coś większego. Z niejakim trudem i nie bez targów, plemię w końcu zgadza się na kandydata, który zabił mamuta. Kłopot w tym, że mamutów jakby mniej, bizony bardziej potrzebne, niedźwiedzie bardziej niebezpieczne, a ubite przez innych. Gwiazda wodza nieco przygasa, a tu jeszcze ktoś rozgłasza plotki, że ten mamut to raczej młody był, mamuciątko wręcz i na dodatek chore. Zabójca największego bizona już wie, że musi być cwańszy. Wielka czapa z wypreparowanego bizoniego łba robi duże wrażenie, ale nasz kandydat jest świadomy, że nie na długo. Bezpośrednie porównywanie i wieczne ściganie się z innymi pretendentami (no, nie ma zmiłuj, życie, i to nie tylko w jaskini, polega jednak na ocenianiu i konfrontacji z konkurencją) jest męczące i ryzykowne, więc pilnie potrzebny jest nowy, potężniejszy, ale i bezpieczniejszy odnośnik. Plemię od zarania tkwi w animizmie, więc właściciel czapy nie musi wymyślać boga od podstaw. Po zmroku, wybiera największą skórę z kolekcji, dorzuca wędzony udziec i idzie do szałasu szamana. Rano okazuje się, że szaman miał sen, a w nim wizję, a w niej Duch Bizon przegnał Ducha Mamuta za góry. Wizja iście „prorocza”, bo ostatniego mamuta to chyba stary wódz widział, a bizony kręcą się to tu, to tam. A kto upolował największego bizona w historii plemienia? A kto ofiarował jego łeb i skórę Wielkiemu Duchowi (o wędzonce cicho sza)? No chyba jasne, że nie ten niedołęga wódz, co to mięso przyniósł, a siekacze zostawił. Nie dziwne, że się Duch Mamut obraził i podał tyły, ustępując Bizonowi. Trzeba natychmiast zmienić wodza, bo i Bizon się obrazi, a zima za pasem. Za cenę bizoniej skóry (to nie mało) i cichej akwizycji mięsa a conto przyszłych łowów, nowy wódz upiekł dwie pieczenie przy ognisku szamana: Bezwarunkowy sojusz tronu i ołtarza, oraz ustanowienie stopnia absolutnego w konkurencji – teoretycznie, dopóki bizony będą dawały się zabijać, tu, na ziemi, nie będzie miał z kim przegrać, niezależnie od rzeczywistej sprawności i potencjalnych zalet łowców o innej specjalizacji.

Ta naprędce wymyślona anegdotka, mam nadzieję, pokazuje nie tylko cyniczny mechanizm zarządzania maluczkimi (często ku ich osadzonej w teorii gier korzyści) przez inteligentniejszych manipulatorów, ale także potrzebę istnienia punktu odniesienia przynajmniej czasowo niedostępnego dla konkurencji. Kto pierwszy wpadł na ten pomysł nie wiadomo, ale z pewnością było to dawno temu. Najważniejsze jednak, że koncepcja prawie nic się nie zestarzała i działa do dziś, przysparzając wiernych wyznawców aktorom teatrzyków na wysokościach i poparcia cwaniakom ich zatrudniających. Na zawsze już, dostarczyła im argumentu ostatecznego w każdej dyskusji.

Kilkukrotnie wskazywałem już, że potrzeba absolutu nie dotyczy jedynie innego wymiaru. Postulowaną przeze mnie potrzebę stopnia absolutnego, kończącego licytację, doskonale widać przy kreacji bohaterów na miarę naszych czasów. Najrozmaitszych celebrytów popkulturowych, pseudonaukowych, politycznych oraz bohaterów jednego dnia kreuje się obecnie jednym niusem, a w otchłań niebytu strąca jednym memem. Naturalną koleją rzeczy, chcąc lśnić ich odbitym blaskiem, wyznawcy usiłują swoich idoli zabezpieczyć przed tym ostatnim, przypisując im i wymuszając na nich atrybuty, których nigdy nie mieli, a nawet mieć nie mogli. Gdyby jednak tego procederu zaprzestać, okazałoby się, że to zwyczajni ludzie i nie mogą już leczyć naszych kompleksów. Nie bardzo ci wychodzi z kobietami? Pomodlisz się do estradowego boga z przyrodzeniem do kolan, którego w modnym klubie sfotografowano właśnie z kolejną kochanką, modelką, której wycięto żebra, by zrobić miejsce na talię. Nic nie szkodzi, że bożek jest zdeklarowanym gejem, a bogini nie ma już czucia w twarzy. Twoją sieciową wypowiedź zakwalifikowano jako humbug? Ale przecież to samo twierdzi profesor doktor rehabilitowany, któremu trzeba teraz postawić ołtarzyk, złotymi zgłoskami wyryć cytaty z wiekopomnych dzieł i otoczyć wianuszkiem kapłanów, strażników słowa trzy razy wydrukowanego gdziekolwiek. Nieważne, że profesor jest znany głównie z autoreklamy i działalności merkantylnej na własnej, boskiej osobie. Twojemu krajowi nie bardzo się wiedzie na arenie międzynarodowej, twój klub znowu dostarczył radości kibolom przeciwnika, ewentualnie twoje kompleksy plemienne przekraczają wszelkie normy psychiatryczne? Nic nie szkodzi, ze strychu historii lub z telewizora, wyciągniesz sobie pasującego do sytuacji idola, człowieka z marmuru, z żelaza, co tam, wzorzec boga z platyny i irydu, wygładzony tak, że żaden brud się go nie trzyma. Co? Robił dzieci wszystkiemu, co na drzewo nie uciekło? Donosił? Brał łapówki? Niemożliwe, nie wzorzec boga z Sèvres. Zmęczony wracasz wieczorem, pognębiony przez korporację? Dla równowagi i odreagowania, zrób sobie świętego z przypadkowej ofiary zamachowca. Przecież Polak, patriota, nie mógł tak po prostu dać się zabić, tak jak ty dajesz się gnoić w pracy. Na pewno walczył i uratował pół miasta, co tam pół, całe, bo chrześcijańskie było. Dla wierzącego, świat to za mało. The Truth is Out There.

Przez to zapatrzenie w prawdę większą, niż rzeczywistość, mnóstwo ludzi traci właściwą perspektywę i zaniedbuje sprawy tak przyziemne, jak zupełnie nieboska moralność, przyzwoitość, elementarny szacunek dla przedstawicieli własnego gatunku wyznających innych bogów i zwykłe poczucie proporcji – umiejętność odróżniania spraw ważnych od mgły zabobonu i dezinformacji. Pretekstu do napisania tego tekstu dostarczyła mi rozmowa z pewnym licealistą, luźno inspirowana jego pracą domową. Zwykle uczę go angielskiego, ale tym razem jakoś zeszło na jego wypracowanie w znanym wszystkim gatunku Kto jest twoim autorytetem i dlaczego X? Chłopak nie był zachwycony perspektywą pisania takiego utworu – było to widać po przeczytaniu pierwszego akapitu. Wahał się też, o kim tu pisać, o papieżu Polaku, patronie szkoły, jakimś bohaterze narodowym, może już trzeba o jakimś wyklętym? Zupełnie nie przychodziło mu do głowy, że nie musi trzymać się takiego schematu. Swój platynowy wzorzec wypolerował do połysku, bo platyna to za mało. Przecież autorytet musi być bogiem, nie może mieć cech ludzkich, kataru, kłopotów z prostatą, wahań i niepewności, matki nastolatki, dziadka w Wehrmachcie i kochanki w pracy. Nie może zginąć w katastrofie lotniczej, jak byle turysta w klapkach. Musi bohatersko polec w zamachu wrażych sił, z hymnem na ustach. Polec bohatersko i z hymnem, też nie może byle jak. Nie, że przypadkiem, w pokoleniowym zrywie, w strachu i szczynach, bo tak wypadło, ale jako wyklęty niezłomny, bo tak wypadało. Nie może umrzeć jako Lolek, skoro przez pięć minut był Bolkiem. Nie może podpisać niczego istotnego, jeśli w tym samym czasie, pod biurkiem, sekretarka robiła coś innego. Z pewnością nie może lecieć gzić się po kurortach, kiedy mozolnie budowany kościół chwieje się w posadach. Wierni nie wybaczają nigdy, bo najpierw musieliby wybaczyć sobie. Wolą krzyżować i ubóstwiać.

Koniec końców, przekonałem autora nowej modlitwy, żeby wypracowanie napisał jeszcze raz. I zrezygnował z szukania w nim boga. Zdradziłem mu też, pilnie strzeżony przez wielu belfrów, patent na głupawe tematy: Obróć kota ogonem i napisz, co chcesz. Napisał, że tak naprawdę, to nie kojarzy żadnego autorytetu, który kieruje jego losem, a przykład bierze z wielu ludzi, w różnych sytuacjach. Czekamy na ocenę. Ja trochę bardziej, bo głupio byłoby stracić klienta, którego uczy się angielskiego, przez wypracowanie z polskiego. Że też mnie zawsze język świerzbi…

-

-

*Przepraszam wszystkich tych katechetów, księży i siostry zakonne, którzy do powyższego opisu nie pasują, ale w przypadku tej specjalizacji nauczycielskiej, średnia kompetencji zawodowych musi być bardzo niska, jeśli sądzić po relacjach chyba reprezentatywnej, bo licznej i bardzo zróżnicowanej pod względem przekonań, losowej próby respondentów, za jaką uważam swoich uczniów w różnym wieku i z rozmaitych szkół.

 **Przykład pierwszy z brzegu. Czymże, przy tej manipulacji, jest konkurs ortograficzny, nad którym się tu kiedyś znęcaliśmy? Tylko patrzeć dyskusji, czy patronatu nad „konkursem” nie powinien objąć PAN, albo przynajmniej IPN. A parę tygodni temu wiedliśmy tu z Xawerym spór o możliwość istnienia kręgosłupa moralnego u szkolnego urzędnika państwowego i, co za tym idzie, jego potencjału do wychowania i kształcenia wolnego obywatela. Nadal chcę wierzyć (no właśnie), w jego istnienie, ale przyznaję, że takie szopki moją wiarę mocno podkopują. Przecież, na wszystkie bogi własne i obce, tam, obok ministranta spraw dobrej zmiany, stoi pewnie dyrekcja tej szkoły i cała rada pedagogiczna. Ile takich rad znajdzie się w podlaskim i w całym kraju? Ja po prostu nie wierzę (jejku, znowu), że ci wszyscy ludzie indywidualnie, każdy z osobna, kręgosłupów nie mają (nie chcę określać możliwych do przyjęcia granic oportunizmu w konkretnych sytuacjach, dość mam własnych dylematów), ale byłoby to równoważne z tym, że już, na powrót, żyjemy w znanym z PRL-u matrixie – co innego w głowie, w domu, co innego w szkole, pracy i telewizji. Okazuje się, że do stworzenia takiej, w znaczeniu potocznym, schizofrenii, nie potrzeba wcale rozbudowanego aparatu terroru, zagrożenia pałowaniem i wywózką. Wystarczy trochę demokratycznej wiary w małość suwerena.

***Urzekł mnie fragment ze sfilmowanej właśnie książki Olgi Tokarczuk, który muszę przytoczyć, bo doskonale ilustruje to, co mam na myśli:

– Czy jesteś religijny? – musiałam mu zadać to pytanie.
– Tak – opowiedział z dumą. – Jestem ateistą.

Podziel się ze znajomymi

2 komentarze do “Bóg z platyny i irydu

  1. A ja znów tylko do jednego wątku:

    Rzeczywistym i po części skutecznym celem katechezy nie jest doznawanie absolutu, tylko pogodzenie się z polityczno-religijną poprawnością. Nie chodzi o to, by wszyscy kochali JP2 i wierzyli w boga. Chodzi o to, żeby nikt głośno ni śmiał powiedzieć, co o tym myśli i gdzie to ma.

    I ten cel katechaza realizuje. A przynajmniej istotnie mu sprzyja.

    • A jasne. Tyle, że ci którzy na tę katechezę dzieci zapisują, na ogół mają chyba inne o niej wyobrażenie. I tu jest pytanie, nie wiedzą, czy nie chcą wiedzieć, jak jest naprawdę? Unikają dysonansu poznawczego, czy są zaczadzeni opium? Ja tutaj nie mam większych złudzeń i nie łączę udziału w katechezie z wiarą, a jedynie z niską potrzebą boga w postaci przynależności do stada, koniunkturalizmu i plemiennej tradycji, „bo oćce kazali”. To jeszcze jedna przesłanka do tego, by polski katolicyzm traktować jako ludową klechdę, nie mającą nic wspólnego z chrześcijańskim duchem i filozofią.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*