avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Wchodząc do klasy, przede wszystkim uczysz jakim jesteś człowiekiem.

Nie straszmy edukacją seksualną

09.10
2013

Są takie chwile, kiedy brak edukacji seksualnej w szkole odczuć można bardziej niż zwykle. Na przykład, kiedy przypisuje się winę molestowanie dziecku, a winę za gwałt kobiecie (bo była kuso ubrana, na przykład). Pamiętam, jakiś czas temu, po tym, jak w jednym z gimnazjów doszło do gwałtu, miejscowy kurator oświaty zapowiedział warsztaty dla chłopców jak radzić sobie z agresją, a dla dziewcząt – jak odpowiednio i niewyzywająco się ubierać, aby swoim zachowaniem/strojem nie prowokować. Jak widać edukacji w tym względzie brakuje także dorosłym, ale najbardziej dzieciom i młodzieży. Tymczasem u nas edukację seksualną przedstawia się w konwencji horroru. W zbiorowej roli głównej występują kraje zachodnie, które poddają się bez oporu tej zarazie zalewającej już przedszkola. W efekcie, jak często słyszymy, biedne dzieci, zanim nauczą się składać zdania, uczą się, ni mniej ni więcej tylko wyszukanych technik miłosnych i niecnego zaspokajania niecnych popędów. Nic bardziej mylnego. To, co my nazywamy edukacją seksualną w krajach Europy zachodniej częściej nazywa się edukacją o relacjach międzyludzkich, a nacisk kładziony jest właśnie na RELACJE, na uczeniu małych dzieci okazywania szacunku, rozpoznawania i dbałości o swoje i innych emocje. Uczy się stawiania granic, w tym także tych, dotyczących własnego ciało i prywatności. Cele takiej edukacji skupione są na rozwijaniu poczucia własnej wartości, szacunku do siebie i asertywności. Aby na przykład w przyszłości umieć powiedzieć „nie”. Wiem, że są inne środowiska wychowawcze, które powinny tego uczyć (rodzina, Kościół), ale nie zawsze to czynią. I dlatego w wielu krajach zajmują się tym szkoły i przedszkola. I naprawdę nie wiem czego tu się bać.

Podziel się ze znajomymi

12 komentarze do “Nie straszmy edukacją seksualną

  1. Dlaczego asertywność w sprawach seksualnych miałbay być „uczona” (ja bym to nazwał raczej „wychowaniem” niż „nauką”) inaczej i w oderwaniu od asertywności we wszelkich innych aspektach?

    Śmiem zauważyć, że szkoła państwowa robi co może, żeby wszelką asertywność stłumić, a premiuje pokorę, lizusostwo i konformizm. Odpowiedź „nie” nie jest przez nauczycieli akceptowana w żadnym kontekście. Jak więc szkoła mogłaby „uczyć asertywności”?

    Swoją drogą — warto zastanowić się nad etymologią tak szkolnych pojęć jak „lizusostwo” i „wazeliniarstwo” — czy one nie wywodzą się aby od (zasługujących na asertywne odrzucenie, poza bdsm-owym marginesem upodobań) zachowań seksualnych?

  2. masz rację, że „e szkoła państwowa robi co może, żeby wszelką asertywność stłumić”. A przecież asertywność powinna być uczona/praktykowana jakby „przy okazji” – tak nie jest i wyjaśniłeś dlaczego. Ale w przypadku edukacji seksualnej, gdyby taka była, nauczyciel/ka dostają do ręki gotowe narzędzia, w postaci podręczników/scenariuszy lekcji, gdzie realizują temat „Asertywność” – wiem, że brzmi to koszmarnie łopatologicznie, ale to jest jakiś pomysł. Oczywiście, przy dobrej woli nauczyc.i chęci do samokształcenia.

  3. @ gotowe narzędzia
    – i tu właśnie widzę nieszczęście. Cała szkoła bazuje na „gotowych narzędziach”, czyli brykach. Wszelkie uczenie „asertywności wąskozakresowej” (w szczególności asertywności w aspektach seksualnych) nie ma najmniejszego sensu zanim nie przestanie się tłumić asertywności jako takiej. Dysonansem byłaby „asertywność seksualna” w połączeniu z submisywnością wymaganą we wszelkich innych aspektach.

    Jestem wielkim fanem Pontonu, który sensownie działa w dobrej sprawie. Ale Ponton robi to z zewnątrz, w kontrze do szkoły, ledwo (jeśli w ogóle) przez nią tolerowany. Szkoła sama nie jest zdolna ani do prowadzenia takich zajęć, ani nawet do ich akceptacji. Może je najwyżej tolerować (jak niektóre szkoły tolerują pontonowców).

    We wszelkim działaniu należy pamiętać o zasadzie „primum non nocere”, czyli najpierw wyeliminować działania destruktywne, a dopiero potem myśleć o konstruktywnych.
    Tak długo, jak nauczyciele będą wymagać, by uczniowie pokazywali im zeszyty, a odpowiedź „nie godzę się na zaglądanie do mojego zeszytu” nie będzie premiowana szóstką, tak długo szkoła nie powinna nawet myśleć o tym, by uczyć mówienia „nie godzę się na zaglądanie w moje majtki”.

  4. Uważam, że klucz do problemu tkwi w tych słowach Marzanny: „To, co my nazywamy edukacją seksualną w krajach Europy zachodniej częściej nazywa się edukacją o relacjach międzyludzkich, a nacisk kładziony jest właśnie na RELACJE, na uczeniu małych dzieci okazywania szacunku, rozpoznawania i dbałości o swoje i innych emocje.”
    Właśnie dlatego niedawno pisałem o micie szkolnej „edukacji seksualnej”: coś takiego nie istnieje, podobnie jak edukacja duchowa lub etyczna. Człowiek jest całością. Edukacja seksualna na jednej lekcji i deptanie godności na drugiej jest absurdem, o którym słusznie pisze Xawery. Szkoła tworzy naturalne środowisko, w którym kształtuje się tożsamość jednostki oraz relacje międzyludzkie, zatem również podstawy tożsamości i relacji w sferze seksualnej. Obawiam się, że 99% szkół nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.

    • Tak jest jak piszesz,ale nie pojmuję dlaczego nie ma najmniejszej chęci uczyć się od innych – są kraje z dobrymi wzorcami, ale jakoś w tej kwestii betonowa zapora jest nie do skruszenia.

  5. No to ja jeszcze raz o tych „gotowych narzędziach”.

    W uczeniu „twardej” wiedzy (np. matematyki czy historii) takie gotowce sa nieszczęściem naszej szkoły. Nauczyciel, używający gotowców daje uczniom jednoznaczny przekaz: korzystajcie z bryków i ściągawek, bo wiedza i umiejętności mogą być z powodzeniem zastąpione gotowcami, a samemu myśleć po prostu nie warto.

    W wychowaniu korzystanie z gotowców musi być jeszcze bardziej demoralizujące i przeciwskuteczne. Nauczyciel niesie przekaz: ja wprawdzie mam gdzieś te wartości, o których wam mówię, ale tak mam napisane, więc i wy postępujcie nie według własnych sumień, ale według ściągawek.
    Aż mnie montypythonowska ciekawość swędzi tak bardzo, że nie mogę się powstrzymać, by nie zapytać: jakie NACOBEZU powinno paść w lekcji o asertywności w sprawach seksualnych?

    Wychowywać można (zostawmy na razie na boku kwestię uprawnienia szkoły państwowej do jakichkolwiek działań wychowawczych) wyłącznie własną postawą i własnym działaniem. Każde „wychowanie” według scenariusza musi stać się albo propagitką albo działaniem tłamszącym ucznia. Ale nie można według scenariusza przekazać komuś, że samodzielność (i pochodne od niej wartości, jak asertywność) jest wartością pozytywną. To byłby po prostu oksymoron. Nauczyciel przekonujący do jakichkolwiek wartości (innych niż antywartości, takie jak submisywność lub bezmyślność) według scenariusza nie może być autentyczny w tym przekazie.

  6. mam wiarę (no dobra, resztki wiary), że takie „narzędzie” jest w stanie zmienić samego nauczyciela, bo daje szansę, że zacznie zastanawiać się nad rzeczami, nad którymi się nie zastanawiał i podchodzić do pewnych kwestii inaczej niż zwykł to był czynić. Od czasu do czasu prowadzę zajęcia ze studentkami – przyszłymi nauczycielkami i do mojego sylabusa wciskam zajęcia praktyczne/warsztaty dotyczące nauczycielskiej/uczniowskiej asertywności. Dla studentek to odkrywanie rzeczy dotąd nieznanych, a w gruncie rzeczy prostych i oczywistych, które są gotowe przenieść na grunt szkolny. Tzn. zrealizować zajęcia w oparciu o scenariusz znany z warsztatów z młodzieżą. Stąd mój optymizm i wiara w „narzędzia”:)

    • A czy gdy jesteś nauczycielką, to podobnie myślisz, że bryki są w stanie zmienić samego ucznia w myślącego i twórczego intelektualnie człowieka?

      Nie twierdzę, żeby nie robić takich zajęć, ale Boże broń nie według gotowców tylko z głowy i ze serca.
      To tak jak mój (nasz?) pomysł na warsztaty filosemickie z gotowania czulentu. No przecież nie odgrzewana w mikrofalówce mrożonka! (btw — mikrofalówka w szabas jest niedopuszczalna — tak przynajmniej twierdzi Chabad-Lubawicz ;) ) Można podrzucić przepis i wskazówki kucharskie, ale przecież nie dawać gotową mrożonkę…

      PS. Jakie jest to NACOBEZU dla lekcji z asertywności seksualnej?!?

  7. Zajęcia z edukacji seksualnej mogą mieć sto różnych tematów i poruszać różne wątki, ale nich będzie, powiedzmy, że zajmujemy się na kilku z nich szczególnie asertywnością. Temat takiej lekcji może zatem brzmieć „Ja w relacjach z innymi. Uczę się zgadzać. Uczę się odmawiać”. NACOBEZU:
    - opiszesz cechy reakcji asertywnej, uległej i agresywnej
    - poznasz swoje możliwości i ograniczenia dotyczące zastosowania poszcz. typów reakcji w sytuacjach trudnych (konfliktowych/ i/lub wymagających zgody/niezgody)
    - podasz możliwe skutki, które może mieć dla Ciebie reakcja asertywna, uległa i agresywna

  8. Przemyśl to NACOBEZU…
    Szczerze mówiąc ja nie widzę żadnego, które nie obróciłoby tematu w parodię. Stąd swoją ciekawość określiłem jako montypythonowską.

    Jakich odpowiedzi spodziewasz się na „podasz możliwe skutki, które może mieć dla Ciebie reakcja asertywna, uległa i agresywna”?

    Szczera odpowiedź powinna brzmieć: „pokornie odpowiadam, że postawa uległa gwarantuje mi szóstkę, a zarówno asertywna jak i agresywna naraziłyby mnie na przykre konsekwencje z Pani strony, wiem jednak, że tematem lekcji była asertywność, więc z całą pokorną hipokryzją odpowiadam, że to asertywność, którą właśnie tą odpowiedzią demonstruję, proszę to zauważyć!!!! przynosi mi samo dobro, a uległość prowadzi do samoupodlenia (oblizuje się), a agresywność grozi retorsją. Odpowiadanie na to pytanie było dla mnie największą przyjemnoscią i odpowiadałem na nie z radością, szczęściem, a odpowiadanie na tego typu pytania są tym, co lubię najbardziej!”

    Zgaduję, że spodziewaną odpowiedzią jest wskazanie, że asertywność jest właściwą reakcją.
    Na czym będzie polegać zwracanie uwagi w tym NACOBEZU — jakie dla ucznia będą skutki BEdę Zwracał Uwagę na ucznia, który na to pytanie odpowie bez słów gestem Kozakiewicza albo grzecznie i asertywnie powie, że odmawia odpowiedzi na to pytanie?

  9. W szkole powinniśmy rozmawiać o tym co jest najważniejsze dla młodego człowieka. Nie sądzę, że do tego są konieczne szczegółowe programy. A tak właśnie, niestety, działa nasza oświata: żeby rozmawiać o rodzinie, etyce, seksie, relacjach, wyglądzie, … – urzędnicy tworzą programy, podręczniki, regulaminy. Nauczyciele potrzebują do rozmawiania instrukcji i schematów. Czy naprawdę potrzebują, czy wszyscy ?

    Marzanna pisze: „nie pojmuję dlaczego nie ma najmniejszej chęci uczyć się od innych – są kraje z dobrymi wzorcami, ale jakoś w tej kwestii betonowa zapora jest nie do skruszenia.” To jest piękne pytanie, bo dotyka samego sedna problemu. A problemem nie jest brak edukacji seksualnej w szkole, lecz brak jakiejkolwiek edukacji. Mamy do czynienia z paradoksem: instytucja, której zadaniem jest uczenie młodych ludzi, nie chce i potrafi uczyć się sama. Uczą się pojedynczy nauczyciele, wyjątki – całość jest nienauczalska.
    Szkoła jest nienauczalska, bo ma olbrzymie zaplecze urzędniczo-zarządczo-kontrolne, ale pozbawiona jest prawie całkowicie zaplecza intelektualnego.

  10. Witam Państwa!
    To wszystko o czym Państwo bardzo mądrze piszecie – mam tu na myśli szerokie potrzeby i w edukacji seksualnej, i w rozwoju ducha, i w wychowaniu człowieka jako takiego, itd. – już jest realizowane przez program szkół STERNIKA.
    Tajemnica polega na tym, że w tych szkołach cały mały człowiek jest poddawany „obróbce szkolnej”: jego umysł, ciało i dusza.
    Szkoła edukuje i wychowuje nie tylko uczniów, ale i rodziców, żeby nie było rozdźwięku pomiędzy tym co przekazuje się w szkole (i to nie tylko w ukrytym przekazie, ale nawet zupełnie wprost, a tym co w domu.
    Szkoła uczy asertywności, samodzielności, pracy nad sobą. Nauczyciele są specjalnie dobierani, a następnie szkoleni. Nauczyciele wymagają od uczniów samodzielności i posłuszeństwa (w sensie porządku i szacunku), ale są otwarci na różnego rodzaju inicjatywę uczniów. Na przykład zadanie domowe można zrobić czasem na kilka sposobów i nigdy się nie zdarzyło, żeby nauczyciel ocenił je negatywnie, jeżeli uczeń inaczej zrozumie polecenie niż rodzic.
    Uczeniowi tłumaczy się, że powinien panować nad swoimi potrzebami. Zaczyna się od potrzeb dotyczących picia i jedzenia: je się tylko o wyznaczonych porach i tylko w wyznaczonych miejscach.
    Dużą wagę przywiązuje się do szacunku do innych (w tym do uczniów), zachęca się uczniów do rozwijania przyjaźni, do hojności wobec innych, do rozwijania przedsiębiorczości i działalności charytatywnej.
    Niestety, państwowe szkoły nigdy nie osiągną tego ideału, bo problemem jest brak jednej wspólnej idei.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*