avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Wolność naszych dzieci

Edukacja globalna: rachunki stosowane i szkolne badania podstawowe

02.09
2015

Minęły ponad dwa lata, a ja wciąż jestem pod wrażeniem promowanego przez CEO zbioru lekcyjnych scenariuszy z edukacji globalnej, który uważam za jeden z bardziej tragicznych podręczników, jakie dotąd widziałem. Już się po nim zdążyłem dawno temu przejechać, bardzo niegrzecznie. Ile jednak warta mogłaby być edukacja – nie tylko szkolna zresztą – mierząca się z tego rodzaju problemami, pokazują dziś np. internetowe komentarze ludzi stających oko w oko z problemem imigracji z krajów arabskich, z zagrożeniem ze strony wojującego islamu itd. Zdaniem większości – gdyby ufać skądinąd niezasługującym na zaufanie, a jednak mrożącym krew w żyłach zestawieniom ilości internetowych wpisów – 50 trupów znalezionych w porzuconej ciężarówce w Austrii, to 50 osób mniej obciążających budżety programów opieki społecznej i 50 mniej niebezpiecznych dżihadystów, dzikich gwałcicieli białych kobiet, budowniczych meczetów, którzy niebawem każą „naszym kobietom” (dość charakterystyczny zwrot używany z tej okazji) chodzić z zasłoniętymi twarzami. Problem w tym – wydaje mi się – że odpowiedzi na ten sam problem, które słyszymy z mediów i które pochodzą od polityków, ekonomistów i naukowców, są raczej niewiele lepsze i niewiele bardziej „humanitarne”.

Z ludźmi, którzy reagują tego rodzaju komentarzami na zdjęcia zwłok dzieci, towarzyszące informacjom o uchodźcach, stało się coś niezwykle istotnego. To się stało ostatnio, bo dotychczas każdy kretyn wiedział, że nic tak nie porusza opinii publicznej, jak właśnie śmierć niewinnych dzieci. Okazuje się, że jednak już nie porusza. Dlaczego? Nie podejmuję się diagnozy. Jednak kilka rzeczy chyba da się powiedzieć i bez niej. Niewątpliwie zapominamy o istotnych dla nas dotąd wartościach, albo odważamy się je otwarcie kwestionować w imię własnego komfortu. Ten komfort również inaczej definiujemy, niż go definiowaliśmy jeszcze niedawno. Wśród młodych zniknęły pięknoduchowskie postawy, skłonność do (naiwnego) idealizmu i poświęceń w jego imię. Inaczej niż kiedyś, dzisiaj wolno i nawet jest to w dobrym tonie otwarcie mówić o własnym egoizmie i wąsko pojętych materialnych preferencjach. Poza kulturą, z którą stało się coś niedobrego, a bardzo istotnego i głębokiego, poza wartościami i emocjami nie rozumiemy także czegoś ważnego również o prawach rządzących światem, którym sami podlegamy. Nie wiemy, co oznaczają liczby opisujące cywilizację i gospodarkę, nie pojmujemy mechanizmów rozwoju, nie rozumiemy świata i jego konieczności, nawet najogólniejszych praw przyrody, stawiających ograniczenia ewolucji i cywilizacji.

 

Piszę o tym dlatego, że również w ten sposób – wydaje mi się – da się dzisiaj widzieć wyzwania edukacji. Nie umiałbym tego zrobić, bo słabo się znam na tego rodzaju rzeczach, zresztą tu by niewątpliwie trzeba było skrzyknąć specjalistów z wielu dziedzin oraz prowadzić badania dotąd niepodjęte – ale być może dałoby się z tego uczynić jeden z programów do zaproponowania dzieciom i dorosłym w szkole. Oraz na uniwersytetach. Coś, co miałoby walor prądu intelektualnego i cywilizacyjnych poszukiwań.

Na świecie żyje dzisiaj ok. 3 mld ludzi, których dzienny dochód nie przekracza 2 dolarów, co stanowi jedno z kryteriów nędzy według statystyk Banku Światowego. To niemal połowa z ponad siedmiomiliardowej dzisiaj populacji świata. I jest to oczywiście ilość ogromna. Trudna do wyobrażenia. Ignorujemy tę liczbę – nie umiemy sobie jej wyobrazić i zresztą wygodnie nam z tym. Według ocen rozmaitych międzynarodowych organizacji, mniej więcej 3,1 mln dzieci poniżej piątego roku życia umiera każdego roku z powodu niedożywienia. Te dane mogą być mylące, kiedy się je publikuje w nagłówkach prasowych. Nie chodzi więc o dzieci po prostu umierające z głodu – liczy się tu również zgony w wyniku np. infekcji, do których, według ocen, nie doszłoby przy elementarnie poprawnym żywieniu. Tak czy siak, dziennie umiera z powodu głodu więcej dzieci niż zginęło ludzi w słynnym zamachu na WTC, a liczbę ofiar ataku nuklearnego na Hiroszimę i Nagasaki te głodujące i umierające dzieci świata przekraczają w ciągu każdych dwóch tygodni. Nie widzimy tego rodzaju porównań i ich potrzebujemy, by powaga sytuacji zdołała do nas dotrzeć choć na chwilę. Porównania tego rodzaju są gadżetem. Wydaje mi się, użytecznym jako figura perswazyjna zarówno w szkole, jak np. w prasie.

Ponad milion imigrantów przybywa każdego roku do USA. Najwięcej z nich pochodzi z Meksyku, który z oczywistych powodów uchodzi za kraj biedny. Według danych Banku Światowego na świecie żyje jednak już nie 3 miliardy, ale 5,6 miliarda ludzi, których dochód nie przekracza tej relatywnie nędznej meksykańskiej średniej. Istnieje zatem na świecie 5,6 miliarda ludzi, którzy chcieliby przenieść się do krajów zamieszkałych przez niecałe 2 miliardy – gdzie żyje się lepiej. Te kilka milionów ludzi, którym dziś udaje się każdego roku przedostać do lepszego świata – w ciężarówkach, w których giną uduszeni; w łodziach, w których toną; przez meksykańską granicę, na której dzieją się jeszcze inne tragedie – to jest podobno zbyt wielkie obciążenie dla docelowych krajów, których mieszkańcy nie życzą sobie takich gości, i równocześnie niewyobrażalnie mała kropla w morzu problemów, choćby dlatego, że spośród setek milionów przybywających na świecie każdego roku wraz z naturalnym przyrostem, ogromna większość zasila właśnie tę część populacji, która chciałaby odmiany nędznego losu, a nie utrzymania relatywnie dostatniego status quo. Na każdy milion ludzi, którym udało się wyemigrować, przypadają dziesiątki milionów nowo narodzonych nędzarzy i miliard tych, którzy nie podejmują próby.

Należymy do tych niecałych 2 miliardów i wydaje nam się, że świat jest taki, jak go widzimy wokół siebie. Mamy swoje domy, z których jesteśmy zadowoleni lub ciasne klitki, których nie znosimy, uważając, że żyć się w nich nie da, jeździmy własnymi samochodami lub narzekamy na nędzę publicznej komunikacji, chodzimy do szkół, które są fatalne, czujemy się oszukiwani i wyzyskiwani przez pracodawców, wkurzeni z powodu kredytów we frankach, zignorowanych wniosków o referenda, konieczności emigracji do Anglii, głosujemy na Kukiza lub Dudę, albo głosujemy na Komorowskiego i elektorat Dudy nas złości. Czasem z dumą patrzymy na autostrady i polski wzrost gospodarczy. Coraz chętniej z troską myślimy o katastrofalnym zaniku populacji pszczół i owadów zapylających, o nieludzkim traktowaniu zwierząt, o globalnym ociepleniu, chorobach cywilizacyjnych trapiących nas i nasze środowisko. W każdym z tych przypadków jednakże – czy nasze serce krwawi z powodu pszczół, czy pszczoły nas nie obchodzą; czy głosujemy na Dudę, czy przeciwnie – żyjemy w świecie nieprawdziwym. Mamy wiele powodów, by nie chcieć sobie tego uświadomić. To są niemal na pewno krótkowzroczne powody i kiedyś raczej bez wątpliwości przyjdzie nam za to zapłacić. Może wkrótce. To jest wyzwanie cywilizacyjne. Wydaje nam się, że nasz iluzoryczny świat może trwać w izolacji od tej przykrej bajki, którą czasem zdarza się nam oglądać w telewizji. Że tamten świat będzie zawsze gdzieś poza granicą realnej bliskości i że wszystko, co nas może z jego strony spotkać, to drobna drzazga wyrzutów sumienia, kiedy zatonie jakaś kolejna łódź, lub lęku, kiedy się komuś uda kolejna seria krwawych zamachów.

Prawda jest zaś być może nie taka, że możemy sobie pozwolić na przyjęcie 2 tysięcy imigrantów, o ile to tylko będą chrześcijanie, ale taka, że fala imigracji zaleje nas tak czy siak. Nasze ciasne klitki, duże domy, mniej lub bardziej pełne lodówki i samochody może trzeba będzie w nieodległej przyszłości podzielić z jakąś być może azjatycką, afrykańską lub arabską rodziną, która prawdopodobnie będzie liczniejsza od naszej, a w obecności głowy tej rodziny, dotychczasowa pani naszego domu być może będzie musiała zasłonić dekolt, a może i twarz. Może już dziś siedząc w kucki i jedząc ryż powinniśmy być szczęśliwi, jeśli w misce oprócz ryżu trafi się jeszcze cokolwiek, ponieważ rzeczywisty poziom zamożności globalizującego się świata jest mniej więcej właśnie taki, jak byłby, gdyby 5,6 miliarda ludzi biednych przeniosło się do nas lub gdyby odpowiednia część naszego dobrobytu odpłynęła do światowych stref nędzy.

Większość ludzi żyjących w tych strefach nie zdobywa się na podróż do lepszego świata. To się jednak zmienia, skoro pojawiają ekscesy w rodzaju agresywnego Państwa Islamskiego. Jakiś nowy Atylla w końcu się kiedyś pojawi, myślę sobie, skoro popyt nań już istnieje.

Polityka imigracyjna, z którą nie radzi sobie ani Europa, ani Ameryka, nie jest żadnym rozwiązaniem – ekscytuje nas dzisiaj problem tak marginalny, jak owa wynosząca mniej niż promil proporcja pomiędzy tymi, którzy emigrują, a tymi, którzy emigracji potrzebują. Ta proporcja i tak jest fikcją, bo w miejsce garstki imigrantów każdego roku przybywa o rząd wielkości więcej nowych potrzebujących. Ofiary zorganizowanego terroryzmu oraz spontanicznych gwałtów dokonywanych przez dzikich przybyszów w krajach gościnnych są również marginesem – islamscy bojownicy swoje ofiary zbierają wciąż jeszcze głównie w Syrii, a nie w Europie. Syryjczycy widzą dziś obraz grozy sytuacji, którego my sami jeszcze nie widzimy.

Realny wybór, przed którym stoi bogata mniejszość, do której należymy i którą uważamy za cały nasz świat, jest raczej inny i niezbyt miły. Możemy próbować odgrodzić się od świata ubogiego, jak to robimy do tej pory nie tylko na Węgrzech, gdzie otwarcie buduje się mur, bo cała Europa postępuje w gruncie rzeczy podobnie, a tylko głośno gada o niewielkich furtkach, które w tym murze instaluje dla poprawy własnego samopoczucia raczej – bo przecież nie dla rozwiązania jakiegokolwiek problemu. Jak długo możemy to robić, kiedy przyjdzie nam strzec tego muru z bronią w ręku i jak często trzeba będzie strzelać, czy na pewno tego chcemy – to są osobne pytania i one, wydaje mi się, powinny wyznaczać jeden z głównych kierunków dzisiejszego myślenia o być może wcale nieodległej przyszłości.

Możemy próbować inwestować w ubogi świat. Ale nie bardzo wiemy jak. Robiliśmy to dotąd na skalę niewspółmierną w stosunku do rzeczywistych wyzwań i skutki są umiarkowane. Z tego powodu zresztą te skutki są groźne, bo tylko zwiększają świadomość kontrastów i mobilność ludzi w strefach nędzy – w końcu ktoś znajdzie sposób, by się do Europy i Ameryki wedrzeć przemocą, jak to się już w historii zdarzało, a wtedy z tego jedynego świata, który dzisiaj znamy, zostanie tyle, ile zostało z rzymskiego imperium i kulturowej tradycji Antyku.

Możemy również zacząć zrzucać bomby na przeludnione strefy nędzy – autorzy cytowanych internetowych komentarzy gratulowaliby odwagi politykom, którzy by takie rozwiązania wybrali. Albo możemy szukać dróg ucieczki na inne planety.

Dynamika wzrostu populacji świata słabnie – po przekroczeniu szczytu ponad dwuprocentowego w latach sześćdziesiątych, obecnie waha się w okolicach jednego procenta i prognozy przewidują dalszy spadek. Sądzi się dzisiaj na ogół, że pod koniec XXI wieku ludność świata osiągnie poziom nieprzekraczający 10 mld i przestanie rosnąć. Spadek przyrostu naturalnego dotyczy dzisiaj oczywiście w największym stopniu krajów zamieszkałych przez ową niespełna dwumiliardową mniejszość i jest wyrazem jej wygodnego rozsądku. Ale równie oczywiście decydujące dla zatrzymania katastrofalnego przyrostu są dane z krajów ubogich. Tam również dynamika spada i być może da się ją widzieć podobnie jak ograniczenie wzrostu kolonii bakterii hodowanych laboratoryjnie – wzrost ma swoje ograniczenia wynikające z ograniczeń zasobów oraz z zabijających toksyn, które są efektem metabolizmu. Niekoniecznie jest przy tym tak, że w takich okolicznościach ludzie umierają z głodu lub duszą się z niedoboru tlenu – w koloniach bakterii jest podobnie jak wśród niedożywionych dzieci. Bakterie nie tylko po prostu giną raczej częściej i wcześniej niż to się zdarzało w mniej zatłoczonym środowisku, ale też zwyczajnie przestają się dzielić i rozmnażać. Jakie są rzeczywiste mechanizmy odpowiadające za spłaszczenie krzywych wzrostu ludzkiej populacji w krajach trzeciego świata, nie wiemy dokładnie, ale one raczej na pewno nie mają tego łagodnego i nudnego charakteru, który znamy z Polski i jej usypiających i wciąż bezpłodnych dywagacji o skutecznej polityce prorodzinnej. Nie wiemy, jak dramatyczna rzeczywistość i jakie gwałtowne, lokalne incydenty kryją się za łagodnymi obrazami krzywych pokazujących dzisiejsze spowolnienie i przyszłe zatrzymanie wzrostu. Jednak – raczej bez wątpliwości – te krzywe pokazują śmierć, a nie wzrost cywilizacyjnej stabilności.

Dzieciom w szkole powinniśmy pokazywać pod mikroskopem kres rozwoju kolonii bakterii oraz – bez mikroskopów – kolonie chomików, w których dorosłe zjadają własne potomstwo z powodu przepełnienia, bo to jest prawda również o świecie ludzi. Alternatywa wobec spadków nie istnieje. Już „uczyniliśmy sobie Ziemię poddaną” i prawdopodobnie okazaliśmy się płodni ponad możliwą na Ziemi skalę. Nie znamy granic ziemskich zasobów i to jest kolejne zagadnienie.

Powstrzymanie dynamiki przyrostu naturalnego – wydaje się – nie powinno nas uspokajać zupełnie niezależnie od towarzyszących temu dramatów. Ujemny i bliski zeru przyrost naturalny w Polsce już dzisiaj wywołuje kryzysy polityczne związane z wiekiem emerytalnym, a widoki z prognoz pozostają pomimo tych rozwiązań dramatyczne: społeczeństwo nam się gwałtowanie zestarzeje i nie widać póki co – w naszej, relatywnie bogatej części świata – żadnych mechanizmów wzrostu gospodarczego, który by nam zapewnił utrzymanie standardów, do których przywykliśmy i z których rezygnować nie chcemy. Jeśli więc doczekamy powstrzymania wzrostu liczby ludności, przyjdzie nam się zmierzyć z kolejnym wyzwaniem i kolejną chwilą prawdy, o której istnieniu dzisiaj nie mamy pojęcia, choć jej nadejście jest w zasadzie oczywiste.

Niezależnie od perspektyw gwałtownych wędrówek ludów, mechanizm rozwoju znanej nam cywilizacji wydaje się być w dość oczywisty sposób na wyczerpaniu. Nasza cywilizacja rosła ostatnio w oparciu o przyrost naturalny, a gdy ten się wyczerpał – na przykład w Niemczech – w oparciu o imigrację – niemiecka gospodarka potrzebuje dziś ok. 0,5 mln imigrantów rocznie. Wcześniej cywilizację rozwijaliśmy przyjmując do przemysłowych miast uwolnionych i głodujących chłopów. Jeszcze wcześniej opieraliśmy się na niewolnikach. Nie jest jasne, czy znane nam ludzkie cywilizacje kiedykolwiek znały model rozwoju inny niż eksploatacja ludzi spoza cywilizacji. Te zasoby również się kończą, a paroksyzmy buntu dzikich wydają się dość prawdopodobne jeszcze przed tym kresem.

Pytania i zagadnienia, które tu streściłem nieudolnie, skoro brakuje mi kompetencji Fukuyamy, są – wydaje mi się – istotne. Niektóre są przy tym nawet ciekawe. Pojawiają się stosunkowo rzadko. Odpowiedzi nie znamy. Wydaje mi się, że te i podobne problemy miałyby szansę wyznaczyć kulturowy nurt – miałyby sens i w nauce, i w edukacji. Próby zrozumienia sytuacji wymagają wiedzy z całego spektrum dyscyplin. Jest tu miejsce na matematykę, owszem, „stosowaną”, a tym razem nie na abstrakcyjną. Oczywiście na filozofię, historię (od jej zapomnianej, cywilizacyjnej strony), ekonomię, ekologię, biologię. A przy tym zarówno edukacja, jak i nauka wymaga tutaj dialogu: więc edukacji z nauką, nauki z kulturą, dialogu międzykulturowego i międzypokoleniowego.

Opisuję to w przerwie pomiędzy odcinkami własnego projektu dotyczącego głównie matematyki i opartego o filozofię platońską oraz wizję nauki, która wyzwala. Inną propozycją spojrzenia na cele edukacji jest tekst Lockharta – poznanie jest tu celem samym dla siebie i nie stawia się żadnych innych. Zbiór problemów „edukacji globalnej”, który tu niezgrabnie opisuję, jest z kolei perspektywą jak najbardziej „utylitarną”, a przy tym – wydaje mi się – wystarczająco ważną, by było warto zawracać nią głowy dzieci w szkole oraz czytelnikom tutaj.

Może by ktoś zechciał takie tropy podjąć – o to chciałem zapytać, zanim wrócę do swoich wątków.

Podziel się ze znajomymi

14 komentarze do “Edukacja globalna: rachunki stosowane i szkolne badania podstawowe

  1. zapominamy o istotnych dla nas dotąd wartościach.
    Kto zapominał, ten zapomina, a kto nie zapominał, ten też i nie zapomina. Ty sam nie zapominasz, ja też nie, więc nie używaj pierwszej osoby liczby mnogiej, bo albo obrażasz, albo obarczasz odpowiedzialnością zbiorową wszystkich, którzy nie zapominają, ale których Ty pod ten mianownik „MY” wciągasz. Uprawnione może być najwyżej twierdzenie w rodzaju „wielu zapomina”.

    Jeśli piszesz jakiś tekst, to zamień w nim wszystkie „my” na „ja”, przeczytaj i opublikuj dopiero wtedy, gdy i pod taką wersją gotów byłbyś się podpisać.

    Idealizujesz przeszłość. Trupy ξένον cieszyły gawiedź od niepamiętnych czasów. Trupy dzieci obcych — jeszcze bardziej.
    Nie sądzę, żeby proporcja tych, którzy cieszą się z powodu tych trupów w ciężarówce w Austrii do tych, którzy odczuwają z tego powodu smutek istotnie różniła się (a jeśli już, to na lepsze) od proporcji liczby szmalcowników do liczby drzewek w Yad Vashem. Albo od proporcji liczby widzów Colosseum do podzielających zdanie Seneki.

    • Różnice ilościowe i nawet jakościowe widzę — choć oczywiście trudno o pewne źródła danych do tego rodzaju porównań. Ta różnica dotyczy przede wszystkim bezwstydu. Według mnie jest w tym znak czasów. I rzecz jasna nie mają sensu porównania zbyt rozciągnięte w czasie. Bywało przecież, że dzieci poniżej pewnego wieku, np. do lat pięciu, w ogóle nie uznawano za żywe — z powodu wysokiej śmiertelności „nie opłacało się” ich w ogóle wliczać do rodzin. Znak czasów choćby w tak krótkim horyzoncie, jak by go wyznaczyło proste odwinięcie wahadła i reakcja na polityczną poprawność, która jeszcze niedawno nie pozwalałaby na tego rodzaju wypowiedzi.

      Zjawisko jest stare, to prawda.
      Psalm 137.8-9 „Córo Babilonu, niszczycielko, szczęśliwy, kto ci odpłaci za zło, jakie nam wyrządziłaś! Szczęśliwy, kto schwyci i rozbije o skałę twoje dzieci.” (Biblia Tysiąclecia)

      Na ogół mówię na przykład w pierwszej osobie „paliliśmy na stosach czarownice”, choć niczego podobnego nie robiłem ani ja sam, ani nikt z moich znajomych. Cerkiew akurat takich ekscesów również się na ogół nie dopuszczała. Niemniej mówię tak, poczuwając się zarówno do kulturowej, jak do szerszej niż katolicki Kościół chrześcijańskiej wspólnoty, której tradycja ma również ciemne strony — po wschodniej stronie schizmy także. W akcie solidarności, że tak powiem. Oraz w niepewności, jak postępowałbym sam, żyjąc wtedy i wiedząc, co wtedy wiedziano. Podobne znaczenie ma pierwsza osoba również w tym przypadku.

    • Z bezwstydem jako znakiem czasu też nie przesadzałbym. Wśród plebsu bezwstyd zawsze był obecny. Różnica tylko taka, że dziś plebs umie pisać na tyle, żeby zrobić komentarz na jakimś forum. A kiedyś niepiśmienny plebs wyłącznie krzyczał (no i urządzał pogromy), te krzyki były jednak ulotne, a do naszych czasów zachowały się tylko wypowiedzi osób piśmiennych.
      A to, czy szlachecko-mieszczański wstyd jest istotnie lepszy od chamskiego bezwstydu, to już inna kwestia, dość dyskusyjna. Vide Molier i Zapolska.

      Przepraszam, że się uniosłem. Ale taka „budząca sumienie” czytelnika erystyka per MY, kiedy ani autor, ani czytelnik nie ponoszą odpowiedzialności za to, o czym mowa, rzecz dotyczy zupełnie kogo innego, obraża mnie i pasuje mi do tabloidu, propagandy, a nie do poważnej dyskusji.

      Z paleniem czarownic różnica retoryczna jest taka, że oczywiste jest dla każdego, że w przypadku czarownic to MY odnosi się do naszych przodków, a nie do nas. Nie mogę z czystym sumieniem zaprzeczyć, że mój przodek z XVII wieku nie brał w czymś takim udziału. Zwłaszcza, że mieszkał w Inflantach, gdzie palenie czarownic było częstsze, niż w Polsce. To też musiało być niezłe widowisko i powód do uciechy. Zapewne dużo powszechniejszej, niż te dzisiejsze komentarze o trupach w ciężarówce.

    • A co do meritum — nie chcę wdawać się w polemikę. Tak, jak Ty nie czujesz się kompetentny na poziomie Fukuyamy, tak ja nie czuję się kompetentny do prowadzenia polemiki na poziomie Huntingtona.

      • Mnie tylko o to chodzi, że zagadnienia wydają się ważne i być może mogłyby obchodzić ludzi — w tym dzieci. Boże uchowaj, nie tezy jakieś konkretne, a już na pewno nie mam na myśli takiego szkolnego programu, który promowałby tolerancję wobec imigrantów. Raczej chodzi o to, by się dało racjonalnie rozmawiać — i o mechanizmach, i o wartościach.

        Chodzi mi też o to, że zagadnienia np. z historii gospodarczej są tu do wymienienia, literatura do przywołania, pytania do postawienia — związane z tym, czy rzeczywiście rozwój cywilizacyjny pasożytował zawsze na jakichś niewolnikach i skąd to się bierze.

        Z problemów bliskich matematyce — problem gry o niezerowej sumie i jak to się ma do makroekonomii, modelowanie wzrostów, katastrof i równowagi.

        Różne takie rzeczy z szerokiego spektrum, wydaje mi się, dałoby się zebrać.

        • Oczywiście, że „zagadnienia wydają się ważne i być może mogłyby obchodzić ludzi — w tym dzieci.” Dlatego właśnie jestem sceptyczny. Z dwóch względów. Pierwszy to fakt, że szkoła jak ognia unika rozważania problemów ważnych, aktualnych i mających znaczenie. To chyba jest niewygodne – trzeba się jakoś określić, wykazać wiedzą, zaryzykować posiadanie poglądów. To nie przypadek, że większość kursów polskiego, czy historii nawet nie ociera się o współczesność. Dużo bezpieczniej jest analizować treny, fraszki i sonety niż zająknąć się na tematy podejmowane przez literaturę współczesną, czy pokusić się o komentarz wydarzeń bieżących. Tu nie wystarcza wygodna apoteoza romantyków albo recykling opracowań i bryków, które same zaczynają pełnić rolę ważniejszą, niż analizowane dzieła.
          Druga kwestia to ideologia. Szkoła zawsze jakąś realizuje. Dzisiaj też nie dałoby się „racjonalnie rozmawiać (oficjalnie i programowo) — i o mechanizmach, i o wartościach”, choć z innych względów, niż X lat temu. Zwłaszcza racjonalnie i bez zadęcia politycznej poprawności. Zaraz wszystko skręciłoby w stronę Linette. Słusznie obawiasz się „szkolnego programu, który promowałby tolerancję wobec imigrantów”. Racjonalizm jest passe, bo wymaga myślenia. Tezy bez pokrycia, okraszone populizmem i, na przemian, inwektywami lub afektywnym jazgotem, sprzedają się za to świetnie, możesz tego doświadczyć nawet na tej platformie.
          Kiedyś pisałem, że zagadnienia, które obaj chętnie widzielibyśmy jako interesujące dla edukacji, mogłyby znaleźć miejsce na etyce. Biorąc pod uwagę jej wymiar, rangę i rozpowszechnienie już tak nie sądzę. To najwyżej miejsce na niewielkie kółko dyskusyjne dla wytrzymałych, którzy skłonni będą czekać dwie godziny po lekcjach.

      • Masz pełną rację — tematów tu mnóstwo i dyskutować o nich warto.
        Bardzo łatwo jednak popaść w bzdurność, demagogię i manipulację nawet w problemach teorii gier — przypomnij sobie przykład (równie niegrzecznie skomentowanego przeze mnie) problemu „wspólnego pastwiska”.

        Problem w tym, że nie sposób takich tematów stawiać uczciwie. Choćby jeśli stawiasz pytanie: „czy rzeczywiście rozwój cywilizacyjny pasożytował zawsze na jakichś niewolnikach?” to musisz to dookreślić. Jeśli potraktujesz to pytanie literalnie, to odpowiedź brzmi „NIE” — w Europie rozkwitu gospodarczego nie było niewolnictwa. Nawet USA po Wojnie Secesyjnej zaczęły się rozwijać dużo szybciej, niż rozwijały się przed nią.
        A jeśli je potraktujesz z pełną swobodą przenośni znaczenia niewolnictwa, to wychodzisz na postmodernistycznego marksistę, który każdą nierówność ekonomiczną nazywa „niewolnictwem”.

        Oczywiście, że warto z dzieciakami dyskutować o teorii gier. Ale wiązania ich tematycznie z problemem niewolnictwa, a zwłaszcza z szantażem moralnym w sprawie trupów dzieci na plaży, bałbym się bardzo. Z takiego wiązania musi wyjść właśnie ów fatalny rzut bananem.

        Lepiej takich tematów nie zbierać razem do kupy. Niech sobie każdy będzie oddzielnie.

        • To prawda — źle się wyraziłem i masz rację co do określenia niewolnictwa, które jest wartościujące, a niezawsze powinno. Ja bym się tego jednak za bardzo nie bał — pod warunkiem wszakże, że nie jest celem lekcji wywarcie wrażenia emocjonalnego i zastąpienie nim myślenia: a tak było w przypadku Linette, obnażenia antystereotypowej prawdy o niej i w przypadku gry w pastwisko. Chodzi właśnie o to, by ew. odkryciu strategii kooperatywistycznej towarzyszyły trzeźwe uwagi o granicach studzących łatwe ekscytacje. I by figurom zabitych dzieci, czy zjadanych chomików, które angażują emocjonalnie, towarzyszyła jednak trzeźwa refleksja — bo to o nią chodzi w ostatecznym rachunku.

          O ten model rozwoju pytanie jest jednak poważne, pomimo tych moich niefortunnych sformułowań. W Stanach przed Wojną Secesyjną Północ była uboższa, a Południe — bogatsze. Nie znam się i wobec tego boje się fantazjować — tyle wiem, że się potem Północ rozwinęła, a Południe zubożało. Być może mechanizm rozwoju Północy korzystał z podobnych zasobów, co Rewolucja Przemysłowa w Europie: tu z uwolnionych chłopów, tam z uwolnionych niewolników. Nie wiem, za mało się znam. Wrażenie robi na mnie np. raportowane zapotrzebowanie na imigrantów w Niemczech. Teza o tym, że cywilizacja zawsze korzystała z tego typu „zasobów” wydaje mi się dość prawdopodobna, a analizy szczegółowej i głębokiej byłbym bardzo ciekaw — właśnie takiej wielodyscyplinarnej: historycznej, ekonomicznej, matematycznej, ewolucyjno-biologicznej też. Wydaje mi się, że to rzeczywiście jest ciekawe, a nie tylko mnie ciekawi — a przy tym nośne poznawczo w wielu dyscyplinach, które dałoby się uruchomić dla przeanalizowania problemu.

          Wrzucanie do jednego worka takich tematów — może masz rację, ale przy założeniu otwartości i przede wszystkim krytycyzmu wobec wszelkich tez i przy logice nastawionej na stawianie pytań, a nie na udzielanie odpowiedzi, ja bym się nie bał. Wiązanie tych rzeczy ma dla mnie przede wszystkim takie uzasadnienie, że katastrofy w postaci nowej Wędrówki Ludów lub wyczerpania zasobów wydają mi się po prostu bardzo prawdopodobne. Co czyni temat być może nie tylko interesującym, ale również subiektywnie ważnym dla ew. uczestników rozmów w jakiejś szkole, czy badań na jakimś uniwersytecie.

        • przy założeniu otwartości i przede wszystkim krytycyzmu wobec wszelkich tez i przy logice nastawionej na stawianie pytań, a nie na udzielanie odpowiedzi, ja bym się nie bał

          Gdyby te założenia były spełnione, też bym się nie bał. Ale ich spełnienie jest stokroć dalsze szkole, niż uczenie o pięknie i sensie samoistnego bytu trójkąta wpisanego w prostokąt.

          Problem w tym, że spełnienie tych założeń jest warunkiem wstępnym dla dopuszczalności takiego mieszania tematów od niewolnictwa, przez ekonomię, po matematykę. Ale bez ich spełnienia mieszanie ich jest stokroć bardziej szkodliwe, niż wkuwanie tabliczki mnożenia. Szkoła nie czytała ani Schopenhauera ani Goebbelsa, ale ich doskonale rozumie. Szantaż moralny i argumentacja odwołująca się do emocji to jej niewzruszalny fundament.
          Nad „Łyskiem z pokładu Idy” też powinieneś płakać. Bardziej nawet, niż nad zjadanymi chomikami. Choć nad krzywdą Linette może bardziej?

          Spróbuję przejrzeć coś o historii ekonomicznej USA — bo wydaje mi się, że to twierdzenie o zbiednieniu Południa zależy od wyboru miary. Zniknęły bogate dworki, ale czy GNP per capita (jeśli liczyć również czarną głowę) spadł drastycznie?

          • To oczywiście jest prawda, że szkoła wszystko zamieni w bzdurę — stąd, jak rozumiem, wynika również Roberta sceptycyzm.

            Masz np. aferę o „ideologię gender” w szkole — w ostatnią niedzielę był kolejny wiec w tej sprawie. Wszelki pozór różnic zdań pomiędzy „postępowcami”, a „fundamentalistami”, jeśli nawet te różnice mają sens w ogólnym wymiarze (w co bardzo wątpię) w szkole już niemal na pewno jest wyłącznie pozorem. Obie kłócące się strony są po pierwsze przekonane, że ta, która dowiedzie swych racji lub zwycięży w głosowaniu, ma prawo narzucić rozwiązanie wszystkim szkołom, wszystkim uczniom i wszystkim rodzicom. Ale oczywiście o wiele gorsza jest nieco głębsza warstwa.

            Gender w ogóle — jako gender studies — o tyle jest ideologią, że istnienie „płci kulturowej” uznaje za fakt, już go nie dyskutuje, a tylko koncentruje się na tropieniu wszechobecności zjawiska, opisie jego fatalnych konsekwencji, szukaniu „dróg naprawy”. To przypomina badania pod z góry założoną tezę. Mnie się wydaje, że teza jest rzeczywiście prawdziwa, dlatego nie uważam gender studies za ideologię z definicji. W społecznym funkcjonowaniu „gender” wyznacza część standardów „politycznej poprawności”, a ta się posługuje normami, a nie refleksją, oraz działaniami w sferze języka, co już pachnie wprost Orwellem, niezależnie od tego, jakie byśmy tu mieli sympatie aksjologiczne. Mnie się wydaje, że saldo jest póki co pozytywne, a mierzyć się je da stopniem swobód uzyskanych przez dotychczas pozbawiane swobód kobiety itd.

            Gender w szkole jednak — nie widziałem ani jednego wyjątku — to właśnie ideologia, ingerencja w słownik itd. A przy tym obu stronom sporu w równym stopniu wydaje się to samo. Albo dzieciom przeczytamy „Kopciuszka” i wtedy one na zawsze utkną w „płci kulturowej” (lub też w prawdziwych wartościach kobiety i mężczyzny), albo „Kopciuszka” zakażemy lub przedstawimy jego „poprawną wersję” i wtedy wyzwolimy dzieci z patriarchalnych przesądów zaszytych głęboko w kulturę i w język codzienny. Poważna rozmowa z dziećmi żadnej ze stron nie wydaje się możliwa. To w ogóle nie wchodzi w grę.

            Gadaliśmy tu o tym wielokrotnie — nie da się chyba dzisiaj ustalić, czy podobny prymitywizm jest niezbywalną cechą szkoły wynikającą np. z jej ustroju, czy ogólniejszym zjawiskiem kulturowym, a jesli tak, to na ile ukształtowanym przez szkołę, a na ile jest tak, że szkolna rzeczywistość jest emanacją powszechnich postaw. Niewątpliwie strzałki idą tu w obie strony i cholera wie, od czego tu zacząć.

            Mnie się wszakże wydaje, że najpierw byłoby dobrze pomyśleć sobie co, choćby fantazjując, a potem spróbować sobie wyobrazić jak. Kąt na średnicy u Lockharta. Niebezpiecznie jest przecież nawet wymieniać tego rodzaju przykładu i dawać je do czytania nauczycielom. Zaraz ktoś z tego zrobi scenariusz lekcji i wszystko trafi szlag. To więcej niż realne zagrożenie. Ale nie wydaje mi się, żeby istniało inne wyjście, jak tylko próbować rozmawiać serio, niekoniecznie zakładając, że rozmówca — belfer — koniecznie musi być belfrem.

          • Właśnie. Ten prymitywizm jest jednak niezbywalną cechą szkoły, niezależnie od jego pierwotnych przyczyn. Stąd dając jakiekolwiek propozycje dla szkoły, musisz zakładać, że odbiorca jest belfrem. Nie jest Leonardem.

            Masz rację, że warto pomyśleć co, nawet warto to powiedzieć, nie tylko pomyśleć. Ale z myśleniem jak już należy się ograniczyć do sfery indywidualnej, a nie proponować tego szkole. Pisanie jak daje belfrom bryk i scenariusz. Brakuje tylko kart ćwiczeń do kompletu. Jeśli zakładasz, że rozmówca nie jest belfrem, to on sam będzie wiedział jak, doskonale wystarczy mu inspiracja w postaci co.

            A w przypadku tak ideologicznych tematów najlepiej w ogóle nie proponować nawet co. Bo szkody, jakie wyrządzi dzieciom belferska implementacja tego co będą dużo większe, niż możliwe pożytki z implementacji niebelferskiej. W takich tematach, jeśli ktoś z tego zrobi scenariusz lekcji, to nie tyle, że zajęcia będą bez sensu, ale będą mocno szkodliwe.
            Wartość oczekiwana jest silnie ujemna.

            Z cięciwą u Lockharta problem jest mniejszy. Bardzo małe jest ryzyko, że na taki temat rzucą się masowo zideologizowani belfrzy. Oni go zignorują. Ci, którzy nie znają tu rozumowania Euklidesa, nie znajdą u Lockharta niczego ciekawego. A docenią i podejmą dyskusję z dziećmi tylko ci nieliczni niebelfrowie, którzy sami rozumieją Propozycję 3.21 Euklidesa.

  2. Wracając do wyzwań edukacji, wyrywam z tekstu Pawła fragment, który wydaje mi się kluczowy: „To się stało ostatnio, bo dotychczas każdy kretyn wiedział, że nic tak nie porusza opinii publicznej, jak właśnie śmierć niewinnych dzieci. Okazuje się, że jednak już nie porusza. Dlaczego? Nie podejmuję się diagnozy.” – Ja oczywiście też diagnozy nie podejmę się postawić, ale pokuszę się o choćby do niej przyczynek. Wspominanie o zdziczeniu, zezwierzęceniu byłoby obrazą dla dzikich (uspokoję wrażliwych społecznie, to nie jest stereotypowy pejoratyw) i zwierząt, międlenie o niebezpiecznym wpływie współczesnych mediów, a zwłaszcza Internetu, zostawię specjalistom od „cyfrowej demencji”. Takie uproszczenia można łatwo rzucać, a nawet pisać o nich sensowne prace, ale ich używanie nie byłoby chyba możliwe, gdyby nie zjawisko bardziej podstawowe. Myślę tu o kulturze „odporności na wiedzę”. Wydaje mi się, że niezliczone przykłady znieczulicy, nietolerancji, czy wręcz zbrodni można tłumaczyć społecznie dziedziczoną, a potem skutecznie utrwalaną impregnacją na wiedzę. Używam tego słowa nie w sensie czystego przyswajania informacji, ani też rozumienia fizyki kwantowej, ale raczej pewnego rodzaju gotowości do analizy rzeczywistości. Wydaje mi się, że wspomniane akty patologii są (i zawsze były) udziałem ludzi o ograniczonej percepcji świata (włączając w to jednostki chorobowe psycho- i socjopatów). Zaryzykowałbym twierdzenie, że zdecydowanej większości tego świata nie traktują oni jako bytu realnego i wcale nie jest to zasługa medialnej popularyzacji przemocy, krwawych filmów, czy gier komputerowych – to efekt braku umiejętności zmiany perspektywy. Wszystko wokół istnieje, o ile mogę tego dotknąć, reszta jest mirażem, bajką, zmyśleniem, nie dzieje się realnie, bo nie mam (i nie chcę mieć) w to wglądu. Koegzystencja i konfrontacja szczytowych zdobyczy cywilizacji z myśleniem magicznym i pogardą dla nauki, prymitywizmem myślenia i relacji międzyludzkich są być może wynikiem nieuniknionych różnic mentalnych, ale to, że szkoła nie jest w stanie ich niwelować jest chyba największą tragedią oświaty. Tragedia oświaty powszechnej polega również na tym, że wyparcie ze świadomości jej nieuniknionej porażki globalnej prowadzi do działań pozornych, zwalczania intelektualnych niedostatków myśleniem życzeniowym i mitologią.
    Opowiadanie dziecku o świecie trudnym, skomplikowanym jest traktowane jako prymitywna transmisja lub poprawnościowo-podejrzana indoktrynacja. Co innego streszczanie prymitywnych, podręcznikowych przypowieści.
    Niestety, nie widzę Pawle szansy na ucieczkę od banału w edukacyjnym przekazie – w edukacji zorganizowanej nie o przekaz intelektualny i kulturowy teraz chodzi. Ważne jest budowanie dobrego samopoczucia i zwieranie szeregów pod hasłem „my”, co, wbrew lękom niektórych, wcale nie jest takie trudne – wystarczy na przykład krzyczeć, że chce się zmiany. W edukacji, lub wieku emerytalnym. I „my” gotowe. Co zostaje w świadomości, dlaczego, jak, nieważne.

    • Robert, zaraz Cię zablokuję za malkontenctwo ;)

      Pozwól mi — przy okazji — na wyrazy solidarności z okazji Twoich świeżo zakończonych utarczek u Marzeny. Pozwól mi zauważyć, że każdy z Twoich niedopuszczalnie defetystycznych i jałowo krytykanckich komentarzy był imponująco cierpliwie uzasadniany rzeczową argumentacją i — na ile sam mogłem zaobserwować — żaden nie doczekał się choćby cienia kontrargumentu innego niż dociekanie wątrobowych lub psychiatrycznych kłopotów, które miałyby powodować Twoje zachowania. Zarówno przebieg tych dyskusji, jak ich wymowna puenta zbliża ten blog do poziomu średniej internetowej jałowej bzdury.

      Z tezą o konieczności banału w szkole trudno polemizować, bo nie tylko wszelkie możliwe dane ją potwierdzają, ale i zwykłe prawo wielkich liczb, czy coś pokrewnego, co ujawnia się zawsze, kiedy myślimy o zmianie status quo odpowiednio dużych i rozbudowanych systemów. Porażka jest oczywiście nieporównanie bardziej prawdopodobna niż sukces, więc na ogół, niemal zawsze, wyjdzie na Twoje.

      Masz rację co do impregnacji na wiedzę. Też widzę w tym przyczynę. Nie jedyną, to jasne, ale poważną. Z tego powodu edukacja przyszła mi na myśl. A przy tym wydaje mi się, że tego rodzaju tematy mogą równie dobrze grozić ideologicznymi skrzywieniami (choćby ideowa perspektywa wydawała się słuszna), co jednak mogą obchodzić odbiorców na tyle, że może da się porozmawiać poważnie, bo przynajmniej warunek dobrowolnej koncentracji uwagi ma szansę być spełniony. Nadzieję na sukces daje to słabą, zgadzam się — ale nieporównanie większą niż inne podejścia. W gruncie rzeczy ta ledwo tu zarysowane propozycja — zwłaszcza z gadżetami w rodzju zestawień ofiar Hiroszimy z ofiarami niedożywienia — ma dorównać albo przebić „atrakcyjnością” tę koszmarną historę Linette, dając jednak przy tym szansę na zbliżenie się do racjonalnego ustalenia jakiejś prawdy o tym świecie. Jest w niej tez mnóstwo innych pretekstów — do odejść w stronę matematyki, ekonomii, historii, filozofii, literatury.

      To bardzo ograniczona co do spodziewanych efektów propozycja — ot, gdyby ktoś miał pomysł na wypełnianie takiej bardzo ogólnej perspektywy jakimiś pytaniami, problemami, zagadnieniami bardziej szczegółowymi, to mnie się wydaje, że warto je zbierać. A nuż ktoś skorzysta „zgodnie z przeznaczeniem”.

      • Taka nadzieja jest także moim udziałem, choć w żaden sposób nie odnoszę jej do oświaty chcącej uchodzić za masową. Tu nie mam żadnych złudzeń. Przekaz musi być spłaszczony z przyczyny aksjomatycznego traktowania ludzi jak idiotów i/lub równania do tego poziomu z powodów ideologii „wszystkiego najlepszego dla wszystkich z każdej okazji i bez okazji”.

        Za solidarność dziękuję ;) . Nie chcę się nad tym rozwodzić, bo nikogo nie przekonam, zresztą nie było to moim celem. Stało się nieuniknione, choć przyznaję, że początkowo, może ze względu na niewielki kontakt z internetową średnią, liczyłem na zmianę narracji – wydawało mi się, że ta platforma gwarantuje jakiś poziom. Akty manipulacji, cenzury chciałem traktować jako niefortunny wypadek przy pracy. Mijały miesiące, a do wymienionych dołączyły autokreacja, konsolidacja grupy wsparcia, ręczne sterowanie wpisami (korekta post factum własnych wypowiedzi!) i czasem wypowiedzi, wybiórcze traktowanie wpisów i tendencyjne komentarze. O inwektywach nie mówię, bo przecież Marzena nie odpowiada za kulturę innych, którym intelektualna indolencja nie pozwala na inne wyrażanie sądów i emocji. Szkoda, że ona sama zapomniała, czym jest dialog, którego jakąś egzotyczną wersję tak promuje. Na początku wydawało mi się to niemożliwe, przecież, myślałem, tam siedzą ludzie związani z edukacją, wykształceni, kulturalni, uczący, o transcendencjo, dzieci, prowadzący szkoły!
        Niestety, kiedy człowiek kopie się z koniem, to kopyta mu rosną, daje się prowokować. Jeśli, kogoś, inaczej postrzegającego rolę tej platformy uraziłem, przepraszam, choć jak mi się wydaje nie użyłem epitetów, ani przypisywanego mi hejtu.
        Ruch Marzeny, który zresztą sprowokowałem, wyraźnie oczyścił atmosferę na jej blogu: nadal żadnych konkretów, ale przymilni akolici odetchnęli z ulgą – nareszcie mogą bez żenady i potrzeby zaprzątania sobie głowy argumentacją prowadzić „dialog”. Dość na tym, szkoda zachodu – mieliście rację ignorując ten blog, a raczej to, co z niego zostało.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*