Oś Świata/Wolność naszych dzieci

Szkolny przymus – cd. korespondencji z biurem Rzecznika Praw Obywatelskich

25.08
2013

Ostatnio wspominałem o liście wysłanym do Rzecznika Praw Obywatelskich z prośbą o interpretację przepisów o obowiązku szkolnym i z pytaniami o możliwość zaskarżenia przepisów i ew. decyzji administracyjnych, które by podjęto, gdybym się tym przepisom nie podporzadkował. Właśnie przyszła odpowiedź z biura Rzecznika, więc ją chętnie zamieszczam. Doprawdy z nieoczekiwanego miejsca nadchodzą wiele mówiące i bardzo kategoryczne stwierdzenia o celach oświaty, o które tu wielkokrotnie z Ksawerym Stojdą pytaliśmy, różne rzeczy proponując, jakbyśmy sami byli rzecznikami, ministrami, czy Bóg wie kim innym niż tylko dwójka zrzędliwych staruchów z loży w Muppet Show. Warto było poczekać te trzy miesiące. Oto list w imieniu Rzecznika:

***

Szanowny Panie!

W odpowiedzi na pismo z dnia 23 maja 2013 r. w sprawie programów nauczania w szkołach, z upoważnienia Rzecznika Praw Obywatelskich, działając na podstawie art. 11 ust. 1 pkt 2 ustawy z dnia 15 lipca 1987 r. o Rzeczniku Praw Obywatelskich (Dz. U. Z 2001, Nr 14, poz. 147 z późn. zm.), przedstawiam następujące wyjaśnienia.

W swoim piśmie zakwestionował Pan zasadność istnienia obowiązku nauki.

W związku z powyższym pragnę wyjaśnić, że konstrukcja przepisu ustanawiająca jednocześnie prawo i obowiązek jest typowa dla regulacji odnoszących się do sytuacji prawnej dzieci. Dzieci, ze względu na stopień dojrzałości i brak doświadczenia życiowego nie mogą podejmować decyzji w sprawie istotnych kwestii dotyczących swojego życia, a obowiązki związane z zapewnieniem im możliwie najlepszej opieki i wychowania spoczywają, co do zasady, na ich rodzicach (opiekunach prawnych). Opisywany stan zależności od osób dorosłych może być postrzegany zarówno jako prawo jak i jako obowiązek. Dziecko, z jednej strony, ma zatem prawo do opieki, wychowania i ochrony, także przed konsekwencjami własnych wyborów. Z drugiej strony, wiąże się to z ograniczeniem wolności dziecka, które musi dostosować się do decyzji dorosłych, nawet jeśli zostały one podjęte wbrew jego woli.

Zgodnie z art. 70 Konstytucji, Każdy ma prawo do nauki, nauka jest obowiązkowa do 18 roku życia. Należy podkreślić, że przepisy o zbliżonej treści znalazły się we wszystkich międzynarodowych aktach prawnych dotyczących praw dzieci oraz w konstytucjach wszystkich państw europejskich. Ich celem jest wyrównanie szans edukacyjnych dzieci pochodzących z różnych środowisk, zapobieganie ich przedwczesnemu wejściu na rynek pracy oraz zapewnienie, że każda osoba otrzyma wykształcenie niezbędne do świadomego uczestniczenia w życiu społecznym.

Prawo do nauki uznawane jest za jedną z podstawowych konstytucyjnych gwarancji, niezbędną do zapewnienia faktycznej możliwości korzystania z innych praw i wolności człowieka i obywatela. Do konstytucyjnych praw powiązanych bezpośrednio z prawem do nauki w pierwszej kolejności należy zaliczyć gwarancję równości, która, dla pełnej realizacji, wymaga zapewnienia wszystkim porównywalnych szans na wykorzystanie swoich talentów i umiejętności.

Obowiązek nauki niewątpliwie stanowi ograniczenie wolności dziecka oraz swobody korzystania z praw rodzicielskich jego rodziców (opiekunów prawnych). Uzasadnieniem tego ograniczenia jest jednak zapewnienie każdemu dostępu do edukacji, przynajmniej w zakresie podstaw nauk niezbędnych do podjęcia niezależnej decyzji o wyborze ścieżki edukacyjnej lub zawodowej w dorosłym życiu. Należy podkreślić, że prawa dziecka obowiązują ze względu na dobro samego dziecka, ich wykonanie nie może być zatem uzależnione od decyzji rodziców (opiekunów prawnych) czy nawet od woli dziecka. Osoba niepełnoletnia nie może być bowiem zmuszona do samodzielnego podjęcia decyzji wiążącej się z poważnymi i nieodwracalnymi skutkami w dorosłym życiu.

W swoim piśmie wskazał Pan, że programy nauczania są narzucane przez państwo, a nie wybierane przez rodziców. Należy jednak zauważyć, że odmienna interpretacja prawa do nauki mogłaby oznaczać jego faktyczne zaprzeczenie.

Szkoła powinna zapewnić dziecku podstawowe informacje i umiejętności z wielu dziedzin nauki tak, by dać mu szansę na możliwie wszechstronny rozwój. Fakt, że program nauczania jest realizowany we wszystkich szkołach publicznych (oraz niepublicznych mających uprawnienia szkół publicznych) służy zaś realizacji konstytucyjnej gwarancji równości. Podstawowym założeniem systemu oświaty jest wyrównywanie szans edukacyjnych wszystkich dzieci tak, by miały one zapewnione podobne możliwości rozwoju niezależnie od miejsca urodzenia, wykształcenia czy sytuacji majątkowej rodziców. Wynikająca z tego standaryzacja wymagań edukacyjnych służy zaś porównywalności efektów nauczania.

Należy także podkreślić, że program kształcenia ogólnego stanowi jedynie minimum wiedzy i umiejętności pozwalających na dalszą edukację w wybranej dziedzinie. Nie wyczerpuje całego prawa do nauki. Dziecko a także osoba dorosła powinni mieć zatem możliwość pogłębiania i poszerzania swojej wiedzy. W przypadku dzieci, największe znaczenie ma wiedza i wychowanie przekazywane im w domu rodzinnym. Nie można zatem zgodzić się z tezą, że przez naukę w szkole rodzice tracą wpływ na swoje dziecko. Należy także podkreślić, że rolą szkoły nie jest zastępowanie rodziców w wyborze wartości czy światopoglądu, zgodnie z którym wychowywane jest dziecko. Szkoła nie powinna zatem ingerować w konstytucyjne prawo rodziców do wychowania dziecka w zgodzie z własnymi przekonaniami.

W poruszonej przez Pana kwestii ograniczeń w prawie do samodzielnego uczenia dzieci, pragnę wyjaśnić, że obowiązek realizowania podstawy programowej kształcenia ogólnego ma na celu umożliwienie dziecku otrzymania państwowego świadectwa ukończenia szkoły oraz, na odpowiednim etapie edukacji, przystąpienia do sprawdzianu po szóstej klasie szkoły podstawowej, egzaminu gimnazjalnego oraz matury. Brak takiej możliwości oznaczałby, że osoba, która nie uczęszczała do placówki o uprawnieniach szkoły publicznej, nie mogłaby podjąć pracy czy nauki (przede wszystkim na studiach wyższych) w zgodzie z własnymi umiejętnościami i talentami. Nie dysponowałaby bowiem potwierdzeniem stanu swojej wiedzy, który mógłby zostać porównany z umiejętnościami innych osób. Dziecko, które nie uczyło się w zgodzie z podstawą programową nie mogłoby także powrócić do szkoły bez konieczności nadrabiania zaległości.

Z poważaniem
Natalia Cabaj
Radca

***

Swoim zwyczajem zareagowałem słowotokiem, ale też muszę przyznać, że list Pani Radczyni wyrwał mnie z letargu, za co jestem jej wdzięczny. Moja odpowiedź:

Szanowni Państwo,

Państwa pismo z 8 sierpnia opatrzone cytowaną wyżej sygnaturą nie wyjaśnia w żadnym stopniu spraw, o których wyjaśnienie prosiłem. Z tego i z kilku innych powodów wydaje mi się ono cokolwiek dziwne.

*

Chcę przede wszystkim podkreślić, o co w rzeczywistości Państwa pytałem i nadal chcę spytać. Być może nie wyraziłem się jasno, spróbuję jeszcze raz – proszę mi wybaczyć obszerność poniższego, ale najwyraźniej tak trzeba.

Polskie prawo oświatowe – ustawa, która określa realizację szkolnego obowiązku wskazanego w Konstytucji RP – stanowi, że każde dziecko musi uczyć się przez 12 lat (a wkrótce przez 13) w szkole publicznej lub innej, która jednak musi mieć nadany przez państwo status jednostki umożliwiającej realizację obowiązku szkolnego. Ustawa ta i towarzyszące jej inne przepisy, jak choćby podstawa programowa nauczania, bardzo szczegółowo określają, jak ma wyglądać nauka, z której dzieci mają prawo i równocześnie obowiązek skorzystać, co ma obejmować i w jaki sposób ma być zorganizowana. Jak Państwo z pewnością wiedzą, przepisy określają nie tylko treść szkolnych podręczników, ale również np. ilość godzin, które dzieci poświęcą nauce czytania, liczenia, geografii, chemii, fizyce, zajęciom sportowym i nawet religii. Z przepisów tych wynika więc bardziej niż jednoznacznie, że moja rodzicielska władza jest w tym zakresie ograniczona, o ile nie zniesiona, i przekazana państwu.

Prawo oświatowe przewiduje co prawda instytucję kształcenia domowego, jednak trudno dopatrzyć się w nim rzeczywistego uznania władzy rodzicielskiej lub choćby zrównania jej z władzą, której sprawowanie państwo powierza szkołom. Na nauczanie domowe dziecka musi wyrazić zgodę dyrektor szkoły, który w trakcie przewidzianej ustawą procedury sprawdza zdolność rodziców do podołania temu obowiązkowi. O ile da się podejrzewać, że istnieją w Polsce rodzice, których rzeczywiście należałoby w tym zakresie sprawdzać, to z całą pewnością podobne wątpliwości da się zgłosić pod adresem dyrektorów i personelu wielu szkół publicznych. W mojej własnej ocenie, z którą oczywiście niekoniecznie Państwo się zgodzą, zasadne zastrzeżenia da się wysunąć pod adresem ogromnej większości tych szkół. Niezależnie jednak od faktycznej realizacji dziecięcego prawa do nauki przez państwowy system oświaty, sama zasada wydaje mi się wysoce wątpliwa. Trudno byłoby utrzymywać, że nauczanie domowe jest istotnie wyrazem respektowania przez państwo suwerenności rodziców w ich prawach w stosunku do własnych dzieci, skoro np. subwencja oświatowa należna uczącemu się dziecku w przypadku nauczania domowego pozostaje nadal w dyspozycji szkoły, a nie rodziców. Jest zatem mniej więcej jasne, że również w tym przypadku uznaje się, że to państwo uczy w Polsce dzieci, a nie rodzice. Pieniądze z subwencji oświatowej nie są tutaj oczywiście najistotniejsze – są zaledwie przejawem charakterystycznego myślenia o edukacji, które znajduje o wiele ważniejsze i bardziej brzemienne w skutki potwierdzenie w przewidzianej prawem konieczności weryfikacji wiedzy i umiejętności dzieci co do jej zgodności ze standardami określanymi centralnie ustalaną podstawą programową nauczania oraz wytycznymi Centralnej Komisji Egzaminacyjnej.

W moim najgłębszym przekonaniu ustalany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej program nauczania jest zły i w rzeczywistości szkodzi rozwojowi intelektualnemu dzieci. Nie akceptuję również samej zasady, w myśl której to państwowi urzędnicy usiłują decydować i niestety faktycznie decydują o tym, czego powinny się uczyć moje dzieci, a co jest dla nich niewłaściwe – bo obowiązkowy program szkolny w istocie o tych sprawach przesądza.

Władza rodzicielska w zakresie innym niż edukacja bywa w uzasadnionych przypadkach ograniczana lub nawet znoszona. Dzieje się tak jednak zawsze w wyniku wyroku sądu. W przypadku kształcenia jest z jakichś powodów inaczej – władzę rodziców, wszystkich na raz, ustawa ogranicza lub wręcz znosi z góry. Żaden wyrok nie jest tu do niczego potrzebny. Niezależnie od kuriozalnego brzmienia art. 70. Konstytucji RP, w którym edukacja w dwóch następujących po sobie zdaniach raz jest prawem, a raz obowiązkiem, art. 31. ustanawia zasadę, w myśl której wolność obywateli państwo może ograniczać w szczególnych, uzasadnionych i wymienionych w tym artykule okolicznościach. Nie wydaje się, by zmuszanie dzieci do 12 lat obowiązkowego uczestnictwa w niechcianych lekcjach oraz rodziców do akceptacji tego przymusu znajdowało jakiekolwiek uzasadnienie w świetle tego artykułu. Jedno z moich pytań dotyczyło więc zgodności polskiego prawa oświatowego z Konstytucją, niezależnie od tego, że przymus szkolny jest w niej expressis verbis zawarty, a pytałem również o możliwości zakwestionowania tego prawa przed sądem.

Moje wątpliwości budzą również przepisy regulujące przypadki rodziców nie podporządkowujących się szkolnemu przymusowi. Organy samorządu terytorialnego nakładają wówczas grzywnę. Chciałbym wiedzieć, czy da się taką decyzję zaskarżyć i czy obywatel ma w świetle polskiego prawa szansę uzasadniać np. przed sądem, dlaczego nie akceptuje ograniczania jego władzy rodzicielskiej w tym zakresie i dochodzić swojego prawa do jej pełnej realizacji. Spodziewam się, że uporczywa odmowa podporządkowania się szkolnemu obowiązkowi będzie skutkowała wnioskiem o ograniczenie lub odebranie praw rodzicielskich.

Jak pisałem, jestem gotów przed sądem dowodzić fundamentalnych i brzemiennych w skutki wad polskiego systemu oświaty i w związku z tym pytałem Państwa, czy polskie prawo daje mi taką możliwość. Z Państwa pisma rozumiem, że nie. Że mianowicie niemożliwy byłby wyrok sądu uznający zasadność tego rodzaju obywatelskiego sprzeciwu, co więcej – należy sądzić, że pozew tego rodzaju zostałby oddalony bez rozpatrzenia, jako niezasadny. Tego można się jednak z treści pisma zaledwie domyślać, więc raz jeszcze proszę o wyjaśnienie tej sprawy. Ciekaw jestem również, dlaczego uznają Państwo (bo najwyraźniej tak właśnie jest), że obecny stan prawny służy ochronie obywatelskich praw i wolności.

 *

Wracając zatem do treści Państwa pisma i zawartej w nim argumentacji – dziwny jak na instytucję akurat Rzecznika Praw Obywatelskich wydaje mi się sam ogólny ton, który byłby bardziej zrozumiały, gdyby autorem był rzecznik MEN. Nie wiem na przykład, czy to np. ortografia lub styl mojego pisma do Państwa, czy cokolwiek innego sprawiło, że Pani Radczyni uznała za stosowne informować mnie obszernie, czym jest edukacja i na czym polegają społeczne oraz wręcz ustrojowe korzyści z powszechnego wykształcenia obywateli. Chcę wyjaśnić dla jasności sprawy, że dość dobrze te rzeczy rozumiem.

Rozumiem również, że bywają sytuacje, w których wolności jednostek stają w konflikcie z prawami innych osób lub z interesem społecznym, a rozstrzyganie (ustawą lub wyrokiem sądu) na korzyść którejś z tak skonfliktowanych wartości decyduje w istocie o ustroju państwa, w którym rzecz się odbywa. Kuriozalnym wydaje mi się zwłaszcza fakt, że przy tak zdefiniowanym problemie Rzecznik Praw Obywatelskich funduje obywatelowi wykład akurat o tym, na czym polega interes społeczny i interes państwa i jest to przy tym wykład jednoznaczny, w którym obywatelskie prawa okazują się niewarte uwagi.

Jeśli rzeczywiście Państwa pismo zawiera ślad jakiejkolwiek troski o prawa jednostki, to może chodzić wyłącznie o prawa mojego dziecka, które ewentualnie chcą Państwo chronić przed moim szaleństwem i zamiarem samodzielnego zajęcia się jego wykształceniem oraz wychowaniem. Tym samym uznają jednak Państwo, że to państwowa szkoła, a nie ja sam, jest właściwa i kompetentna dla realizacji tych zadań. W świetle Państwa pisma jest to zasada, której nie da się i nie powinno kwestionować – konstytucyjna zasada ustrojowa właśnie. Pani Radczyni była nawet łaskawa napisać w związku z tym, że „odmienna interpretacja prawa do nauki mogłaby oznaczać jego faktyczne zaprzeczenie”. Przyznam, że niezupełnie rozumiem logikę tego sformułowania. Wiem oczywiście, że rodzicielskie prawo do nieposyłania dzieci do przymusowej szkoły istotnie mogłoby prowadzić do sytuacji, w której prawo do nauki nie byłoby realizowane w stosunku do niektórych dzieci. Mogłoby nie oznacza jednak, że musi, a to rozróżnienie wydaje mi się ważne, kiedy mowa o ustrojowych zasadach.

Rozumiem konstytucyjne ograniczenie wolności dzieci. Ta wolność jest ograniczona faktycznie, a nie zasadą ustroju państwa – to zrozumiałe i w tym bodaj jedynym punkcie Pani Radczyni ma oczywiście rację. W jej spostrzeżeniu o tym, że nie wolno stawiać przed dziećmi wyborów brzemiennych w skutki nie do odwrócenia w przyszłości, tkwi nawet mądrość. Jednak oglądana w tym kontekście zasada przymusu szkolnego ogranicza prawa rodziców, a nie dzieci (choć tu dałoby się również powiedzieć wiele o wartości pomysłu, by dzieciom kazać się uczyć z posłuszeństwa) i ja o to ograniczenie rodzicielskiej władzy w rzeczywistości Państwa pytałem. Istnieją rzecz prosta powody, by podejrzewać, że nie wszyscy rodzice są w stanie zapewnić dzieciom wykształcenie. Podobnie jednak da się np. przypuszczać, że nie wszyscy obywatele podejmują racjonalne decyzje wyborcze i czasem nawet zdarza się nam obserwować przykre efekty takich niefortunnych wyborów. To oczywiście nie sprawia jeszcze przecież, że kwestionujemy obywatelskie prawo do udziału w demokracji. Na możliwe w tej sytuacji pytanie, czym różni się jedna sytuacja od drugiej i co dokładnie sprawia, że w związku z oświatą rozstrzygamy na rzecz ograniczenia swobód, Pani Radczyni odpowiada, że decyduje tu dobro dziecka i jego prawo do nauki. Znów – to więc najwyraźniej państwo i jego służby lepiej wiedzą, co dla dziecka jest dobre, a pewność co do tego urasta w oczach Pani Radczyni do rangi konstytucyjnego aksjomatu.

Nic nie przemawia za tym, że przymusowe szkoły publiczne rzeczywiście w ogóle zapewniają wykształcenie oraz, że z zasady robią to lepiej niż mogliby to zrobić rodzice. Tu już jednak wchodzimy w praktykę realizacji obowiązku szkolnego w Polsce i w jej ocenę. Pani Radczyni wchodzi w nią również i zdaje się nie widzieć tu żadnego problemu. Pismo zawiera w tym miejscu moim zdaniem szereg błędów rzeczowych.

 *

Pisze więc Pani Natalia Cabaj, że „podstawowym założeniem systemu oświaty jest wyrównywanie szans edukacyjnych wszystkich dzieci tak, by miały one zapewnione podobne możliwości rozwoju niezależnie od miejsca urodzenia, wykształcenia czy sytuacji majątkowej rodziców”. Czyżby? Jest to oczywiście jeden z pożądanych celów systemu oświaty i mówi o nim wiele ministerialnych dokumentów, jednak preambuła prawa oświatowego – a zatem miejsce nader stosowne do określania podstawowych założeń oraz celów i istotnie je określające – posługuje się akurat innymi kategoriami. Sam powiedziałbym – doceniając rolę społecznej spójności – że celem jest umożliwienie pełnego rozwoju jednostki, co jak sądzę byłoby przy okazji bliższe rzeczywistym sformułowaniom wspomnianej preambuły. Między tymi dwoma sformułowaniami nie byłoby zresztą sprzeczności, gdyby nie kolejne zdanie Pani Radczyni: „Wynikająca z tego standaryzacja wymagań edukacyjnych służy zaś porównywalności efektów nauczania”. Otóż standaryzacja na ogół przeczy swobodnemu rozwojowi jednostek – tak się w każdym razie dzieje w polskiej i nie tylko polskiej szkole. Pomijam takie drobiazgi, jak sformułowanie o „efektach nauczania” – zdecydowanie dzisiaj już passé, skoro psychologia i fizjologia mózgu zdołały wreszcie ustalić kilka nie budzących większych wątpliwości faktów co do warunków, w jakich ludzie rzeczywiście czegokolwiek się uczą vs. „są nauczani” przymusowo. Skoro Pani Radczyni w każdym akapicie pisma zwraca na różne rzeczy moją uwagę i różne rzeczy mi ku pamięci podkreśla, ja pozwolę tu sobie ponownie zwrócić jej z kolei uwagę, że przedmiotem troski Rzecznika Praw Obywatelskich raczej nie powinna być akurat standaryzacja, a być może wręcz przeciwnie – prawo do zachowania odrębności jednostki.

Zarówno polska, jak w ogóle globalna praktyka pokazuje przy tym, że żadnej szkole powszechnej nie udaje się nigdzie na świecie efektywnie wyrównać szans edukacyjnych uczniów z różnych środowisk i wiele wskazuje na to, że to właśnie administrowanie standardami okazuje się tak fatalne w skutkach.

Podkreśla również Pani Cabaj, że „program kształcenia ogólnego stanowi jedynie minimum wiedzy i umiejętności”. Pomijając wciąż tę samą dziwną okoliczność, że na pytanie o możliwość prawnego rozstrzygnięcia podstawowych swobód i wartości Rzecznik Praw Obywatelskich wchodzi w szczegóły konstrukcji szkolnych programów i je ocenia – Pani Radczyni przede wszystkim się myli. „(…)Wymagania w nowej podstawie są sformułowane tak dokładnie, jak to było możliwe, nieraz nawet przesadnie szczegółowo, po to, aby (…) chronić ucznia przed interpretacją zawyżającą wymagania, by m.in. próbować ograniczać tendencję do zbyt trudnych podręczników.” To fragment oficjalnego komentarza do podstawy programowej nauczania matematyki – resort edukacji deklaruje tu zatem jawnie, że przynajmniej na czas 9 lat jednolitego programu owego minimum przekraczać nie należy. Badania pokazują natomiast, że w rzeczywistości szkoła nie jest w stanie spełnić nawet minimum – w przypadku matematyki w stosunku do ¾ populacji uczniów.

Podstawa programowa nauczania mogłaby – owszem – zasługiwać na zainteresowanie Rzecznika Praw Obywatelskich, ponieważ treścią tego dokumentu jest właśnie standaryzacja i uprzedmiotowienie człowieka, a nie jego swobodny i wszechstronny rozwój. To jednak jest już kwestia całkiem osobna, a wspominam o niej tylko dlatego, że w piśmie Pani Radczyni znalazłem ku swojemu zaskoczeniu recenzję tego dokumentu – w dodatku tak jednoznacznie pozytywną, że się wręcz spodziewałem znaleźć tam również wzmiankę o tym, jakie postępy nasz kraj notuje w międzynarodowych rankingach PISA, bo one również wyznaczają ostatnio międzynarodowy standard i stają się wręcz celem działania systemów oświatowych. Polecam uwadze Pani Radczyni treść podstawy programowej i związane z nią wytyczne Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Rzekomo poważny państwowy egzamin certyfikujący wykształcenie i umożliwiający dostęp do wykształcenia wyższego sprawdza np. umiejętność obliczenia cen spodni po ich procentowej obniżce. Rozumiem, że biuro Rzecznika Praw Obywatelskich nie widzi niczego niestosownego w sytuacji, w której państwu przychodzi do głowy w majestacie prawa egzaminować obywateli z tego rodzaju trywialnych umiejętności – moje obywatelskie poczucie taki egzamin jednak najzwyczajniej obraża.

Pani Radczyni powołuje się również na powszechność obowiązku szkolnego, który jest zasadą we wszystkich cywilizowanych krajach. Także i o tym nie trzeba mnie informować. Pytałem nie o standardy w tym zakresie, a raczej o to, czy Rzecznik Praw Obywatelskich nie widzi w szkolnym przymusie niczego niestosownego i czy dostrzega potrzebę oraz szansę uczynienia wyłomu w standardzie, którego oczywistość jest w moim przekonaniu pozorna. Podobne pytania mógłbym wiek temu zadawać na temat wyborczych praw kobiet – a powoływanie się na ówczesne standardy brzmiałoby moim zdaniem równie fałszywie, jak dziś brzmi ono w piśmie Rzecznika. Powszechny obowiązek szkolny jest pruskim wynalazkiem, podobnie jak dobrodziejstwo ubezpieczeń społecznych. W samych Prusach idea powszechnych szkół ludowych odwoływała się do rozmaitych tradycji, w tym zwłaszcza do oświecenia i romantyzmu. Jak jednak pamiętamy, na jej realizacji zaważyła idea państwowa, w której można się co prawda dopatrywać śladów myśli Immanuela Kanta, jednak decydowały tu przecież prymitywne, choć nowoczesne w tamtej epoce etatystyczne interesy scentralizowanego państwa. Nie o to chodziło, by oświecony lud czytał dzieła Rousseau, ale raczej, by ich właśnie nie czytał, za to rozumiał treść państwowych obwieszczeń i by co bardziej biegłe w czytaniu i rachunkach jednostki zasilały rosnące kadry państwowej biurokracji. W tę samą europejską tradycję, na którą powołuje się Pani Radczyni, wpisuje się również wiele dzieł wybitnych opisujących złowrogi i sprzeczny z ideą wolności jednostki mechanizm działania państwowego aparatu szkolnego, a same szkoły bywają tu opisywane jako podobne do więzień lub zakładów korekcyjnych.

Pisze wreszcie Pani Radczyni, że nie posyłając dziecka do państwowej szkoły lub innej, wciąż wszakże koncesjonowanej przez państwo oraz rezygnując z uzyskania tego rodzaju koncesji dla siebie w ramach nauczania domowego, pozbawiam dziecko szans na kontynuację nauki w przyszłości. Rzeczywiście nie da się pójść do liceum nie zdawszy wprzód egzaminu gimnazjalnego ani na studia bez matury. Przecież jednak ani żadna norma konstytucyjna, ani moralna, ani żaden ważny interes społeczny nie stoi za prawnymi rozstrzygnięciami, które tworzą tę sytuację. Ta sytuacja wynika właśnie z przepisów, których zasadność chciałbym podważyć. Czemu innemu niż interes biurokratycznego aparatu ma służyć tego rodzaju standaryzacja? Pisze Pani Radczyni, że m.in. porównywalności „efektów nauczania”. Na pewno? Komu to jest potrzebne? Uczniowi? Jego przyszłej szkole? Czy nie byłoby rozsądniej stwierdzić, że to ona lepiej niż urzędnicy MEN wie, co powinien umieć kandydat na oferowane przez nią studia?

 *

Przyznam, że nie pojmuję roli, jaką Pani Cabaj postanowiła wypełnić, pisząc swoją odpowiedź. Rozumiem, że rolą Rzecznika Praw Obywatelskich nie jest uzasadnianie słuszności zastanego porządku prawnego. Wydawało mi się, że ta rola polega m.in. na ulepszaniu zarówno zapisów prawa, jak praktyki jego stosowania. Że przy tym wszystkim tam, gdzie prawa jednostki zderzają się z interesem państwa lub społeczeństwa, Rzecznik próbuje bronić właśnie jednostek. W tym kontekście zaprezentowane mi rozumowanie nie jest dla mnie zrozumiałe.

Chcę wierzyć, że Pani Cabaj kierowała się troską o prawo do nauki mojego dziecka i uznała, że moja postawa zagraża jego realizacji, a nie zareagowała jak urzędnik spławiający petenta. Jeśli tak było w istocie, to wywód Pani Cabaj o prawie do nauki zawiera błędy i opiera się na przesłankach w sporej mierze fałszywych, co mam nadzieję zdołałem uzasadnić.

Pani Radczyni najwyraźniej nie zrozumiała kontekstu moich pytań. Uważam, że szkoła szkodzi dzieciom. Wszystkim – w tym w szczególności moim. Uważam, że mam prawo wychowywać je i uczyć w zgodzie z własną najlepszą wiedzą i wolą, a nie w zgodzie ze szkodliwymi moim zdaniem standardami narzucanymi przez biurokratyczny system oświaty. Ustrój, program i metoda przymusowej szkoły powszechnej jest w moim głębokim przekonaniu złem zasługującym na obywatelski sprzeciw. Jedno i drugie – obywatelski sprzeciw i rodzicielska troska – skłania mnie do poszukiwania rozwiązań i stąd m.in. moje listy do Państwa. Skłaniam się do decyzji niepodporządkowania się szkolnemu przymusowi. Pani Radczyni wymieniła konsekwencje, które niewątpliwie spadną wówczas na moje dziecko, nie na mnie. To są poważne konsekwencje niezależnie od faktu, że wiedzę cenię dla niej samej, a nie dla korzyści, które potrafi ona przynieść i w tym m.in. duchu chcę móc wychować własne dzieci, zdecydowanie mniej się troszcząc o ich formalne dyplomy.

Kryzys edukacji, ogólniejsze zjawiska kulturowego kryzysu wartości są moim zdaniem najostrzejszymi problemami współczesności w naszej części świata, gdzie szczęśliwie nie mamy do czynienia np. z głodem, czy zbrojnymi konfliktami. Problem przymusowej szkoły ma moim zdaniem fundamentalny charakter i jest zagadnieniem z gatunku podstawowych praw człowieka, które szkoła z natury swego funkcjonowania na bardzo wiele sposobów narusza zarówno w osobach dzieci, jak ich rodziców. Jest to przy tym problem całkowicie nieuświadomiony społecznie i zmiana stanu tej świadomości jest moim przekonaniu kolejną pilną potrzebą. Szkołę traktujemy jak konieczny dopust Boży, przez który wszyscy przecież przeszliśmy – bardzo podobnie traktowaliśmy kiedyś przymusowy pobór powszechny, a wielu z nas sądziło, że armia jest szkołą życia niezbędną dla każdego doroślejącego mężczyzny i nawet w niesławnej „fali” potrafiliśmy widzieć walor wychowawczy.

O ile punkt widzenia rodzica skłania mnie po prostu do decyzji o niezgodzie na władzę państwa nad moimi własnymi dziećmi, a pragmatyzm sugerowałby skorzystanie z oficjalnej ścieżki nauczania domowego, której szkodliwość można przecież bez większego trudu ograniczyć – o tyle świadomość dewastującego wpływu szkoły w ogóle skłania mnie do myślenia o możliwych formach obywatelskiego sprzeciwu i piszę do Państwa właśnie w tym kontekście. Kontynuując wojskową analogię – stoję właśnie przed wyborem, czy kombinować lekarskie zaświadczenie o niezdolności do służby, czy otwarcie spalić wojskową książeczkę. I jakkolwiek się waham z troski o przyszłość dziecka, to przecież nie mam żadnych wątpliwości – i prawdopodobnie ten pogląd Państwo podzielą mimo jego radykalizmu – że to drugie jest postawą obywatelską, a pierwsze nie.

Jak sądzę administracyjna grzywna z powodu niewykonania szkolnego obowiązku nie daje mi szans za skargę do sądu. O ile rozumiem jedyną szansę na udział sądów w tego rodzaju sprawie tworzyłby z kolei wniosek o pozbawienie mnie praw rodzicielskich. Być może warto zatem spowodować taki wniosek. Nie wiem jednak, czy taka rozprawa może w ogóle dotyczyć interesujących mnie zagadnień, czy może sąd ograniczy się do stwierdzenia oczywistego faktu złamania przeze mnie prawa; czy wreszcie da się tu liczyć na instancje odwoławcze lub zainteresowanie instytucji takich jak choćby Rzecznik Praw Obywatelskich. Tego właśnie chciałbym się od Państwa dowiedzieć i o to pytałem.  Państwa niezbyt zrozumiała odpowiedź jest chyba negatywna. Ponawiam pytanie w nadziei, że wynikła ona z nieporozumienia.

 *

O edukacyjnych i prawnych standardach jeszcze – skoro i tak już znacznie przekroczyłem standard obszerności urzędowego listu. Od niemal stu lat istnieje w Wielkiej Brytanii szkoła Summerhill, w której to dzieci decydują o tym, czy i czego się uczą. Naczelną zasadą tej szkoły był i pozostaje absolutny zakaz zmuszania w jakikolwiek sposób do nauki kogokolwiek. Dzieci uczą się tam więc wyłącznie wtedy, kiedy same tego chcą i wyłącznie tego, co je interesuje. Szkoła osiąga obecnie wyniki mieszczące się w górnym przedziale brytyjskiej średniej i nie zna powszechnych w tym kraju problemów dziecięcej przemocy, narkomanii itd. Jak przyznawał A. S. Neil, założyciel Summerhill, zdarzali mu się podopieczni, którzy w szkole nie nauczyli się nawet czytania. Dzisiaj tego rodzaju przypadki nie zdarzają się tam wcale, ale warto zauważyć, że według danych PISA 15% polskich piętnastolatków kończących gimnazja jest funkcjonalnymi analfabetami. Szkolny przymus ani nie jest więc konieczną oczywistością, ani niczego w gruncie rzeczy nie rozwiązuje.

W tym miejscu jednak ważniejsze jest inne zagadnienie, a mianowicie współistnienie Summerhill z brytyjskim systemem oświaty przymusowej, bardzo podobnym do tego, co znamy z Polski. Również w Wielkiej Brytanii istnieje nadzór szkolny i standard programu nauczania. Oczywiście Summerhill nie spełnia żadnych tego rodzaju norm i wynika to w definicyjny sposób wprost ze statutu tej szkoły, o jej praktyce nie wspominając. Brytyjska komisja ds. szkolnego nadzoru (tzw. OFSTED) przez kilka kolejnych lat systematycznie i dokuczliwie wizytowała Summerhill, próbując wymusić na szkole obowiązek uczestnictwa w lekcjach i ich zgodność z programem brytyjskiej szkoły powszechnej. W 2000r. odbyła się w związku z tym sądowa rozprawa. W jej wyniku ustalono, że niezależnie od państwowych standardów edukacyjnych państwowe szkoły pełnią rolę pomocniczą wobec rodziców – to rodzice mają prawo i obowiązek dbać o wykształcenie i wychowanie własnych dzieci, a szkoły są po to, by im w realizacji tych praw i obowiązków pomóc. Z tej zasady pomocniczości brytyjski sąd wyprowadził wniosek, że każda państwowa kontrola niepaństwowej szkoły musi przede wszystkim brać pod uwagę filozofię i podstawowe założenia kontrolowanej szkoły, a nie filozofię i założenia państwowej oświaty. Ingerencje państwowych służb możliwe są wtedy, kiedy szkoły w rażący sposób naruszą prawo. Wiem oczywiście, że system prawny Wielkiej Brytanii skonstruowany jest odmiennie niż polski. Mam jednak nadzieję, że zasada pomocniczości może być w Polsce respektowana i rozumiana podobnie konsekwentnie i że również w Polsce to sądy stanowią o interpretacji przepisów prawa.

Z poważaniem,

Cezary Kasprzak

P.S.: Pisma Biura RPO mają, jak rozumiem, charakter oficjalny i nic nie stoi na przeszkodzie, by były znane publicznie. Pozwalam sobie zatem niniejszą korespondencję opublikować w sieci, uważając jej temat za ważny. Mam nadzieję, że nie mają Państwo nic przeciw – proszę mi dać znać, gdybym się mylił. Listy trafią na strony osswiata.pl i offfundacja.pl. W obu miejscach można umieszczać do nich komentarze, a oczywiście chętnie umieszczę tam również każdą kolejną Państwa odpowiedź.

143
Dodaj komentarz

81 Comment threads
62 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
14 Comment authors
avataravataravataravataravatar Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
avatar
Gość

Szanowny Panie Cezary!

Gratuluję wytrwałości, życzę jej więcej! W razie potrzeby, służę pomocą, bo bój wart jest, by go wygrać.

Z poważaniem
Katarzyna Kajzar

avatar
Gość

Witamy na powrót wśród żywych! Fajna ta odpowiedź RPO. Szczerze mówiąc, to spodziewałem się czegoś w tym stylu, ale co innego antycypować urzędniczą reakcję, a co innego mieć ją na piśmie… Jeśli wziąłeś taki rozpęd na sądową obronę swojej suwerenności rodzicielskiej, to fakt, że od grzywny administracyjnej nie będziesz miał sądowego odwołania może być nawet korzystny: szybciej wyczerpiesz pełną drogę prawną, więc będziesz mógł na tę decyzję zgłosić skargę konstytucyjną do Trybunału Konstytucyjnego. Nie potrzeba do tego RPO. Wyczerpanie drogi odwoławczej otwiera też drogę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. A coś mi się wydaje, że te trybunały spraw podstawowych są… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Pawle, też gratuluję i życzę wytrwałości.
Kiedyś też napisałem do RPO w sprawie niezgodności „oceny zachowania” z fundamentami demokratycznego państwa prawnego i z zasadami przyzwoitości. Odpowiedź otrzymałem w podobnym stylu. Odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z Rzecznikiem Praw Obywatelskich Rozpatrywanych z Punktu Widzenia i Intersów Państwa.

Do obszernego tekstu Pawła dorzucam prostackie pytanie skierowanie do RPO: jaką mamy gwarancję, że cały system edukacji, jego zasady i programy jest pożyteczny ? Co RPO powie nam, jeśli okaże się, że jest bardzo szkodliwy dla uczniów ? Przecież wszystkie programy, standardy, egzaminy są jednakowe dla wszystkich uczniów, a uczniowie i nauczyciele nie są jednakowi.

avatar
Gość

Mimikry rzeczywiście brak. Ale może to jest cnota szczerości, tak rzadka u urzędników? Najbardziej mi się chyba spodobał catch-22: celem obowiązku realizacji podstawy programowej jest uzyskanie świadectwa szkoły realizującej obowiązkową podstawę programową. A dobro dziecka polega na tym, żeby to świadectwo posiadało, bo jest ono wymagane do różnych celów przez to samo państwo. Polecam przy tej okazji lekturę (1000-stronicowa cegła): „Odkrywając wolność — przeciw zniewoleniu umysłów” — antologia tekstów o wolności wybrana i zredagowana przez Leszka Balcerowicza. Wyszedł właśnie dodruk, bo pierwsze wydanie sprzed pół roku rozeszło się tak szybko, że się nie załapałem. Jest tam kilka tekstów, których nie… Czytaj więcej »

avatar
Gość
WZ

@ Paweł

Niezależnie od Twojego indiwidualnego przypadku “obywatela-rodzica walczącego o wolność” (chyba tak mogę Ciebie tutaj określić), cała problematyka wolności i przymusu, o której także Ksawery pisze, jest też interesująca z czysto teoretycznego punktu widzenia.

Np. w Konstytucji chyba nie ma mowy o wolności ucznia, tylko o wolności rodzica, ale i ta wolność jest natychmiast ograniczona przymusem nauki, przy czym Konstytucja nie precyzuje, kogo ten przymus dotyczy, dziecka czy rodzica, mówi tylko, że przymus działa do 18 roku życia.

Rzecznik Praw Obywatelskich mógłby Cię bronić, gdyby mógł się podeprzeć Konstytucją, ale w jaki sposób mógłby mógłby się tu podeprzeć?

avatar
Gość
Robert Raczyński

Pawle, gratuluję determinacji. Przez panią rzecznik zostałeś potraktowany tradycyjnie: Jako niezdolny do oceny sytuacji, niewiedzący co dla niego dobre „obywatel”, niedorosły do korzystania z dobrodziejstw najdoskonalszego z ustrojów. Chociaż nie postrzegam sytuacji aż tak radykalnie jak ty, gorąco ci kibicuję, bo uważam, że mamy prawo do decydowania o sobie, o swoim wykształceniu, a nawet jego braku. Obawiam się jednak, że stopień wolności, którego się domagasz wykracza daleko poza ramki akceptowalne dla systemu.

avatar
Gość

Wpisujesz się w podejście amerykańskich sądów, które uznając prawo stanów do wprowadzania obowiązkowej nauki, muszą uznać „equivalent education” prowadzoną w inny sposób po uważaniu rodziców. I są wyroki, uznające wymogi stanowe za przesadne: „amount of regulation was unreasonable and that parents had the right to exercise control over how their children were educated without restrictions that were unrelated to any rational state goal”. W innych sprawach sądy przeniosły ciężar dowodu na władze oświatowe: to nie Ty masz dostać pozwoleństwo na samodzielne uczenie swoich dzieci, ale władze jeśli chcą Cię ukarać, to przed sądem muszą udowodnić, że uczysz je poniżej minimalnego… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Waldemar Zabielski

@ Paweł Masz chyba rację, że nie da się porównać konstytucji w różnych krajach, bo nie ma w tym względzie jednolitości, nawet w samej Europie, ale pewnie Rzecznik miała na myśli konwencje międzynarodowe ONZ, prawo Unijne, itd., które wszystkie kraje podpisały. Przeczytałem ten Art. 70 w Konstytucji na temat oświaty. Artykuł ów nie jest bynajmniej jakimś wzorem jasności i precyzji. Spróbuję usystematyzować jego treść: Prawa: 1. “Każdy ma prawo do nauki.” 2. Rodzice (obywatele) mają “prawo zakładania szkół” 3. “Rodzice mają wolność wyboru dla swoich dzieci szkół innych niż publiczne.” 4. Władze publiczne (rząd i samorząd) “zapewniają obywatelom powszechny i… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Edi

„Nauka do 18 roku życia jest obowiązkowa.”
Jednoznacznie wskazuje, że nauka dotyczy osób małoletnich w myśl art. 10 K.C.
Wybór szkoły innej niż publiczna może przysługiwać jedynie prawnym opiekunom dziecka czyli właśnie rodzicom.
Więc wszystko ra

avatar
Gość

Konstytucje w innych krajach? Przeczytałem właśnie amerykańską (ma dwie zalety: krótka i po angielsku…) i nawet wszystkie poprawki do niej i nie ma tam ani słowa o przymusie szkolnym. Jak patrzę, to ten jest wprowadzany prawem stanowym. I jest klika precedensów sądowych, uznających prawo rodziców do domowego nauczania bez nadzoru władz, albo do zakończenia szkoły wcześniej, niż ustawa stanowa na to pozwala. Zobaczyłem też tłumaczenie niemieckiej konstytucji i tam też nie ma nic o przymusie szkolnym, ale jest o prawie do nauki, o państwowym nadzorze nad szkolnictwem, o równouprawnieniu szkół prywatnych i o religii w szkołach, choć innym przymusom (poborowi… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Waldemar Zabielski

Mała poprawka do tematu konstytucji amerykańskiej. Obowiązek szkolny jest wpisany w konstytucjach stanowych. Nie wiem czy wszystkie stany, ale napewno te wżniejsza, Kalifornia, Florida, itd., mają własne konstytucje! Podobnie w Niemczech, też kraju federalnym jak USA, edukacja jest niemal wyłącznie w gestii Landów, a nie rządu federalnego.

avatar
Gość

W Niemczech to jest dziwne, bo konstytucja federalna dość szczegółowo reguluje sporo spraw oświatowych (jak zasady nauki religii, równouprawnienie szkół prywatnych, etc) a na temat obowiązku szkolnego nic nie mówi, ale uznaje prawo do nauki na koszt państwa.

A konstytucji landowych nie znalazłem po angielsku ani po polsku, a przez niemiecki nie przebrnę 🙂

Trudno mi więc powiedzieć, jak mocno umocowany jest konstytucyjnie przymus szkolny. Widać natomiast, że zarówno czas jego trwania, jak i struktura szkoły trochę się różni między landami.

avatar
Gość
Waldemar Zabielski

Nie jestem ekspertem na temat niemieckiego ustroju fedralnego, mogę się tylko domyślać, że działa podobnie do kanadyjskiego i amerykańskiego. W różnych sektorach różnie rozkłada się równowaga między władzą centralną (federalną) i regionalną, tzn. stanową, landową, czy prowincjonalną w Kanadzie. W Kanadzie w ogóle nawet nie ma federalnego ministerstwa edukacji. W USA rząd fedralny ma tendencję do kontrolowania tych aspektów edukacji które są finansowane z budżetu centralnego i to jest jedyna metoda Waszyngtonu, żeby mieć wpływ na politykę edukacyjną, poprzez kasę. To co jest finansowane z budżetów stanowych, jest zwykle kontrolowane przez rządy stanowe. W Kanadzie jest to niemożliwe, oświata jest… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Oczywiście, że szkoła jest wszędzie obowiązkowa — pytanie tylko o rangę umocowania tego obowiązku. Popatrzyłem jeszcze na szwedzką konstytucję dostępną w tłumaczeniu: mówi tylko o tym, że dzieci poddane przymusowi szkolnemu (compulsory basic education) muszą mieć tę edukację zapewnioną przez państwo, a potem mówi o dostępności wyższych stopni edukacji. Nie definiuje jednak takich rzeczy, jak czas trwania obowiązku szkolnego — to już jest określone w prawie niższego rzędu. Choć sądzę, ze z tego zapisu można wnioskować, że wyłącznie szkoła podstawowa może być przymusowa (i tak jest — przymus kończy się po 9 klasach), a szkoły średnie muszą już być w… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Kwestie prawno-taktyczne (sprawdź to z jakimś adwokatem, bo ja w końcu nie jestem prawnikiem): w postępowaniu administracyjnym (odwołanie od grzywny administracyjnych) nie ma szans na biegłych, etc., bo sądy administracyjne nie analizują meritum sporu, a jedynie zgodność proceduralną — najlepiej byłoby więc rzecz sprowadzić do skargi konstytucyjnej, co miałoby te zalety, że sprawa sama by się nagłośniła, a poza tym TK jednak jest w takich sprawach uczciwy merytorycznie. A w zwykłym sądzie miałbyś loterię: asesor, rozpatrujący wyłącznie lex, albo (szansa niewielka) sędzia Tuleya. ad.1 – chyba nie do obrony. Uznanie, że „obowiązek nauki” z art.70 dotyczy kogoś innego, niż dziecka… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Waldemar Zabielski

@ Paweł, Ksawery
Gdzieś czytałem parę lat temu, że polski system szkolny i administracji samorządowej jest typu latynoskiego, a najbardziej jest zbliżony do systemu w Chile, gdzie też nie ma osobnej administracji oświatowej a szkołami zarządza najniższy szczebel administracji rządowej w posaci władzy municypalnej, co odpowiada polskiemu samorządowi gminnemu. Szkoły finansowane są systemem subventiones i jest też duży wpływ kościoła katolickiego, tak jak pewnie w całej Ameryce Łacińskiej. Co o tym sądzicie, czy to nie jest naciągnięta interpretacja?

avatar
Gość

Chyba naciągnięta, choć nie znam systemów południowoamerykańskich.

Już bardziej widzę zbieżność pomiędzy polskim systemem, a szwedzkim (sprzed wprowadzenia tam bonów i uwolnienia „wolnych szkół”) — merytorycznie szkoły podlegają nadzorowi centralnemu, a samorządy są odpowiedzialne wyłącznie za sprawy organizacyjne: wypłacają pensje i budują budynki szkolne, ale na treści programowe nie mają najmniejszego wpływu, a nawet na obsadę kadrową tylko częściowy.

Choć, oczywiście, zwłaszcza w małych gminach, posady nauczycielskie są dobrem korupcyjno-nepotystycznym w dyspozycji władz lokalnych. Aż marzy mi się badanie statystyczne, pokazujące jak wiele żon burmistrzów, wójtów i sekretarzy gmin jest nauczycielkami w szkołach im podległych.

avatar
Gość

ad.1 – mamy dwie kwestie:
1. czy obowiązek dotyczy dziecka, czy kogoś innego (rodzica?) jest moim zdaniem nie do obrony — dotyczy dziecka.
2. orwellowskie doublethink: OBOWIĄZEK JEST PRAWEM, po którym, oczywiście, należy się przejechać na całego.

Dziecko należy chronić przed wyborami do których nie dojrzało i to uzasadnia przymus szkolny — ten argument pochodzi — zdziwisz się — od Jamesa Stuarta Milla…

ad. 6a Dzieci po prostu są różne, a szkoły niezupełnie;
Zadedykujmy MEN (i innym systemom oświatowym) wiersz Herberta:
http://www.youtube.com/watch?v=FoT1K2U5V5k

avatar
Gość
EwkaK

Panie Pawle! Miło widzieć Pana na powrót, choć trochę mnie przestrasza ta bojowa okoliczność. Zakładam, że dobrze przemyślał Pan sprawę i zwłąszcza te jej aspekty, które się wiążą ze skutkami tego boju dla Pańskiego dziecka. Z przeproszeniem osób niewierzących oraz Pana, „innowiercy” – modlę się za Pańską rodzinę i podziwiam zwłaszcza matkę (kobiety za ogół wybierają ścieżkę „pragmatyczną” zamiast „obywatelskiej”). Ponieważ sama zajmowałam się czas jakiś specyficznymi środowiskami, wiem z tych doświadczeń, że uporczywość w zaniedbywaniu szkolnego obowiązku z pewnością sprowadzi na Pańską rodzinę na początek kuratora sądu rodzinnego. Oj, spadną na Państwa kłopoty… Chcę Panu powiedzieć, że ma Pan… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Al

Niezależnie od tego, czy Pan pośle dziecko do szkoły, czy nie pośle do szkoły, i tak to ono będzie płaciło za Pana wybory. Tu są dwie kwestie – rozwój umysłowy (choć uważam, że trochę Pan demonizuje szkołę – sami jesteśmy produktami systemu szkolnego i na ogół nie mamy problemu z własnym rozwojem umysłowym, a co więcej, uważamy się za kompetentnych do kształcenia naszych dzieci, choć tak, zapewne moglibyśmy osiągnąć więcej w tej kwestii, gdyby szkoła była inna) i niechęć do wpuszczenia dziecka do społeczeństwa (czy systemu), w którym będzie musiało się podporzadkować jakimś regułom. Jestem jak najbardziej za alternatywnymi ścieżkami… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Zamknięcie dziecku drogi dalej — też chciałem Cię zniechęcać tym argumentem, ale dałem spokój po szybkim research. Amerykańskie uniwersytety stoją otworem przed kandydatami nie mającymi żadnych formalnych dyplomów. Explicite to ogłaszają Berkeley, MIT i Carnegie-Mellon (te trzy przejrzałem). Wydaje mi się, że takie podejście jest konsekwencją prawną orzeczenia Sądu Najwyższego, zrównującego „equivalent education” z edukacją w sformalizowanym systemie państwowym. Gorzej w Europie: tu niemal wszystkie uczelnie wymagają oficjalnych matur. Choć są wyjątki i to znaczące: Oxford przyjmuje bez żadnych papierów. Ale już Cambridge, Lund, Heidelberg i Getynga stawiają sztywny wymóg. W ostateczności pozostaje możliwość eksternistycznego uzyskania matury (choć to potrwa… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Chętkowski
— ja go czytam właśnie jako opis szkolnej rzeczywistości, ubrany w formę karykatury.
Ani jako postulat, ani jako antypostulat, ale właśnie jako bezsilną konstatację rzeczywistości, na którą nic nie sposób poradzić, więc jedyne, co pozostaje, to albo powiesić się, albo szydzić.

Nie czepiałbym się go.

avatar
Gość

Chętkowski — powiem Ci to samo, co Wiesławowi: ponieważ czuję nierozwiązywalną sprzeczność pomiędzy pełnieniem funkcji w systemie szkolnym a moim systemem wartości, nie przyjąłbym posady w szkole. Ale to nie znaczy, że potępiam ludzi, którzy tam pracują! Wprost przeciwnie: czuję empatię do ich tragicznej (w greckim znaczeniu) sytuacji, prowadzącej do frustracji. U Chętkowskiego zdolność do godzenia sprzeczności pękła dziś i objawiła się tym szyderstwem. Doskonale go rozumiem i mu współczuję. Choć mógłbym powiedzieć, że sam sobie winien i powinien przewidzieć że tak będzie wybierając ten zawód. W tym tekście widzę nie narzekanie na to, że mądrzy i chętni uczniowie od… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Min. Szumilas w roli Ananke Chętkowski po prostu nie jest herosem — i zrządzenia (zarządzenia) bogów (MEN) przyjmuje za ostateczne i niekwestionowalne uwarunkowanie zewnętrzne. To czyni Chętkowskiego-człowieka właśnie tragicznym, zawieszonym pomiędzy imperatywem uczenia dzieci, a fatum chamskiego odrzucenia z ich strony. Z ludzkiej (nauczycielskiej) perspektywy konstrukcja systemu jest poza dyskusją: swoimi indywidualnymi decyzjami nauczyciel nie usunie przymusu szkolnego ani nie uczyni programu treściowo atrakcyjnym. Ty patrzysz na to z pozycji bogów, (a co najmniej herosa podejmującego z bogami polemikę), z której to perspektywy tragedia tragedią być przestaje. Szczeniacki bunt we wszystkich opisywanych przez Chętkowskiego objawach jest produktem systemu szkolnego i… Czytaj więcej »

avatar
Gość
EwkaK

Zdaje się, że oboje z Panem Pawłem prezentujemy tu mocno idealistyczne spojrzenie i przekonanie, że szkoła jest po to, by z ludzi wydobywać tkwiący w nich potencjał i mamy oboje wiarę, że on w nich tkwi rzeczywiście, jest spory (większy niż obserwujemy codziennie) i pozytywny. Może nawet dla nas obojga tego rodzaju wiara ma jakiś związek z religią – w moim przypadku, przyznam, tak jest z pewnością. Pan Ksawery ma natomiast tendencję do przywoływania nas do przytomności, przypominając w takich okazjach, że obserwacje prowadzą do innych wniosków. Rozumiem również, że takich napomnień należy słuchać z uwagą, bo utopie bywają groźne.… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Czy da się zrobić coś w szkole z przymusem: oczywiście, co Twoje doświadczenia czy dzisiejsze prywatne szkoły pokazują. Ale wszystkie takie przykłady zawsze są ustawieniem kontry w stosunku do czegoś bardziej wstrętnego. I ta wstrętna alternatywa musi być realną groźbą. To dalej jest niewolnictwo, tyle że sprawowane nie przy pomocy bata, a dania możliwości wyboru (a nawet raczej obdarzenia przywilejem dla nielicznych) sumiennego wykonywania lekkiej pracy vs. standard dla większości, jakim jest wyrąb tajgi. Czytajmy Sołżenicyna. Przymus pozostaje przymusem, tyle, że mniej brutalnym. Zauważ, że w Polsce problem z bezczelnym chamstwem w szkołach pojawił sie natychmiast po tym, jak szkoły… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Potencjał w dzieciach — co do potencjału podzielam Państwa pogląd w pełni, mimo braku religijnego podłoża do tego sądu. Po prostu widzę, że ogromna większość ludzi swojego potencjału nie realizuje. Nie zgodzę się tylko z twierdzeniem, że państwowy system szkolny jest od tego, żeby ten potencjał wyzwalać. Zostawiając już argumenty liberalne, historia uczy, że państwa do wypełnienia tego celu nie są zdolne, a wprost przeciwnie: państwowe szkoły niszczą i hamują ten potencjał u wielu ludzi. Prześlizgnęła się Pani niepostrzeżenie na przejściu od rozważań o relacji rodzice-dzieci (z bardzo udaną metaforą biblijną) do przymusu szkolnego, będącego relacją państwo-dziecko, a czy nawet… Czytaj więcej »

avatar
Gość
EwkaK

Rzeczywiście prześlizgnęłam się w kilku miejscach. W rzeczywistości nie ma między nami większych różnic, poza być może kilkoma drobiazgami, z których dwa chciałabym podkreślić za chwilę. Po pierwsze rzeczywiście nie chciałam i za nic na świecie nie chcę stawiać znaku równości pomiędzy oświatą, czy nawet systemem oświaty, a systemem państwowych szkół przymusowych. Mam wrażenie, że tu wszyscy troje rozumiemy rzecz podobnie – jeśli nas interesuje oświata i choćby intuicyjnie wyczuwamy, do czego ona jest potrzebna, to mamy na myśli coś prawdopodobnie radykalnie różnego od szkoły, którą znamy i w której na przykład ja pracuję. Kiedy z kolei kilkakrotnie używałam pierwszej… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Od końca (raczej od środka, a może zupełnie nie po kolei) odpowiadając: Hartmanowi dajmy może już spokój, bo na ocenie jego komentarzy o edukacji bardzo ciąży stosunek do niego samego — a jest on typem dość kontrowersyjnym. Panią i zapewne Pawła drażni jego skrajny antyklerykalizm, przy którym Dawkins wydaje się barankiem, mi to specjalnie nie przeszkadza, choć nie chwalę agresywności. Mnie z Hartmanem łączy specjalizacja zainteresowań: edukacja elit, edukacja licealna i akademicka, Pani i Paweł macie mu za złe, że nie interesuje się drugim biegunem: alfabetyzacji marginesu. Wszystkich nas z kolei chyba drażni jego bzdurzenie polityczne przy okazji inicjatywy Palikot… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Robert Raczyński

Niestety konflikt „kultury białego człowieka” i „kultury pierwotnej” w systemach oświatowych nie sprowadza się do obyczajowych i mentalnych odrębności Amiszów, czy Romów. Ucząc w szkole publicznej mam świadomość, że ok 10-15% uczniów chodzi do szkoły jedynie z powodu ustawowego obowiązku, a nie są ani Romami ani żadną inną poza główno-nurtową mniejszością kulturową. Przy całym swoim liberalizmie nie jestem chyba gotowy powiedzieć, że godzę się na postawienie ich poza nawiasem, bo są pozbawieni wsparcia grupy innej niż „bramowa”. Czy wolno nam pozwolić analfabetom (umysłowym, a nie kulturowym) decydować o analfabetyzmie ich dzieci, nawet jeśli szkoła i tak nie wyrwie ich wszystkich… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Mamy tu głos w tej dyskusji (choć pojawił się na sąsiednim blogu), ilustrujący jakie to obowiązki służbowe nauczyciela szkoły publicznej, bliższe raczej funkcji kapo, stoją w nieusuwalnym konflikcie z moim systemem wartości.

http://osswiata.pl/sterna/2011/12/12/co-zamiast-sprawdzania-listy-obecnosci/#comment-2906

avatar
Gość

Powinności — chyba wychodzi ze mnie post-protestantyzm. O ile w sytuacji rodzica (będącego też pod przymusem) opór, sabotowanie, etc. wobec takich narzuconych obowiązków jest nie tylko zrozumiały i usprawiedliwiony, ale wręcz chwalebny, a ugięcie się pod przymusem zrozumiałe, o tyle nauczyciel nie jest stawiany w sytuacji przymusu — rolę oprawcy przyjmuje na siebie dobrowolnie i świadomie. Łamanie dobrowolnie podjętych zobowiązań jest jednym z najcięższych grzechów — stąd konflikt jest nieusuwalny. Co nie znaczy, że potępiam szkolnych Wallenrodów, przeciwnie, doceniam i chylę czoła. Ale to zdecydowanie nie jest rola dla mnie. Do rodziców nawet bardziej pasuje rola kapo — w końcu… Czytaj więcej »

avatar
Gość
EwkaK

Panie Ksawery, Prof. Hartmana antyklerykalizm mnie nie drażni, a choć go uważam za przesadzony, to jednak przecież wiem, żeśmy nań sobie – „my, Kościół” (widziany w soborowym duchu również jako ogół wierzących) – dobrze zasłużyli. Wyrażę się mocniej, żeby podkreślić tę ideową wspólnotę, którą z prof. Hartmanem mam mimo różnic. Kiedy na przykład stawialiśmy nasze krzyże na oświęcimskim żwirowisku, jawnie gwałcąc wcale nie żadną ideę świeckiego państwa, ale po prostu cudzą religijność, uniemożliwiając ludziom pobożnym modlitwę na grobach przodków i kilka innych rzeczy, które znamy z własnych doświadczeń i wobec tego wiemy, jak one są ważne i co mniej więcej… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Waldemar Zabielski

@ „A przy tym jest równocześnie jasne, dlaczego tego nie da się zadekretować, uczynić dla uczniów obowiązkowym standardem sprawdzanym egzaminami itd. „

Czy to jest rzeczywiście „jasne”, że nie można uczynić tego „obowiązkowym standardem”? Czy ma Pani tu na myśli techniczno-fizyczną niemożliwość, logiczną niemożliwość, ideologiczną czy polityczną niemożliwość?

Dodam tylko, że w wielu krajach na świecie, właśnie dekretuje się „wysokiej jakości edukację” [co nie oznacza, że natychmiast wszystko się spełnia w rzeczywistości, ale pzrynajmniej wiadomo jako jest cel].
Nie wiem dlaczego ma być bardziej jasne, że da się zadekretować byle jakie standardy, a nie da się dobrych.

avatar
Gość
EwkaK

Panie Waldemarze, Chodziło mi o niemożliwość typu logicznego lub technicznego być może. Nie wiem, czy Pan zna treść wspomnianego tu tekstu z wykładem. Moim zdaniem poziom da się tu opisać wyłącznie przy pomocy przymiotników. Nie byłoby celowe wyliczać, że w szkole uczeń np. „opanowuje dowód niewymierności pierwiastka z dwóch”, jak to zwykle ujmuje polska podstawa swym bardzo charakterystycznym językiem. Dlaczego ten dowód, a nie inny? Po co przesądzać z góry? Przecież to rozumowanie nie ma żadnego praktycznego znaczenia, ono jest tylko po prostu ciekawe poznawczo, tworzy okazję przeżycia intelektualnej przygody, obcowania z przeczącą namacalności abstrakcją itd. Rozwija wyobraźnię. Ma filozoficzne… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Waldemar Zabielski

@ ocenianie “umiejętności myślenia” Pani Ewo, zamiast wchodzić w konkretne przykłady, chciałbym dorzucić parę ogólnych uwag. W swoim poprzednim komentarzu odniosłem się do opinii, że nauczania ambitnych treści, np. takich, które rozwijają myślenie i rozumienie matematyki nie da się sprawdzić na egzaminie. (W podtekście, że jest to “sztuka dla sztuki”, której nie da się obiektywnie zweryfikować.) Dla uproszczenia dyskusji ograniczę się do “umiejętności myślenia” ucznia, która występuje też w polskiej podstawie programowej jako jeden z ogólnych celów edukacji, w przypadku matematyki chodziłoby o “umiejętność myślenia matematycznego”. Uważam, jako nauczyciel matematyki, że większość nauczycieli matematyki, jeśli nie wszyscy, są w stanie… Czytaj więcej »

avatar
Gość
EwkaK

Panie Waldemarze, rozumiem. Trudno mi się wypowiadać o matematyce i oczywiście patrzę z polskiej perspektywy. Pan Paweł cytował tu dwa fragmenty podstaw programowych matematyki – polską i amerykańskie Core Standards (te nowe). Oba dotyczyły rozumienia matematyki i były przeciwstawne. Oczywiście, że da się pomyśleć o egzaminie, który sprawdza rozumienie, choć – sądzę – nie sposób organizować ogólnokrajowych zewnętrznych testów, bo one, wydaje mi się, muszą się obrócić w karykaturę, którą dobrze znamy z praktyki. Wydaje mi się również, że nie da się skodyfikować treści tego, co uczniowie mają wiedzieć jako absolwenci, kiedy się ma na myśli tak określony cel, którym… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Bardzo podoba mi się ujęcie problemu „oświaty” jako emancypacji intelektualnej „maluczkich”. Zgadzam się całkowicie z takim podejściem. Ale samo postawienie problemu w ten sposób, że żaden system (czyli żadna regulacja prawna ani zespół działań, prowadzony przez państwo) tego celu nie osiągnie. Państwo może uwolnić ucisnionych (i tu chyba zgadzamy się, że powinno), ale dalej już muszą rozwijać się sami, w czym najwyżej pojedynczych z nich mogą wspierać indywidualnie — głównie własnym przykładem i kontaktem osobistym — „biali ludzie”. Tak jest i było z emancypacją w każdej dziedzinie. Emancypacyjne działania państwa zawsze przeradzają się w jakąś odmianę karykatury, są nieskuteczne lub… Czytaj więcej »

avatar
Gość
EwkaK

Panie Ksawery, Kilka nieporozumień, które chcę wyjaśnić. Przede wszystkim jeszcze raz – bo te dwuznaczności będą się wlec za nami – kiedy pisałam o oświacie, miałam na myśli raczej ideę. Nie władzę państwa. Chodziło mi o dążenie do uczestnictwa moich współobywateli (dzieci, mówiąc dokładniej) w kulturze – przy czym nie chodzi mi o żadną jej wersję skrojoną na miarę maluczkich, ani też o „kulturę 2.0”. Pan Paweł określa to mianem sokratejskiego paradygmatu i ja mam wątpliwości co do tego określenia, ale ono jest chyba wystarczająco dobre i celne, żeby się nim posługiwać, choć trochę zawężające. Nie chodzi tu o oświatę… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Widzę, że powoli zbliżamy się do uściślenia pojęć 😉 To, że oświata nie musi być państwowa to jedna rzecz — uzgodnione. To, że powinna być auksyliarna wobec rodziców/dzieci — też uzgodnione. Pozostają co najmniej dwa niezrozumienia: 1. jak szeroko rozumiemy pojęcie „oświata”. Czy oświata (wąsko) to specjalizowane instytucje (nazwijmy je szkołami, choć od szkoły dzisiejszej być może bardzo różne), których główną funkcją jest uczenie i wychowywanie dzieci, czy też (szeroko) jest to wszystko, co jakkolwiek służy nauce, np. biblioteki i muzea. Ja tu skłaniam się raczej ku wąskiemu rozumieniu terminu „oświata”, ale nie upieram się — chciałbym tylko mieć jasność… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Waldemar Zabielski

@ „mam ochotę przypomnieć, że również nikt nie widział niepaństwowej oświaty” – widział! Od Aten po początek XIX wieku było tylko taka. Wybacz, Ksawery, ale spróbuję Ci tu trochę namieszać. Jeśli dobrze pamiętam, Sokrates jako prywatny nauczyciel-filozof, został skazany na śmierć głównie dlatego, że podpadł “władzom oświatowym” w Atenach (według niego, za nauczanie prawdy). W Atenach jako państwie, istniała zatem sankcjonowana przez państwo ateńskie oświata. Kolega Sokratesa, filozof Platon napisał nawet znane dzieło “Państwo”, w którym dyskutuje się też na temat “państwowej” oświaty. Jeśli chodzi o system oświaty epoki Średniowiecza, to można go określać różnymi przymiotnikami (np. kościelno-państwowy), tylko raczej… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Waldku! „Państwo” nie jest opisem rzeczywistości, tylko utopijną wizją Platona, mającą z ustrojem Aten tyle wspólnego, co wizja Morusa z XVI-wiecznym ustrojem Anglii. Sokrates naraził się nie „władzom oświatowym”, tylko niejakiemu Anytosowi, któremu odbił homoseksualnego kochanka, więc Anytos mszcząc się wyciągnął haki jakie miał na Sokratesa i w prywatnym oskarżeniu zarzucił mu bezbożność i demoralizację młodych. Do oskarżenia przyłączył się urzędnik,ale nie oświatowy (takich w Atenach nie było), tylko odpowiedzialny za dbałość o moralność publiczną. Ateizm był zbrodnią śmiertelną. W Atenach istniało od czasów Solona prawo, nakazujące rodzicom kształcić swoich synów. Ale państwo ani nie wtrącało się w sposób tego… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Waldemar Zabielski

Czy można zatem powiedzieć, że zarówno prywatna edukacja, jak i państwowa edukacja, działały w owych czasach w starożytnej “szarej strefie”?

avatar
Gość

A co to ma wspólnego z szarą strefą??? Szara strefa, to działanie z obejściem części przepisów. Ateńskie i hellenistyczne szkoły były normalną legalną prywatną nieregulowaną działalnością gospodarczą, jak prowadzenie piekarni, której też nikt się nie wtrącał w recepturę ciasta na chleb. Sądzę, że większość z nich uczciwie płaciła należne podatki. Państwowych szkół w ogóle nie było — poza opłaceniem przez państwo za ubogich obywateli czesnego w czasach hellenistycznych. Wydaje mi się, że szkoły kontrolowane i zarządzane przez państwo pojawiły się w Europie dopiero w absolutystycznych monarchiach oświeconych XVIII wieku, choć za wcześniejsze o ponad 100 lat szkoły publiczne można by… Czytaj więcej »

avatar
Gość
EwkaK

Panie Ksawery, Do uściślenia pojęć być może się rzeczywiście przybliżamy, ale wcale nie wiem, czy do uzgodnienia stanowisk. Przecież zresztą nie mamy takiego obowiązku 🙂 Pisze Pan więc i wydaje mi się, że większość różnic leży właśnie tu: „Tu trzeba się jasno zdecydować: czy uważamy się za nosicieli jedynie słusznych wartości, które mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek nieść innym, czy uznajemy prawo innych do życia po swojemu. I nie ma tu wielkiej różnicy, czy ci inni mieszkają w Amazonii czy po drugiej stronie ulicy. Nie ma też wielkiej różnicy, czy za izolacją kulturową stoi czynnik religijny, rasowy, narodowy,… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Jak już rozpocząłeś rewolucję, to nie zastanawiaj się więcej nad jej sensem! Która to była sztuka Mrożka z hamletyzującym rewolucjonistą? Pamiętam przez mgłę Jana Englerta (całkiem jeszcze młodego) w skórzanej kurtce, leninowskiej czapce i z wielkim naganem w dłoni na scenie Polskiego (? a może Współczesnego?) Czy w stanie przestępstwa znajdujesz się od czterech dni, czy dopiero za rok podpadniesz pod paragrafy? Najmij jakiegoś korektora-redaktora do tej książki, bo aż mi wstyd za ilość błędów, literówek, paskudnego stylu (nie wspominając nawet o interpunkcji) jakiej już dawno nie narobiłem. U Pani Ewy widzę zdecydowanie większą samodyscyplinę pisarską. A na tytuł proponuję… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Konieczność podjęcia decyzji — gdybyśmy byli sąsiadami Amiszów, mogłoby się zdarzyć, że oboje zostalibyśmy powołani do ławy przysięgłych, rozstrzygających w tej sprawie. Nie moglibyśmy odmówić odpowiedzi na to pytanie. Dyskutując o sprawach publicznych nie można uciekać od odpowiedzi na pytania, jakie rozstrzygnięcia prawne powinny mieć miejsce. Możemy nie mieć pełnej pewności moralnej w jakiejś sprawie (np. czy aborcja jest zła, czy obojętna moralnie), ale nie można uchylać się od odpowiedzi na pytanie, czy aborcja powinna być dopuszczalna prawem i na jakich warunkach. Podobnie nie możemy unikać rozstrzygnięcia w sprawie przymusu szkolnego. Tu odpowiedź musi paść jednoznaczna, bo regulacje prawne muszą… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„Dyskutując o sprawach publicznych nie można uciekać od odpowiedzi na pytania, jakie rozstrzygnięcia prawne powinny mieć miejsce. Pani Ewa właśnie to dość stanowczo stwierdziła, że nie tylko można, ale nawet należy powstrzymać się w tej kwestii od odpowiedzi.” A ja jej podejściu przeczę i za zaprzeczeniem tej tezy argumentuję 😉 Ci ławnicy swoją decyzją właśnie stworzyli nowe prawo! Ich rozstrzygnięcie nie dotyczyło wyłącznie tego konkretnego dziecka, które ojciec zabrał ze szkoły, ale explicite dotyczy wszystkich Amiszów w Pennsylwanii, a implicite, na zasadzie prawa precedensu, jest uogólniane na różne inne grupy w całych USA. Decyzja sądu w tej jednostkowej sprawie miała… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Co do tego, że w przypadku konfliktu wartości rozstrzyga ostatecznie sąd nie ma między nami kontrowersji. Powtórzę jednak, że prawo musi jednoznacznie określać, jak ma wyglądać sytuacja, w której sądu nie trzeba angażować w sprawę. Prawo musi też określać, na której ze stron konfliktu spoczywa obowiązek udowodnienia swojej racji w przypadku konfliktu. Mój postulat uznania prymatu władzy rodzica i domniemania właściwego jej sprawowania oznacza tylko, żeby domyślnie uznawać każdego rodzica za właściwie realizującego dziecka prawo do nauki — na odwrót, niż ma to miejsce dziś. Tu jak widzę też mamy jednakowe stanowisko… Chciałbym też, by orzeczenie o tym, że rodzic… Czytaj więcej »

avatar
Gość
Waldemar Zabielski

@ Paweł, Ksawery

Panowie, mam pytanie, jak sądzicie, czy polska Konstytucja gwarantuje bezpłatną naukę do 18 roku, jak to się potocznie sądzi, czy też właściwie nie gwarantuje?

avatar
Gość

„prawo raczej wymienia przypadki, w których państwo interweniuje” I w ten sposób, przez zaprzeczenie tezy tych przypadków, definiuje, w jakich interwencji nie będzie. Muszą jednak być jasno określone przesłanki, w których wymóg rozstrzygnięcia sądowego jest konieczny. Dla mnie taką przesłanką jest stwierdzenie uzasadnionego podejrzenia, że rodzic wyrządza dziecku szkodę niewywiązując się z obowiązku opieki. Według obecnego prawa interwencja następuje zawsze, poza sytuacją, gdy dziecko chodzi do koncesjonowanej szkoły. palenie książeczki wojskowej – przyznaję Ci do tego pełne prawo i cenię obywatelską postawę! Widzę u Ciebie tylko pewną niekonsekwencję. Tym „paleniem książeczki” walczysz o to, co mi zarzucie z p.Ewą jako… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„Sytuacji, w której nie palę papierosów w łóżku, w którym leży kobieta, którą kocham, nie odczuwam tak w żaden sposób, choć w sensie Milla jest to ograniczenie wolności. ” Błąd!!! Weź do ręki „On Liberty”. Byłoby to pogwałceniem Twojej wolności tylko wtedy, gdyby ona zagroziła Ci, że da Ci po łbie tłuczkiem do kartofli, jeśli spróbujesz zapalić, albo (celowo) wylała kawę na zapałki. Ale jeśli robisz to z wewnętrznej motywacji (miłości), to nie ma to nic wspólnego z wolnością. Jedynym u Milla ograniczeniem wolności jest przymus (czyli bądź przemoc, bądź groźba jej użycia) ze strony innych ludzi. Przemoc w sensie… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Jakbyś miał jeszcze jakieś wątpliwości, jakimi to konfliktami praw i wolności obywateli z uregulowaniami prawnymi w dziedzinie edukacji zainteresowana jest Rzecznik Praw Obywatelskich, to sobie poczytaj:

http://www.rp.pl/artykul/19,1045720-Uczniowie-podaza-patriotyczna-sciezka.html

avatar
Gość
Waldemar Zabielski

@ Paweł To co piszesz o swoim 6-letni dziecku, że mówi na głos do siebie i prowadzi ze sobą dialogi jest normalnym etapem w rozwoju językowym dziecka. Niedawno, przerzucając Wygotskiego “Myślenie i mowa” trafiłem na interesujący fragment dokładnie właśnie na ten temat (rozdz. 7, podrozdz. III). Wygotski interpretuje takie dialogi ze sobą u dziecka (3-8 lat) jako eksperymentowanie językowe wynikające z naturalnej potrzeby bycia rozumianym. W badaniach Wygotskiego wyszło, że dzieci mówią do samych siebie mniej, gdy wiedzą na 100%, że nikt nie słucha, a gdy znajdują się w grupie rówieśników, często oprócz rozmowy z rówieśnikami, prowadzą też głośny dialog… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Egipski generał – masz piękny przykład doublethink: możesz odebrać tę wypowiedź jak chcesz, a zawsze da się ją wynicować na jej przeciwieństwo. W tym jej pomieszaniu pojęciowym możesz ją rozumieć na co najmniej pięć sposobów: 1. Mill/Mill: tworzymy demokrację i ludzie mają wolność w wybraniu właściwego rządu, a armia pilnuje, by nikt w tym nie przeszkadzał; 2. Augustyn/Augustyn: ludzie zagłosują na kogo trzeba, a armia na wszelki wypadek dopilnuje, żeby nawet przez myśl im nie przeszło głosować inaczej; 3. Mill/Augustyn(Stalin): będą wolne wybory (ludzie będą głosować jak zechcą), ale armia spowoduje, żeby ich wynik wyszedł jaki trzeba — Józef Wissarionowicz:… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Przy tej okazji dygresja introspektywna o metodzie sokratejskiej przemycanej tam, gdzie byśmy się tego nigdy nie spodziewali, czyli o pożytku ze szkoły przymusowej. 1983 (chyba) — mroki Stanu Wojennego — jestem studentem (raczej studentką, bo moje skuteczne wysiłki zadekowania się przed służbą wojskową doprowadziły mnie do żeńskiej grupy) Studium Wojskowego Uniwersytetu Warszawskiego. Wyjątkowy idiotyzm i komunistyczne pranie mózgów, poza dwoma wyjątkami: kursem „sanitariuszki polowej” — te umiejętności przydały mi się później — oraz politrukiem, prowadzącym różne teoretyczne zajęcia „polityczne”. Młody (przed 40) kapitan. Niespotykanie inteligentny facet w sokratejskim stylu dyskursywnego dochodzenia do prawdy. Nie mam pojęcia jak trafił do wojska,… Czytaj więcej »

avatar
Gość

„Ja na przykład wcale nie jestem pewny, czy dzieci rzeczywiście muszą umieć liczyć w granicach 100 w określonym wieku. Albo, że muszą umieć czytać po pierwszej klasie. Na pewno?” I tu wracamy do podstawowego dla całej tej dyskusji pytania. By o nim sensownie dyskutować, trzeba jednak uściślić znaczenie (wieloznacznego) słowa „muszą” i nie mieszać ze sobą pytań, odwołujących się do różnych znaczeń. Dla jasności wywodu, zostawmy samo czytanie. 1. „Muszą” :== dobrze by było, żeby umiały i stawiamy to za cel główny edukacji dziecka w tym wieku. Tak — pod tak postawioną tezą się podpiszę. Czytanie jest fundamentalną umiejętnością dla… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Kontynentalne prawo jest tu diametralnie różne od anglosaskiego. W Polsce sąd (na niższym poziomie, niż Trybunał Konstytucyjny) nie będzie rozstrzygał konfliktu racji i zgodności Twojego działania z frazesami zawartymi w preambułach, tylko zgodność postępowania z konkretnymi przepisami. A orzeczenia sądów na poziomie niższym, niż TK prawa nie tworzą i ustaw nie zmieniają. W USA zwykły sąd może uznać niekonstytucyjność przepisu prawa, w Polsce nie. Więcej, nawet jeśli TK orzeknie niekonstytucyjność przepisu, to ten przepis nadal obowiązuje aż do czasu, gdy Sejm go zmieni. Twoje dobijanie się do sądu nie różni się więc specjalnie od domagania się, by urząd postąpił w… Czytaj więcej »

avatar
Gość

Zwróć uwagę na jeszcze jedną sprzeczność, co najmniej hamletowską: Z jednej strony uważasz, ze państwo powinno zapewnić (przymusem) oświatę i „prawo do nauki” nawet w tych sytuacjach, kiedy ani dziecko ani ojciec tego nie chcą. Bo dziecko jest zbyt małe, by odpowiedzialnie decydować o własnej edukacji, to jego „prawo do nauki” uprawnia poddanie go przymusowi szkolnemu. Sytuacje od wiejskiego pijaka po Amisza. Z drugiej strony uważasz, że państwo nie powinno się wtrącać w sytuacje (Twój przykład z czytaniem), kiedy ojciec deklaruje, że chce uczyć dziecko, tylko mu się to nie udaje, bo dziecko stawia opór. Zapytane w tej sprawie dziecko… Czytaj więcej »