avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Patrząc na … szkołę

Winny? DYREKTOR!

26.01
2012

Z pewnością są źli lekarze, źli dziennikarze, źli tramwajarze, źli nauczyciele, źli uczniowie, źli dyrektorzy (i to nie tylko dyrektorzy szkół). Ale są też wspaniali lekarze, bezkompromisowi dziennikarze, kochający swoją pracę tramwajarze, są fantastyczni nauczyciele, którzy bez głębszego namysłu „wyliczą” nie tylko 40-godzinny tydzień pracy, są uczniowie, którzy przysparzają szkołom radości, są też dyrektorzy, którzy utożsamiają się ze swoją szkołą, pracują znacznie więcej niż  40 godzin tygodniowo  i kończą kolejne studia podyplomowe nie dla awansu (którego najwyższy stopień już dawno osiągnęli), ale dla wiedzy i po to, by pełnić swoją powinność jak najlepiej.

Przypominają mi się różne ważne wydarzenia – np. koniec czerwca 2011 r. kiedy rozpoczynała się kolejna PAPA – (Polish – American Principal Academy), organizowana przez CEO w Ustroniu, gdy p. Katarzyna Znaniecka (CEO) mówiła, że z polską oświatą nie  jest źle, skoro rozpoczynają się wakacje, a tu, do Ustronia przyjeżdża po raz kolejny grupa dyrektorów, którzy chcą wziąć udział w kolejnym szkoleniu, w kolejnych warsztatach. Chwilę wcześniej – chyba w maju 2011 r.  byłam na szkoleniu organizowanym przez ORE w Sulejówku, gdzie dyrektorzy  „starzy” i „młodzi” mieli  trzydniowe warsztaty, w ramach których jedni uczyli się od drugich. Czytam też sprawozdania z kolejnych spotkań OSKKO i innych spotkań dyrektorów szkół.  

I nadal czegoś nie rozumiem. Czy wszyscy ludzie, których spotykamy i słuchamy podczas takich spotkań jak te, przywołane wyżej to są ci „do wymiany”? A może tych twórczych, zaangażowanych dyrektorów jest zbyt mało?  Wiem, że nie ma oczekiwanych skutków reformy.  Wiem, że nawet Prezydent RP nie jest zadowolony z takiego stanu rzeczy i uważa, że  włożone środki nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Ale czy rzeczywiście winny jest zawsze dyrektor ?  Dyrektor szkoły choćby sam był rzutkim i pełnym pomysłów liderem, ma w zakresie budowania swojej kadry ręce związane Kartą Nauczyciela. A przecież on tylko organizuje pracę, zapewnia do niej właściwe warunki i odpowiedni klimat, kreując „ducha szkoły”; lecz tę właściwą, najistotniejszą rolę edukacyjną pełnią właśnie nauczyciele. Choćby najpilniej pełnił nadzór, obserwował (hospitował) najbardziej gorliwie, to i tak proces edukacji odbywa się za zamkniętymi drzwiami klasy, zaś na pierwszej „linii frontu” jest zawsze nauczyciel. System awansu zawodowego zapewnia wszystkim nauczycielom awans do stopnia nauczyciela dyplomowanego w okresie mniej więcej 10 lat pracy. Proszę wskazać, ilu nauczycieli  otrzymało negatywną ocenę dorobku zawodowego? A ci, którzy taką otrzymali i się odwołali ?  I tak w większości przypadków była ona zweryfikowana. A przecież awans to w wielu przypadkach  konkurs krasomówstwa lub umiejętności literackich. Często pracując w komisji awansowej zdarza się, że wypowiedź nauczyciela sprawia wrażenie, że tym jednym nauczycielem cała szkoła stoi, a rzeczywistość jest zupełnie inna. Bywają też sytuacje odwrotne. Są świetni nauczyciele, którzy nie potrafią efektownie się zaprezentować, choć wiadomo, że są doskonałymi fachowcami. Zawsze twierdzę, że uzyskanie kolejnych stopni specjalizacji w zarzuconym dziś systemie wymagało znacznie więcej wiedzy, udokumentowanej pracy i publikacji (przy zupełnie symbolicznej gratyfikacji finansowej). W tamtym czasie nauczycieli ze stopniami specjalizacji było relatywnie niewielu. Często słyszy się od nauczycieli, którzy uzyskali kolejne stopnie specjalizacji zawodowej rozżalenie, że awans „wchłonął” stopnie specjalizacji. Wielu z nich chciałoby zachować tamto osiągnięcie i być np. nauczycielem dyplomowanym z drugim (lub trzecim) stopniem specjalizacji. Komu to przeszkadzało ?  

Motywowanie nauczycieli dodatkiem motywacyjnym w ramach szkoły – jest ograniczone. W wielu szkołach występuje niewielkie zróżnicowanie, co nie powoduje napięć w gronie. Natomiast przyznawanie najwyższych  dodatków grupie nauczycieli, których praca i zaangażowanie na to zasługują , powoduje najczęściej niezadowolenie pozostałych.  Oceniam obecnie obowiązujący system awansu zawodowego jako demotywujący.

Inna kwestia przynależna „dyrektorowaniu” – sprawa tzw.  „planowania budżetu”.  Przecież tak naprawdę to nie jest żadne planowanie, tylko korekta poprzedniego budżetu według określonego wskaźnika, planowane inwestycje szkolne czekają na swoją kolejkę. I w tej materii niewiele  pomogą studia managerskie.

Oczekujemy od dyrektora efektywnego działania, pozbawiając go wszystkich możliwych instrumentów doboru najlepszych i najbardziej skutecznych nauczycieli. Karta Nauczyciela chroni  nauczycieli i związuje dyrektorowi ręce. Awans zawodowy – jest czynnikiem, który motywuje nauczycieli  w większości przypadków tylko w okresie zdobywania kolejnych stopni. Po uzyskaniu stopnia najwyższego – w przeważającej większości następuje stagnacja. Pieniądze na doskonalenie zawodowe wydatkowane są nie zawsze sensownie. Jest to przywilej występujący w niewielu branżach i chciałoby się,  aby te szkolenia były naprawdę wartościowe – niestety bywa z tym bardzo różnie.

 A poza tym wrzucamy wszystkich dyrektorów do jednego worka – i tych, którzy na swoim stanowisku inercyjnie trwają i tych, którzy traktują uzyskane stanowisko jako wyzwanie, któremu starają się sprostać, nie szczędząc ani sił, ani środków. I robią wszystko, żeby być zarówno mistrzem „od uczenia” jak i mistrzem od przetargów, rur, kanalizacji i pozyskiwania środków nie tylko z budżetu gminy, ale także z UE, przysparzając dobra swojej gminie. Nie wszyscy dyrektorzy są winni! Nie wszyscy „przesypiają” kolejne kadencje!

Wszystkie generalizacje są złe. Problem ze skutecznością uczenia się i nauczania mamy wszyscy. I musimy go rozwiązać. Po raz kolejny wraca Jan Zamojski  ze swoim nieśmiertelnym zdaniem : „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” . Owo „młodzieży chowanie” to cały system :  przepisy – władze oświatowe – rodzice – szkoła – dyrektor – nauczyciele – uczniowie. Rozwiązanie problemu nie polega na wskazaniu, że jedno ogniwo jest złe. Potrzebne jest uzdrowienie całego systemu.

Polecam też przeczytanie tekstu „Dyrektorzy szkół – do wymiany” – jednego z licznych artykułów na ten temat, jakie ukazały się w ostatnim czasie.

Podziel się ze znajomymi

20 komentarze do “Winny? DYREKTOR!

  1. Podpisuję się pod tym wpisem. Nie znam dyrektora, który ze złej woli byłby złym dyrektorem. Może któryś błądzi, ale wszyscy się starają.
    Gdyby można było bez OCENIANIA rozmawiać o kłopotach w zarządzaniu szkołą, to wiele spraw mogłoby się poprawić.
    Po co komu to ocenianie?
    Czy jeśli powie się dyrektorowi, że jest na C, to czy on zacznie tak pracować, aby był na – A?
    Moje 4 lata dyrektorowania, to jedna trauma odpowiedzialności za wszytko i bez docenienie przez władze. Ale może uczniowie…..
    Danusia

  2. Problem jest bardzo ważny, ale myślę, że znacznie szerszy i nie dotyczy tylko dyrektorów szkół. Generalnie dotyczy wszystkich zarządzających w ramach hierarchicznych struktur organizacyjnych (a taką osobą jest dyrektor szkoły), w których na szczeble pośrednie zarządzania delegowane są obowiązki i zadania, ale już bez zapewnienia środków na ich realizację. Stosujący ten system liczą, iż znajdą chętnych do podjęcia tego typu niewdzięcznego wyzwania i w wielu wypadkach się nie mylą.

    Wykorzystują naturalne skłonności ludzkie jak, w przypadku wielu dyrektorów szkół, odpowiedzialność za środowisko szkolne, chęć i wiara w możliwość wprowadzenia pozytywnych zmian, chęć podjęcia wyzwania sprawdzenia się w trudniejszej roli, a także zupełnie naturalne ludzkie tendencje jak chęć awansu, samorealizacji i inne. Generalne przesłanie, które taka osoba otrzymuje, prócz zachęty i uścisku dłoni brzmi „Trzeba sobie JAKOŚ radzić. Liczę na Panią/Pana!”. Dyskutowałem na ten temat z Panem Ksawerym pod jego postem Szkoła 2012.

    Uważam, że skrajną nieodpowiedzialnością, a nawet intencjonalnym psuciem atmosfery i robieniem zamętu jest rozliczanie lub krytykowanie kogokolwiek za brak oczekiwanych efektów, jeżeli nie rozpatruje się ich w kontekście warunków w jakich działał i zasobów jakimi dysponował. Działa to też w drugą stronę. Nie tak trudno znaleźć przykłady osób gloryfikowanych za wspaniałe osiągnięcia. Ale gdy weźmie się pod uwagę to, czym dysponowali, okazuje się, że mogli bez większego wysiłku osiągnąć znacznie więcej i najzwyczajniej te, najczęściej publiczne zasoby zmarnowali.

    Takim zasobem, którym dysponuje dyrektor szkoły, jest potencjał rekrutowanych uczniów, o czym pisała Pani w jednym ze swoich postów. Nie można oceniać wyników szkoły abstrahując od tego, jacy uczniowie do niej przychodzą, a robi się to powszechnie. Innym zasobem są pieniądze. Wczoraj w telewizji słyszałem, jak dyrektorka szkoły tłumaczyła jedną ze swoich kontrowersyjnych decyzji tym, że dzięki niej oszczędziła 800 złotych, a więc mogła kupić dla szkoły środki czystości. Ręce opadają! Organ prowadzący powinien się zapaść po ziemię ze wstydu, ale indagowany na okoliczność tej decyzji wójt wydawał się być w dobrym nastroju.

  3. Widzę, że wracamy do dyskusji, czy doświadczenie nauczycielskie powinno być konieczną i wystarczającą kompetencją do dyrektorowania.
    Nikt nikogo nie zmusza do podejmowania się nierealnych zadań. Nie ma obowiązku bycia dyrektorem. Jeśli jednak ktoś przyjmuje tę funkcję, to odpowiada za realizację powierzonych mu zadań, w tym w szczególności za dyscyplinę budżetową.

    „Ręce opadają! Organ prowadzący powinien się zapaść po ziemię ze wstydu”

    A z jakiego powodu ręce opadają?

    Odpowiedź A. Że wójt odmówił ekstra dotacji dla podległej mu instytucji, która przekroczyła budżet;

    Odpowiedź B. Że dyrektor nie umie zaplanować budżetu instytucji, której zarządzania się podjął tak, żeby nie musieć łatać na bieżąco dziur w budżecie obcinaniem wcześniej zaplanowanych wydatków na cele podstawowe?

    Odpowiedź C. Że dyrektor, wraz z prośbą o pokrycie deficytu podległej mu instytucji nie składa swojej rezygnacji ze stanowiska.

    A z jakiego powodu wójt powinien się wstydzić?

    Odpowiedź A. Że toleruje podległego mu niekompetentnego i nielojalnego managera najpierw przekraczającego budżet instytucji, jaką zarządza, a później skarżącego się w TV, że odmówiono mu ekstra dotacji?

    Odpowiedź B. Że nie wymusił na Radzie Gminy decyzji zmieniającej budżet gminy tak, by dofinansować instytucję łamiącą dyscyplinę budżetową kosztem uszczuplenia wydatków na inne cele realizowane przez gminę?

    Odpowiedź C. Że nie zaproponował temu dyrektorowi obniżenia jego pensji o 60 zł miesięcznie, a zaoszczędzonych w ten sposób pieniędzy przeznaczył na pokrycie deficytu źle zaplanowanego budżetu.

  4. Ustawa o systemie oświaty precyzuje, komu powierza się funkcję dyrektora oraz określa zasady tego powierzenia. W art. 36.1 mowa jest o tym, że szkołą kieruje nauczyciel mianowany lub dyplomowany, któremu organ prowadzący powierzył tę funkcję. Ale już w ust. 2 czytamy, że dyrektorem szkoły może zostać osoba niebędąca nauczycielem, jednak nie może ona sprawować nadzoru pedagogicznego. Wówczas do zadań z zakresu nadzoru wyznacza się inną osobę pełniącą w szkolę funkcję kierowniczą. Tyle przepis. A rzeczywistość? Znam wyłącznie pojedyncze przypadki dyrektorów nie-nauczycieli. Powód? Myślę,że odpowiedzi jest sporo…A jedna nasuwa się jako najbardziej oczywista…
    Niewątpliwie bycie nawet najlepszym nauczycielem nie jest jednoznaczne z byciem świetnym dyrektorem. Mam jednak głębokie przekonanie, że większość dyrektorów przystępując do konkursu miała dobry pomysł na rozwój szkoły. A kiedy już podjęli swoje obowiązki to towarzyszy im cały czas świadomość odpowiedzialności wynikającej z jednej strony z pełnionego nadzoru pedagogicznego, z drugiej z dyscypliny finansów publicznych.
    Są dyrektorzy szkół , którzy potrafią łączyć różne role, jakie wynikają z pełnionej funkcji. Są tacy, którzy mimo dyrektorowania nie zapomnieli jak być dobrym (i skutecznym) nauczycielem (co potwierdzają wyniki uczniów na sprawdzianach zewnętrznych), a jednocześnie potrafią sprawdzić prawidłowość przedłożonego przez główną księgową sprawozdania Rb-27s.

  5. Panie Ksawery,

    pełna zgoda co do tego, że nie ma obowiązku bycia dyrektorem. Wskazałem jedynie mechanizmy sprzyjające wciąganiu ludzi w tego typu pułapki.

    W kwestii odpowiedzi jest jeszcze wersja D. Ręce opadają ponieważ sytuacja ta ujawnia, w moim przekonaniu, rażący brak kompetencji urzędnika zarządzającego m.in. moimi pieniędzmi, w budowaniu służbowych relacji z podległymi mu strukturami, w tym przypadku z dyrektorem szkoły.

    Odnośnie przekraczanie budżetu, to o ile dobrze obserwuję rzeczywistość dookoła, to przekraczanie go jest normą wśród urzędników zarządzających publicznymi pieniędzmi. Żeby mieć tytuł moralny do egzekwowania dyscypliny budżetowej od podległych struktur, trzeba samemu jej przestrzegać, a przykłady idą z samej góry.

    Odnośnie lojalności, to mam już jej dosyć oglądając czasem relacje z ujawnianych przez dziennikarzy zdarzeń, dotyczących bałaganu lub różnych nieprawidłowości funkcjonowania administracji na różnych szczeblach. W relacjach służbowych urzędników powinno obowiązywać prawo i zawarte umowy interpretowane w duchu interesu publicznego. Tymczasem głównym czynnikiem determinującym działanie wielu urzędników jest właśnie lojalność, rozumiana jako gotowość krycia kolegów, dopuszczających się nawet naruszania prawa, w imię urzędniczej solidarności.

  6. Zgadzam się, że Pana wersja D. jest implikacją mojej A. (zatrudnienie niekompetentnego i nielojalnego dyrektora świadczy również o niekompetencji wójta).

    Nie zgodzę się natomiast, że przekraczanie budżetu w instytucjach samorządowych jest normą. Proszę postudiować sprawozdania budżetowe swojej gminy. Zakłady komunikacyjne, wodociągowe u straże miejskie nie przekraczają swoich budżetów, poza naprawdę uzasadnionymi przypadkami, jak zdarzenia nadzwyczajne.
    Przekraczanie budżetu jest normą wyłącznie w tych dziedzinach, gdzie samorządowi podlegają instytucje zarządzane przez „merytorycznych” dyrektorów, uważających, że „misja społeczna” jaką pełnią uprawnia do nieliczenia się z pieniędzmi, czujący się zupełnie niezależnie i traktujący samorząd jako bogatego wujka, na którego można trasować swoje weksle. Przodują w tym placówki służby zdrowia, zarządzane i zadłużane przez lekarzy, ale szkoły często (przykład cytowanej tu audycji) im w tym sekundują.
    Nie znam też przypadków naruszania dyscypliny budżetowej przez burmistrzów/wójtów – wydaje mi się, że jest to po prostu niemożliwe. Oczywiście – częste są wnioski burmistrzów do rad gmin o nowelizację budżetu. Ale burmistrz po prostu nie ma do kogo pójść jak ten dyrektor szkoły i powiedzieć „daj mi jeszcze więcej pieniędzy, bo inaczej nie zrealizuję swoich podstawowych zadań”.

    Moim zdaniem obecny zapis ustawowy jest jak najbardziej OK. Jeśli są nauczyciele, umiejący zarządzać finansami, planować i realizować budżet i podejmować decyzje ekonomiczne (czy lepiej mieć etatową kucharkę, czy dostarczać zupę z sąsiedniej restauracji), to niech dyrektorują. Nie twierdzę, że doświadczenie nauczycielskie w dyrektorowaniu przeszkadza, ani nie twierdzę, żeby wymagać od dyrektorów MBA. Nie widzę tylko uzasadnienia dla formalnego zakazu zajmowania tych stanowisk przez osoby bez uprawnień nauczycielskich.
    Jeśli (jak pisze Zofia) dyrektorzy nie będący nauczycielami do niewielki margines, to po co tyle hałasu (najgłośniej ze strony ZNP), żeby zablokować tę możliwość? I czy ktoś z domagających się zniesienia tego paragrafu 2. sprawdził, czy szkoły, w których wicedyrektor, sprawujący nadzór pedagogiczny jest podległy dyrektorowi-managerowi funkcjonują gorzej?

  7. Ma Pan rację odnośnie przekraczania budżetu. Niektórzy tego nie robią, bo nie mają takich możliwości. Ale nawet w ramach nie przekraczanego budżetu można prowadzić różne polityki: wydawać pieniądze z długoterminowym sensem, ale ryzykować utratą popularności, a więc stanowiskiem, albo wydawać je na pokaz, żeby zaskarbić sobie przychylność. I tu nie trzeba szukać przykładów na poziomie samorządów. To taka trochę bardzie subtelna forma przekraczania budżetu, czy raczej naciągania budżetu.

    Ja też nie widzę sensu dla zakazu pełnienia funkcji dyrektora szkoły przez osobę bez przygotowania nauczycielskiego. Myślę nawet, że dobry menadżer nie-nauczyciel bardzo by odpowiadał dobrym nauczycielom, bo dzięki niemu mogliby się skupić na swojej pracy, do której by się im nie mieszał. Gorzej z marnymi nauczycielami, których może trudno byłoby mu ocenić, gdyż tacy, jak wspomniała Pani Zofia, wygrywają często „konkurs krasomówstwa lub umiejętności literackich”.

    Gdyby powołać dobrego menadżera do nowo powstającej szkoły, który rekrutowałby do niej całkowicie nowy zespół, złożony z dobrych nauczycieli, którzy się wcześniej nie znali, to dawałbym duże szanse takiemu przedsięwzięciu. W rzeczywistości nie można jednak abstrahować od istniejących więzi, układów, grup wpływu, itd. W pewnych sytuacjach nawet najlepszy menadżer zostałby „zjedzony” jeżeli naruszyłby podskórne interesy jakiejś mocnej sitwy. Obawiam się że w wielu sytuacjach fachowość byłaby kryterium oficjalnym, a kryterium rzeczywistym – czy jest „swój”. Od zaprzyjaźnionych nauczycieli ciągle słyszę takie historie

    Obawiam się też, że takich dobrych, zawodowych menadżerów, którzy za takie pieniądze, jakie zarabia dyrektor szkoły, dobrze by nią kierowali i wkładali odpowiedni wysiłek w tę pracę, jest na rynku jeszcze mniej niż nauczycieli mających zdolności menadżerskie.

  8. Panie Witoldzie! Podzielam Pański sposób postrzegania problemu dyrektorstwa nauczycielskiego i nie-nauczycielskiego. W swoim tekście specjalnie pozostawiłam pewne niedopowiedzenie. Odpowiedź na pytanie, dlaczego mamy tak niewielu dyrektorów managerów jest jedna. Manager nie jest z reguły usatysfakcjonowany wynagrodzeniem proponowanym na tym stanowisku. Nikt nie twierdzi , że tandem – dyrektor manager + wicedyrektor od nadzoru nie jest dobry, bo nie w tym układzie tkwi problem.
    Nawet najlepszy manager będzie jednak miał kłopoty w rzeczywistości szkolnej z wdrożeniem choćby najciekawszej filozofii firmy, bo ograniczy go np. Karta Nauczyciela. Niektórych przedsięwzięć nie zdoła przeforsować bo czym innym jest „efektywność produkcji”, a czym innym „efektywność nauczania” uzależniona także od indywidualnych możliwości i predyspozycji uczniów.
    Zdecydowanie nie zgadzam się z wypowiedzią Pana Ksawerego, jakoby przekraczanie dyscypliny finansów publicznych w szkołach było zjawiskiem często spotykanym. Studiuję sprawozdania finansowe swojej gminy i nie potwierdzam, by czołowe miejsca na liście „nieudolnych” zarządzających zajmowali dyrektorzy szkół. Uważam też, że wszelkie uogólnienia są krzywdzące. Nie wszyscy dyrektorzy wywodzący się z nauczycieli łamią przepisy.
    Dyrektorzy szkół niezależnie od tego, czy wywodzą się z nauczycieli, czy też nie ( a także główni księgowi) mają świadomość konsekwencji wynikających z przekroczenia dyscypliny finansów publicznych i nie zamierzają z premedytacją popełnić samobójstwa zawodowego. Na realizowanych niedawno studiach z rachunkowości budżetowej zagadnienie to było analizowane przez Prezesa RIO dużego województwa. Analiza nie potwierdza tezy naszego Adwersarza (Pana Ksawerego).
    Nie jest też standardem „wyciąganie ręki” po dodatkowe środki budżetowe. Wręcz przeciwnie – wystarczy prześledzić sprawozdania szkół, które bardzo skutecznie pozyskują środki finansowe na tzw. wydzielonym rachunku dochodów i dzięki temu mogą realizować zadania „w wersji rozszerzonej”. Podobnie rzecz się ma z pozyskiwaniem środków UE, które nie tylko pozwalają na poszerzenie zakresu realizowanych przedsięwzięć w szkole, ale często przysparzają pożytku gminie.

  9. Pani Zofio! Szczerze podziwiam umiejętność łączenia myślenia o uczeniu dzieci z koniecznością uczestniczenia w studiach z rachunkowości budżetowej. Pracowałem kilkanaście lat w instytucjach finansowych, ale nie wysiedziałbym pół godziny na takim szkoleniu. To musi być okropne zdobywać sztuczną wiedzę, którą często można wyrzucić do kosza, gdy zmienią się jakieś przepisy. Nie mówiąc już o tym, że w ramach tych samych przepisów często istnieje kilka sprzecznych interpretacji. Przy czymś takim uczenie nawet najoporniejszych uczniów, to chyba czysta przyjemność.

  10. Zosiu. Dziękuję za poruszenie tego tematu. Wydaje mi się, że o nauczycielach mówi się i pisze dużo i często, a o dyrektorach niewiele. Uważam, że o jakości szkoły (podkreślam – o jakości, a nie o, tak zwanych, wynikach) decyduje głównie jej dyrektor.
    Nie mogę oprzeć się zastosowaniu metody z wojska, czyli postawieniu takich pytań:
    - „co” to jest dyrektor szkoły
    - do czego służy (przeznaczenie)
    - z czego jest zbudowany
    – budowa ogólna
    – budowa szczegółowa (najistotniejsze części)
    - funkcjonowanie (instrukcja obsługi)
    - obsługa i konserwacja
    - zasady bezpieczeństwa
    - lista potencjalnych awarii (przyczyny, skutki i sposoby naprawy) ?
    Do tej tradycyjnej-odwiecznej listy, dodałbym jeszcze dwa pytania:
    - skąd bierze się dyrektor, czyli kto i jak go produkuje ?
    - jakie są rodzaje, odmiany dyrektorów ?

    Po co te pytania ? Na przykład po to, żeby postawić kolejne:
    - czy można mówić o dyrektorach profesjonalistach, o działaniach profesjonalnych dyrektora ?
    - czy nowy dyrektor może znacząco zmienić szkołę, działanie zespołu nauczycielskiego lub pojedynczego nauczyciela ?

    Oczywiście cdn.
    -

  11. Odpowiedź dla Wiesława- chętnie dokonam takiej definicji. Oczywiście będzie to definicja pozbawiona elementów naukowości, bardzo subiektywna. Ale jestem zobowiązań, bo to dla mnie ogromne wyzwanie.

    Odpowiedź dla Pana Witolda! W ubiegłym roku dokonałam zmiany na stanowisku głównego księgowego. Osoba, którą zatrudniłam jest po studiach ekonomicznych, ma kilkuletnie doświadczenie, ale ma też coś, czego nie znalazłam u dotychczasowych księgowych. Sposób w jaki rozmawia o sprawach księgowych sprawia, że momentami mam wrażenie, że praca mojej księgowej jest dla tej Pani czymś więcej niż tylko zajęciem zarobkowym. Mówi z pasją, drąży problem, a opowiadaniem swoim -zaraża. Potwierdzają to także osoby kontrolujące tą sferę działalności szkoły. Właśnie dlatego zdecydowałam się na takie studia podyplomowe, na które uczęszczałyśmy razem. Studia były prowadzone perfekcyjnie, odbywały się wszystkie zajęcia, a prowadzili je specjaliści, którzy praktykują w określonych dziedzinach. Zadawaliśmy tysiące bardzo konkretnych pytań. Uzyskałam znacznie większą pewność w działaniach na tym newralgicznym polu, jakim są finanse publiczne. Wiem, co sprawdzam, wiem jak sprawdzać. A poza tym współpraca z główną księgową nabrała nowego wymiaru.

  12. Pani Zofio! Tym większy mój podziw, jeżeli potrafiły Panie odnaleźć w obszarze związanym z zarządzaniem finansami szkoły ciekawe zagadnienia i autentycznie się w nie zaangażować. Ja pamiętam ze swojej praktyki szkolnej różne fikcje z tego obszaru. Kiedyś byłem powołany do komisji inwentaryzacyjnej w warsztatach szkolnych do zinwentaryzowania narzędzi. Z prostego obliczenia, polegającego na pomnożeniu czasu potrzebnego do odnalezienia, obejrzenia, sprawdzenia z katalogiem lub oznaczeniem każdego narzędzia przez liczbę narzędzi wynikało, że rzetelna inwentaryzacja zajęła by kilka miesięcy. Gdy zwróciłem na to uwagę przedstawicielowi kuratorium, który przyjechał na kontrolę usłyszałem „jakoś wcześniej nikt takich problemów nie zgłaszał, trzeba sobie jakoś radzić”. Oczywiście komisja przepisała ubiegłoroczne arkusze dodała zakupy, odjęła narzędzia zezłomowane, ale podpisała się pod oświadczeniem, że spis był dokonany z natury. Jak to w tej chwili wygląda w szkołach? Czy nauczyciele powoływani są do komisji inwentaryzacyjnych?

  13. Kolejne ważne zagadnienie, to ‚samotność dyrektora’. Czy dyrektor jest skazany na samotność ? Czy dyrektor jest samotny – jak jest w teorii, jak w praktyce ?
    Czy dyrektor może, powinien, musi mieć asystenta ? A może kontr-asystenta ?

  14. Brak czasu, nie pozwala nam na kontynuację. Dlatego dzisiaj tylko jeden aspekt:
    - do czego służy (przeznaczenie) ?
    i tylko jedna funkcja:
    Dyrektor, to człowiek, który pełni funkcję wszechstronnego i uważnego obserwatora.

  15. Dyskusja – jak widzę – poważna. Bo i temat poważny. Całkowicie zgadzam się ze stwierdzeniem, że dyrektorzy szkół w wielu miejscach mają „zawiązane ręce”. Zazwyczaj takich funkcji podejmują się nauczyciele (rzeczywiście wciąż nauczyciele), dla których dobro szkoły jako takiej nie jest bez znaczenia. Mają ambicje i plany, aby pod ich nadzorem, dzięki ich pracy szkoła, w której dyrektorują miała lepiej, była lepsza. Tymczasem: pieniądze na dodatki są, podzielić je jednak niełatwo z opisanych wyżej powodów. Zastosowanie jakichkolwiek kryteriów zawsze budzi niezadowolenie mniejszej lub większej grupy nauczycieli, zazwyczaj tych, którzy nie mogą wykazać się niczym szczególnym wobec tych czy innych kryteriów. Znam wielu nauczycieli, którzy nie powinni pracować w szkole, a pracują, bo: ktoś wyżej postawiony „pomógł” im w znalezieniu miejsca pracy, są zatrudnieni na podstawie mianowania itd itp. Z jednej strony dobrze jest mieć ochronę prawną w postaci Karty Nauczyciela, z drugiej – z pozycji dyrektora – któremu leży na sercu jakość pracy szkoły, jej wyniki, zadowolenie i dobra atmosfera wszystkich członków społeczności szkolnej. Ale jak to osiągnąć bez możliwości dokonania wyboru wśród zatrudnionych pracowników-nauczycieli??? Na studiach, kierunkach, specjalizacjach pedagogicznych stopień magistra i tzw przygotowanie pedagogiczne otrzymuję często ci, którzy ani predyspozycji, ani chęci do pracy w szkole nie mają. Sama wywodzę się z nauczycielskiej krwi… Moja mama, wiele, wiele lat temu uczęszczała do Gimnazjum i Liceum Pedagogicznego (takie szkoły później przekształcone w SN). Nie może dziś pojąć, dlaczego nie ma selekcji wśród „kandydatów” na nauczycieli. Opowiadała o testach psychologicznych i innych, które miały wskazywać, czy ktoś na nauczyciela – brzydko mówiąc – nadaje się, czy nie. Dlaczego teraz praktycznie każdy może zostać nauczycielem?? Nie wiem, jak jest w Waszych miejscowościach, ale u mnie często słyszę ( a spotykam się i ze studentami pedagogiki i nauczycielami w swoim mieście i w wielu miejscach w Polsce), że ktoś „poszedł na pedagogikę, bo tam było najłatwiej się dostać” albo „żeby nie trafić do wojska”, albo „że na uniwersytecie nie było innej specjalizacji, tylko nauczycielska”. To chyba jest niezbyt zdrowe.
    Prawdą jest też, że nie każda „teczka” nauczycielowi i jego umiejętnościom jest równa. Nie pamiętam, kiedy ostatnio u nas w mieście ktoś nie otrzymał kolejnego stopnia awansu zawodowego. W takiej sytuacji nawet maksymalna liczba punktów na rozmowie, czy egzaminie nie wznosi na piedestał.
    Z punktu widzenia zarządzającego często mam wiele złości w sobie, że „jakby co, to winny dyrektor”. A on gór przenosić raczej nie może. A góry wysokie i niedostępne…

  16. … druga funkcja:
    dyrektor, to człowiek, który jest inicjatorem i strażnikiem dialogu.
    Dyrektor, które nie troszczy się o dialog w szkole, nie ma autorytetu i mandatu do pełnienia tej funkcji.

  17. Kasiu.
    Proponuję spojrzeć z innej strony:
    Skupmy się na tym co może dyrektor, a nie na tym czego nie może.
    Nie ma nauczycieli dobrych i złych. Dobre lub złe mogą być zasady i warunki ich pracy. Stwórz nauczycielowi odpowiednie warunki pracy, a zauważysz, że „zły” nauczyciel zaczyna pracować dobrze.
    Skup się na tych którzy „chcą”. Współpracuj z nimi, doceń i dopieszczaj ich.

  18. Wiesławie,
    staram się tak właśnie robić :) Na tzw „pniaki” bowiem nie ma siły. Trzeba tylko nauczyć się obchodzić je bez szkody dla siebie i całego ekosystemu. Pozwoliłam sobie na pewne uogólnienie, bo rzeczywiście mam czasem wrażenie, że dyrektorom najtrudniej wytłumaczyć nieudane czy średnio udane działania. Jeśli zabrzmiało to jak skarga, to nie takie miałam intencje. To tylko za przyczyną drażliwego tematu ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*