avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Do przyszłości
12.04
2012

Anarchist(k)a w szkole

Anarchokomuniści mawiali „Od każdego według jego zdolności, każdemu według jego potrzeb”. Jestem anarchokomunistką. Przynajmniej w szkole. Chociaż, czy tak właśnie nie być powinno w idealnym świecie? Sceptycy powiedzą: „No, ale te potrzeby! Niektórzy maja baaardzo duże.” Zajmę się zatem szkołą. I człowiekiem w niej. Jakie ten człowiek uczniem zwany ma potrzeby? Najpierw te najprostsze, bez których zaspokojenia trudno przeżyć: zaspokojone pragnienie i głód, ciepło i sen spokojny. I to jest zadaniem rodziców, nie zawsze rzetelnie wykonywanym. Więc czasami trzeba tego człowieka zrozumieć, że głodny jest albo niewyspany i może podzielić się drugim śniadaniem. Zaraz potem - bezpieczeństwo. Życie bez strachu. A zatem akceptacja, opieka. Jak to jest z tym bezpieczeństwem w szkole? Nie myślę wcale o fizycznym, bo tu dbamy bardzo o to, żeby dziecku nic się nie stało, w każdym razie nic, za co moglibyśmy stać się odpowiedzialni. Ale już psychiczne… z tym bywa różnie. Przede wszystkim powinniśmy przestać mówić i myśleć „uczeń”, „dziecko”. Mamy do czynienia z człowiekiem. I czasami zapominamy o tym. Prosty przykład – czy tak, jak odnosimy się do dziecka w klasie, potraktowalibyśmy dorosłego? Podnosimy głos, wytykamy błędy, oceniamy na każdym kroku stopniem, chmurką lub słoneczkiem, znaczkiem czerwonym lub zielonym, pochwała lub naganą. To jest dobre, a to złe. Tak wolno , a tak – nie. Bez szczegółowych wyjaśnień często, bez rozmowy, bo dziecko ma słuchać i być grzeczne. I jak tu ma się rozwijać poczucie bezpieczeństwa i zaufanie do innego człowieka, tego dorosłego przewodnika. Oczywiście, granice i zasady są potrzebne, jednak powinny wynikać z potrzeb dzieci, a nie nauczyciela. A więc powinny być wspólnie ustalone i uzasadnione. Poczucie bezpieczeństwa, a zatem akceptacji, to zrozumienie i akceptacja osobowości człowieka. Rozumiem osobowość jako „zbiór względnie stałych, charakterystycznych dla danej jednostki cech i właściwości, które wyznaczają jej zachowania i pozwalają odróżnić ją od innych, zespół warunków wewnętrznych” niezależnych od woli i działań jednostki. Rozumiejąc osobowość nauczyciel może mieć wpływ na kształtowanie charakteru. Wprawdzie często charakter uznaje się za jedną z cech osobowości, podobnie jak temperament, ja jednak wolę przyjąć na użytek swoich przemyśleń nieco inne podejście – osobowość jest właściwością niezależną od woli, a charakter – podlega wpływom woli. Nie sądzę, by sangwinik mógł nagle stać się osoba zrównoważoną, spokojną i monotematyczną w swoich zainteresowaniach (osobowość), jednak może tak pracować nad sobą, by rozpoczęte działanie doprowadzić do końca. W ten sposób kształtuje w sobie cechę charakteru jaka jest wytrwałość i konsekwencja w działaniu. Kształtowanie charakteru to pierwsze zadanie nauczyciela, i w dodatku wcale niełatwe. Jednak żeby do tego doszło, żeby wpływ nauczyciela na ucznia był rzeczywisty, niewymuszony, autentyczny a nie pozorny, konieczna jest więź, jaka wytwarza się między małym a dużym człowiekiem poprzez akceptację, zrozumienie, ufność. Szczerze mówiąc mam prawo domniemywać, że każdy nauczyciel boryka się z pewnym wstydliwym problemem: jednych uczniów lubimy bardziej, innych mniej – to wynika z osobowości nauczyciela i ucznia. Bliżej nam do tych, w których znajdujemy odbicie siebie samych. I jest to całkiem naturalne. Nie mamy się czego wstydzić! Praktyczną radą, jaką mogę dać nauczycielom jest jedno moje doświadczenie: usiądź obok tego dziecka, weź je za rękę, spójrz mu w oczy, porozmawiaj. Zapytaj, jak się czuje, czy jest wyspane, czy dobrze mu w klasie, z kim lub i się uczyć, jak lubi spędzać wolny czas. Nawet jaką lubi zupę i co sądzi o szpinaku. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że tak powstają neurony lustrzane, które sprzyjają budowaniu więzi i zrozumienia. Dużo wcześniej jednak doświadczyłam tej rodzącej się więzi w praktyce. Relacja z nauczycielem oparta na zaufaniu jest warunkiem bezpieczeństwa ucznia, warunkuje więc jego/jej samopoczucie, dobrostan i chęć uczenia się. Jak zdobyć a potem nie stracić tego cennego daru? Wspólne ustalanie zasad i norm zachowania w szkole, o którym pisałam wcześniej jest procesem, w którym najważniejsze jest uważne słuchanie i umiejętne zachęcanie do wyrażania opinii i ujawniania myśli przez dzieci i młodzież. Powstrzymanie się od osądów, krytyki i oceny wypowiedzi drugiego człowieka dla wielu dorosłych nie jest łatwe. Wymaga przede wszystkim zrozumienia siebie: znajomości własnych przekonań i wartości, umiejętności zdystansowania się od nich i akceptacji odrębności dziecka i jego prawa do posiadania własnego zdania. I nie warto obawiać się, że dzieci same nie dojdą do takich rozwiązań, które najbardziej pomogą im w uczeniu się w szkole. Bo dziecko chce się uczyć, poznawać, odkrywać, rozumować. No cóż, w ten sposób dopiero zaczęłam rozwodzić się na temat anarchokomunizmu, piramidy potrzeb i ucznia jako człowieka. Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi.
05.04
2012

Historia z historią (i rozwiązaniem)

Przyglądam się wymianie policzków między przedstawicielami MEN i zagorzałymi przeciwnikami zmiany programowej, zwłaszcza w nauczaniu historii. Każdy przedstawia swoje argumenty nie próbując zrozumieć intencji drugiej strony. Nie ma też próby znalezienia rozwiązania na zasadzie „wygrał-wygrał”.  Przydałby się mediator. I spojrzenie z boku. Dostrzegam niezwykle wyrazisty przykład braku podstawowych umiejętności: mówienia i słuchania ze zrozumieniem. Kłania się Marshall Rosenberg z „Porozumieniem bez przemocy”, poleciłabym wszystkim uczestnikom  konfliktu tę przyjemną lekturę. Mam pomysł, jak rozwiązać ten Roblem w taki sposób, by wszyscy byli zadowoleni – zwolennicy dogłębnego i do końca uczenia historii i tym, którzy dostrzegają potrzebę zmiany. Zgadzając się z jednymi i drugimi (raczej mniej wprawdzie niż bardziej) i rozumiejąc ich potrzeby (wyjść z twarzą) proponuję odwrócenie chronologii. Już wyjaśniam. Młodzież w pierwszej klasie gimnazjum jest zainteresowana sobą, własnym miejscem na świecie, poszukiwaniem własnej tożsamości. Tu i teraz jest najbardziej interesujące. W gimnazjum młodzi ludzie w ramach przedmiotu „wiedza o społeczeństwie” zaczynają poznawać  takie zagadnienia jak: Państwo i władza demokratyczna Rzeczpospolita Polska jako demokracja konstytucyjna System wyborczy i partyjny Władza wykonawcza Władza sądownicza Samorządy i ich znaczenie Integracja europejska Polska w Unii Europejskiej Konflikty współczesnego świata Gdyby więc w tym samym czasie na lekcjach historii młodzież dowiadywała się, jak do tego doszło, że Polska jest w Unii Europejskiej, jak i dlaczego powstała ta organizacja międzynarodowa, czym była „Solidarność” i „okrągły stół” j dlaczego jest tak jak jest, a nie tak, jak pamiętają ich  rodzice dziadkowie, to z pewnością byłoby im to bliższe i „bardziej po drodze”. A ile projektów przy okazji można by przeprowadzić, a jak ślicznie zintegrować treści i sprawić by poszczególne przedmioty wspierały się i zazębiały! I dodajmy do tego szczegółowe zagadnienia z języka polskiego: „4. Wartości i wartościowanie. Uczeń: 1) ze zrozumieniem posługuje się pojęciami dotyczącymi wartości pozytywnych i ich przeciwieństw oraz określa postawy z nimi związane, np. patriotyzm–nacjonalizm, tolerancja–nietolerancja, piękno–brzydota, a także rozpoznaje ich obecność w życiu oraz w literaturze i innych sztukach; 2) omawia na podstawie poznanych dzieł literackich i innych tekstów kultury podstawowe, ponadczasowe zagadnienia egzystencjalne, np. miłość, przyjaźń, śmierć, cier pienie, lęk, nadzieja, wiara religijna, samotność, inność, poczucie wspólnoty, solidarność, sprawiedliwość; dostrzega i poddaje refleksji uniwersalne wartości humanistyczne; 3) dostrzega zróżnicowanie postaw społecznych, obyczajowych, narodowych, religijnych, etycznych, kulturowych i w ich kontekście kształtuje swoją tożsamość.” Czy nie łatwiej  takie zagadnienia wprowadzać na podstawie tego, co jest gimnazjalistom najbliższe? Zacząć od literatury zrozumiałej dla uczniów, a wybór w podstawie programowej jest odpowiedni. Zacznijmy od współczesności i zadając kolejne pytania „Jak to się stało? Jak do tego doszło?”  dojdziemy w liceum do najdawniejszych dziejów człowieka. Bo czy dla kogoś, kto zakończy edukację  na gimnazjum będzie to (z góry przepraszam historyków) wielką stratą?
01.03
2012

Nauczyciel czy nadzorca?

Odwiedziłam ostatnio sympatyczna niewielką szkółkę w małej popegeerowskiej miejscowości. Wspólnie zastanawialiśmy się jak zapobiegać agresywnym zachowaniom uczniów, analizując ich możliwe przyczyny. Bo przecież lepiej zapobiegać niż leczyć, usuwać przyczyny niż borykać się ze skutkami. A przyczyny to m.in. nuda, nieumiejętność komunikowania się, rozładowanie frustracji, często po prostu potrzeba fizycznego wyładowania się, najzwyklejsza potrzeba ruchu i wysiłku fizycznego. Okazało się, że rozwiązania, które na zdrowy rozsądek wydawać by się mogły proste i skuteczne, są w szkole nie do zastosowania. Dlaczego? Bo nie pozwalają nam na to przepisy. Bo obawa przed ewentualnymi konsekwencjami paraliżuje nauczycieli. Bo jeśli w czasie  lekcji wyślemy nadaktywnego ucznia, by przebiegł się do łazienki i zmoczył gąbkę, to może potknąć się, skręcić sobie nogę, a odpowiedzialny za to będzie nauczyciel. Bo nie wolno nam zostawić dzieci bez dozoru, nadzoru, kontroli. Bo mamy pilnować, sprawdzać, zabezpieczać i chronić. Więc nie zostawiamy uczniów w klasie na przerwach, wywołując tym samym tłok na korytarzu. Uczniowie, którzy chcą spokojnie porozmawiać idą najczęściej do łazienki, a ci, którzy chcą zjeść drugie śniadanie robią to … na podłodze. Nie idziemy z dzieciakami na przerwie na boisko lub na salę gimnastyczną, bo tam opiekę nad uczniem może zgodnie z literą prawa sprawować tylko nauczyciel wychowania fizycznego. A przecież nie zajmiemy mu wszystkich przerw. Nie postawimy też stołu do ping-ponga na korytarzu, bo odległość od ścian jest mniejsza od przewidzianej o 2 centymetry. No i nie ma nauczyciela o specjalnych uprawnieniach. Chyba najlepiej by było, gdyby dzieci chodziły w kółko pod ścianami. Byłoby bezpiecznie. Do czego to wszystko prowadzi? Jak z dziecka ma wyrosnąć odpowiedzialna, samosterująca się jednostka, skoro to dorośli są odpowiedzialni za każdy krok, decyzje są podejmowane poza dzieckiem, a konsekwencje dziecięcej samowoli ponoszą nauczyciele? To smutne i kiepsko rokujące na przyszłość. Brak zaufania, o którym mówi się coraz częściej jako problemie społecznym, zapewne ma źródła również w takim podejściu do odpowiedzialności i wolności. Nie sugeruję wcale, byśmy byli nieodpowiedzialni, pozwalali dzieciom na wszystko i nie sprawdzali, co się z nimi dzieje w szkole. Myślę tylko o zachowaniu zdrowego rozsądku. W domu dziecko wcale nie jest bez przerwy pod kontrolą rodziców. Mało tego, często zostaje samo, a nawet  gdy rodzice są obecni w domu, to jakże często znajdują się w innym pokoju i nie mają pojęcia z kim i o czym pociecha „klika”. Od szkoły oczekuje się więcej niż od rodziny? Właśnie tak! Jednak „więcej” – to powinna być dyskretna obserwacja zachowań uczniów, ingerencja w szczególnych przypadkach i ogromna wychowawcza praca nauczycieli nad otwartą komunikacją, umiejętnym rozwiązywaniem konfliktów, pozwolenie uczniom na doświadczanie, wyjaśnianie konsekwencji, wspólne ustalanie zasad zachowania i dbałość o ich przestrzegania. Niestety, to co sprawia, że nauczyciele są sparaliżowani i muszą akceptować rolę nadzorców i strażników, to znowu nienormalne przepisy. Może chodzi o to, żeby prawnicy mieli co robić?
05.02
2012

Ewolucja

Pisząc o ewaluacji wiedziałam, że ciąg dalszy musi nastąpić. Bo jak jest – wszyscy wiemy, a jak mogłoby być? Spokojniej z pewnością. W 1996 roku prowadzone były szkolenia w programie Nowa Szkoła. Próbowałam dzisiaj sprawdzić, kiedy dokładnie trwał ten program, oczywiście korzystając z Googli. Hasło „Nowa Szkoła” pojawiło się głównie w kontekście osób, które obecnie pracują dla różnych  firm szkoleniowych („jestem edukatorem Nowej Szkoły”). Nic dziwnego, skoro idea upadła wraz ze zmianą rządu. A miało być tak pięknie – i mogło być! Dla przypomnienia: szkolenia odbywały się kaskadowo,  najpierw pierwsza setka nauczycieli i pracowników oświaty zdobyła szlify edukatorów, potem druga setka. Następnie tych dwustu edukatorów prowadziło 5-modułowe  dwustugodzinne szkolenia dla kilku tysięcy nauczycieli, którzy potem mieli „odpracować”  60 godzin szkolenia bezpośrednio w placówkach oświatowych w swoim miejscu zamieszkania, w sąsiednich szkołach. Poza tym stawali się liderami zmiany w swoich szkołach. Moduły tej szeroko zakrojonej akcji szkoleniowej obejmowały zarządzanie zmianą, tworzenie wizji, misji i programu rozwoju szkoły, integrację międzyprzedmiotową, tworzenie szkolnych systemów oceniania, pracę metodą projektu, organizację wewnątrzszkolnego doskonalenia nauczycieli. Były świetnie przygotowane, a materiały dydaktyczne nadal stanowią podstawę wielu warsztatów. Osobą silnie zaangażowaną zarówno w ten projekt, jak też w program mierzenia jakości pracy szkół była Irena Dzierzgowska. I nagle… zapanowała cisza. Program umarł, a raczej został poddany eutanazji, edukatorzy zasilili różne firmy szkoleniowe, na których usługi nie każdą szkołę stać. Żaden z tematów i materiałów, z jakich korzystałam wówczas (byłam w tak zwanej drugiej setce, a potem prowadziłam swoją grupę 30 nauczycieli) nie straciły na aktualności! I wpływały na rozwój organizacyjny szkoły. Mierzenie/badanie jakości pracy szkół, a potem SUS – to z kolei były programy ewaluacji wewnętrznej. I pierwszy i drugi zakładał  przeprowadzenie ankiet i wywiadów przez osoby z zewnątrz,  ale na wyłączny użytek szkoły. Nawet wówczas, gdy w Milanówku badaliśmy szkoły na zlecenie  samorządu terytorialnego, to jednak celem była pomoc i wsparcie dla szkoły, a odbiorcami raportu przede wszystkim sami zainteresowani. Jakie widzę możliwości ewolucji w oświacie: Wprowadzenie bonu oświatowego dla rodziców/opiekunów każdego ucznia. Decyzją rodziców jest, czy bon przekażą szkole społecznej, publicznej czy prywatnej i która konkretnie szkołę wybiorą. Uważam to działania za szczególnie istotne, ponieważ jest to, jedyny sposób uświadomienia rodzicom, że szkoła jest ich współwłasnością. Każda szkoła publiczna i społeczna. Że wybierając szkołę, powinni poznać rządzące w niej prawa i wartości i skierować dziecko tam, gdzie te wartości są im bliskie. Bo jako współwłaściciele powinni współdecydować o rozwoju, sposobie pracy i panującej w szkole kulturze organizacyjnej. Powinni współtworzyć społeczność szkolną.  Decydowanie o wizji i wartościach dotyczy szczególnie takich sytuacji, gdy rodzice ze swoimi bonami podejmą decyzję o utworzeniu swojej placówki. Również funkcja kontrolna przypada wówczas rodzicom, jako osobom najbardziej  zainteresowanym. Przy czym nie jest to kontrola oceniająca, spełnia wymogi ewaluacji jako sposobu rozwoju, wzmacniania i ściśle łączy się z poszukiwaniem rozwiązań istniejących problemów i wspierania szkoły w ich pokonywaniu. Mówiąc o tym korzystam z doświadczenia szkoły, którą współtworzę, w której pracuję i którą po części zarządzam. Jest to szkoła społeczna, w której wybrani w demokratycznych wyborach przedstawiciele   rodziców i nauczycieli stanowią organ prowadzący.  Naturalną rzeczą jest więc prowadzenie ewaluacji, wytyczanie na jej podstawie wspólnych celów i stały dialog między rodzicami i nauczycielami. Nic nie jest „zamiecione pod dywan”,  problemy są omawiane w sposób jawny, a o podjętych wspólnie decyzjach informowani są wszyscy zainteresowani. Likwidacja lub zmiana zapisów „Karty Nauczyciela” to drugi postulat, ściśle powiązany z pierwszym. Przede wszystkim dotyczy to ochrony prawnej nauczycieli i niemożności zwolnienia osoby, która w tej konkretnej placówce nie sprawdza się z różnych powodów.  Obowiązujący kodeks pracy jest dokumentem w zupełności wystarczającym, by chronić interesy pracownicze nauczycieli, a tworzenie swojego rodzaju uprzywilejowanej kasty negatywnie wpływa na wizerunek pracowników oświaty. Tymczasem kto chciałby zwalniać dobrego nauczyciela? Gdyby nawet wpadł na taki pomysł dyrektor, to rodzice świadomość, że są współwłaścicielami szkoły, i uczniowie z pewnością sprzeciwiliby  się takiemu rozwiązaniu. Ciąg dalszy nastąpi…
26.01
2012

Ewaluacja? A co z ewolucją?

Z łaciny „evalesco, -ere, -ui – stawać się silnym, potężnieć, evaeleo, -ere – móc, zdołać; e-valesco, - ere, -ui – wzmocnić się, nabrać siły, spotężnieć; móc, być zdolnym, zdołać, potrafić. A więc ewolucja. Jednak słownik wyrazów obcych odwołuje się do języka francuskiego - évaluation - oszacowanie, określenie wartości. A to ta nasza ewaluacja. Zdecydowanie wolę ewolucję. Kilka dni temu rozmawiałam na temat ewaluacji z koleżanką, która aktywnie uczestniczy w szkoleniach wizytatorów do nowej skądinąd roli. O przygotowaniach szkoleń i  opracowaniu nowych, uproszczonych wymagań, o sensowności tej procedury. Jakie były jej argumenty? Otóż ewaluacja ma być sposobem podnoszenia jakości pracy szkoły, ma sprawić, że: • nauczyciele poczują się zobowiązani do współpracy, • dyrekcja będzie angażować wokół celów szkoły całą społeczność, • kompetencje społeczne będą w centrum zainteresowania; • rodzice zaczną aktywnie współpracować ze szkołą, a szkoła z rodzicami; • uczniowie zainteresują się wolontariatem, a samorządność uczniowska rozkwitnie, • wszyscy nauczyciele będą analizować różnymi metodami wyniki egzaminów itd. Itp. Nasuwa się pytanie: czy od ważenia prosiaczek  tyje? Czy od mierzenia roślina rośnie? Czy od kontroli zwanej ewaluacją szkoły zmienią swój sposób pracy? Mam na ten temat swoje zdanie wynikające z obserwacji. Nie posługuję się przykładami abstrakcyjnymi, przeżyłam obydwie sytuacje: 1. spotkanie dyrektorów szkól na temat ewaluacji polegało na tym, że osoby, które tę procedurę miały za sobą, wyjaśniały innym, jak należy się przygotować. A mianowicie: wyjaśnić wszystkim w szkole, co oznaczają niektóre pojęcia. Przy wszystkich działaniach uczniów wyjaśniać, że to właśnie samorządność uczniowska. Przeprowadzić spotkanie z nauczycielami i przedyskutować z nimi ankiety, to samo z rodzicami i uczniami. Nie było mowy na tym spotkaniu o znaczeniu ewaluacji wewnętrznej. Tylko o takim przygotowaniu społeczności szkolnej do wizyty ewaluatorów, by uzyskać najwyższy stopień – literkę A. 2. drugi przykład to szkolenie, jakie przeprowadziłam w jednej ze szkół. Starannie przygotowałam scenariusz, dotyczący współpracy pracowników pedagogicznych i niepedagogicznych w rozwiązywaniu problemów wychowawczych. Wiedziałam, że warsztaty mają trwać… godzinę. Jak w ciągu 60 minut stworzyć ramy współpracy? Nierealne, ale podjęłam próbę, przygotowując materiały dla uczestników tak, by mogli doczytać i dopracować tę współpracę. Dopiero na miejscu w czasie szkolenia dowiedziałam się, że chodzi o coś innego – w jednej z sąsiednich szkół ewaluatorzy byli bardzo zainteresowani tą właśnie taką współpracą oraz faktem, czy pracownicy niepedagogiczni… uczestniczą w radach pedagogicznych. Doprawdy nie wiem o co chodzi. W rozmowie z moją koleżanką poruszyłam temat podstawy programowej i tego, że zniknęły z niej kompetencje kluczowe i zadania szkoły, które osobiście uważałam za szczególnie ważne. Okazało się, że takim tematem, jak podstawa programowa i jej realizacja  ewaluatorzy zajmują się tylko pod kątem warunków realizacji tejże. I podstawy jako takiej właściwie nie muszą znać. I nie znają. A może własnie od tego należałoby zacząć? Zapytałam, czy ewaluatorzy wiedzą jakie instytucje i czego chcą od szkoły. Nie,  taka wiedza nie jest im potrzebna. A jak jest? Kuratorium sprawdza liczbę godzin na poszczególne przedmioty, więc liczymy je skrzętnie. Mniej ważne, co na tych godzinach będziemy robić. Sanepid wpada policzyć oczka w toaletach i skontrolować, czy wszyscy nauczyciela mają badania. Zwykle mają. No i czy przypadkiem nie ma dwóch lekcji tego samego przedmiotu obok siebie. Zwykle są, bo lubimy uczyć blokami tematycznymi, a w ciągu 45 minut nie jest to możliwe. Więc wyjaśniamy to co roku to samo. Przed rozpoczęciem roku szkolnego komisja z inspektorem BHP sprawdza, czy wszystko jest należycie przygotowane. Państwowa Inspekcja Pracy domaga się umów nauczycieli. GIODO wpada sprawdzić, czy dzienniki są zamknięte na kłódkę, dokumenty znajdują się w kasie pancernej, a zeszyty uczniów schowane i zabezpieczone w szafach, do których nie ma dostępu. Gdy idziemy na wycieczkę – musimy sprawdzić, czy nauczyciel ma uprawnienia do prowadzenia wycieczek. Samorząd lokalny przekazuje szkole pieniądze, więc też chce wiedzieć, czy są one należycie wykorzystane, urząd skarbowy wpada na kontrolę, a zaraz po nim ZUS. No i ewaluacja. A gdzie miejsce na ewolucję?
10.01
2012

Polska szkoła 2012. Kilka pytań (nieretorycznych) i osobistych odpowiedzi

Komu i do czego służą programy nauczania? Czy sprzyjają rozwojowi kreatywności  nauczycieli? Czy nauczyciele znają i rozumieją podstawę programową swoich przedmiotów? Na ten temat już się wypowiedziałam. Podsumowując: programy nauczania ograniczają inwencję twórcza nauczycieli, nie sprzyjają indywidualizacji i rzeczywistej pracy z konkretną grupą uczniów. Podstawa programowa jest wystarczającym źródłem informacji na temat tego, co uczeń powinien wiedzieć i jakie umiejętności ma posiadać w kolejnych etapach kształcenia. Nauczanie w oparciu o podstawę programową daje nauczycielowi możliwość elastycznego dostosowania treści i kształconych umiejętności do potrzeb i możliwości dziecka, co wydaje mi się szczególnie istotne w kształceniu zintegrowanym, gdzie rozwój bywa szczególnie nierównomierny. Akcja „Polska szkoła 2012”: Jacek StrzemiecznyUczenie się w szkole ... Danuta Sterna (...) moje nadzieje Marzena Żylińska Po co do szkoły? Witold Szwajkowski Cele edukacji Wiesław Mariański CHCĘ INNEJ SZKOŁY Ewa Borgosz Kilka pytań ... Ksawery Stojda (...) deregulacja Czas na przedszkole „Celowy” problem Zofia Godlewska Szkoła musi być źródłem rozwoju Strona główna blogów Oś świata Jaka rolę w kształceniu umiejętności kluczowych odgrywają podręczniki? Moim zdaniem – szkodzą.  Nie wszystkie zapewne, jednak bez wątpienia mają kilka istotnych wad: schematyzują wiedzę, nie uczą korzystania z różnych źródeł informacji, zawierają wiele treści zbędnych, ponadprogramowych, co samo w sobie nie jest niczym złym, jednak przy braku refleksji ze strony nauczyciela mogą ograniczyć możliwość osiągnięcia sukcesu przez ucznia. Podsumowując: korzystanie z różnych źródeł informacji przez uczniów kształci kompetencje niezbędne w dorosłym życiu (zwłaszcza w kontekście uczenia się przez całe życie), a samodzielne dobór treści i konstruowanie ćwiczeń i zadań przez nauczyciela pozwala dostosować treści i zadania do potrzeb uczniów. Czy system oceniania stopniem wpływa na rozwój umiejętności ucznia, wspiera i motywuje? Czy udziela informacji o tym, co uczeń umie, a czego jeszcze nie? Ocenianie i klasyfikowanie uczniów to kolejny obszar, który podlega już powolnym zmianom, jednak nadal zasięg tych zmian jest bardzo ograniczony. We wstępie do podstawy programowej jest wprawdzie mowa o informacji zwrotnej, ocenie, która wskazuje na mocne strony pracy ucznia, jego/jej sukcesy i postępy oraz to, co należy jeszcze uzupełnić lub poprawić, jednak takie podejście nauczycieli jest jeszcze rzadkością. Podstawa programowa w klasach starszych może z powodzeniem stanowić czytelną informację dla uczniów na temat tego, co powinni umieć i potrafić. W ten sposób można kształtować poczucie odpowiedzialności za własną naukę i sprzyjać adekwatnej samoocenie, a uświadamiając podstawę programową również rodzicom – sprawiać, że będą oni wspierać swoje dziecko w rozwoju, rozmawiając na temat tego, czego ich pociecha się uczy, a nie o tym, co dziecko dostało w szkole. Obecnie nawet w klasach kształcenia zintegrowanego, gdzie ocena opisowa powinna spełniać kryteria informacji zwrotnej i być oceną wspierająco-informującą, pojawiają się symbole dokładnie odpowiadające stopniom w starszych klasach. Przełamanie nawyku stawiania stopni, oceniania za błędy, a niedocenianie postępów jest stałą praktyką polskiej szkoły. Konsekwencją takiego działania jest duża grupa kończących edukację ludzi niskiej samoocenie, niewielkiej wierze w swoje możliwości, niechętnie podejmujących wyzwania. Wniosek: ocenianie wspierające (informacja zwrotna, ocena kształtująca) powinno być najważniejszą formą oceniania w szkole i dotyczyć wiedzy i umiejętności określonych w podstawie programowej. Stopnie mogłyby dotyczyć jedynie sprawdzianów określających poziom wiedzy i umiejętności uczniów po pewnym cyklu nauczania. Czy wszelkiego rodzaju kontrole, tudzież  ewaluacja zewnętrzna, służą zapewnieniu w szkołach bezpieczeństwa i atmosfery uczenia się? Czy w ten sposób przejawia się szacunek dla autonomii szkoły? A co z „papieromanią”? Właśnie odłożyłam dziennik lekcyjny kompletnie zniechęcona pewną tabelką –  procent obecności. Nie wiem, czy liczyć godziny, jak podane jest w nagłówku, czy dni, jak napisano tuż poniżej. Klasogodziny czy uczniodni? I po co? Jako wychowawca klasy kontroluję na bieżąco obecności każdego ucznia. Domyślam się, że w jakimś celu ktoś potrzebuje takich danych, jak frekwencja uczniów. Ani moim uczniom, ani kolegom nauczycielom, ani nawet dyrektorowi do niczego nie jest to potrzebne. Drugi przypadek z dnia dzisiejszego – „kontrola mleczna”. Trzy godziny dyrektor spędził na pokazywaniu panu kontrolerowi zestawień dotyczących akcji mlecznej. Nigdy więcej! Sanepid, urząd dzielnicy, kuratorium, straż pożarna – każdy ma jakieś oczekiwania. Dotyczą one jednak tylko lub głównie dokumentów. Ostatnio prowadziłam warsztaty na temat współpracy w szkole, która zorganizowała je „pod kątem ewaluacji zewnętrznej”. Bo okazało się, że panie woźne w innej szkole były pytane o to, czy brały udział w szkoleniach i warsztatach wspólnie z nauczycielami. I tam nie brały. A tu już tak. Więc będzie lepsza literka. Tymczasem w placówkach, gdzie procedury współpracy stanowią normę, ani nauczyciele, ani pracownicy obsługi nie uświadamiają sobie tego – bo są one już na poziomie nieświadomej kompetencji. Więc teraz musimy nazwać to, że rozmawiamy i wspólnie ustalamy plany postępowania wobec uczniów na przerwach – współpracą i warsztatami czy szkoleniami. Ewaluacja w wielu przypadkach nadal ma zbyt wiele wspólnego z kontrolą i dopóki prowadzi do oceny (a nie informacji zwrotnej i wsparcia)  skutkuje fałszem, dorabianiem informacji i pozornymi działaniami na rzecz tejże ewaluacji. A zatem: wsparcie przez kompetentnych i doświadczonych doradców w szkole zamiast kontroli, więcej zaufania do rodziców, dyrektorów i nauczycieli. No właśnie, bo jak tu kształtować zaufanie społeczne, którego w Polsce zdecydowanie brakuje, jeśli zamiast wspierania i doceniania wprowadza się kontrolę i sprawdzanie? Kto powinien uczyć w szkole i jak powinno przebiegać kształcenie i doskonalenie nauczycieli? Chciałoby się powiedzieć – powinni to być ludzie z powołaniem. Ale może się okazać, że to nic nie znaczy. Kolejne przepisy prawa oświatowego nakazują zatrudnianie nauczycieli zgodnie z kwalifikacjami. Studia magisterskie o określonym profilu oraz przygotowanie pedagogiczne. Tu wystarcza kurs. Czy rzeczywiście niezbędne jest magisterium z fizyki, ale jak interesującą i bliską człowiekowi dziedzinę nauki przybliżyć uczniom? To, czego w rzeczywistości brakuje początkującym nauczycielom, to podstawowa wiedza o sobie, umiejętność współpracy z rodzicami, szeroko pojęte umiejętności wychowawcze. Coraz lepiej jest z warsztatem metodycznym. Moim zdaniem zbyt dogłębna wiedza „jednokierunkowa” nie ułatwia uczenia, wręcz odwrotnie. Specjalista w konkretnej dziedzinie nauki realizuje często ukryty program pod tytułem „Mój przedmiot jest najważniejszy i tylko on się liczy”. A to wcale nie służy uczniom. Natomiast umiejętność współpracy i szersze pole widzenia, w którym zmieściłyby się inne dyscypliny, mogłyby w konsekwencji doprowadzić do rzeczywistej korelacji między przedmiotami. A to na poziomie szkoły podstawowej i gimnazjum wydaje się bardzo pożądane. Nowe przedmioty – edukacja dla bezpieczeństwa, edukacja techniczna, edukacja artystyczna, kto ich uczy? I czy rzeczywiście niezbędne jest ukończenie uczelni wyższej, by przeprowadzić z uczniami i uczennicami ciekawe zajęcia techniczne czy artystyczne, na których  nauczyciele będą mogli podzielić się swoimi pasjami, nawet gdy nie mają dyplomu Akademii Sztuk Pięknych? Nie jest to konieczne, by zarażać dzieciaki twórczością artystyczną lub uczyć ich konstruować, szyć i budować rzeczy przydatne w życiu. A taki powinien być cel zajęć technicznych i artystycznych. Z jakiego powodu dzieci w różnym wieku  mają 45-minutowe lekcje? Na takie jednostki rozłożony jest ramowy przydział godzin, a przecież nie jest dla nikogo zapewne tajemnicą, że młodsze dzieci dużo lepiej funkcjonują w przestrzeni czasowej otwartej na ich potrzeby. Zajęcia blokowe umożliwiałyby nauczycielom takie gospodarowanie czasem, jakie najbardziej sprzyja rozwojowi i realizuje potrzeby uczniów. W młodszych klasach czas aktywności intelektualnej, fizycznej i odpoczynku  jest krótszy, ale cykle mogą powtarzać się częściej, natomiast w starszych – np. gimnazjum, wykonanie projektu, modelu, zaplanowanie rozwiązania problemu wymaga często więcej czasu niż 45 minut, a przerywanie twórczego procesu przynosi więcej szkody niż pożytku. I wcale nie jest tak, że praca w grupie, łączenie różnych aktywności są dla uczniów starszych klas na tyle męczące, że wymagają przerwy po 45 minutach. Uczniowie pracujący metoda projektu w szkole wcale nie potrzebują zorganizowanego „wyskoku” na przerwę – zwykle sami regulują sobie chwile odpoczynku i intensywnej pracy. No i oszczędność w systemie blokowym: sprawdzanie listy obecności, pracy domowej, czynności kończące lekcje w przypadku jednostek 45-minutowych skracają efektywny czas nauki o co najmniej 5-10 minut. W skali dnia – to często jedna  lekcja. Blogi Oś świata: Jacek Strzemieczny Oś świata Jacka ... Danuta Sterna Moja oś świata Marzena Żylińska Neourony w szkolnej ławce Witold Szwajkowski Prawo do rozumienia Wiesław Mariański Głos rodzica Ewa Borgosz Do przyszłości Ksawery Stojda Kolokolo Bird Anetta, Grażyna Czas na przedszkole Zofia Godlewska Patrząc na ... szkołę Strona główna blogów Oś świata Kolejny wniosek dotyczy więc elastycznego czasu trwania zajęć lekcyjnych i podawania liczby godzin przewidzianych na poszczególne przedmioty w godzinach zegarowych, a nie lekcyjnych.  Uważam też, że liczby godzin powinny być orientacyjne – korelacja międzyprzedmiotowa bowiem sprzyja szybszemu i bardziej dogłębnemu przyswojeniu tematów niż uczenie oderwanych przedmiotów,  a stosowanie odpowiednich technik uczenia się i metod pracy powoduje, że kształcone umiejętności szybciej przeradzają się w kompetencje. Strona główna blogów Oś świata
29.12
2011

Pochwała nowej podstawy programowej

Przerwę świąteczna wykorzystałam na interesującą lekturę, bo tym właśnie okazało się czytanie i analizowanie nowej podstawy programowej. Jestem pod wrażeniem, zmieniłam zdanie – zapewne dlatego, że jak większość nauczycieli, korzystałam ostatnio z gotowych materiałów – programów i podręczników. Ostatnio, bo wcześniej, gdy uczyłam młodsze klasy, sama pisałam program. Z radością „odkryłam”, że nowa podstawa programowa dla klas 1-3 i 4-6 jest nie tylko kompatybilna, ale wręcz niemal identyczna (!) z moimi pomysłami. Z pomysłami praktyka. Powtarzające się słówko „bardzo” („Uczeń posługuje się bardzo podstawowym zasobem środków językowych”, „rozumie bardzo proste i krótkie wypowiedzi”, „samodzielnie formułuje bardzo krótkie, proste i zrozumiałe wypowiedzi” etc) w zdefiniowanych celach kształcenia budzi mój optymizm – może nauczyciele zrozumieją, że dzieci w szkole podstawowej nie tyle mają sprostać ambicjom dorosłych ile raczej przygotować się do prostej komunikacji w codziennych sytuacjach. Z kolei jasno określone w podstawie  wymagania, w których użyto czasowników operacyjnych jest dla nauczycieli czytelną wskazówką nie tylko czego, ale nawet jak uczyć. Podstawa programowa przyrody - bajka. I wyzwanie. Czego oczekuje się od ucznia w klasach 4-6? Stawiania pytań! (Uczeń stawia pytania dotyczące zjawisk zachodzących w przyrodzie, prezentuje postawę badawczą w poznawaniu prawidłowości świata przyrody przez poszukiwanie odpowiedzi na pytania: „dlaczego?”, „jak jest?”, „co się stanie, gdy?”). Toż to rewolucja, dotychczas tylko nauczyciel wiedział, na jakie pytania uczeń ma uzyskać odpowiedź, a tu może się okazać, że pojawi się nieoczekiwane „dlaczego”. I co wtedy? I w tym miejscu pozwolę sobie na kilka pytań. I propozycji odpowiedzi na nie. Oczywiście, będą to moje odpowiedzi i ciekawa jestem innych opinii na ten temat. Czemu i komu służą programy nauczania? Niewątpliwie autorom, którzy otrzymują za opublikowane programy wynagrodzenie. Prawdopodobnie nauczycielom, którzy nie muszą analizować podstawy programowej i samodzielnie planować proces nauczania dostosowując formy i metody do konkretnej grupy uczniów. Czy służą uczniom? Raczej nie, wręcz przeciwnie, gdyż „realizacja” programu nie zostawia miejsca na inwencję uczniów i nauczycieli. Tu muszę umieścić bardzo osobistą dygresję. Otóż w tym roku szkolnym uczę języka niemieckiego klasę pierwszą gimnazjum. Jest to klasa, w której prowadzę zajęcia od szkoły podstawowej. Zaczęłam realizować program nieopracowany przeze mnie. I korzystać z podręcznika intensywniej niż w robiłam to w szkole podstawowej. Wydawało mi się, że program i podręcznik  są ciekawe i przypuszczałam, że dzięki temu dobrze przygotuję uczniów do komunikowania się w języku obcym i do… zdania egzaminu. Po dwóch miesiącach zauważyłam spadek motywacji i aktywności uczniów. Zadałam pytanie wprost: Co się dzieje? Odpowiedzieli, że lekcje są nudne, nic tylko te teksty z podręcznika, ćwiczenia, ciągle tak samo. Że są za mało samodzielni. Że za mało rozmawiamy na lekcjach. Spytałam, czego oczekują. Okazało się, że powrotu do takich lekcji, jakie były w podstawówce. To znaczy jakich? Metoda projektu była dla nas zwyczajną metodą uczenia się. Pojawiające się tematy, wynikające z sytuacji, jak choćby czyjeś urodziny, złamana ręka, przedświąteczne zakupy, były impulsem do spontanicznego konstruowania bloku lekcji, zmian kolejności wprowadzania słownictwa i struktur gramatycznych. Przygotowanie instrukcji projektu razem z uczniami, wspólne planowanie nauki (co będzie potrzebne np., żeby opowiedzieć po niemiecku o imprezie urodzinowej, czy też kupić sobie ubrania w sklepie w Niemczech), ustalenie, jak uczniowie zaprezentują swoje umiejętności językowe, w jaki sposób pokażą mi, że osiągnęli cele, wpływało też na rozwój kompetencji kluczowej, jaka jest umiejętność uczenia się, planowania własnej nauki i samooceny. W tej sytuacji wszystkie działania na lekcjach - gry edukacyjne wymyślone ad hoc przeze mnie lub przez uczniów, a nierzadko po prostu wkuwanie słówek lub żmudne wykonywanie ćwiczeń gramatycznych - okazało się ciekawsze niż przerabianie skądinąd ciekawego i kolorowego podręcznika!  Wróciłam więc do projektów, bałaganu w klasie w czasie odgrywania i ćwiczenia scenek, radosnej twórczości uczniów, korzystania z internetu, i swojej roli doradczyni krążącej po klasie i odpowiadającej na pytania uczniów.  Taki tryb pracy – otwartość na potrzeby ucznia i elastyczność w doborze treści wymaga jedynie porównywania poruszanych na lekcji zagadnień i kontrolowania, czy nic z podstawy programowej nie zostało przeoczone. Komu i do czego służą podręczniki i cała ich obudowa? Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to może chodzi o pieniądze? Z punktu widzenia autorów odpowiedź jest zbliżona do tej z pierwszego pytania. Należy tu jednak wspomnieć jeszcze o wydawnictwach, które prześcigają się w produkowaniu kolorowych książek i jednorazowych ćwiczeń. Ministerstwo Edukacji Narodowej również korzysta  z każdego nowego podręcznika („Wnioskodawca ubiegający się o dopuszczenie podręcznika do użytku szkolnego wnosi opłatę w wysokości 4 800 zł” – rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z dnia 8 czerwca 2009 r. w sprawie dopuszczania do użytku w szkole programów wychowania przedszkolnego i programów nauczania oraz dopuszczania do użytku szkolnego podręczników). Nauczycielom  jest pozornie łatwiej pracować – mają podane wszystkie treści (nierzadko znacznie rozszerzone), przewidziane w programie, a w przewodnikach dla nauczycieli występują nawet gotowe scenariusze lekcji. Jednak w czasach, gdy dostęp do informacji jest powszechny korzystanie z podręczników wydaje mi się wręcz niewskazane. Ogranicza inwencję twórczą nauczycieli i uczniów. Podręczniki podają gotową papkę, najważniejsze informacje są często wytłuszczone, zaznaczone, podkreślone, a przecież jedną z kompetencji kluczowych („Kompetencje kluczowe w uczeniu się przez całe życie – europejskie ramy odniesienia” załącznik do zalecenia Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 18 grudnia 2006 r. w sprawie kompetencji kluczowych w procesie uczenia się przez całe życie, opublikowanego w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej z dnia 30 grudnia 2006r./L394) jest „Porozumiewanie się w języku ojczystym” . Kompetencja, o której mowa, obejmuje umiejętności rozróżniania i wykorzystywania różnych typów tekstów, poszukiwania, gromadzenia i przetwarzania informacji, wykorzystywania pomocy oraz formułowania i wyrażania własnych argumentów w mowie i w piśmie w przekonujący sposób, odpowiednio do kontekstu. Dzisiaj poruszyłam tylko dwa tematy - programów nauczania i podręczników, jednak to nie koniec. Chciałabym jeszcze przyjrzeć się temu, jak wpływa na postrzeganie świata podział na przedmioty szkolne, W jaki sposób ten podział ma sprzyjać uczeniu się, jakie znaczenie ma 45-minutowy czas trwania lekcji, jaki wpływ na uczenie się i rozwój człowieka ma obecny układ klasowy, to i dlaczego powinien decydować o tym, czego i w jaki sposób uczniowie będą się uczyć, jak powinno się zmieniać nauczanie/uczenie się wraz z rozwojem samodzielności i odpowiedzialności człowieka, kto powinien (a kto nie) uczyć w szkole i jak powinno przebiegać kształcenie i doskonalenie nauczycieli. Blogi Oś świata: Jacek Strzemieczny Oś świata Jacka ... Danuta Sterna Moja oś świata Marzena Żylińska Neourony w szkolnej ławce Witold Szwajkowski Prawo do rozumienia Wiesław Mariański Głos rodzica Ewa Borgosz Do przyszłości Ksawery Stojda Kolokolo Bird Anetta, Grażyna Czas na przedszkole Zofia Godlewska Patrząc na ... szkołę Strona główna blogów Oś świata
26.12
2011

Białoruś

Mińsk, wcale nie Mazowiecki. Szerokie ulice i płyną w korytach wielkich budynków w stylu soc, znanym z MDM-u. Samochody jak wszędzie, gdyby nie „marszrutki”, można by pomyśleć, że to zwykłe miasto w Europie. I gdyby nie przejazdy wodza. Pięknie powiedziała o nim wczoraj kobieta w kolejce do wymiany walut. „Gaduła z pięścią na stole” – „govorit tolko i kulakom po stolu”. Rzeczywiście , to charakterystyczny dla niego gest. Zwinięta w pięść dłoń oparta o mównicę. Słowa, słowa. Obietnice bezpieczeństwa i spokoju spełnione dla pokornych. Bezpieczeństwa o tyle względnego, o ile przeżyć można za 200 dolarów zamienione w miliony nic-nie-wartych rubli. Jedna kostka cukru do herbaty - 300 rubli. Piwo 7.000, podobnie jak woda mineralna. Na poranne zakupy – kawa, serki, chleb, masło, mleko i woda (żadnych mięs i wędlin) wydałyśmy 116 tysięcy… Pensja pracownika naukowego – niewiele ponad dwa miliony. Ludzie jak wszędzie. Młodzi w czarnych kurtkach z ćwiekami – patrzcie na mnie, oto jestem, i ci w szarych kurteczkach – niech nikt nie zwraca na mnie uwagi. Starsi, zwłaszcza kobiety, bo tak jakby było ich tu o wiele więcej niż płci wprost przeciwnej, smutne, kąciki ust w dół. W mieście panuje zadziwiająca czystość. I kompletny brak osobowości. Kobiety sprzątają ulice, przejścia podziemne, schody do uniwermagu. Stale przechadzają się ze swoimi zmiotko-szufelkami i zgarniają to, co leży na ziemi. Nawet wtedy, gdy milicjant sprawdził przy wejściu do metra zawartość walizki mojej koleżanki i wypadł słoik z kawą. W małej alternatywnej galerii artystycznej, gdzieś w podwórku, zebrała się niemal trzydziestoosobowa grupa nauczycieli i wykładowców uczelni, którzy chcieli posłuchać, czym jest ocenianie kształtujące i podzielić się swoimi doświadczeniami w wprowadzaniu tego sposobu uczenia. Potem na sali pojawili się i zostali klienci malutkiego sklepiku z artystycznymi drobiazgami. Zaciekawił ich temat. W białoruskiej szkole, podobnie jak na ulicach Mińska panuje ład i porządek, który można by nazwać reżimem. Najważniejsze są papiery i liczby. Nauczyciele są rozliczani za wypełnione sprawozdania i rozliczenia, liczbę ocen ściśle i odgórnie ustaloną, realizacje programu, wykonanie właściwej ilości sprawdzianów i kartkówek. A jednak chce im się chcieć. Za swoje poświęcenie, wysiłek, podróż z często odległych zakątków Białorusi do Mińska na spotkanie z innymi „nawiedzonymi” nie dostaną dodatkowego wynagrodzenia, wręcz odwrotnie, mogą mieć z tego powodu nieprzyjemności. Mimo to są, dzielą się z innymi pomysłami, wiedzą, inspirują się nawzajem. Chłonęli każde słowo, dopytywali, cieszyli się, gdy znajdowali potwierdzenie, że we właściwy sposób wprowadzają ocenianie kształtujące, że mogą je modyfikować i dostosowywać do swoich potrzeb i możliwości, że najważniejsza jest „filozofia”. Dla mnie było to niezwykłe doświadczenie, naładowałam akumulatory, poczułam radość i satysfakcję, że my możemy też podzielić się czymś z innymi i że od nich możemy wiele się nauczyć. Blogi Oś świata: Jacek Strzemieczny Oś świata Jacka ... Danuta Sterna Moja oś świata Marzena Żylińska Neourony w szkolnej ławce Witold Szwajkowski Prawo do rozumienia Wiesław Mariański Głos rodzica Ewa Borgosz Do przyszłości Ksawery Stojda Kolokolo Bird Anetta, Grażyna Czas na przedszkole Zofia Godlewska Patrząc na ... szkołę Strona główna blogów Oś świata
24.11
2011

Kształcimy do współczesności czy do przyszłości?

Zdaniem prognostyków (OECD i Projekt Edukacja Pomorska) szkoła w obecnym kształcie jest tworem archaicznym i w takim stanie trwać oczywiście może, lecz będzie wówczas nieefektywna w tym sensie, że nie przygotuje do życia młodego pokolenia. Obecna szkoła kształci do teraźniejszości, czyli do takiej rzeczywistości, w której obecne pokolenie uczniów nie będzie żyć. Uczniowie rdzą sobie z tą sytuacją całkiem nieźle – przeszli w inny świat, w dużym stopniu wirtualny, korzystają ze zdobyczy techniki skuteczniej niż ich rodzice i nauczyciele. Można by powiedzieć: „Świetnie, więc dadzą sobie radę”. Tylko jak? Jaki świat będą kreować? O ile będą kreować, a nie staną stworzą społeczeństwa niewolników. Współczesne niewolnictwo nie przybiera już zakamuflowanej formy i staje się coraz bardziej dostrzegane. Niewolnicy reklam z zapałem kupują nietrwałe sprzęty, nowe i szybciej zabijające samochody. Niewolnicy konsumpcji spożywający trującą powoli żywność i wymiarowe warzywa, przesolone przekąski i mięso zmaltretowanych kurczaków, które z mięsem nie ma zbyt wiele wspólnego. Niewolnicy banków otwierają kolejne konta, oddają swoje złotówki, euro i dolary na kredyty, które sami pobierają a potem nie mogą ich spłacić. Korzystają skwapliwie z  oferowanych przez innych niewolników „okazji” uzyskania kart kredytowych, z których korzystają bez opamiętania nie bacząc na to, że któregoś dnia bezosobowy bank zgłosi się po zwrot zwielokrotnionej kwoty. Niewolnicy urzędów pokornie stoją w kolejkach po rzekomo niezbędny do życia dokument, pozwolenie na robienie tego, do czego mają prawo naturalne. Niewolnicy ustaw wymieniają żarówki na trujące rtęcią nowe wynalazki, posyłają zgodnie z prawem swoje dzieci do szkół, w których nawet najbardziej mądrzy i światli nauczyciele muszą realizować bzdurne, niczym nie różniące się od siebie programy. Niewolnicy ustaw, którzy nie widzą innego wyjścia głosują na niechcianych polityków by uniknąć wyboru jeszcze bardziej niechcianych. Niewolnicy korporacji oddają swoje życie powiększaniu czyjegoś kapitału, bezmyślnie gonią za kolejną  premią, kąsają współpracowników i nienawidzą szefów. Robią co muszą, a gdy wpadną w sidła pięknego na kredyt kupionego domu, pracują nawet więcej. I duszą się. Niewolnicy fundacji i stowarzyszeń, w których hierarchia zastępuje demokrację, a biurokracja kreatywność. Niewolnicy mediów słuchają jak wyroczni i świętości słów płynących z telewizorów i radioodbiorników.  Żyją życiem bohaterów seriali zamiast własnym. Niewolnicy firm farmaceutycznych faszerują niemowlęta szczepionkami o nieznanych jeszcze skutkach ubocznych, leczą przeziębienie antybiotykami reklamowanymi w telewizji i zalecanymi przez lekarzy, stosują coraz to bardziej wymyślne kremy i odżywki, które i tak nie zmienią natury i płacą za nie kwoty, pozwalające przeżyć miesiąc niejednemu polskiemu dziecku i o wiele dłużej - głodującemu Afrykańczykowi. Niewolnicy firm produkujących sprzęty domowe o trwałości nieprzekraczającej okresu gwarancji, a maksymalnie dziesięciu lat i nie nadających się do naprawy, samochodów, w których samodzielnie nie zmienią nawet żarówki. To, do czego powinna dążyć szkoła, to przebudzenie. Blogi Oś świata: Jacek Strzemieczny Oś świata Jacka ... Danuta Sterna Moja oś świata Marzena Żylińska Neourony w szkolnej ławce Witold Szwajkowski Prawo do rozumienia Wiesław Mariański Głos rodzica Ewa Borgosz Do przyszłości Ksawery Stojda Kolokolo Bird Anetta, Grażyna Czas na przedszkole Zofia Godlewska Patrząc na ... szkołę Strona główna blogów Oś świata