avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Zmiany zależą od nas

Pilna czy leniwa? – czyli co się dzieje, kiedy badania są oderwane od rzeczywistości

14.11
2012

„Pilna czy leniwa” – tak zatytułowano artykuł na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” (z 13 listopada 2012) dotyczący badania przeprowadzonego przez studentki Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Studentki przedstawiały 256 nauczycielom pary zdjęć, na których przedstawiona była dziewczynka i chłopiec ucharakteryzowani na grzecznych i buntowników. Komentarz Gazety na pierwszej stronie brzmi „Która grzeczna, która rozwydrzona? Nauczyciele oceniają to po wyglądzie. Studentki SWPS pokazały zdjęcia dzieci 256 pedagogom. Poprosiły ich o ocenę cech uczniów. Tylko czworo nauczycieli odmówiło wykonania zadania bez rozmowy z uczniami. Badani nie zauważyli, że patrzą na te same dzieci, tylko inaczej ucharakteryzowane.”

Nasuwa się, niemalże automatycznie, myśl – „ale ci badani – nauczyciele, są bezmyślni. No jak można oceniać po wyglądzie? I to jeszcze nauczyciele, którzy powinni przecież być uczuleni na to, że w każdym dziecku może tkwić potencjał.” W efekcie Gazeta daje nam kolejny „naukowy dowód” na to, że nauczyciele są wyjątkowo „beznadziejnym przypadkiem” i to w jakiej skali – aż 98,5% oceniło dzieci zgodnie ze stereotypem. No to o czym to świadczy? Że nauczyciele są kompletnie nieświadomi swojego stereotypowego postrzegania. Czego ich tam uczą na studiach, skoro są kompletnie nieprzygotowani do postrzegania uczniów? Takie wnioski nasuną się, jak sądzę, większości czytelników, którzy poświęcą na ten artykuł zaledwie kilka minut.

Na podstawie tych kilku zdań z pierwszej strony Gazety, z  „eksperymentu naukowego”, budujemy sobie dalsze wyobrażenie o kondycji polskiego nauczyciela – nie dość, że nie radzi sobie z uczniami (niedawno przecież czytałam o tym, że kolejnemu nauczycielowi nałożono kubeł na głowę), to jeszcze opiera się na stereotypach i nie jest ich świadom. I tak nasila się kolejny stereotyp – polskiego nauczyciela. A stereotyp, który przecież budujemy na fałszywych przesłankach (jak np. opisane wnioski z badania) pociąga za sobą poważne konsekwencje!

Przyjrzyjmy się temu eksperymentowi raz jeszcze. Co on nam tak naprawdę mówi? Według mnie mówi on jedynie, że KAŻDY z nas kieruje się stereotypami w postrzeganiu innych osób i ani słowa więcej. Jak bowiem sytuacja stworzona w eksperymencie ma się do rzeczywistości? Czy się w ogóle ma? Według mnie ma się nijak. Przede wszystkim dlatego chociażby, że nauczyciel przebywa ze swoimi uczniami codziennie i ma wiele okazji do tego, aby ich poznać, a także wiedzieć z jakich rodzin pochodzą. Te informacje pozwalają mu następnie weryfikować to, co widzą (wygląd, ubranie) względem tego, co wiedzą, i postępować wbrew stereotypom. I ten mały szczegół jakby zupełnie został pominięty w artykule, wprowadzając czytelnika w błąd.

Można powiedzieć, no i co z tego. W końcu nic się nie stało. Czy naprawdę nic się nie stało?

Komu i czemu służy pisanie takich artykułów? Nauczanie jest ogromnym i trudnym wyzwaniem. Nie ma kraju na świecie, w którym pracowaliby idealni nauczyciele, a wszelkie problemy wychowawcze w szkole byłyby rozwiązane. Oczywiście, w Polsce jest bardzo dużo do zrobienia w edukacji – zresztą jak i w innych obszarach. Ale mamy także wielu mądrych i zdolnych nauczycieli.

Mogłabym sobie życzyć, aby dziennikarze wykazali się pewną odrobiną refleksji, kiedy zamieszczają tak „rewelacyjne” eksperymenty i wyciągają z nich „rewelacyjne” wnioski. Mogę sobie także życzyć, aby czytelnicy podchodzili „z pewną dozą nieufności” do wniosków różnych badań, o których czytają w gazetach. Niech „badania” i „naukowość” nie zwalniają nas z refleksji.

Małgorzata Siłka

Podziel się ze znajomymi

23 komentarze do “Pilna czy leniwa? – czyli co się dzieje, kiedy badania są oderwane od rzeczywistości

  1. Pilna czy leniwa? – czyli co się dzieje, kiedy badania są oderwane od rzeczywistości

    Dodałabym jeszcze – czyli jak manipulować rzeczywistością przy pomocy badań.

    To, że studenci robią tego typu badania na studiach, żeby się czegoś nauczyć, to rozumiem. Nie rozumiem jednak, dlaczego wyniki badania w tej formie publikowane są w opiniotwórczym dzienniku. Bez komentarza czym zajmuje się psychologia społeczna i na czym polegają badania prowadzone w tej dziedzinie…

  2. Zaraz – czegoś tu nie rozumiem, poza tym oczywiście, że to jest kolejny niesprawiedliwy atak na nauczycieli, podczas, gdy wszyscy dobrze wiemy, że całe zło (zresztą, jakie znowu zło?) polskiej oświaty odpowiada MEN, a amerykańskiej – ich Departament Edukacji.

    Przebadano 256 nauczycieli. To mało. Jeśli jednak jedynie czworo z nich wyłamało się od stereotypowej reguły, to efekt jest znaczący w sensie statystycznej wartości. Przypadkowe uzyskanie tego wyniku byłoby szalenie mało prawdopodobne.

    Rzeczywiście nawet jeśli uznać, że ten sondaż ujawnił jakiś fakt, to on niekoniecznie pokazuje jakąś specyficzną cechę nauczycieli. Tu trzeba by było dodać badanie kontrolnej grupy i gdyby w niej sie okazało – to swoją drogą ciekawe, co by sie okazało – że np. 100 osób odmawia oceny na podstawie zdjęć, to możnaby przypuszczać, że istotnie z nauczycielami coś jest nie tak.

    Proszę jednak zauważyć, że nie jest od rzeczy oczekiwać akurat od nauczycieli, żeby się tego typu odruchów wystrzegali. Pewnie, że mamy wielu mądrych nayczycieli. W tym sondażu ujawniło się czworo. Mądrych akurat pod tym względem, co oczywiście nie wyczerpuje zagadnienia nauczycielskich kompetencji.

  3. Widzę co najmniej cztery sprawy w tym artykule.

    Pierwsza to bzdetowatość „badań” robionych przez te studentki.
    Tu się zupełnie nie zgadzam z panią Martą („To, że studenci robią tego typu badania na studiach, żeby się czegoś nauczyć, to rozumiem.”) Na takich „badaniach” niczego się nie nauczą, a jeśli już, to przyzwolenia na nierzetelność badawczą.
    Pytanie, co robił ich opiekun naukowy. A może znaczna część polskiej socjologii opiera się na takim bzdecie? Nie chciałbym, by tak było…
    Oczywiste jest, że jeśli kogoś prosimy o przypisanie pewnych cech do osób pokazanych na zdjęciach, to będzie się on kierował ocena wyglądu i opartym o nią stereotypem. Takie pytania nie badają skłonności do oceniania innych według stereotypów, tylko znajomość tych stereotypów i czytelność ich przedstawienia. Jeśli studentka prosi mnie, żebym przypisał cechy do zdjęcia, to przypisuję je do zdjęcia, a nie do człowieka, który do zdjęcia pozował. Tak samo, jak dyskutując przedstawienie teatralne nie przypisuję cech aktorowi, tylko postaci, którą grał. Jeśli ta sama dziewczynka zagrała raz grzeczną dobrą uczennicę, a drugi raz zblazowaną buntowniczkę, to ankietowani poprawnie rozpoznali role, jakie odegrała.
    Człowiek proszony o udzielenie odpowiedzi na podstawie podanych przesłanek, odpowiada na ich podstawie i nie przyjmuje na siebie odpowiedzialności za niewłaściwą ocenę, wynikającą z braku innych przesłanek. Polecenie „dopasuj cechy do osoby na zdjęciu” zawiera implicite informację, że jedyną przesłanką, na jakiej można się opierać, jest właśnie wygląd – i to tylko to jedno konkretne zdjęcie.

    Pierwsza A, to zauważony już przez Pawła brak porównania wyników z identycznymi badaniami przeprowadzonymi na próbie kontrolnej nie-nauczycieli. Znów, nie chcę wierzyć, że aż taka dezynwoltura metodologiczna jest powszechna na polskich wyższych uczelniach i chcę wierzyć, że jest to niekompetencja jednego tylko opiekuna naukowego tych studentek.

    Druga to zaskakująco wysoka chęć nauczycieli do udzielenia pomocy studentkom. Tylko 4 z pośród 256 nauczycieli odmówiło odpowiadania na pytania. Reszta ochoczo poświęciła kilka-kilkanaście minut z czystej życzliwości wobec tych studentek. I ta życzliwość wobec studentek wydaje się być jedynym uprawnionym wnioskiem natury socjologiczno-psychologicznej.
    Tu widzę dramatyczną rozbieżność interpretacyjną z Pawłem: on tę czwórkę uznał za odpowiedzialnych, ja za nieżyczliwych… Choć może jest i trzecie wyjaśnienie: ta czwórka uznała badanie za tak beznadziejnie głupie, że wewnętrzna uczciwość kazała im odmówić współpracy nad bzdetem.

    Trzecia (nie została zmierzona, ale zasygnalizowana) to wymuszany i premiowany przez szkołę konformizm. Konformizm pod każdym względem, również ubioru. Nie dyskutuję tu z zasadnością i prawomocnością oczekiwań szkoły w kwestii ubioru uczniów, po prostu zauważam, że takie oczekiwania są powszechną szkolną realnością.
    Uczennica demonstrująca swoim ubiorem lekceważenie dla niepisanych (a czasami może i pisanych) wymogów szkoły, jest słusznie jako lekceważąca te reguły oceniana.

    Czwarta to tabloidyzacja mediów nawet najpoważniejszych. Robiących z bzdetowego „badania” temat na jedynkę i opatrujących go sensacyjnym lidem i jedynkową zajawką. Sam artykuł (na trzeciej stronie) Aleksandry Pezdy już nie jest taki sensacyjny:
    http://wyborcza.pl/1,75478,12844814,Grzeczna_czy_rozwydrzona__Nauczyciele_oceniaja_po.html

    • Xawer, nie znamy badań, znamy relację – siedzę w swoim lesie i nawet nie miałem w ręku gazety, a tylko widziałem skan w sieci. To tabloidowa notka. Licho wie, co było w badaniach. Zakładam, że niewiele więcej, jeśli cokolwiek. To są złe badania – jasne. Ale wynik jest tego rodzaju, że… – o ile studenci nie oszukali ordynarnie, statystycznie on coś znaczy.

      Czwórka nauczycieli – tak jest w tekście – powiedziała, że nie oceni ucznia bez rozmowy (odpowiedź „prawidłowa”). Pozostali ocenili (odpowiedź „nieprawidłowa”, niezależnie jak ocenili). Tak jest w tekście z gazety – on jest niezbyt mądry i trudno podejrzewać, że wiarygodny. Ale jeśli wierzymy w te wyniki, to je właśnie tak opisano.

    • „Oczywiste jest, że jeśli kogoś prosimy o przypisanie pewnych cech do osób pokazanych na zdjęciach, to będzie się on kierował ocena wyglądu i opartym o nią stereotypem” – zgadzam się z Tobą Ksawery!
      Wniosek: Nie zgadzać się na udział w żadnych badaniach.Nie wiadomo jaką tezę badacze mają zamiar udowodnić.Zawsze można tak zadać tak pytanie, aby wykorzystać naszą odpowiedź na jej poparcie!
      Jeśli polecenie brzmi – oceń, to odmowa nie jest w standardzie. Jeśli badacz poprosiłby mnie o ocenę miękkości futra po pogłaskaniu kota, to przecież nie odmawiałabym pogłaskania.
      A tam szkoda pisać. Wszystkiemu winny jest i tak nauczyciel.
      Danusia

      • Badanie jest do kitu – na ile da się ocenić po notce. Pełna zgoda. Co jednak nie oznacza, że problem nie istnieje. Pod artykułem Pezdy w „Wyborczej” ktoś napisał, że na widok biegającego luzem po ulicy pitbulla człowiek rozsądny zachowa się ostrożnie, choć przecież wiadomo, że ten konkretny pies może i jest akurat łagodny. To trafny opis błędu w tym nieszczęsnym badaniu, bo w nim rzeczywiście proszono o ocenę na podstawie wyglądu, nie przewidując nawet odpowiedzi typu „nie da się bez rozmowy” oraz popełniono mnóstwo innych błędów, a jednak coś tu jest mocno nie tak w tego rodzaju skojarzeniach… Między innymi dlatego, że od „trudnego” nie należy jednak stronić, a przeciwnie. Oraz dlatego, że „agresywny” w przypadku psa starczy za ocenę, a „trudny” w przypadku ucznia – nie. I z kilku innych powodów.

        Tego w tym badaniu nie było i też szkoda, ale to widać m.in. po komentarzach w „Wyborczej”. Chodzi mianowicie o cechy przypisywane stylistyce „samo zło” vs. „samo dobro”. Jeśli pierwsza ocena się potwierdzi i niezależnie od stereotypów uznamy na podstawie faktów, rozmów i dobrej znajomości dzieciaka, że rzeczywiście mamy do czynienia z zespołem cech, o które pytano w teście, to okaże się wtedy, że „samo dobro” jest w szkole rzeczywiście dobre, a „samo zło” – rzeczywiście złe. Ja w pełni podzielam preferencje Xawera i wolę „zbuntowanych” niż „zmielonych” przez szkolne nakazy posłuszeństwa. Problem istnieje, Danusia – czy go zbadasz, czy nie oraz czy go zbadasz dobrze, czy fatalnie, jak w tym przypadku.

        Możesz się nie godzić na badania i ten ich przykład rzeczywiście daje Ci do tego dobre powody. Ale i tak efekt działania szkoły pozostaje widoczny. Akurat rzecz, którą owe studentki myślały, że badają da się obserwować na dzieciakach z upośledzonych środowisk. Czy nauczyciele nie ulegają natychmiastowym ocenom? Moim zdaniem ulegają – codziennie to obserwuję. Czy jeśli oceny okażą się trafne – bo najczęściej się okazują – czy nauczyciele wyrównują szanse? Moje własne obserwacje nie uprawniają do żadnych generalizacji, ale wyniki polskiej szkoły skorelowane z pochodzeniem uczniów jeszcze co prawda nie odpowiadają na pytania o tak dokładne przyczyny tego stanu rzeczy, jak stygmatyzowanie dzieci przez nauczycieli, ale już dają mocne poszlaki.

        Wyjaśniam – w odróżnieniu od wielu, którzy na ten temat teoretyzują w duchu politycznej poprawności, ja nie oceniam tego „stygmatyzowania”. Łatwo powiedzieć „nie stygmatyzuj”. Trudniej zrobić – dość dobrze znam to z praktyki. Kompletnie się nie dziwię, że w niektórych przypadkach tego się zrobić nie da. Ale problem istnieje. Nauczycielskie reakcje, które widzę po tym tekście, nie zdradzają śladu refleksji o tym. To akurat uważam za skandal. Wiesz, sam próbuję na ogół pomyśleć, czy nie ma jakiejś prawdy w najgłupszych choćby oskarżeniach, kiedy je ktoś wobec mnie formułuje.

        Natomiast fakt, że te badania opublikowano w „Wyborczej” i w dodatku to Pezda to napisała, jest rzeczywiście dziwny. Albo puściła tekst z byle jakimi badaniami, bo pasowała jej teza, albo coś pokićkała pisząc, a badania były lepsze niż wyglądają.

    • W zasadzie masz rację, że należałoby odmówić.
      Zauważ, że w tym badaniu nauczyciele-mężczyźni wypadli gorzej od nauczycielek-kobiet(*). Ale sam nie wiem, jak bym zareagował, gdyby z jakąś głupią ankietą przyszła do mnie ładna studentka psychologii i prosząco-płaczliwym głosem powiedziała, że musi zebrać do piątku jeszcze pięćdziesiąt… Jeśli nie byłby to jakiś idiotyzm porażający od pierwszego rzutu oka (a jeśli przyszłaby rano przed moją trzecia kawą, to moja czerwona lampka mogłaby się nie zapalić przy tej ankiecie) i nie miałbym podejrzeń, że to badanie trafi na jedynkę Gazety, a nie wyłącznie do szuflady z esejami zaliczeniowymi studentów II roku u jakiegoś adiunkta na prowincjonalnej uczelni, to pewnie bym jej odpowiedział, bo dziewczyna i tak zrobi swoje głupie „badanie”, a moja odmowa najwyżej każe jej poświęcić na to więcej czasu. Przed trzecią poranną kawą jest we mnie sporo łagodności i życzliwości wobec ładnych studentek. Nawet, jeśli je i to co robią mam za niezbyt mądre, to nie widzę powodu, żeby im nie sprawić drobnej przysługi.
      – przyznałem się właśnie do seksizmu ;)

      (*) Ciekawe co to znaczy, że wypadli „gorzej”? Że wśród tej czwórki odmawiających, były trzy kobiety i jeden mężczyzna, a w całej populacji badanych proporcje były tylko 2:1?

  4. Mnie akurat w tym przypadku szkoda ew. dalszych badań, które mogłyby sprawdzić kilka hipotez potencjalnie tkwiących w tym tekście. Publikacja na pierwszej stronie „Wyborczej” zaburza rzeczywistość do tego stopnia, że powtórzenie tego wyniku będzie niemożliwe do czasu, kiedy wszyscy o tym tekście zapomną.

    Byłbym np. ciekaw, jak zinterpretowaliby ten tekst nauczyciele, których badano. Jeśli byliby oburzeni, to jak by to uzasadnili?

    Polityczna poprawność wyklucza takie opinie, ale – a może nauczyciele najzwyczajniej mówią prawdę? Może rzeczywiście w ich doświadczeniu da się powiedzieć z dużą dozą pewności i na pierwszy rzut oka, że dziewczynka po lewej będzie prawdopodobnie pilna, a z tą po prawej – skaranie Boskie. Może nauczyciele wiedzą o czymś, czego nie wiedzieli badający ich studenci – o jakiejś być może rzeczywiście silnej korelacji pomiędzy wyglądem uczniów, a ich stosunkiem do szkolnego obowiązku? Przypominam, że korelacja mierzy wyłącznie współwystępowanie takich cech, a jeszcze nie ustala przyczynowego związku między nimi. Choć akurat w tym przypadku taki związek jest dość łatwy do wskazania.

    Kolejne pytanie – czy to rzeczywiście wygląd decyduje, czy może sformułowana na jego podstawie nauczycielska opinia działa jak samospełniające się proroctwo?

    Sam instynktownie zdecydowanie bardziej sypatyzuję z dziewczynką po prawej (typ – samo zło) niż tą po lewej (samo dobro, jak wiadomy prezes). Z moich obserwacji istotnie wynika, że grzeczność, posłuszeństwo, poprawność, uleganie autorytetom i presji grupy dobrze sie wpasowuje w szkolną rzeczywistość i czasem przybiera postać takiej właśnie fizyczności, a nonkonformizm demonstrujący się wyglądem a la dziewczynka z prawej – raczej do szkoły i jej rygorów nie pasuje.

    Żyję wśród dzieci ze środowisk upośledzonych i codziennie widzę, jak są stygmatyzowane i klasykiwane przez nauczycieli. Żeby było jasne – nauczyciele mają po temu bardzo dobre powody, bo te dzieciaki rzeczywiście są przypadkami niemal beznadziejnymi. I tylko szkoda, że nauczyciele się z tym godzą. Mnie się udaje coś z tymi dzieciakami osiągać, ale też wiem, że mnie jest o niebo łatwiej poza szkołą, z której te dzieci zabieram, niż nauczycielom w szkole, gdzie to jest koszmarnie trudne.

    Bardzo wiele ciekawych i ważnych rzeczy możnaby wyciągnąć z takich obserwacji. Przeszkodą jest nie tylko dziennikarska powierzchowność, ale i święte, natychmiastowe i bezrefleksyjne – proszę mi wybaczyć tę uwagę – oburzenie środowiska.

  5. Oczywiście, że dziewczynka w wersji „samo zło” też mi się dużo bardziej podoba!
    I akurat, gdyby do mnie takie dwie trafiły na lekcje, to miałbym zupełnie odwrotne pierwsze wrażenie (być może uprzedzające i krzywdzące), niż przypisujesz ankietowanym nauczycielom, a które właściwe jest szkole: z tą gothic prawdopodobnie dałoby się sensownie porozmawiać, a z tą uładzoną – well, szkoła już ją przerobiła na mielonkę i dużo pracy by trzeba, jeśli w ogóle się da, by to odkręcić… Zresztą tak uładzone dziecko nigdy do mnie nie trafiło – może to nie szkoła ja przerobiła, tylko rodzice ją ustawili na prymuskę? Takie trafiają nie do mnie, tylko do korepetytorów, obiecujących wyciągnąć jeszcze kilka więcej punktów na maturze.
    Mam tylko w stosunku do siebie samego nadzieję, że po kilku minutach rozmowy byłbym w stanie naprawić błąd stereotypowej oceny pierwszego wrażenia i nie wytworzyć w sobie uprzedzenia do tej uładzonej.

    Nie mam żadnego doświadczenia w badaniach socjopsychologicznych, nie mam więc pojęcia jak (i czy w ogóle) można by takie badanie zaprojektować tak, żeby było jakkolwiek miarodajne. To studentek ze Słupska jednak chyba jest nie do uratowania – opiera się na zupełnie błędnym założeniu, że ludzie zapytani o ocenę postaci na zdjęciu, stosowaliby taką samą ocenę wobec realnej osoby pierwszy raz spotkanej, a jeszcze bardziej fałszywym, ze tkwiliby w tym uprzedzeniu mimo innych przesłanek, jakie dostaliby w codziennym bezpośrednim kontakcie z daną osobą.
    Obawiam się, że bez aranżowania realnych sytuacji albo badań realnych przypadków nie zbada się takich zachowań.

    Pierwszy pomysł, spod dużego palca: sprawdzić dwuwymiarowe rozkłady (nie samą korelację) pomiędzy ocenami na koniec roku, a sprawdzanymi anonimowo zewnętrznymi testami, oddzielnie dla grupy uczniów „samo zło” i dla „uładzonych”. Jeśli prawdą jest, że nauczyciele kierują się uprzedzeniami ze względu na wygląd, to w slice’ach próby ograniczonych do konkretnej wartości wyniku egzaminacyjnego, oceny szkolne uczniów „samo zło” powinny być statystycznie niższe od ocen tych „uładzonych”.

    Abstrahuję tu od miarodajności testów jako takich – ale przyjmuję, że celem szkoły jest przygotowywanie do testów, więc system oceniania szkoły powinien być skorelowany z oceną testową, a uprzedzenia i stereotypy mogą wprowadzić do tego jakiś bias.

    Nawet jednak takie badanie mieszałoby dwa zjawiska:
    - kierowanie się uprzedzeniami i stereotypami;
    - stosowanie ocen szkolnych nie tylko jako formy oceny umiejętności, ale również jako czynnika dyscyplinującego (pały za brak zeszytu mają odzwierciedlenie w ocenie na koniec roku, ale nie maja wpływu na ocenę wystawianą za test maturalny). A może tak być (prawie na pewno jest), że dzieci ubierające się w bluzeczkę i okularki prymusa, również są statystycznie bardziej pilne w tym, żeby zawsze mieć zeszyt i nie spóźniać się na lekcje.

  6. Opowiadałem już tu o własnym ryzykownym i podejrzanym etycznie eksperymencie, który wykonałem na „swoich” podopiecznych – nastolatkach, delikatnie mówiąc, trudnych. To zdaje się przy tej okazji walnąłem się, popełniając oksymoron i mówiąc o „normie nonkonformizmu”. Przypomnę: dzieciaki miały wskazać na tablicy najkrótszy z kilku odcinków, przy czym wybór był „oczywiście oczywisty”, ale „badani” byli poddani „presji” grupy, która polegała zwyczajnie na tym, że dwudziestka „podstawionych” dzieciaków wskazywała przed badanymi na umówiony wcześniej, ewidentnie nie najkrótszy odcinek. Moje obserwacje były kompletnie nieistotne statystycznie – bo nie o test mi chodziło, a o rodzaj „lekcji wychowawczej” w wersji hardcore dla moich młodocianych „bandytów”. Natomiast „bandyci” – okazało się – na mój gust o wiele częściej pokazywali prawidłowy odcinek, niż „grzeczne dzieci”, które sprowadziłem na tę okazję, żeby mieć odpowiednio dużą grupę do wystąpienia efektu.

    Moim zdaniem korelacja między tak mierzonym konformizmem vs. nonkonformizmem, a średnią szkolnych ocen pokazywałaby przekonywająco charakter tego, co się dzieje w szkole. Gdyby istniała taka korelacja, to oczywiście wniosek, że szkolne oceny odzwierciedlają w istocie konformizm, a nie „wiedzę”, byłby przedwczesny. O „wiedzy” nie dowiedzielibyśmy się niczego – może ona ma coś wspólnego z ocenami, może tylko miewa, a może nie ma żadnego związku. Wiedzielibyśmy natomiast, że – pośrednio lub bezpośrednio – to konformizm jest w szkole nagradzany (choć przecież wiemy to i bez badań), albo sprzyja osiaganiu dobrych wyników. Przy okazji – w tej sytuacji „norma nonkonformizmu”, jeśli przez to rozumieć utrzymanie w człowieku zdolności do własnych ocen w opisanej sytuacji, przestaje być oksymoronem… Chyba…

    Niezależnie od tego pytanie, czy w grupowej edukacji tego typu konformizm jest, czy nie jest potrzebnym warunkiem rzeczywistych sukcesów edukacyjnych (jakkolwiek je mierzyć, choć miara nie jest tu obojętna), pozostaje ważne. Nieujawniana, ale jednak – wydaje mi się – powszechna odpowiedź brzmi, że to jest konieczne i to mamy nawet w jakimś sensie zapisane w Konstytucji, gdzie mowa o tym, że korzystanie z prawa do wykształcenia jest do 18 roku życia obowiązkowe… Jak to zbadać – to jest dopiero pytanie.

  7. Przypominam sobie sytuację, gdy na korepetycje zgłosił się do mnie Szwed polskiego pochodzenia. Chciał zdać lepiej maturę z matematyki, aby dostać się na medycynę. Wyglądał jak przedstawiciel Młodzieży Wszechpolskiej, czarne ćwieki, brak fryzury i jeszcze od razu przedstawił się jako faszysta.
    Ale już po chwili okazał się miłym człowiekiem, zmotywowanym do nauki i mieliśmy kilka owocnych spotkań. Został przyjęty na medycynę.
    Myślę, że nauczyciele objęci omawianym badaniem (ci zrobieni w konia)na pewno by zaakceptowali jako ucznia. Chociaż pierwsze wrażenie było piorunujące.
    Danusia

  8. Myślę, że generalizując swoje oceny popełniacie dokładnie taki sam „błąd” jak badani nauczyciele, tylko w drugą stronę. Po pierwsze, wygląd na „dziewczynkę z prawej strony” jest często paradoksalnie przejawem konformizmu, ale konformizmu wobec grupy rówiesniczej. Osoba chce wpasowac się w grupę, przyjmując akceptowaną przez „topowych” i modnych rówieśników, tzw. szlachtę czy VIPów, powierzchowność. Uważacie, że w szkole jest jedna strona poddająca dziecko presji, a tymczasem sa dwie, zwłaszcza w takim gimnazjum. Dziecko, ubierające się normalnie, czyli bez przesadnej ekstrawagancji jest w zasadzie podwójnie dyskryminowane, jesli znajda się w szkole nauczyciele faworyzujący osobowości silne (czyli prawdopodobnie Wy, panowie, gdybyście uczyli w szkole). Z jednej strony nauczyciel, który ma tendencję do pomijania ucznia zdolnego, ale cichego i lekceważenia jego potrzeb, z drugiej strony grupa rówieśników, tarktująca go z góry. Wbrew pozorom sytuacja uczniów, pochodzących z dobrych domów, ale pozujących się na niezalezność przez ostry makijaż, ubiór itp. jest najlepsza. Szkoła raczej podbudowuje ich pozycję niż umniejsza. Nawet jeśli jakiś nauczyciel nie akceptuje takiej postawy jeśli chodzi o wygląd, to pozycja w grupie rówiesniczej zdecydowanie rekompensuje ewentualne „straty” w oczach nauczycieli. Najgorsza jest sytuacja osób o niezbyt silnej osobowości, które nie mają poparcia ani w klasie, ani nie sa odpowiedni dostrzegani przez nauczycieli. Tymi z prawej i z lewej strony bym się nie martwił, oni sobie poradzą.
    I tez uważam to badanie za co najmniej niedorobione. Tym bardziej, czy nie wiemy, czy nauczyciele oceniający zdjecia mieli możliwość udzielenia odpowiedzi innej niż przypisana cech (choćby: na podstawie podanych danych nie sposób jest ocenić, bla bla).

  9. @ Xawer

    Ale wygląd jest skorelowany z SES, który też ma wpływ na wyniki. Więc sama korelacja może nie wyjaśniać przyczyny.

    @ Paweł

    „Ale problem istnieje. Nauczycielskie reakcje, które widzę po tym tekście, nie zdradzają śladu refleksji o tym. To akurat uważam za skandal. Wiesz, sam próbuję na ogół pomyśleć, czy nie ma jakiejś prawdy w najgłupszych choćby oskarżeniach, kiedy je ktoś wobec mnie formułuje.”

    Nauczyciele są tacy sami jak reszta społeczeństwa. Od czasów Zimbardo wiadomo, że ludzie ulegają stereotypizacji. Brak grupy odniesienia to największy błąd tego badania.

  10. Z wieloma tu wpisami się zgadzam, ale.. Może jednak po prostu wreszcie ktoś głośno powiedział o czymś, co jest znane od lat ale niczego się z tym nie robi. Nie wiem jak Wy, ale ja doskonale z autopsji znam takie stygmatyzowanie na podstawie wyglądu. Jeśli jeszcze do tego dochodzi fakt, że uczeń pochodzi z rodziny dysfunkcyjnej, biednej czy też „patologicznej” (cudzysłów celowo), to pozamiatane po całości. Ilu nauczycieli spotkaliście na swojej drodze, którzy przechodzą do porządku dziennego nad „nie takim” ciuchem, farbowanymi włosami, makijażem, piercingiem? Ilu, tak naprawdę dostrzega to, co „taki” uczeń chce, może, mógłby? Ilu się wysila, by przebić skorupę, która często mają z góry wiedząc, że tak właśnie będą postrzegani? Jasne, wiem, są wyjątki, ale jak powiada przysłowie „one tylko potwierdzają regułę”.
    Kiedy myślę o szkole marzeń, o podmiotowości ucznia, o szacunku do niego..nie, stop – nie ucznia : dziecka, młodego człowieka(!)to rozumiem, że w takiej szkole nauczyciel będzie „zobowiązany” do patrzenia w głąb. Będzie szukał (wspólnie z dzieckiem) jego talentów, będzie go motywował do działania już tylko tym, że nie pozwoli sobie na stygmatyzowanie zez względu na jakikolwiek czynnik zewnętrzny. Ilu uczniów dziś należy do subkultur o skrajnych poglądach tylko dlatego, że czują się gorsi? Dlaczego czują się gorsi? Może te „badania” z wspomnianego artykułu dają na to odpowiedź?

    • Wystarczy zapoznać się z psychologią rozwojową (dokładnie etapem pokwitania), a dowie się Pani dlaczego dzieciaki ciągnie do subkultur. Owo „przyciąganie” nie ma nic wspólnego z nauczycielami i ich opinią.

  11. Gwoli uzupełnienia: ponieważ mam dziecko w gimnazjum, wiem, że obecnie większym nonkonformizmem trzeba się wykazać, ubierając się niewyzywająco do szkoły, niż zakładając obrożę z ćwiekami. Z punktu widzenia dziecka, oczywiście, nie nauczyciela. Utożsamianie ekstrawaganckiego ubioru z postawą nonkonformistyczną jest zbyt daleko idące. Równie dobrze może to być naśladownictwo osobnika alfa w danej grupie rówieśniczej i chęć pokazania rówieśnikom, ze jest się takim cool, ze hej. Ekstrawagancja w ubiorze w gimnazjum polskim nie zawsze, a wręcz rzadko idzie w parze z niezależnym myśleniem.

  12. @AI Masz rację z tym konformizmem wobec grupy rówieśniczej.
    Ze swojej perspektywy, z dwojga złego wolę już chyba konformizm wobec samicy alfa, niż prymusostwo, objawiające się równo zapiętą białą koszulą. Może dlatego, że dla swoich uczniów ja też jestem „czymś innym niż szkoła” i moim zadaniem jest odkręcanie szkód szkolnych (schematyzmów myślenia i obrzydzenia do nauki). I z tą misją łatwiej trafić do punka, niż do prymusa.

    Zauważył to Paweł — podejrzewając (choć może tylko przypominając tautologię językową…) że zespół cech, wyrażający się prymusowskim ubiorem jest przez szkołę nagradzany. A ten zespół cech obaj uważamy za szkodzący rozwojowi intelektualnemu. By nauczyć myślenia punka (konformistycznego wobec grupy rówieśniczej) wystarczy znaleźć sposób kontaktu z nim i zacząć z nim rozmawiać. By nauczyć myślenia prymusa (konformistycznego wobec nauczycieli) trzeba go najpierw oduczyć niemyślenia.

  13. Nie, skądże. Zauważam fakt. To tak samo, jak twierdzę, że łatwiej stopić ołów niż molibden.
    Nigdy żaden prymus w białej koszuli (chłopiec ze zdjęcia w Gazecie) do mnie nie trafił na nauki. Ale jeśli masz takie dziecko i szukasz dla niego tutora, to podejmę wyzwanie by odprymusić go, czyli: nauczyć myśleć, nauczyć krytycyzmu poznawczego, pokazać, że nauka dotyczy realnego świata, a nie pytań z testów, a nie tylko odpowiadać poprawnie na szkolne pytania. Idę o zakład, że i białej koszuli by się przy tej okazji pozbył.
    Choć lekcje z goth-panienką, poza nauczeniem/pokazaniem tego samego, nie miałyby wpływu na to, żeby zmieniła czarną szminkę na różową.

  14. Niestety, moje dziecko nie jest ani gotem, ani w białej koszuli. Właściwie żadne z moich dzieci nie jest. I raczej nie mają problemów z myśleniem. Nie potrzebują ani odprymusowienia, ani specjalnego zainteresowania ich nauką (w sensie nauką, nie uczeniem się dla ocen). Tym bardziej mnie boli, że zarówno w szkole, jak i – jak widzę – w nauczaniu zindywudalizowanym – zauważa się w zasadzie tylko skrajne grupy, całą resztę pomijając. W każdym przypadku moje dzieci są mało interesujące dla oświatowych organów – nie mają dość wysokiej średniej, by załapać się na stypendia naukowe, nagrody itp (u nas nawet stypendium za bycie laureatem konkursu przedmiotowego zależy od średniej – trzeba miec oprócz tego w gimnazjum co najmniej 5,5, czyli to jest dla prymusów), nie sa tez dość zaniedbane, by załapać się na zainteresowanie jakąkolwiek fundacją na rzecz nauki. A jednoczesnie nie sa dość nadziane, zeby stać je było na prywatnego tutora, ciekawe wyjazdy naukowe, językowe itp. I mimo że mają swoje pasje, w których osiągają pewne sukcesy, maja sprecyzowane i ciekawe plany na zagospodarowanie swojego życia, to cały system edukacyjny ma je gdzieś, niestety. Może trzeba było zostać przynajmniej gotem, wtedy by chociaż ktoś w gazecie by wykazał zainteresowanie.

  15. Przesadzasz z tą oceną nauczania indywidualnego. Skrajne grupy podaje się jako ilustrację w dyskusjach, zwłaszcza takiej jak ta, wywołanej artykułem przeciwstawiającym je sobie.
    Ale, oczywiście, ogromna większość moich uczniów to raczej dżinsy i luźny sweterek (choć przewinęła mi się dwójka w stylu bliskim ćwiekowo-kontestującemu).
    Napisałem tylko, że ze skrajności, skrajność goth-odlotu jest (tak mi się wydaje) dużo łatwiejsza we współpracy, niż prymusostwo. Tudzież, że pierwsze wrażenie, jakie ja odnoszę widząc goth to raczej uczucie sympatii, a prymusowska bluzeczka budzi we mnie raczej negatywne odczucia.

    Natomiast w pełni z Tobą się zgadzam, że system szkolny jest najbardziej szkodliwy i nieludzki dla dzieci rodzin niegdyś nazwynach „inteligenckimi”. Bogaci sobie poradzą w prywatnych szkołach i z tutoringiem, nad dziećmi z marginesu ktoś się pochyli, a system skupia się na spójności, czyli stara się zrobić wszystko, by jednak nawet najbardziej niechętni skończyli szkołę. Ale mainstream niech martwi się sam, musząc chodzić do szkoły, skupiającej się na ogłupianiu testami i równaniu wszystkich do jednego poziomu (czyli poziomu procentów na maturze). Najgorzej właśnie dla dzieci o tradycji inteligenckiej, z domu wynoszących zainteresowanie nauką, ale konfrontowanych w szkole niemal wyłącznie z ogłupianiem i wybijaniem im z głowy tych zainteresowań.

    A swoją drogą – jeśli Twoje dziecię ma jakieś pomysły fizyczno-matematyczno-filozoficzne i chciałoby je ze mną przedyskutować, to niech śmiało pisze. Za sporadyczne konsultacje mailowe nie domagam się zapłaty ;)

  16. Badania opisane w wymienionym artykule są mocno „nietrafione”. Właściwie zastanawiam się po co były robione…

    Odwróćmy sytuację.

    Jakbym wyglądała w szkole pod tablicą w ćwiekach, glanach i różowych włosach? Co by powiedziano o takim nauczycielu? Ile osób poświęciłoby chwilę czasu, aby dostrzec we mnie „dobrego” nauczyciela? Kto przyjmie do pracy w firmie człowieka, który na rozmowie kwalifikacyjnej pojawi się w skórze z ćwiekami i irokezie? Na ilu „językach” będzie dziewczyna, która w kościele przed ołtarzem stanie w „mini mini”, gorsecie i szpilach?

    Szkoła to miejsce pracy nauczyciela, ale również ucznia. Tak moi drodzy, to miejsce ciężkiej pracy. Gimnazjalista pojawiający się na lekcji w kapturze ostentacyjnie okazuje „szacunek” tej pracy. Istnieją pewne kanony, a nauczyciel ma w obowiązku uświadomić uczniów, że na wszystko jest miejsce i czas. Jedyną obniżoną oceną może być ta wystawiona z zachowania, jeżeli z wyzywającym ubiorem łączy się zupełny brak kultury, a przyznam, iż często „chadzają” w parze.

  17. Poza oceną poprawności metodologicznej badania, ciekawy jest sam wymiar, na jakim oceniano uczniów. „Pilny – leniwy”. Wprawdzie osoby badające narzuciły ten wymiar, jednak w szkole wymiary typu „pilny – leniwy”, „grzeczny – niegrzeczny”, „zdolny – (…)” są bardzo ugruntowaną rzeczywistością językową, a jak wiadomo, jak o kimś myślimy, tak o kimś czujemy, taką postawę wobec niego wykazujemy. Pracując w szkole jako psycholog, nie raz spotkałem się ze smutną prośbą, by wykonać test, który pokaże, czy on jest naprawdę „zdolny, mądry” itd.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*