avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Uczniowie Sokratesa

Rozwijaj Maluchy!

17.02
2012

„To jedyny pozytywny efekt reformy, że rodzice wykazali się ponadprzeciętną aktywnością obywatelską” – tak inicjatorka akcji Ratuj Maluchy, Karolina Elbanowska, komentowała obywatelski projekt ustawy przeciw reformie, która miała wprowadzić obowiązek szkolny dla sześciolatków. Istotnie, poruszyć i zjednoczyć ludzi wokół sprawy to jest sukces. Zgadzam się również z diagnozą: szkoły w Polsce pozostawiają wiele do życzenia, a MEN prowadzi politykę faktów dokonanych i nie podejmuje z rodzicami dialogu. Moje wnioski z diagnozy sytuacji w polskiej szkole są jednak odmienne od tych, które wyciągają liderzy ruchu.

Na stronie akcji można przeczytać:
„Wiele szkół jest w bardzo złym stanie technicznym. Dzieci uczą się w przepełnionych klasach, w systemie zmianowym. Nie ma oddzielnych stref dla dzieci młodszych. Brakuje nie tylko świetlic , ale często także szatni. Dzieci narażone są na agresję, hałas i stres.”   Albo: „Mój syn codziennie przed szkołą mówi, że boli go brzuch, płacze straszliwie żebym nie zaprowadzała go do świetlicy…”

Nawet jeśli przytoczone relacje są stronnicze (raport portretuje tylko ciemną stronę szkoły), to zapewne są autentyczne. Obraz polskiej szkoły, który z niego się wyłania, jest przygnębiający i odstraszający.

Ale czy problem dotyczy tylko sześciolatków? Czy posłanie do takiej szkoły siedmio-, dziesięciolatka jest w porządku?

Nie chciałabym posyłać do niej nawet nastolatków. Ani do takiej, w której  zimą jest zbyt zimno a latem zbyt ciepło. Ani do takiej, w której sypie się ocenami niedostatecznymi, a nauczyciel uczy monotonnie, nie potrafi zainspirować uczniów zdolnych i nie widzi sensu pracy z uczniami, którzy sobie nie radzą.

Straszna ta polska szkoła. Straszna dla wszystkich dzieci. I dlatego trzeba ją zmienić. Jak najszybciej. Reforma sześciolatków otwierała taką możliwość. Choć dotyczyła młodszych uczniów, na zmianach mogli skorzystać także ich starsi koledzy.

Rodzice wolą posłać dziecko do szkoły – z  ławkami, w których dzieci nie potrafią wysiedzieć, z nieprzyjaznym, nierozumiejącym nauczycielem, z agresją i nudą – jak najpóźniej. Do tego okrutnego miejsca, w którym kończy się dzieciństwo, wolą posłać siedmioletnie dziecko. Ratujmy  7-, 8-, 9-latki przed niedobrą szkołą. Ratujmy je przed szkołą, w której się nudzą i  której nie lubią.

Reforma miała być impulsem do gruntownych zmian w szkole. Przynajmniej powinna być. Przecież sprawy dobrego wykształcenia całej generacji nie załatwią ani liczne dziecięce uniwersytety, ani Centrum Nauki Kopernik. One tylko dają impuls do zmian i pokazują drogę. Miejscem przeznaczonym do codziennej pracy nad umysłem i charakterem jest szkoła.
Nowa podstawa programowa daje szkole i nauczycielom duże możliwości. Zachęca do przeorganizowania przestrzeni klasy i czasu nauki, dostosowując jedno i drugie  do możliwości i potrzeb uczniów. Tylko połowa czasu przeznaczonego na kształcenie polonistyczne ma odbywać się w ławkach, w przypadku matematyki – tylko jedna czwarta może być przeprowadzona tradycyjnie, w ławce, przy pomocy zeszytu i podręcznika. W pierwszych miesiącach nauki dominującą formą zajęć powinny być zabawy, gry i sytuacje zadaniowe.  Przyrody z kolei dzieci mają uczyć się przede wszystkim przez kontakt z nią. Dzieci powinny eksperymentować, tworzyć, konstruować, a nauczyciel  ma odkrywać uzdolnienia uczniów i umożliwiać ich rozwój. Oczywiście, podstawa programowa nie jest księgą magicznych zaklęć – nie wystarczy napisać, by tak się stało. Potrzebne są środki motywujące i  finansowe. Te drugie – na poprawienie infrastruktury i szkolenia dla nauczycieli. Te pierwsze – by zachęcić ich do twórczego wykonywania swojego zawodu.

Są szkoły, które potraktowały reformę poważnie a przy okazji wykazały się przedsiębiorczością. Skorzystały one na przykład z ministerialnego programu Radosna Szkoła (1, 278 mln zł z budżetu państwa), w ramach którego m.in. finansowane są pomoce dydaktyczne dla uczniów nauczania wczesnoszkolnego. Jednak nie wszystkie szkoły doceniają tę możliwość. Ostatnio słyszałam taki głos:” nasza szkoła nie wzięła udziału w programie, bo nauczyciele nie byli tym zainteresowani”. Gdyby nie zachowawczość szkoły, z sześciolatkami czy bez, placówka mogła zaproponować dzieciom zupełnie nowe aktywności i większy komfort zabawy.

Szkoła nie musi być końcem dzieciństwa. Może dzieciństwo przedłużać – jako czas zabawy i radosnej nauki. Zdecydowane postawienie sprawy przez władze edukacyjne (szkoła musi zmienić się: wyposażyć, zmienić formy nauczania i stosunek do uczniów), zmobilizowałoby kierownictwo i kadrę wielu szkół. W sytuacji rozmycia reformy i oczekiwań wobec szkoły, trudno tego oczekiwać.

Obecnie jesteśmy na etapie niezadowolenia i braku wiary, że w szkole może być inaczej, lepiej. Podejmowane działania, takie jak akcja Ratuj Maluchy,  utrwalają krytykowaną rzeczywistość a obudzona społeczna energia i aktywność obywatelska służy jedynie przesunięciu wyroku na ratowane maluchy o rok.

Jest taka śląska anegdota. Gustlik, codziennie na przerwie śniadaniowej  wyciągał kanapki, rozwijał i mówił: ” znowu z serem!” I do kosza. Któregoś dnia wyjął kanapki, nawet nie rozpakował i wyrzucił. Zdziwieni koledzy: „Nawet nie sprawdziłeś.” Odpowiedział: „Dzisiaj sam zrobiłem.”

Podziel się ze znajomymi

5 komentarze do “Rozwijaj Maluchy!

  1. Moze juz czas zrobic nastepny krok od czasu powstania szkol spolecznych i stworzyc przykladowa jedna lub siec szkol wykorzystujac wszystkie idee o ktorych tu czytamy, ken robonson mowi etc. Nadzieja ze system sie zmieni jest plonna. Najlepszy przyklad ostatnich dwoch rzadow wywodzacych sie (men) ze srodowiska szkol niepublicznych a mimo to nie bedacych w stanie zrealizowac naszych (ambitnych) oczekiwan. Wezmy szkoly w nasze rece. Stworzmy modelowa szkole ktora inni rodzice beda mogli powielac. Zamiast pisac protesty zbudujmy sobie takie szkoly o jakich marzymy.

  2. Szkoda że ten wpis nie pojawił się wtedy w blogosferze kiedy ludzie z owczym pedęm klikali „lubię to” w akcję Pani Elbanowskiej. Na pierwszy rzut oka wydawała się słuszna. Po głębszym zastanowieniu już nie miałem takiego entuzjazmu wobec niej.

  3. Szkoły społeczne pięknie zreformowały nam edukację, ale to było ponad dwadzieścia lat temu. Tymczasem świat tak radykalnie się zmienił. Jeden z czynników zmian to internet, który nie tylko zmienił dostęp do informacji, ale przede wszystkim sposób myślenia. Sieć 2.0 uwolniła społeczną aktywność. Tak jak nie ma jednego źródła informacji, tak trudno mówić o jednym modelu szkoły. Dziś wielu może tworzyć i proponować. Tak, zamiast narzekać, bierzmy sprawy – szkoły także – w swoje ręce.

  4. Tak… tylko za reformą nie idą pieniądze… Kiedy kończy się rekrutacja w mojej szkole i zaczynamy błagać organ prowadzący o zgodę na mniejsze klasy, dostajemy odmowę i klasy mamy 28 osobowe. Kiedy prosimy o dodatkowe etaty w świetlicy, bo na jednego nauczyciela przypada ponad 40 dzieci – dostajemy odmowę. Kiedy wybudowano nam piękną, nową szkołę – dano nam piękne, przestronne korytarze i łazienki, zaplecza i mnóstwo innych małych pomieszczeń bez okien – sale zaś są małe i jest za mało, aby nie pracować w trybie zmianowym. Wkrótce chyba już zaczniemy pracę na trzy zmiany. Bo może ktoś źle wyznaczył obwód szkoły? Nie przemyślał, nie przeliczył? Planowano szkołę na 500 uczniów, a ma ich – na dobry początek, bo to nie koniec – prawie 1200! Jeśli dyrektor nie jest zaradny – na szczęście u nas choć to nie ma miejsca – nie ma środków na dobre, przyjazne wyposażenie sal, zagospodarowanie przestrzeni dla dzieci… Można by mnożyć takie przykłady. Zróbmy reformę – ok. A potem – radźcie sobie sami. Brzmi to dość okrutnie, ale jest to chyba główna przyczyna lub jedna z głównych przyczyn niepowodzeń wszelkich reform w polskiej edukacji. Środki unijne nie we wszystkim pomogą…

    • Nie zawsze pieniądze są odpowiedzią na wszystkie kłopoty. Nie chcę bronić (ani atakować) rządu i jego polityki, ale naprawdę zarządzanie odbywa się na o wiele niższym poziomie. Bardzo często problemy powstają lokalnie i tylko lokalnie można je rozwiązać. Tak jak we wszystkich dziedzinach życia publicznego i działalności przedsiębiorczej, potrzebne są dobre kadry: dyrektorzy i lokalne władze. Reformy w pewnej mierze wymuszają większy profesjonalizm działania i uzmysławiają konieczność dobrego gospodarowania i zarządzania także w oświacie.
      Pieniądze w edukacji – jest ich wystarczająco dużo i nakłady wciąż rosną, mimo niżu demograficznego. W ciągu dziesięciu lat, pomiędzy rokiem 2001 a 2010 wzrosły z 19 do 33 mld – ponad 40 procent.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*