Królestwo za konia, milion za strategię.
Ostatnio w prasie czytamy: „Polski student nie ma gwarancji, że dyplom da mu pracę”. Podobnie, maturzysta z maksymalnym wynikiem z egzaminów czy laureat olimpiad nie może być pewien przyszłych sukcesów. Także gimnazjalista, który świetnie poradzi sobie z testami weryfikującymi jego wiedzę na koniec gimnazjum daleki jest od tego, by przepowiadać mu świetlaną przyszłość. A uczeń kończący szkołę podstawową? Czy czerwony pasek na świadectwie sam jest świadectwem jego talentów, umiejętności myślenia itd.? Wkroczyliśmy właśnie w tę fazę roku szkolnego, gdy najważniejsze są egzaminy i rankingi. Co z nich można wyczytać na temat jakości naszego kształcenia? Wszystkie edukacyjne miary mierzą tylko i wyłącznie osiągnięcia dokonane w szkolnym świecie. A szkoła i życie to odrębne królestwa.
Pani Minister Kudrycka zareagowała błyskawicznie: milion dla wydziałów, które zbliżą szkołę (wyższą) do życia. Szkolnictwo wyższe jako fabryka bezrobotnych to tylko czubek góry lodowej. Nasze nadzieje, potencjał, talenty rozbijają się dużo wcześniej o nieruchomą bryłę polskiej edukacji. Czas edukacji, łącznie ze studiami wyższymi, trwa ok 17 lat! Czy dobrze nim gospodarujemy? Nie powinniśmy chyba zakładać, że sprawności poruszania się w świecie nabiera się dopiero na ostatniej prostej. Umiejętności i postawy nalepiej kształtować od dzieciństwa. W końcu mądrość ludowa uczy od dawna, że czym skorupka za młodu ... albo też: czego się mały Jaś nie nauczy ... Jeśli 20-letni student nie słyszał o pracy zespołowej albo nigdy nikt nie wymagał od niego logicznego myślenia i posługiwania się własną wiedzą, to niemal tak, jakby uczyć go czytać i liczyć dopiero po maturze. Studia to zbyt późny i zaawansowany etap, by kształtować tak podstawowe umiejętności.
Dlaczego 6-latków nie uczyć współdziałania a 9-latków krytycznego myślenia? Na zajęciach Uniwersytetu Dzieci – prowadzonych zarówno w czasie wolnym, jak i w szkołach – spotykamy setki dzieci, które wręcz garną się do nauki, żarliwie eksperymentują, razem konstruują albo tworzą strategie biznesowe. Nieustannie rosnąca liczba rodziców zainteresowanych takimi zajęciami dla swoich dzieci, świadczy o tym, że zwracają uwagę na formę zajęć i zależy im na rozwijaniu u dzieci zainteresowań i odpowiednich kompetencji. Z wielu rozmów wiemy, że nie dostają tego od szkoły.
Jaka powinna być polska szkoła? Czego powinna uczyć? To wiadomo: powinna być twórcza, ciekawa, efektywna, bezpieczna, przyjazna, dostępna, nie powinna obciążać domowych budżetów, ale powinna uczyć myślenia, skutecznego działania, ma także rozwijać talenty, przygotowywać do dorosłego życia, tak, by było w miarę spełnione, a więc umożliwić przyszłym dorosłym pracę i umiejętność życia w społeczeństwie. Czy ktoś się nie zgodzi? Każdy pewnie coś jeszcze doda, każy z pewnością postawi nacisk na coś innego. Wszyscy zapewne się zgodzą, że powinna jednocześnie rozwijać każdego indywidualnie i kształtować przyszłych obywateli, członków różnych społeczności (rodziny, zespołu pracowników, mieszkańców osiedla czy kraju, ludzkości). Mało tego, taka wizja szkoły wpisana jest w nową podstawę programową.
Dlaczego więc wykrwawiamy się w walkach: szkoły pustoszone przez niż demograficzny: zamykać–nie zamykać, sześciolatki do szkół: tak–nie. Historii w szkołach należy uczyć: dużo-mało. Można znaleźć dobre przykłady popierające każde ze stanowisk, ale decyzja w żadnej z tych spraw, oderwana od całości edukacyjnych zagadnień nie podniesie jakości kształcenia.
Wszystkie zabiegi edukacyjne służą wykształceniu kompetencji, szczególnie kluczowych, zdefiniowanych jako te, których wszystkie osoby potrzebują do samorealizacji i rozwoju osobistego, bycia aktywnym obywatelem, integracji społecznej i zatrudnienia. W 2006 r. Parlament Europejski przyjął zalecenia dotyczące ram odniesienia w kształtowaniu tych kompetencji dla wszystkich państw członkowskich. Nawet nie odwołując się do ustaleń parlamentu, a jedynie do zdrowego rozsądku, można zauważyć, że brak płynnego przejścia z okresu nauki do pracy pokazuje wady zaszyte w naszym systemie kształcenia. Weźmy pod uwagę, że na studia idą już dorośli, uformowani ludzie, mający swoje nawyki, zachęceni lub zniechęceni do działania, z rozbudzonym lub uśpionym duchem przedsiębiorczości, potrafiący lub nie logicznie myśleć, kreatywni lub tacy, których twórczość kończy się na wycinankach w trzeciej klasie podstawówki.
Prezes PZU, który swoją wypowiedzią dla GW rozpoczął dyskusję, wyznał, że sam najchętniej zatrudnia matematyków, fizyków czy biologów. Absolwenci tych kierunków najlepiej radzą sobie z analizą danych i wyciąganiem wniosków. Nauki przyrodnicze, tak jak matematyka, uczą dyscypliny myślenia. Dodatkowo, dają możliwość bezpośredniego kontaktu z rzeczywistością nauki. Wiecej doświadczeń przyrodniczych w szkole nie tylko sprawiłoby, że nauka byłaby ciekawsza, ale także nauczyłaby właściwego wyciągania wniosków. Tymczasem nauczyciele traktują je – doświadczenia - jako dodatek, gdy wystarczy czasu i uda się je zorganizować. Tak przynajmniej wynika z praktyki Uniwersytetu Dzieci. Zajęcia naukowe, które prowadzimy w szkołach, mają m.in. służyć nauczycielom inspiracjami do własnych aktywnych działań. Nauczyciele jednak, doceniając taką formę nauki, traktują ją jako atrakcyjny dodatek. Prawdziwa nauka to ta prowadzona przy pomocy tablicy, kredy i notatek w zeszycie. Bo nie ma możliwości, środków,czasu, motywacji. Są oczywiście wyjątki, które przywracają wiarę w nauczycieli – wsparci i zmotywowani będą uczyć ciekawie i praktycznie.
Czy zatem skazani jesteśmy w sprawie edukacji na „zmądrzenie po szkodzie”?
Jeśli nawet, to niech to będzie nasza szkoda, nie kolejnego pokolenia, które, znowu spiszemy na straty, jeśli nie zrobimy tego, o czym narazie tylko mówimy i piszemy. A wartość kolejnej generacji liczy się nie tylko w milionach. Sami będziemy zarówno cierpieć, jak i się wstydzić, jeśli go właściwie nie wprowadzimy do naszego królestwa.
Szybki przepis na geniuszy
Czytam najnowszy numer magazynu Wired, amerykańskiego periodyku o nowych technologiach i ich wpływie na kulturę, ekonomię i politykę, a w nim artykuł „ Uprawa geniuszy”. Tematem tekstu jest fenomen „klastrów wybitnych jednostek”, które od czasu do czasu pojawiają się tu i ówdzie.
„Wszelkie wzrosty ekonomiczne mają bardzo proste źródło: nowe idee. To nasza kreatywność stoi za naszym bogactwem. Jak zatem możemy zwiększyć tempo innowacji? Czy możliwe jest zainspirowanie większej liczby Picassów i Jobsów?” -pyta autor.
Okazuje się, że geniusze nie są przypadkowo rozsiani w czasie i przestrzeni. Często pojawiają się nie pojedynczo, ale całymi gronami. I tak w starożytnych Atenach, mniej więcej w jednym czasie pojawił się Platon, Sokrates, Tukidydes, Herodot, Eurypides. Ajschylos, Arystofanes. Zasadniczo, to oni właśnie mieli decydujący wpływ na uformowanie Zachodniej Cywilizacji. Podobnie, jeśli spojrzymy na Florencję pomiędzy 1440 a 1490 rokiem, zobaczymy, że to wtedy ok.70-tysięczne miasto pozwoliło zaistnieć oszałamiającej liczbie artystów, a wśród nich takim postaciom, jak Michał Anioł, Leonardo da Vinci, Botticelli.
Co stoi za taką eksplozją kreatywności? „Tajemnica leży w szczególnych meta-ideach, które stanowią grunt dla kolejnych pomysłów” - stawia hipotezę autor artykułu. Analizując różne epoki charakteryzujące się nadmiarem geniuszy, możemy stworzyć wzorzec kreatywności dla XXI wieku.
Jakie konkretnie meta-idee, zdaniem autora, tworzą najlepsze środowisko dla rozwoju talentów. Pierwsza to skrzyżowanie kultur, cywilizacji: to nie przypadek, że wszystkie dawne „klastry talentów” były wielkimi centrami handlu w których krzyżowały się szlaki, a przybysze i wędrowcy, mogli dzielić się przywiezionymi rozwiązaniami i pomysłami. Badania wskazują, że zasada ta jest wciąż aktualna, bo wzrost liczby imigrantów z wyższym wykształceniem o jeden procent skutkuje 9-18-procentowym wzrostem ilości patentów.
Inny powracający temat to edukacja. Wszystkie kwitnące kultury były pionierami nowych form nauczania. We Florencji skutecznie praktykowany model „mistrz i uczeń” umożliwił młodym artystom naukę w pracowniach starych ekspertów. Elżbietańska Anglia zrobiła z kolei nieprawdopodobny wysiłek, by wyedukować ówczesną klasę średnią – tą drogą Szekspir, syn rękawicznika, który nie potrafił się podpisać, dostał darmowe lekcje łaciny. Szeroko zakrojone wysiłki na rzecz dobrej edukacji odpłacają się liczbą ujawnionych i rozwiniętych talentów. Jak pisał T.S. Eliot, wspaniałe czasy nie rodzą większej liczby geniuszy, tylko mniej ich marnują.
Ostatnia meta-idea to zdolność do podejmowania ryzyka. Szekspir miał to szczęście, że zyskał poparcie dworu dla swojego pisarstwa. Powstało, owszem, wiele poślednich tragedii historycznych, ale bez tego nie było by zapewne „Hamleta” czy „Burzy”. Medyceusze nie obawiali się wspierać artystów także w ich szalonych i nowych malarskich pomysłach, takich jak choćby perspektywa.
Wymiana, edukacja, odwaga – czy to jest przepis na powodzenie także w dzisiejszych czasach? Nie od dzisiaj docenia się wartość „wymiany”. Studenci w ramach programu Erazmus wyjeżdżają postudiować i popraktykować za granicę. Teraz wyjeżdżać zaczęli także naukowcy. Ministerstwo Nauki postanowiło wysłać poszukujących naukowców na kilkumiesięczne staże na najlepsze (głównie amerykańskie) uczelnie, przede wszystkim po to, by podpatrzyli proces przeobrażania pomysłu, odkrycia w produkt.
Po nauki, najchętniej do Doliny Krzemowej, jeżdżą też młodzi przedsiębiorcy z kręgów nowych technologii. Kolej na następny ruch.
Jonah Lehrer, Cultivating Genius, Wired, marzec 2012
Naukowiec przed maturą
Kiedy rozpoczyna się karierę naukową? Po doktoracie? Wraz z publikacją w prestiżowym piśmie? Międzynarodowe konkursy młodych naukowców pokazują, że zacząć można już w liceum. Odbyła się właśnie kolejna polska edycja Konkursu Prac Młodych Naukowców, którego laureaci wezmą udział w finałach EU Contest of Young Scientists (EUCYS) oraz Intel International Science and Engineering Fair (Intel ISEF). Miałam przyjemność być jednym z 16 jurorów i dzięki temu mogłam odbyć kilkanaście bardzo ciekawych rozmów z przyszłą polską kadrą naukową.
W Konkursie dominowały nauki przyrodnicze – nic dziwnego, badań i pomysłów w tym zakresie oczekują organizatorzy. Dziwił natomiast brak projektów inżynieryjnych, choć takich m.in. spodziewali się organizatorzy Intel ISEF. Młodzi naukowcy, wszyscy urodzeni po roku 1992, prezentowali się nieźle. W wielu przypadkach mogli się pochwalić solidnym warsztatem naukowym, żywą współpracą z akademickimi ośrodkami, ciekawą i ważką tematyką badań. Wielu z nich bazowało na obserwacji otaczającego świata i rozwijaniu wątków podsuwanych przez otoczenie. I tak kilkoro z nich za przedmiot badań wybrało np. mrówki albo pasożyta atakującego kasztanowce lub też pszczołę murarkę, która z powodzeniem może zastąpić w zapylaniu roślin ginące pszczoły miodne. Z kolei licealista z Wilamowic zajął się dociekliwymi badaniami swojej niezwykłej, obdarzonej kulturalną odrębnością miejscowości.
Wśród uczestników byli również tacy, którzy swoje badania prowadzili w zaawansowanych laboratoriach akademickich, pod okiem naukowców. Wszyscy uczestnicy polskiego finału wyróżniali się dociekliwością i naukowym zacięciem. Potrafili precyzyjnie zdefiniować przedmiot swojej pracy. Niejeden z młodych badaczy na żmudne badania poświęcił cały czas wolny. Wszyscy cechowali się ogromnym zaangażowaniem i zapałem. Wśród uczestników była mniej więcej podobna liczba dziewcząt i chłopców.
Młodzi badacze potrafili zarówno skoncentrować się na szczegółowych badaniach wypełniających istniejącą lukę, jak i prowadzić innowacyjne poszukiwania otwierające nowe możliwości. Te pierwsze umożliwiają młodym ludziom wypracowanie solidnego warsztatu naukowego, który – miejmy nadzieję – przyda się im w dalszej, samodzielnej działalności naukowej. Praca niektórych już teraz zresztą stanowi wkład do dziedzictwa nauki. Młody badacz zajmujący się motylami we Wrocławiu opisał występowanie wybranych gatunków motyli na terenie tego miasta, odkrywając jednocześnie nowy gatunek detrytofaga, a debiutujący etnograf opisał unikatową i zanikającą kulturę wilamowicką, charakteryzującą się nie tylko własną obyczajowością, strojem, ale i całkowicie odrębnym językiem.
Drugą grupę (zdecydowanie mniej liczną) stanowili uczestnicy, którzy postawili na odkrycia przełomowe, wprowadzające naukę w rejony, w których jeszcze nie była. Tu na szczególną uwagę zasługiwał chemik, uczeń I kl. liceum, który za cel postawił sobie badania zmierzające do opracowania metody leczenia choroby zwiotczenia mięśniowego, na którą obecnie nie ma skutecznego leku.
Zwycięzcy polskich eliminacji teraz będą mieli możliwość porównania się ze swoimi kolegami z Unii Europejskiej w Bratysławie oraz ze świata w Pittsburghu.
Do tej pory w europejskim konkursie EUCYS polscy reprezentanci zdobyli 20 nagród, w konkursie Intela będziemy reprezentowani po raz pierwszy. W jakim znajdą się towarzystwie? Nie wiadomo, z pewnością konkurencja będzie bardzo silna. A jest o co walczyć. Oprócz prestiżu, zwycięzcy wygrywają również nagrody pieniężne o łącznej wartości 4 mln dolarów. Główną nagrodę przyznaje się na podstawie innowacyjnych badań oraz potencjalnego wpływu pracy na daną dziedzinę i świat.
W edycji Intel ISEF 2011 główną nagrodę (75 tys. dolarów) otrzymała praca dotycząca innowacyjnych metod leczenia raka, sygnowana przez siedemnastolatka i osiemnastolatka z liceum w Lafayette w Kalifornii. Inną prestiżową nagrodę w tej edycji, przyznawaną za poszukiwanie innowacyjnych rozwiązań problemów jutra, otrzymał zespół szesnasto- i siedemnastolatków z Tajlandii, za opracowanie opakowań wytworzonych z rybich łusek.
Moje największe obawy dotyczą stopnia innowacyjności – czy nasi aspirujący do miana naukowca badacze mają nietuzinkowe pomysły i odwagę podejmowania poważnych wyzwań naukowych? Wśród wszystkich kandydatów widziałam tylko jedną taką osobę – wspomnianego chemika. Drugą osobą, której chętnie przyznałabym punkty za odwagę i szerokie spektrum myślenia był badacz modliszek, który chciałby zaproponować modliszki jako domowy sposób na muchy i mole, a poważniej – sposób na roznoszące malarię komary. Tu jednak pomiędzy pomysłem a realizacją tego drugiego była jeszcze przepaść wielkości kanionu rzeki Kolorado.
Czy pracę naukową należy zacząć już w liceum? Na pewno można, choć jest to droga dla najzdolniejszych i najbardziej pracowitych. Inny amerykański program Intel Science Talent Research pokazuje wyraźnie, że wspieranie rozwoju młodych naukowych talentów to wspieranie także przyszłych noblistów – wśród swoich podopiecznych program ma ich już siedmiu. Warto, by zachęcać polskich edukatorów i instytucje zainteresowane rozwojem zarówno edukacji, jak i nauki do organizowania podobnych przedsięwzięć, a media - by wszystkie takie inicjatywy nagłaśniały.
Rozwijaj Maluchy!
„To jedyny pozytywny efekt reformy, że rodzice wykazali się ponadprzeciętną aktywnością obywatelską” - tak inicjatorka akcji Ratuj Maluchy, Karolina Elbanowska, komentowała obywatelski projekt ustawy przeciw reformie, która miała wprowadzić obowiązek szkolny dla sześciolatków. Istotnie, poruszyć i zjednoczyć ludzi wokół sprawy to jest sukces. Zgadzam się również z diagnozą: szkoły w Polsce pozostawiają wiele do życzenia, a MEN prowadzi politykę faktów dokonanych i nie podejmuje z rodzicami dialogu. Moje wnioski z diagnozy sytuacji w polskiej szkole są jednak odmienne od tych, które wyciągają liderzy ruchu.
Na stronie akcji można przeczytać:
„Wiele szkół jest w bardzo złym stanie technicznym. Dzieci uczą się w przepełnionych klasach, w systemie zmianowym. Nie ma oddzielnych stref dla dzieci młodszych. Brakuje nie tylko świetlic , ale często także szatni. Dzieci narażone są na agresję, hałas i stres.” Albo: "Mój syn codziennie przed szkołą mówi, że boli go brzuch, płacze straszliwie żebym nie zaprowadzała go do świetlicy..."
Nawet jeśli przytoczone relacje są stronnicze (raport portretuje tylko ciemną stronę szkoły), to zapewne są autentyczne. Obraz polskiej szkoły, który z niego się wyłania, jest przygnębiający i odstraszający.
Ale czy problem dotyczy tylko sześciolatków? Czy posłanie do takiej szkoły siedmio-, dziesięciolatka jest w porządku?
Nie chciałabym posyłać do niej nawet nastolatków. Ani do takiej, w której zimą jest zbyt zimno a latem zbyt ciepło. Ani do takiej, w której sypie się ocenami niedostatecznymi, a nauczyciel uczy monotonnie, nie potrafi zainspirować uczniów zdolnych i nie widzi sensu pracy z uczniami, którzy sobie nie radzą.
Straszna ta polska szkoła. Straszna dla wszystkich dzieci. I dlatego trzeba ją zmienić. Jak najszybciej. Reforma sześciolatków otwierała taką możliwość. Choć dotyczyła młodszych uczniów, na zmianach mogli skorzystać także ich starsi koledzy.
Rodzice wolą posłać dziecko do szkoły - z ławkami, w których dzieci nie potrafią wysiedzieć, z nieprzyjaznym, nierozumiejącym nauczycielem, z agresją i nudą - jak najpóźniej. Do tego okrutnego miejsca, w którym kończy się dzieciństwo, wolą posłać siedmioletnie dziecko. Ratujmy 7-, 8-, 9-latki przed niedobrą szkołą. Ratujmy je przed szkołą, w której się nudzą i której nie lubią.
Reforma miała być impulsem do gruntownych zmian w szkole. Przynajmniej powinna być. Przecież sprawy dobrego wykształcenia całej generacji nie załatwią ani liczne dziecięce uniwersytety, ani Centrum Nauki Kopernik. One tylko dają impuls do zmian i pokazują drogę. Miejscem przeznaczonym do codziennej pracy nad umysłem i charakterem jest szkoła.
Nowa podstawa programowa daje szkole i nauczycielom duże możliwości. Zachęca do przeorganizowania przestrzeni klasy i czasu nauki, dostosowując jedno i drugie do możliwości i potrzeb uczniów. Tylko połowa czasu przeznaczonego na kształcenie polonistyczne ma odbywać się w ławkach, w przypadku matematyki – tylko jedna czwarta może być przeprowadzona tradycyjnie, w ławce, przy pomocy zeszytu i podręcznika. W pierwszych miesiącach nauki dominującą formą zajęć powinny być zabawy, gry i sytuacje zadaniowe. Przyrody z kolei dzieci mają uczyć się przede wszystkim przez kontakt z nią. Dzieci powinny eksperymentować, tworzyć, konstruować, a nauczyciel ma odkrywać uzdolnienia uczniów i umożliwiać ich rozwój. Oczywiście, podstawa programowa nie jest księgą magicznych zaklęć – nie wystarczy napisać, by tak się stało. Potrzebne są środki motywujące i finansowe. Te drugie – na poprawienie infrastruktury i szkolenia dla nauczycieli. Te pierwsze – by zachęcić ich do twórczego wykonywania swojego zawodu.
Są szkoły, które potraktowały reformę poważnie a przy okazji wykazały się przedsiębiorczością. Skorzystały one na przykład z ministerialnego programu Radosna Szkoła (1, 278 mln zł z budżetu państwa), w ramach którego m.in. finansowane są pomoce dydaktyczne dla uczniów nauczania wczesnoszkolnego. Jednak nie wszystkie szkoły doceniają tę możliwość. Ostatnio słyszałam taki głos:” nasza szkoła nie wzięła udziału w programie, bo nauczyciele nie byli tym zainteresowani”. Gdyby nie zachowawczość szkoły, z sześciolatkami czy bez, placówka mogła zaproponować dzieciom zupełnie nowe aktywności i większy komfort zabawy.
Szkoła nie musi być końcem dzieciństwa. Może dzieciństwo przedłużać – jako czas zabawy i radosnej nauki. Zdecydowane postawienie sprawy przez władze edukacyjne (szkoła musi zmienić się: wyposażyć, zmienić formy nauczania i stosunek do uczniów), zmobilizowałoby kierownictwo i kadrę wielu szkół. W sytuacji rozmycia reformy i oczekiwań wobec szkoły, trudno tego oczekiwać.
Obecnie jesteśmy na etapie niezadowolenia i braku wiary, że w szkole może być inaczej, lepiej. Podejmowane działania, takie jak akcja Ratuj Maluchy, utrwalają krytykowaną rzeczywistość a obudzona społeczna energia i aktywność obywatelska służy jedynie przesunięciu wyroku na ratowane maluchy o rok.
...
Jest taka śląska anegdota. Gustlik, codziennie na przerwie śniadaniowej wyciągał kanapki, rozwijał i mówił: ” znowu z serem!” I do kosza. Któregoś dnia wyjął kanapki, nawet nie rozpakował i wyrzucił. Zdziwieni koledzy: „Nawet nie sprawdziłeś.” Odpowiedział: „Dzisiaj sam zrobiłem.”
Polska nie jest innowacyjnym krajem
Polska jest najmniej innowacyjnym krajem – można było przeczytać ostatnio w mediach biznesowo-ekonomicznych, cytujących międzynarodowe badania GE Global Innovation Barometr. Jest to wniosek z wypowiedzi prawie 3 tysięcy menedżerów wyższego stopnia z dwudziestu dwóch krajów, w tym stu z Polski, którzy wzięli udział w badaniu. Ponad 60 proc. z nich uznało naszą aktywność w zakresie innowacyjności za wątłą. Wśród badanych krajów, USA, Japonia, Niemcy – z czym łatwo się pogodzić – okazują się najbardziej twórcze. W czołówce znalazły się również Chiny, które coraz mniej kopiują, a coraz więcej tworzą. Wyprzedziły nas również takie kraje, jak Algieria, Meksyk, Rosja czy Turcja.
Według badanych, innowacyjność polega zarówno na wytwarzaniu nowych produktów, jak i na nowatorskich formach działania oraz tworzeniu środowiska sprzyjającego kreatywności i wprowadzaniu zmian.
Czy wszyscy muszą być wynalazcami?
Tegoroczne wyniki wskazują na coraz silniejszy związek innowacyjności i konkurencyjności. Kraje, w których docenia się rozwój i zmianę, odnotowują najwyższy wzrost. 92% badanych stwierdziło, że odkrywczość jest głównym czynnikiem sukcesu, a 86% wskazało, że najlepiej przyczynia się do rozwoju rynku pracy. Aby firma była nowatorska, musi mieć kreatywnych ludzi w zespole. Są oni dwa razy ważniejsi od technologicznie zaawansowanych specjalistów i cztery razy ważniejsi od finansowego wsparcia ze strony państwa.
W Polsce dostęp do sprawnych, dobrze przygotowanych pracowników jest średni (wskaźnik "3" w 5-punktowej skali), gorszy niż w Rosji, choć lepszy niż w Chinach, Meksyku czy Brazylii. Dużo gorszy niż np. w Niemczech, Izraelu, Francji.
Czy warto finansować pomysłowość?
Władze poszczególnych państw w różnym stopniu uzależniają swoje gospodarki od sektorów opartych na innowacyjności. W Izraelu, który wyprzedza całą stawkę, aż 4,9% GDP wydaje się na badania i rozwój, w Szwecji 3,8%, w Niemczech 2,5%. Polska w tym towarzystwie goni peleton z wynikiem 0,6% GDP. Wyprzedzają nas Brazylia 1,1% i Rosja – 1%.
Z badanych krajów mniejsze budżety ma tylko Meksyk 0,4% i Arabia Saudyjska 0,1%.
Obiektywną miarą innowacyjności danej gospodarki jest ilość zarejestrowanych patentów. Według Światowej Organizacji Własności Intelektualnej, w roku 2010 na świecie zarejestrowano 163 938 patentów. Nietrudno się domyślić, że najwięcej z nich powstało w USA (ponad 44 tys.). Polska w tym rankingu zajęła 31 miejsce. Nie jest to może powód do rwania włosów z głowy, ale gdy zobaczymy, jaka przepaść dzieli nas nie tylko od najlepszych, ale i średnich, to nie tylko włosy, ale i głowy mogłyby polecieć. Zamykająca pierwszą dziesiątkę Szwecja (cztery razy mniejsza od Polski pod względem ilości mieszkańców) wypracowała ich 3 313, Belgia – dwudziesta – ponad tysiąc, Luksemburg (500 tys. mieszkańców) – tuż przed nami – 251. Polska zarejestrowała 199 wniosków patentowych. Znajdujące się poniżej naszego państwa nieduże kraje, takie jak Słowacja, Czechy czy Węgry mają znacznie wyższe współczynniki ilości patentów na milion mieszkańców. Jest to odpowiednio 8, 13 i 17. W Polsce na milion mieszkańców zarejestrowano 5 patentów.
Co na to szkoła?
Czy są to informacje interesujące dla ludzi zajmujących się edukacją? Mam nadzieję, że tak. Jeśli mówimy o poprawie jakości oświaty w naszym kraju, to generalnie mamy na myśli dwa cele: umożliwienie pełnego rozwoju i tym samym osiągnięcie jak najwyższej jakości życia dla każdego indywidualnego człowieka. Drugi cel to wypracowanie kompetencji umożliwiających rozwój społeczny, gospodarczy i cywilizacyjny całego kraju.
Załóżmy, że Barometr GE właściwe mierzy parametry klimatu gospodarczego na świecie. Kompetencje, w które należy wyposażyć młodego człowieka zmieniającego swój statut z „głównie uczącego się” na „głównie pracującego”, mają pomóc polskim przedsiębiorstwom rozwinąć skrzydła: ulepszać, wprowadzać nowe formy organizacji pracy, wymyślać nowe rozwiązania, usługi i produkty. Wsparcie kreatywności i umiejętności realizowania pomysłów to klucze do – miejmy nadzieję – przyszłych sukcesów. W postulatach tych nie ma żadnej odkrywczości – to oczywiste, że tworzą kreatywni i przedsiębiorczy. Od wielu lat w Polsce mówi się o tym również w kontekście szkoły.
Kreatywność nie zaistnieje bez wzbudzania ciekawości, przedsiębiorczość nie jest możliwa bez zachęcenia uczniów do działania. Dlaczego więc moje dzieci zapytane o to, co było najlepsze (najciekawsze, najważniejsze) w szkole, najczęściej odpowiadają: dzwonek na koniec lekcji.
Magiczne słowo: przedsiębiorczość
Polacy nie potrafią pracować zespołowo i celowo. Jesteśmy jednak praktyczni i gromadni. Nie jesteśmy leniwi. Działanie nas cieszy. Lubimy się napracować. Sens nie taki ważny, a planowanie to strata czasu. Jesteśmy pomysłowi, ale nie realizujemy cywilizacyjnych idei. Jesteśmy zaradni, ale nie przedsiębiorczy. Jak zwiększyć skuteczność naszych wysiłków? czytaj więcej...






