Prawo instrumentu a testy
„Jeśli dasz dziecku młotek, to każdy problem będzie dla niego wyglądał jak gwóźdź”. Wprowadzone przez Abrahama Maslowa prawo instrumentu odnosi się również do dyskutowanego na naszym blogu zjawiska testów egzaminacyjnych i problemów związanych z poprawą pracy szkół.
Stworzyliśmy narzędzie w postaci testów. Otrzymane w wyniku ich przeprowadzenia liczby tworzą wrażenie dokładności i obiektywności. Trudno się powstrzymać, aby tego narzędzia nie użyć dla zwiększenia sensowności i efektywności uczenia się uczniów. Mamy taki świetny młotek!
Problem efektywności nauczania wymaga śledzenia procesu uczenia się uczniów i sprawdzania, czego się nauczyli. Co rozumieją, a z rozumieniem czego się zmagają? Co potrafią i jakie umiejętności muszą zdobyć lub dalej szlifować?
To są jednak problemy „mikronauczania”. Ich rozwiązywanie odbywa się na poziomie codziennego nauczania w klasie szkolnej. Każdy nauczyciel, poświęcający uwagę skuteczności własnej pracy, w trakcie każdej lekcji bardziej lub mniej śledzi przebieg procesu nauczania, czyli ocenia kształtująco. Nie piszę ocenia – na bieżąco, bo ten termin w szkodliwy sposób utożsamia się ze stawianiem na bieżąco stopni.
Na koniec nauki jest wygodne i uzasadnione sprawdzenie tego co uczniowie się nauczyli odpowiednią klasówką lub egzaminem testowym. Ale tylko część uzyskanej wiedzy warto i można w ten sposób sprawdzić. Tak jak młotek nie jest najlepszym narzędziem do przecinania desek.
Weźmy przykład egzaminu na prawo jazdy. Trzeba sprawdzić, czy uczniowie znają przepisy ruchu drogowego. Test i zero-jedynkowa decyzja – znają lub nie. Ale to, czy potrafią prowadzić samochód, to musimy ocenić w działaniu (performance assessment).
Na szczęście uczymy się prowadzić samochód na drodze i sprawdzamy tą umiejętności w trakcie praktycznego egzaminu. Gdyby po samym teście człowiek otrzymywał zezwolenie na prowadzenie samochodu, to strach byłoby wyjść na jezdnię.







Obawiam się, że problem młotka Maslowa dotyczy w szkole nie tylko testów. Testomanię odbieramy jako szczególnie szkodliwą dlatego, że została wprowadzona stosunkowo niedawno i większość z nas pamięta jeszcze czasy, gdy ten chłopiec (szkoła) nie miał jeszcze tego młotka.
System szkolny ma w ogóle tendencję do używania bardzo ograniczonego zestawu narzędzi do wszelkich możliwych zastosowań. Te same młotki i śrubokręty (ustalone klasy, 45 min lekcje, oceny, sprawdzana lista, programy) są w identyczny sposób stosowane do tak różnych celów, jak uczenie wiedzy (matematyki), wychowanie (zajęcia wychowawcze), trening (WF), umiejętności manualne (plastyka) czy indoktrynacja (religia). Te, posiadane i używane przez szkołę młotki nie nadają się, albo nadają się bardzo źle do większości z tych zadań. Ich ciągłe użycie powoduje szkody nie mniejsze, niż wbijanie gwoździ testami. Różnica polega tylko na tym, że wyobrażamy sobie (znamy z własnego doświadczenia) szkołę bez testów, a pozostałe narzędzia małego chłopca są tak uświęcone tradycją, że ani nauczyciele, ani nawet rodzice nie zauważają ich absurdalności i nie wyobrażają sobie, że mogłoby być inaczej.
Innym cudownym narzędziem, który ma odmienić nauczanie szkolne są technologie informatyczne. Jak ja zacząłem chodzić do szkoły, to cudownym młotkiem miał być telewizor. W każdej nowoczesnej klasie miał stać telewizor, a z czasem i magnetowid. Dzisiaj moc uczynienia szkoły lepszą (nowoczesną) ma mieć tablica interaktywna.
Pamiętam, pamiętam. Przez pewien czas mieliśmy ogromne nadzieje na nauczanie przez TV. Niektórzy nawet mówili, że n-l nie jest potrzebny, wystarczy tylko nagrać dobrego nauczyciela na taśmę.
Pokłosie tego jeszcze widzę w nadziei, że sprytne animacje (tablica interaktywna) zastąpią rysowanie i robienie czegoś rękoma.
Mam w pamięci ostatnio wysłuchany przeze mnie wykład Marzeny Żylińskiej, która obrazowo pokazywała, że dziecko rysuje całą swoją postacią i wtedy się uczy, a nie wtedy, gdy naciska klawisz komputera.
Młotek nadaje się tylko do pewnych spraw!
Danusia
Też pamiętam te telewizory, ale na szczęście miałem na tyle rozsądnych nauczycieli, że tylko peowiec puszczał na nich jakieś koszmarne filmy, w reszcie sal stały zakurzone.
Chciałbym podchwycić uwagę Danusi „n-l nie jest potrzebny, wystarczy tylko nagrać dobrego nauczyciela na taśmę”. Ten sposób myślenia – ten młotek – dziś wraca dużo silniej. E-learning to przyszłość! Filmiki na youtube! Khan Academy! (choć do tej inicjatywy mam wyjątkowo dużo szacunku, byle nie jako zastępnika szkoły).
Byłem wczoraj w teatrze. (‘Dozorca’ Pintera w Narodowym z Gajosem w roli głównej – polecam, naprawdę warto, choć nie jest to objawienie stulecia, uczciwa czwórka z plusem)
Jest pewna różnica – szkoła powinna być teatrem, a nie kinem, ani tym bardziej odtwarzaczem DVD!
(Dla tych co nie znają minionego ustroju: ‘peowiec’ – nauczyciel Przysposobienia Obronnego, zazwyczaj emerytowany oficer Ludowego Wojska Polskiego – nie matura lecz chęć szczera)
Khan Academy to podobno także pomysł na „odwrócenie” kolejności lekcji. Praca domowa „wprowadza” ucznia w temat, a nauczyciel wykorzystuje to co uczniowie już wiedzą i zrozumieli i dopiera na tym buduje własną lekcję. Jest w tym coś fajnego.
Tym, których uwodzi cudowność współczesnej IT, warto przypominać jakie nadzieje pokładano w TV w szkole. To jest to o czym pisze Fullan. Chęć poprawienia metod nauczania może, a w wielu przypadkach będzie prowadzić do wykorzystania IT w pracy z uczniami. Odwrotna logika, oparta o nadzieję, że zakup dla szkoły IT zmieni pracę nauczycieli zakończy się marnacją pieniędzy.
Khan Academy naprawdę cenię na tle innych e-learningowych pomysłów.
Raz, że jest to właśnie (wspomniane przez Jacka) odwrócenie kolejności – i widzę, że to funkcjonuje (prof. Krzysztof Meissner, promujący K-A w Polsce, ma tu trochę przykładów, w tym jego własnych dzieci, korzystających z lekcji Khana).
Dwa, że Khan zrobił to w prawdziwie obywatelskim stylu amerykańskiej rewolucji: zróbmy to! Za darmo, w licencji creative-commons, nie żebrząc o pieniądze, nie wiążąc się z instytucjonalną edukacją, uruchamiamy pospolite ruszenie typu Wiki. Nie przejmujemy się programami szkolnymi, testami, etc – naszym celem jest uczyć dzieci, a nie wypełniać rządowe wymagania i przygotowywać je do egzaminów.
Trzy – że w przeciwieństwie do większości takich platform – zachował poziom merytoryczny. Bardzo mało jest tam błędów, a sposób przedstawienia materiału jest (jakby to powiedziała Marzena) przyjazny mózgowi. Nie ogłupia i nie nudzi, nie są to bryki, tylko porządne ciekawe wykłady.
Niemniej – Khan nie zastąpi szkoły z żywym nauczycielem. A przynajmniej nie zastąpi porządnej szkoły z porządnym nauczycielem.
Nie ma takiego prawa, którego nie da się obejść. Nie ma takiej koncepcji, której się nie da wypaczyć…
Warto przypomnieć sobie szeroki kontekst testowania w szkole, czyli PISA – na dodatek ładnie pokazany:
http://www.youtube.com/watch?v=q1I9tuScLUA&feature=email
Wszystkiego dobrego!
Miła EK, dzięki za wpis. Wydaje mi się że pomijasz fakt fundamentalnej różnicy pomiędzy monitoringiem systemów oświatowych (PISA) i krytycznymi egzaminami. Ja piszę powyżej tylko o tym drugim. I starałem się to wyraźnie zaznaczyć. PISA dobrze robi to co robi. A selekcjonowanie karier uczniowskich na podstawie egzaminów testowych lub ferowanie opinii o szkołach na podstawie średnich wyników lub EWD to rzeczywisty poważny problem polskiej oświaty. Wyniki te ignorują podstawowe wartości edukacyjne. Jeden dzień w życiu ucznia (a nawet kilka godzin) i kilka pytań które mu „przypadkowo” zapasowały lub niezapasowały determinuje jego przyszłość. Średnie wynik uczniów (morzące nie najważniejsze kompetencje) determinują opinię o pracy nauczycieli, którzy pracują w szkole z socjo-ekonomicznie upośledzonego środowiska. Strach pomyśleć o tym co robimy.
Na prezentacji (w 3 minucie) czytamy i słyszymy:
But the point of PISA is not to tell each individual student how she/he has mastered a set of skills.
Tak samo – krajowe egzaminy zewnętrzne! Nie są od „selekcjonowania karier uczniowskich, od ferowania opinii o szkołach na podstawie średnich wyników ORAZ EWD”… (publikacje zespołu ds. EWD zachęcają do wykorzystywania tych dwóch parametrów łącznie!)
Zgoda – „strach pomyśleć o tym, co robimy”. Pozwalamy narzędziom, żeby rządziły nami, zamiast nauczyć się je właściwie, pożytecznie używać – pro publico bono. Mylą się nam przyczyny ze skutkami.
A w konkluzji – chcemy wyrzucić narzędzia, obrażeni na to, że nas – i nauczycieli, i dzieci – krzywdzą…
A świat robi swoje. I mimo, że w prezentacji Polska jest kilkakrotnie chwalona, to chyba jednak najlepsi nam uciekają do przodu?
My tu gadu-gadu, a pospolitość skrzeczy…
Nie tylko z testami nie dajemy sobie rady, prawda?
http://oskko.edu.pl/forum/watek.php?w=45476
„Strach pomyśleć o tym, co robimy”… Przynajmniej w kwestii oceniania (wszelakiego)!
To dobra wiadomość, że na stronie OSKKO jest o tym dyskusja. Brawo dyrektorzy! Mnie to nie przeraża, tylko cieszy.
Temat egzaminów i testów zawiera się w szerszym temacie „ocenianie”. Jego codzienna obecność to ocenianie, które pozwala nauczycielowi i uczniowi lepiej uczyć. Czyli ocenianie kształtujące.
No i to ocenianie, które nazywam „krytycznym” czyli to, które jest podstawą „osądów”, opinii o uczniu, szkole czy nauczycielu. I tutaj mamy problem rzetelności i trafności.
Cieszy?!… Nawet jak pada (dyrektorskie?) pytanie:
„Możecie mi powiedzieć, czy jeśli zostało ocenianie kształtujące wprowadzone w szkole to można się wycofać w trakcie roku szkolnego?”
Mnie to smuci. Bardzo.
Też to przeczytałem na forum. Oczywiście autor lub autorka nie rozumie, że ocenianie kształtujące to tylko i aż element dobrego nauczania. Tak samo jest dla formalnych autorytetów. Poważny, zamówiony przez MEN w IBE program na temat szkolnego oceniania sprowadził bieżące ocenianie do analiz formalnego dokumentu „Szkolny system oceniania”. Sposobu jego przyjmowania (n.p. czy byli konsultowani rodzice) itd. Ja uczę się akceptować, że jest gorzej niżbym chciał i cieszę się , że o tym w ogóle rozmawiamy! To mój optymizm.
Jak to wygląda z pozycji pojedynczego ucznia ?
przychodzi do szkoły + dostaje treści do nauczenia się + uczy się + dostaje dobre stopnie z odpowiedzi, sprawdzianów i testów = ???
Jaką on ma z tego korzyść ?
Utrwala się w naszych głowach taki model edukacji:
chodzimy do szkoły żeby uczyć się + uczymy się, żeby dostać dobre oceny => dobre oceny = sukces.
Stąd wniosek: jeśli masz dobre oceny, to masz sukces, jeśli nie masz dobrych ocen, to nie masz sukcesu.
Myślenie całkiem podobne do takiego: masz pieniądze – masz sukces, nie masz pieniędzy – ……. .
A podobno ktoś powiedział, że to droga jest celem.
To rzeczywiście smutne, gdy słyszymy, że szkoła, która chciała oceniać kształtująco raptem nie chce tego robić. Z czego to wynika? Sądzę, że problem tkwi (jednak) w nas samych, nauczycielach. Z drugiej strony, czemuż się dziwić, jeśli cały świat stał się taki… konsumpcyjny. Organizujesz konkursy +, jesteś liderem zespołu nauczycielskiego +, a suma… może dodatek motywacyjny?? Przywykliśmy do oceniania (stawiania stopni), nie doceniamy „drogi”, ktorej doświadczamy, a która powinna nieść dla nas samych większą wartość niż ocena (wysokość dodatku motywacyjnego). W ostatni czasie opracowujemy w zespole nauczycieli koncepcję pracy szkoły, misję, wizję itp… Jestem bardzo ciekawa, co nauczyciele powiedzą, gdy zaprezentujemy wyniki naszych dyskusji. Oto bowiem wskazujemy, że szkoła jest i chcemy, aby była miejscem tzw samodoskonalenia, własnego rozwoju i drogą w rozwoju osobistym naszych uczniów bardziej niż miernikiem efektów jego przygotowania do kolejnego etapu edukacji tak chętnie mierzonego egzaminami zewnętrznymi. Okazuje się, że większą wartością, stałym elementem zadowolenia z miejsca pracy byłby dla nas/ jest dla nas ciągły rozwój wewnętrzny. Na ile jednak my, nauczyciele, mamy prawo do popełniania błędów? Jak często dostajemy kształtujące komunikaty? To oczywiście złożony problem… Jestem wicedyrektorem szkoły. Zdaję sobie sprawę, jak wiele zależy od osób zarządzających szkołą. Niewiele jednak możemy uczynić dla zmiany konsumpcyjnej mentalności społecznej. Plus to plus, minus to minus. Jest albo go nie ma. To dobrze, że w takim miejscu można podjąć taką dyskusję. Szkoda jednak, że tak niewielu ją podejmuje…
Pani Kasiu
Świetnie, że ktoś jednak zagląda tutaj. Szklanka jest jednak w połowie pełna, choć w połowie też pusta.
Zacytuję kawałek mojej relacji z wizyty w szkole Dena Magna:
Misja szkoły brzmi: „That each and every learner shall achieve their maximum potential and enjoy the process.” („Wszyscy uczący się razem i każdy z osobna mogą osiagąć maksimum swoich możliwości i cieszyć się tym procesem”). Imponujące, szczególnie, że występuje tam określenie: each and every. Dyrektor powiedział nam, że w ostatnim roku zmienił słowo: student na learner. Faktycznie w tej szkole uczą się nie tylko uczniowie, ale też nauczyciele.
Learner – to znaczy również nauczyciel!
Danusia
Jak miło się to czyta! Mądre i słuszne. Żałuję, że tak mało się dzięki naszym pogwarkom zmienia. Uczenie przez internet i dzięki internetowi wydaje mi się niezwykle atrakcyjne. I wcale nie zastępuje szkoły. Może natomiast dać nam czas na wspólne z uczniami myślenie, rozwijanie kreatywności, współpracy w społeczności szkolnej. To jeden wątek. Pani Kasiu – święte słowa!
Co do testów i uczenia „pod testy” – makabra. Wiesławie, w 100% racja. Z jednym zastrzeżeniem -okazuje się, że dobre i bardzo dobre oceny nie równa się sukces! To właśnie przeciętni uczniowie odnoszą go częściej. Bo nie dają się wtłoczyć w myślenie „Co też nauczyciel chce ode mnie usłyszeć?” tylko szukają rozwiązania problemu.
Ewo, czasami myślę, że „prymusi” są równie poranieni przez szkołę jak „drugoroczni”. Ja powtarzałem klasy i moja nauka szkolna to pasmo porażek. Ale jak widzę ówczesnych prymusów skupionych na szukaniu „właściwych” odpowiedzi, to cieszę się z mojej samodzielności myślenia. Może to tak, że szkoła jednych rani, a drugich (prymusów) przygotowuje do karier, ale i okrutnie formatuje.