avataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravataravatar
Oś Świata/Czas na przedszkole  

A może trochę pomieszać?

04.02
2012

Obserwowałam dzisiaj moich przedszkolaków…

Po pierwsze dlatego, że uwielbiam ich obserwować, po drugie dlatego, że cierpię ostatnio na „edukacyjną” depresję, a obserwowanie ich zmagań ładuje moje akumulatory.

Wszystko zaczęło się od tego że mamy niezły mróz. Dwóch moich przedszkolaków dyskutowało o tym mrozie, a ja się do tej dyskusji „podłączyłam”. Wynikiem tego podłączenia była nasza wspólna decyzja o wystawieniu naturalnego zamrażalnika (mróz = zamrażalnik) na próbę.

Zgromadziliśmy dwa szklane naczynia (szklanki po czekoladzie), dwie łyżeczki, specjalne pojemniki do zamrażania lodów na patyku i odnaleźliśmy w kłębowisku papierniczych ścinków niewielkie kawałki witrażowej bibułki w różnych kolorach.

Zapytałam  – Kto chciałby przygotować miksturę na kolorowe lody? – szóstka chętnych, a „zestawy eksperymentalne” dwa. – No cóż, musicie jakoś dać sobie radę. – Dobra, (to Krzyś) no to jak ja skończę to będzie robił Maciek, a po Kasi Julka. – Dobra. – A ja nie chcę robić (Kuba) – Masz prawo (to ja).

Na początku barwili wodę jednokolorowo, potem zaczęły się mieszanki bardziej złożone, jak to zwykle przy barwieniu wody. Gotową „miksturą” napełniali przy pomocy małej łyżeczki, pojemniki do lodów. Łyżeczka po łyżeczce. Ostrożnie, żeby nie uronić ani kropli mikstury. Po części dlatego, że postawiłam warunek – nalewamy nie więcej niż połowę szklanki wody i nie wolno nic dolewać. No i wiadomo – jak się coś rozlało, to będzie mniejszy lód. A w perspektywie podziwianie lodowych „zmarzlin” i malowanie nimi na papierowych ręcznikach…

Nuda? Dla dorosłych może tak. Tymczasem w naszej łazience… oj działo się działo.  Moja rola ograniczała się tylko do dyskretnego czuwania nad ich bezpieczeństwem (ponieważ działanie okazało się tak atrakcyjne, że po kilku minutach prawie wszystkie dzieci były w łazience, te które dołączyły na końcu powyciągały podnóżki i wspinały się na nich na palcach, aby wszystko zobaczyć) i prowokowania dzieci do samodzielnego udzielania odpowiedzi na pytania, które się pojawiały itp.

Uczestnicy eksperymentu sami się organizowali w działaniu, ustalali kto po kim i jedno drugiemu wyjaśniało, dlaczego właśnie tak; jeśli ktoś był bardziej niecierpliwy inni go uspokajali tłumacząc, że trzeba pomału i dokładnie (czyli idealnie z moim założeniem – stąd łyżeczki) i to szkło, a wody mało i dla wszystkich musi wystarczyć itp. Jeśli ktoś protestował  – nawzajem sobie to tłumaczyli (i niekoniecznie duży małemu, bo i mały dużemu), kto nie był w stanie spokojnie oczekiwać na swoja kolej biegł do klasy, robił kilka rundek dookoła i przybiegał z powrotem. Jeśli ktoś coś rozlał, zaraz ktoś podawał mu ściereczkę (motywacja była różna, ale skutek ten sam, awaria była szybko usuwana). Przy okazji dużo miodu na serce nauczyciela, bo pojawiały się komunikaty z gatunku: nie popędzaj Zosi bo ona jest mała; czy każdy może nalewać po swojemu (hm, rzeczywiście techniki były różne). Oczywiście nie mogło zabraknąć głośnego liczenia ilości przelanych łyżek, zastanawiania się nad tym, dlaczego bibuła rozmokła, ile czasu potrzeba aby lody zamarzły, propozycji aby spróbować ustawić pojemniki z lodami w rożnych miejscach, a do tego proszę, dziękuję…

Oczywiście były i sytuacje mrożące krew  w żyłach. np. stłuczona przez  Julkę szklanka, ale odpowiednia postawa dorosłego i skończyło się na dyskusji o walorach NIEPRZYKLEJANIA plastrów na ranę, jeśli nie ma takiej potrzeby, żeby skóra mogła oddychać. Oprócz tego galeria zafascynowanych min, wykrzykników i porównań, przebierania nogami i uśmiechów dumy, opowiadań o własnych doświadczeniach i w sumie wykluwanie się pomysłów na następne działania.

To się nazywa, napisać przydługi wstęp. Z góry przepraszam.

Dlaczego o tym napisałam? Od wielu już lat pracuję z dziećmi w grupach zróżnicowanych wiekowo. I przyszła mi do głowy myśl, że właśnie to w dużym stopniu determinuje charakter działań w naszym przedszkolu. Nie ma mowy o stagnacji przy takim układzie. Potrzeby, możliwości, chęci, jednym słowem wszystko, jest tak inne u dziecka dwu, trzy, cztero, pięcio, sześcio, siedmioletniego, że mechanizm zróżnicowanego podejścia do ucznia, zróżnicowanych metod pracy czy działań,  staje się absolutnie naturalny.

Nieocenione – i często niedocenione – są walory społeczne. Bo choć wiek zdaniem dorosłych różnicuje dzieci w sposób naturalny, to pracując z nimi łatwo dostrzec, że po pewnym czasie one same intuicyjnie wyczuwają, kto w grupie potrzebuje więcej, a kto mniej pomocy (i wtedy często wiek kalendarzowy przestaje mieć znaczenie). Jeśli powstają animozje, to rzadko wynikają one z rywalizacji o to, kto potrafi więcej czy lepiej coś umie,  raczej są wynikiem różnic osobowościowych, niedostatków komunikacyjnych itp.

Zastanawiam się, czy w szkole – np. podstawowej – takie zróżnicowanie wiekowe klasy byłoby możliwe i czy byłoby ono korzystne? Co o tym myślicie? Ja sądzę, że raczej tak. (Sama chodziłam do małej, wiejskiej szkoły gdzie ze względu na liczebność klas zajęcia czasem były prowadzone łącznie. I nam uczniom nie było z tym źle. Wprost przeciwnie.)

Z własnego doświadczenia wiem, że grupa zróżnicowana wiekowo w sposób naturalny „popycha” nauczyciela do budowania procesu edukacji poprzez wyjście „od dziecka”- musi indywidualizować pracę. Praca z grupą mieszaną wiekowo daje ogromne możliwości. Jeśli ktoś potrzebuje szczegółów, proszę pytać. Chętnie opiszę to bardziej drobiazgowo.

Podziel się ze znajomymi

9 komentarze do “A może trochę pomieszać?

  1. Rewelacyjne ! Rewolucyjne ! A przecież naturalne. To znaczy: działanie zgodne z naturalnymi predyspozycjami i potrzebami dzieci. Co tam – dzieci ! Ludzi !
    Jeden wątek bardzo mi się tu podoba, jest bardzo ważny. Nie poganianie dzieci („nie poganiaj mnie, bo tracę oddech”) i stworzenie poczucia pewności, że na każdego przyjdzie kolej, każdy zdąży, nie trzeba przepychać się. To daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa i zaufania.
    Albo to: „uspokajali tłumacząc, że trzeba pomału i dokładnie”. To jest wstrząsający tekst ! Przecież to jest podważenie fundamentów i praktyki obecnego systemu edukacji. To rewolucja ! Gdyby jakiś nauczyciel lub uczeń chciał trzymać się tej zasady, musiałby wypaść z gry. Przecież nas obowiązuje inna zasada: trzeba szybko i skutecznie. Tak uczymy-się, tak budujemy drogi i stadiony – i po oddaniu do użytku zaczynamy je naprawiać.

  2. Walorów edukacji dzieci w grupach zróżnicowanych wiekowo rzeczywiście – nie da się przecenić!
    Gdyby ode mnie zależało, to „nakazałabym” taką organizację pracy w każdym przedszkolu.
    Dlaczego? Bo – za Autorką – w naturalny sposób wymusi to, co w edukacji konieczne: każdemu według potrzeb (czas, tempo, treść/poziom, zakres/ilość udzielanej pomocy…), czyli – nie „frontalnie”, a w grupkach, zespołach, indywidualnie.
    Gdy grupy są jednorodne wiekowo, zapominamy często (nauczyciele, rodzice), że nawet u dzieci urodzonych tego samego dnia i miesiąca będą duże zróżnicowania możliwości i potrzeb, i oczekujemy „tego samego” od wszystkich, w tym samym czasie. Mam tu w szczególności na myśli czytanie, liczenie/posługiwanie się znakami matematycznymi, prostymi działaniami, z którymi wciąż jeszcze bardzo wielu rodziców identyfikuje gotowość dziecka do szkoły.

    „Zastanawiam się, czy w szkole – np. podstawowej – takie zróżnicowanie wiekowe klasy byłoby możliwe i czy byłoby ono korzystne?”
    Jeśli przyjąć analogię do dobrze prowadzonej pracy w grupie przedszkolnej (dzień aktywności – swobodny dostęp,wybór:zadań, grup, miejsca, środków, czasu..) – też myślę, że tak.
    Najlepsza będzie szkoła OTWARTA. Tak wiele pod tym pojęciem się mieści! Chce mi się porównać do szeroko otwartych ramion dobrego człowieka: każdy znajdzie tu schronienie, zrozumienie, zaspokojenie potrzeb i wolną drogę w szeroki świat.
    Na dziś myślę, że wystarczy przejąć się/dobrze się nauczyć i uwzględniać w pracy dydaktyczno wychowawczej to zróżnicowanie, które wynika z natury i środowiska domowego dziecka/ucznia. Mamy już zróżnicowanie wiekowe w klasie I SP, i wiele wątpliwości (ja), czy i na ile dobrze jest dziecku i jak wykorzystuje to wiekowe zróżnicowanie nauczyciel.

    Ad doświadczenia dzieci z wodą:
    dzieci ją uwielbiają! I wciąż mają za mało swobody (dom, przedszkole) do jej wykorzystywania w doświadczeniach. Kto pracuje w przedszkolu, ten wie, ile rozlanej wody w łazience, bo: jak ciekawie włożyć palec w kurek, skąd ona cieknie – najpierw czegoś pionowo, a po włożeniu palca – na boki, a gdy zatkać umywalkę – leje się na podłogę strumieniem, a po rozpuszczeniu mydła, „rąk nie widać”. Tak czynią dzieci, które nie czekają, aż dorosły zorganizuje im „czas na wodę”.
    Dlatego proponuję, by w organizowaniu sytuacji z wykorzystaniem wody, nie kazać dzieciom zbytnio czekać na „swoją kolej”. One wszystkie chcą „tu i teraz”. Tego „pomału i dokładnie” muszą się nauczyć na własnych błędach.
    A gdyby wystawić za okno (na mróz) butelkę napełnioną wodą do pełna i do połowy – co będzie potem? Jaki wniosek dla domowego zamrażalnika?
    Cieszy mnie rozmowa o zróżnicowanej edukacji w przedszkolu.
    Pozdrawiam serdecznie
    Nina

  3. Ja w sprawie dzieci w różnym wieku w jednej klasie. Tak Jak pisze Pani Nina w przedszkole jest to bardzo pożądane.
    Wszyscy wiemy, że najlepiej się uczymy nauczając innych.
    Jeśli tak, to dlaczego nie robić tego też w szkołach. Znam nauczycielki, które uczyły w klasach łączonych na wsi.
    Myślę, ze jest to trudne i wymaga zwiększonego przygotowania. Ale przecież w klasie mamy też różne dzieci i powinniśmy być gotowi na zróżnicowany odbiór i indywidualizację.
    W Anglii co roku bada się poziom ucznia w każdym przedmiocie i dopuszcza zróżnicowanie przechodzenia z poziomu na poziom.
    Opisałam ostatnio wrażenia z Dena Magna i lekcję na 3 poziomach:
    „Science: Tematem lekcji był puls. Nauczycielka podzieliła nacobezu na 3 poziomy. Jest to związane z angielskim poziomowaniem wiedzy. Uczeń przychodzi do szkoły z określonym poziomem z każdego przedmiotu. Może tak być, że uczniowie są na różnych poziomach. Celem szkoły jest przenieść ucznia na wyższy poziom.
    Poziom L4 był następujący: Wykonasz ćwiczenie, zaobserwujesz i zapiszesz prawidłowo dane. L5 – Wyciągniesz wnioski z wykonanego doświadczenia.
    L6 – Wykorzystasz wiedzę naukową do wytłumaczenia wniosków.
    Uczniowie miel za zdanie zmierzyć w parach puls, potem wykonać ćwiczenia fizyczne, znowu zmierzyć puls, po czym znowu wykonać ćwiczenie i po raz trzeci zmierzyć puls.
    Lekcja była bardzo interesująca dla uczniów, angażowała wiele zmysłów i pozwalała uczniom pracować na różnych poziomach”

    To trochę na temat.
    Pozdrawiam Danusia

  4. Dla mnie to, co napisała Aneta, jest w oczywisty sposób naturalne. Tak pracujemy w przedszkolach (zapewne nie wszędzie – dodaję szybko – ale w zaskakująco wielu tak właśnie jest :)

    Byłoby bardzo dobrze próbować zaadaptować owe przedszkolne metody i formy pracy do edukacji szkolnej, reforma edukacji taką okazję stworzyła. Czy została ona wykorzystana? Moim zdaniem nie. Czy jeszcze wykorzystana zostanie? Zobaczymy. W dyskusji na forum dyrektorów szkół (OSKKO) taką zmianę uznano za bardzo ważną.

    W ilu szkołach – poza położeniem dywanika na końcu sali i kupieniem paru zabawek – dyskutowano o podstawie programowej z komentarzem (tam znalazły się między innymi uwagi o różnicach indywidualnych między dziećmi z tego samego rocznika, o czym pisze Nina). W ilu szkołach zwrócono uwagę na potrzebę, ba konieczność takiej zróżnicowanej ze względu na cechy indywidualne uczniów pracy? M.in. z jednolitym przecież dla wszystkich dzieci pakietem edukacyjnym? Czy gdziekolwiek zgłoszono chęć rezygnacji z obowiązkowych podręczników (a wiem, że są nauczyciele, którzy chętnie by ten kaganiec podręcznikowy zrzucili)?
    I oczywiście mam też na myśli całokształt tego, co ma zadziać się w szkole – choćby właśnie wynikające z zaciekawień dzieci sytuacje edukacyjne lub projekty, inne niż zaplanowany rozkład materiału.
    Na wyobrażenie sobie wprowadzania zmian, o których pisze Danuta chyba brakuje mi jeszcze odwagi :)

    Po lekturze rodzicielskich dyskusji na forach internetowych mam dwie smutne refleksje – szkoła nie zmieniła się dla ucznia, tak jak miała to zrobić i to wielu rodziców frustruje. Jednocześnie równie wielu rodziców nie jest na taką zmianę gotowych – oceny, podręczniki, zajęcia wyrównawcze, oczekiwania nauczycieli są dla nich sprawą naturalnie przypisaną szkole; nie ma o czym dyskutować.

    Ad. doświadczeń z wodą i nie tylko. Mam tu Nino nieco inny pogląd.
    Doświadczanie „czekania na swoją kolej” jest moim zdaniem ważnym treningiem odroczonej gratyfikacji, szacunku dla innych i kultury współżycia. Dlatego z moimi przedszkolakami umawiamy się, że każdy ma prawo się wypowiedzieć i być wysłuchanym, i że robimy to kolejno.
    Przy szczególnie atrakcyjnej zabawie – a tak było w opisywanym przez Anetę przypadku – trzeba uczyć się czekać. Tak jest także gdy przedmiotów zabawy nie wystarczy dla każdego, super pomoc dydaktyczna jest jedna, do gry może być maksymalnie 4 graczy, a przy komputerze pracować jedna osoba. Dziecko musi mieć po pierwsze pewność, że gdy nadejdzie jego kolej, będzie miało ową grę, zabawkę czy komputer tylko dla siebie (czasem także na ustalony z góry czas), a po drugie – ma wybór – może stać i czekać, ale może też czekając zrobić coś innego, ucząc się jednocześnie gospodarowania czasem. I dzieci uczą się tego – prędzej lub wolniej.

    Zauważył to Wiesław, zwracając uwagę na budowanie w ten sposób poczucia bezpieczeństwa i bardzo mnie to cieszy :)

    Dziękuję wszystkim za dyskusję!

  5. „czekanie na swoją kolej”
    Jestem pod wrażeniem rzadkiego dziś podejścia!
    Chciałbym mieć okazję uczyć Twoich wychowanków za kilka lat.

    Efekty braku tego podejścia widzę często po swoich uczniach (nawet w uczeniu indywidualnym) – wymóg poczekania odbierają jako agresję, krzywdę im wyrządzaną. Nawet, jeśli wynika to z zupełnie obiektywnych powodów. Doświadczenie, w którym trzeba poczekać 15 minut, aż coś mierzalnego się stanie, jest dla sporej części 12- 15-latków nie tylko nudne, ale wręcz obraźliwe i powoduje zupełną utratę motywacji.

    Z drugiej strony słyszałem opowieści o sztucznym treningu cierpliwości – gdy konieczność poczekania nie wynikała z przyczyn obiektywnych, tylko z narzuconego regulaminu i reguł. Na przykład: gdy kolejny wyznaczony nie miał ochoty skorzystać z limitowanej atrakcji, nikt inny też jej nie dostawał, aż upłynął wyznaczony czas. I tu nie dziwię się frustracji.
    Trzeba więc zachować balans – by ograniczenie dostępu wynikało z obiektywnej niemożności, a nie było odebrane jako zła wola nauczyciela, czy bezduszne stosowanie reguł.

  6. Teraz znowu „moja kolej” :)

    Grażko, Aneto,
    w pełni zgadzam się z Waszym zdaniem i wyrażonej przez Panów Wiesława i Ksawerego – pochwale i potrzebie uczenia dzieci cierpliwości, powściągania impulsu, czekania na swoją kolej, odraczania gratyfikacji, szacunku dla innych i kultury współżycia.
    Jest to bardzo ważny cel edukacji dzieci w przedszkolu. Sama bardzo dbałam w pracy z dziećmi o kształtowanie tych umiejętności.
    Stawiam tylko pytanie – Kiedy? Jakie sytuacje są dla tego celu najbardziej sprzyjające? Wskazałaś ich bardzo wiele i wszystkie dobre.
    A kiedy – zważywszy,że emocjonalność jest potrzebą dziecka wyrażającą się w pragnieniu poznawania (działania, tworzenia), a środek jest silnie motywujący – lepiej jest jest jej nie dławić poprzez zbytnie ograniczanie dostępu i czasu.
    Ale to tylko moje zdanie :)

    „kaganiec podręcznikowy” w kontekście indywidualizacji.

    Na pewnej konferencji oglądałam film z lekcji matematyki w klasie III SP,
    gdzie nauczycielka prezentowała samodzielną pracę uczniów w poszukiwaniu sposobu rozwiązania zadania i tym samym swój, styl pracy.
    Zadałam później tej Pani pytanie – co z podręcznikiem? Odpowiedziała, że nie jest dla niej „świętością” i traktuje go jako środek, a nie cel realizacji.
    Dodała,że zawsze na początku roku rozmawia z rodzicami, i zapewniając, że dzieci nauczą się tego, co trzeba, uprzedza, że nie wszystkie zadania z książki będą „przerabiane”.
    Myślę, że Pani umiała krytycznie odnieść się do treści podręcznika, ale też dobrze wiedziała, co w zamian.

    Grażko, zwróciłaś uwagę na problem, który i mnie nurtuje.
    Wielu rodziców, postrzega edukację dzieci przez pryzmat własnych doświadczeń, i moim zdaniem, wzmacniają w szkole „starą szkołę”.
    Spotkałam się w przedszkolu i edukacji wczesnoszkolnej z argumentacją nauczycielek – „ale rodzice tego/tak chcą (ocen, testów, szybkich osiągnięć).
    Pytam wtedy, czy wszyscy? Dla kogo jest to wygodne, potrzebne?

    Pozdrawiam cieplutko w zimową noc
    Nina

  7. Panie Wiesławie, cieszy mnie ogromnie Pana entuzjazm a pochwały należą się M. Montessori. To nie moje pomysly ja jedynie staram się je realizować ponieważ ich wartość dostrzegam każdego dnia. :)

    Nino, nie bardzo rozumiem z czego płyną twoje wnioski na temat „dławienia” dzieci poprzez ograniczanie im dostępu do działania, w tej konkretnie sytuacji jaką opisałam? Podkreślę iż pracujemy w duchu zasad metody Montessori.
    To oznacza, że dostęp do łazienki i kącika z wodą dzieci mają cały czas i tylko ich własne potrzeby decydują o czestotliwości korzystania z niego.
    Spójrz na artykuł pod kątem metody.
    Pozdrawiam również.
    Aneta

  8. Aneto:)
    Bardzo mi się podoba, że dzieci mają kącik z wodą w łazience i stały do niego dostęp oraz wszystko co b.dobre związane z metodą Montessori.
    Czytając Twój opis (ciekawy), uruchomiłam swoja pedagogiczną wyobraźnię, i po słowach
    „szóstka chętnych, a „zestawy eksperymentalne” dwa”,
    „ponieważ działanie okazało się tak atrakcyjne, że po kilku minutach prawie wszystkie dzieci były w łazience, te które dołączyły na końcu powyciągały podnóżki i wspinały się na nich na palcach, aby wszystko zobaczyć”.
    obudził się we mnie „stary praktyk” i pomyślałam, że zorganizowałabym to inaczej.
    Z chwilą zorientowania się, że więcej dzieci ma ochotę na działania ( „kto jeszcze”?), postawiłabym problem do rozwiązania – jak i przy pomocy czego (co tu i teraz wykorzystać dostępne w sali, może przynieść z kuchni) możemy zorganizować działanie dla wszystkich chętnych. Przeniosłabym „warsztat” do sali, na stoliki. „Rozładowało” by się napięcie związane z czekaniem „aż Zosia sobie poradzi”, więcej dzieci, zamiast czekać, pracowałoby ciekawie.
    Okres przedszkolny – to czas „głodu na doświadczanie”. One tego chcą z natury.
    W swojej praktyce, zwyczajnie, jeśli widziałam, że działania jednych dzieci inspirują i motywują innych („ja też chcę”), to pytałam, czy jest to teraz możliwe? Od czego zależy „tak” lub „nie”? Kiedy trzeba czekać, a kiedy uruchamiamy pomysły na rozwiązanie problemu. Zawsze wolałam „podążać za dziećmi”.
    Tylko tyle, Aneto.
    Wierzę, że w Twojej praktyce jest tak samo, a moje odniesienie związane jest tylko z małym kontekstem.
    Mnie bardzo interesuje styl pracy nauczyciela w przedszkolu i usytuowanie dziecka w relacjach nauczyciel/dziecko. Demokratyczny – „między wolnością a powinnością”.
    N.

  9. Akurat nie jestem montessorianką – raczej więc ze mnie praktyk podobny Tobie Nino – ale z jakiegoś powodu w systemie Montessori wszystkie pomoce występują w jednym egzemplarzu. I nauka czekania i szanowania aktywności podjętej wcześniej przez innego jest ważna.

    Podążanie za dziećmi też chyba rozumiem nieco inaczej.

    Co do działań z wodą – 25 szklanek do zabawy w życiu by mi panie woźne nie dały :)

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*