Bez komunikacji nie ma edukacji
Ten artykuł powinien nosić podtytuł „Specjalnie dla Pana Wiesława”.
Choć przyznaję, że już niejeden raz dyskutowałyśmy o tym z Grażynką, ponieważ temat umiejętności komunikacyjnych jest rzeczywiście Ważny. A biorąc pod uwagę fakt, iż czego Jaś się nie nauczył …
Jest to jednak niezwykle trudny „kawałek” edukacyjnej rzeczywistości. Komunikacja może przecież zbliżać, ale może również okropnie oddalać. Może zachęcać i zniechęcać… niestety. Przecież wyrażamy w niej siebie, ale również nasz stosunek do drugiego człowieka.
Nie jest łatwo pokazać dzieciom, że można być jednocześnie kulturalnym i asertywnym.
Po pierwsze Powitanie. Kiedy dziecko wchodzi do klasy witamy się, podajemy sobie dłoń, patrzymy na siebie i z uśmiechem mówimy sobie Dzień Dobry. I to pierwsza okazja do tego, aby wysłać dziecku komunikat „Zauważam Cię, wiem że jesteś i cieszy mnie ten fakt”. Wykorzystuję ten moment aby zamienić z dzieckiem kilka słów (jeśli wyraża na to ochotę), porozmawiać o czymś, co je zainteresowało, zastanowiło, co zobaczyło w drodze do przedszkola czy usłyszało. Albo zwyczajnie, wymieniamy kurtuazyjne uprzejmości czy po prostu przytulamy się, jeśli mój mały uczeń tego chce.
Myślę, że te drobnostki to w jakimś sensie klucz do nich. One sprawiają, że „oswajamy się wzajemnie”, poznajemy i nawet jeśli nie zapałamy do siebie wielką sympatią to przynajmniej nie boimy się siebie wzajemnie.
Po drugie uczymy się słuchać. Podnieść wzrok na swojego rozmówcę i starać się zrozumieć jego wypowiedź. W razie potrzeby zadajemy pytania – pokazuję im, że jeśli z jakiegoś powodu nie rozumiemy czyjejś wypowiedzi to ważne jest poinformowanie o tym rozmówcy, żeby miał szansę wszystko mi wyjaśnić, a ja żebym była pewna, że kiedy udzielę odpowiedzi to będzie ona „na temat”.
Pracujemy też nad komunikatem „Moim zdaniem”. Uważam, że to ważne, aby nie bali się mówić tego co myślą. Z drugiej strony, myślę że kiedy mówimy „moim zdaniem”, bardziej zastanawiamy się nad tym co mówimy, bo skoro to nasze zdanie, to nikt inny tylko My za nie odpowiadamy.
W trakcie wszelkich rundek w mniejszym czy większym gronie trenujemy „cierpliwość” związaną z pozwoleniem innym aby dokończyli swoją wypowiedź, bez tzw. wchodzenia sobie w słowo. To jest dla dzieci naprawdę trudne, ale szybko się tego uczą, bo w zamian dostają pełną uwagę, kiedy przychodzi ich kolej.
Po trzecie – komunikacja w konflikcie. Zanim naskarżysz na kolegę poinformuj go, co „ci robi” jego zachowanie. Staram się pokazać moim uczniom, że ludzie rzadko z rozmysłem robią innym krzywdę. Częściej ich postępowanie wynika z braku refleksji. A refleksję buduję „czerpiąc garściami” z tzw. sytuacji okazjonalnych. I tutaj jestem zwolenniczką poglądu, że lepiej w porę chwalić niż podkreślać na forum złe zachowanie. Choć są oczywiście sytuacje ekstremalne. Ale i w takich wypadkach trzeba bardzo uważać z krytyką. Łatwo pod pływem emocji zaatakować osobę, a osobiście zgadzam się z poglądem, że powinniśmy umieć odróżnić człowieka i jego czyny.
Staram się, aby konflikty dzieci rozwiązywały same. Jeśli przychodzą do mnie i „skarżą”, często pytam „Czego ode mnie oczekujesz?. Jak mam ci pomóc?” Ale bywa również że odpowiadam dziecku „To Twój problem. Musisz poradzić sobie sam”.
I znowu „po montessoriańsku” przede wszystkim wykorzystuję sytuacje które wynikają z tzw. życia grupy. Np. na problem typu „A on/ona mi…” odpowiadam pytaniem „Czy powiedziałeś mu/jej o tym?” Zgadzam się tutaj, co do konieczności uczenia dzieci mówienia o swoich uczuciach i wyjaśniania konsekwencji swoich działań/decyzji. Staram się również pokazywać im, że warto dociekać przyczyn.
I skupić się na rozwiązaniu problemu, a nie wzajemnym obarczaniu się winą.
I tak dochodzimy do kwestii zadawania pytań. W komunikacji, chyba kluczowej, bo pomimo faktu iż używamy tych samych słów, często myślimy o różnych rzeczach (kwestia doświadczeń i wiedzy).
Dlatego zachęcam dzieci do zadawania pytań i sama je zadaję. Nie boję się przyznać, że czegoś nie rozumiem czy nie wiem. A kiedy zaskakuje mnie wiedza, spójność czy innowacyjność albo zwyczajnie piękno czy dobro w myśleniu moich uczniów, mówię im o tym. Z entuzjazmem. Autentycznym.
A może trochę pomieszać?
Obserwowałam dzisiaj moich przedszkolaków…
Po pierwsze dlatego, że uwielbiam ich obserwować, po drugie dlatego, że cierpię ostatnio na „edukacyjną” depresję, a obserwowanie ich zmagań ładuje moje akumulatory.
Wszystko zaczęło się od tego że mamy niezły mróz. Dwóch moich przedszkolaków dyskutowało o tym mrozie, a ja się do tej dyskusji „podłączyłam”. Wynikiem tego podłączenia była nasza wspólna decyzja o wystawieniu naturalnego zamrażalnika (mróz = zamrażalnik) na próbę.
Zgromadziliśmy dwa szklane naczynia (szklanki po czekoladzie), dwie łyżeczki, specjalne pojemniki do zamrażania lodów na patyku i odnaleźliśmy w kłębowisku papierniczych ścinków niewielkie kawałki witrażowej bibułki w różnych kolorach.
Zapytałam - Kto chciałby przygotować miksturę na kolorowe lody? – szóstka chętnych, a „zestawy eksperymentalne” dwa. - No cóż, musicie jakoś dać sobie radę. - Dobra, (to Krzyś) no to jak ja skończę to będzie robił Maciek, a po Kasi Julka. - Dobra. - A ja nie chcę robić (Kuba) – Masz prawo (to ja).
Na początku barwili wodę jednokolorowo, potem zaczęły się mieszanki bardziej złożone, jak to zwykle przy barwieniu wody. Gotową „miksturą” napełniali przy pomocy małej łyżeczki, pojemniki do lodów. Łyżeczka po łyżeczce. Ostrożnie, żeby nie uronić ani kropli mikstury. Po części dlatego, że postawiłam warunek – nalewamy nie więcej niż połowę szklanki wody i nie wolno nic dolewać. No i wiadomo – jak się coś rozlało, to będzie mniejszy lód. A w perspektywie podziwianie lodowych „zmarzlin” i malowanie nimi na papierowych ręcznikach…
Nuda? Dla dorosłych może tak. Tymczasem w naszej łazience… oj działo się działo. Moja rola ograniczała się tylko do dyskretnego czuwania nad ich bezpieczeństwem (ponieważ działanie okazało się tak atrakcyjne, że po kilku minutach prawie wszystkie dzieci były w łazience, te które dołączyły na końcu powyciągały podnóżki i wspinały się na nich na palcach, aby wszystko zobaczyć) i prowokowania dzieci do samodzielnego udzielania odpowiedzi na pytania, które się pojawiały itp.
Uczestnicy eksperymentu sami się organizowali w działaniu, ustalali kto po kim i jedno drugiemu wyjaśniało, dlaczego właśnie tak; jeśli ktoś był bardziej niecierpliwy inni go uspokajali tłumacząc, że trzeba pomału i dokładnie (czyli idealnie z moim założeniem – stąd łyżeczki) i to szkło, a wody mało i dla wszystkich musi wystarczyć itp. Jeśli ktoś protestował - nawzajem sobie to tłumaczyli (i niekoniecznie duży małemu, bo i mały dużemu), kto nie był w stanie spokojnie oczekiwać na swoja kolej biegł do klasy, robił kilka rundek dookoła i przybiegał z powrotem. Jeśli ktoś coś rozlał, zaraz ktoś podawał mu ściereczkę (motywacja była różna, ale skutek ten sam, awaria była szybko usuwana). Przy okazji dużo miodu na serce nauczyciela, bo pojawiały się komunikaty z gatunku: nie popędzaj Zosi bo ona jest mała; czy każdy może nalewać po swojemu (hm, rzeczywiście techniki były różne). Oczywiście nie mogło zabraknąć głośnego liczenia ilości przelanych łyżek, zastanawiania się nad tym, dlaczego bibuła rozmokła, ile czasu potrzeba aby lody zamarzły, propozycji aby spróbować ustawić pojemniki z lodami w rożnych miejscach, a do tego proszę, dziękuję…
Oczywiście były i sytuacje mrożące krew w żyłach. np. stłuczona przez Julkę szklanka, ale odpowiednia postawa dorosłego i skończyło się na dyskusji o walorach NIEPRZYKLEJANIA plastrów na ranę, jeśli nie ma takiej potrzeby, żeby skóra mogła oddychać. Oprócz tego galeria zafascynowanych min, wykrzykników i porównań, przebierania nogami i uśmiechów dumy, opowiadań o własnych doświadczeniach i w sumie wykluwanie się pomysłów na następne działania.
To się nazywa, napisać przydługi wstęp. Z góry przepraszam.
Dlaczego o tym napisałam? Od wielu już lat pracuję z dziećmi w grupach zróżnicowanych wiekowo. I przyszła mi do głowy myśl, że właśnie to w dużym stopniu determinuje charakter działań w naszym przedszkolu. Nie ma mowy o stagnacji przy takim układzie. Potrzeby, możliwości, chęci, jednym słowem wszystko, jest tak inne u dziecka dwu, trzy, cztero, pięcio, sześcio, siedmioletniego, że mechanizm zróżnicowanego podejścia do ucznia, zróżnicowanych metod pracy czy działań, staje się absolutnie naturalny.
Nieocenione – i często niedocenione – są walory społeczne. Bo choć wiek zdaniem dorosłych różnicuje dzieci w sposób naturalny, to pracując z nimi łatwo dostrzec, że po pewnym czasie one same intuicyjnie wyczuwają, kto w grupie potrzebuje więcej, a kto mniej pomocy (i wtedy często wiek kalendarzowy przestaje mieć znaczenie). Jeśli powstają animozje, to rzadko wynikają one z rywalizacji o to, kto potrafi więcej czy lepiej coś umie, raczej są wynikiem różnic osobowościowych, niedostatków komunikacyjnych itp.
Zastanawiam się, czy w szkole - np. podstawowej – takie zróżnicowanie wiekowe klasy byłoby możliwe i czy byłoby ono korzystne? Co o tym myślicie? Ja sądzę, że raczej tak. (Sama chodziłam do małej, wiejskiej szkoły gdzie ze względu na liczebność klas zajęcia czasem były prowadzone łącznie. I nam uczniom nie było z tym źle. Wprost przeciwnie.)
Z własnego doświadczenia wiem, że grupa zróżnicowana wiekowo w sposób naturalny „popycha” nauczyciela do budowania procesu edukacji poprzez wyjście „od dziecka”- musi indywidualizować pracę. Praca z grupą mieszaną wiekowo daje ogromne możliwości. Jeśli ktoś potrzebuje szczegółów, proszę pytać. Chętnie opiszę to bardziej drobiazgowo.
Polska szkoła 2012. „Celowy” problem
Dlaczego?
Trudno mi zebrać wszystkie wątki jakie budzą się w mojej głowie, kiedy myślę o zagadnieniach związanych z formułowaniem celów edukacji. Punktem wyjścia będzie więc dla mnie pytanie:
Czym jest edukacja?
Podzielam pogląd tych autorów, którzy twierdzą, iż jest ona procesem wzajemnego uczenia się i nauczania. Podkreślam słowo - wzajemnego.
I stąd wynika mój pierwszy i najważniejszy dylemat. Jeśli proces jest wzajemny, dlaczego cele formułowane są tylko wobec jednej ze stron? To, moim zdaniem, zdecydowanie stawia obie strony w co najmniej trudnej sytuacji. Ponieważ konsekwencją tego musi być na przykład system oceniania. Przy czym właściwie tylko jedna strona ma możliwość oceniania drugiej.
A proces edukacji? Jest wzajemny, czy tego chcemy, czy nie!
Moim zdaniem problem nie tkwi więc w poprawnie czy błędnie sformułowanych celach. Takich czy innych pod względem treści czy stopnia uszczegółowienia.
Problem raczej tkwi w fakcie, iż edukacja to LUDZIE. Z całą swoją złożonością, w każdym obszarze. Nie ma więc, którego pola edukacji nie poruszylibyśmy, dobrych czy złych rozwiązań. Ponieważ wszystko - czego byśmy nie wymyślili i nie spisali - dla jednych będzie dobre, dla innych na niewiele się zda.
Czy sugeruję relatywizm edukacyjny? Stanowczo nie! Staram się natomiast wyjaśnić, iż z mojej perspektywy najważniejsza jest jakość.
Powtórzę jeszcze raz, jakość relacji człowieka z człowiekiem. Celowo nie piszę ucznia z nauczycielem, bo w tym układzie, podobnie jak w układzie rodzic – dziecko, role uczącego się i nauczającego wciąż mogą się zmieniać (jeśli tylko będziemy wystarczająco mądrzy aby to dostrzec i przyjąć).
Uważam, iż kwestią rozstrzygającą jest jakość naszych indywidualnych i wspólnych kontaktów. Fakt jakim jesteśmy człowiekiem i jak traktujemy innych ludzi ma większy wpływ na naszych uczniów niż najbardziej przemyślane i zastosowane przez nas metody edukacyjne.
Oczywiście mam świadomość jak trudno jest to wszystko połączyć. Jednocześnie być autorytetem nie będąc przy tym autorytarnym, przyjąć na siebie swoistą „władzę”, ponosić jej konsekwencje, a przy tym nie naruszać indywidualności innych, nie wtłaczać ich w nasze ramy ale pozwolić skonstruować własne.
Nie jest łatwo być…
Pomóż mi zrobić to samemu
Właściwie co oznaczają te słowa dla małego dziecka?
Kiedy myślę o moich małych uczniach (raczej powinnam napisać o małych ludziach, z którymi mam szczęście spędzać czas) często się nad tym zastanawiam.
Szczególnie w kontekście wymogu planowania pracy.
Celowo użyłam określenia wymogu, ponieważ mam na myśli zjawisko planowania, standardowo rozumiane przez potencjalnego nauczyciela i standardowo realizowane, a także kontrolowane.
Właściwie czym jest to planowanie pracy? Z mojej perspektywy – problemem. Dlaczego?
Nie kwestionuję faktu planowania pracy. W rzeczy samej każde działanie, każde ludzkie działanie, im bardziej jest świadome tym bardziej świadczy o naszym człowieczeństwie. Ale…
Przychodzi mi do głowy takie „ale”, które wynika z perspektywy nauczyciela montessoriańskiego.
Jeżeli nikt nie może Rosnąć za dziecko (właśnie tak, przez duże R) to co właściwie ja, nauczyciel małego dziecka mam w planie miesięcznym zaplanować? Cokolwiek zaplanuję będzie zastępnikiem, wypełniaczem (brzmi prawie jak składnik marnego produktu spożywczego). Skąd mam wiedzieć czego będzie potrzebował mój uczeń za tydzień? A za trzy tygodnie?
Mam planować – znaczy to moim zdaniem, w aktualnym rozumieniu tego procesu – interpretować dziecięce zachowania w kontekście ich potrzeb i możliwości i poprzez swoje działania dążyć do ich zaspokojenia.
Już sam fakt interpretacji, zakłada że jest to mój punkt widzenia (więc prawdopodobnie obarczony dużym błędem). Oczywiście zbierając informacje o dziecku mogę wspierać się standardowymi testami badającymi rozwój dziecka tylko jakim standardom odpowiadają warunki w jakich je przeprowadzę?
Mogę kierować edukacyjną rzeczywistością tak, że dzieci będą zadowolone i nie odkryją manipulacji. Ale czy o to chodzi abym „wypuszczała” spod swoich „skrzydeł” klony moich interpretacji? Starać się poznać ludzi, z którymi współdziałamy to jedna rzecz, ale czy mamy prawo świadomie podejmować próbę ich kreacji? Czy nie lepiej byłoby skoncentrować się na tym co postulowała między innymi Maria Montessori, czyli wspieraniu ich w bardzo trudnym procesie rozwoju? Według ich własnego planu.
Są sytuacje, w których ja wiem i potrafię więcej, ale czy to daje mi prawo do decydowania o tym co jest, a co jeszcze ważniejsze, co będzie potrzebne dziecku w jego Rozwoju?
Zdaję sobie sprawę że może to brzmieć jak postulat z gatunku „każdy ma prawo robić co chce i jak chce” od razu więc stanowczo zaprzeczę.
Pierwszy szczebel edukacji ma dać dziecku fundament. To nie konkurs ani loteria tylko prawdziwa budowa. Prawdziwa! Nas leniwych dorosłych może i ucieszy „domek”, który ktoś nam wybuduje. Z małymi dziećmi jest inaczej. Cieszy je to, co robią same. Działanie daje im siłę, wiarę w siebie, wiedzę i umiejętności. Pod warunkiem jednak, iż jest to działanie płynące z nich samych. Chcą nas dorosłych naśladować ale… po swojemu. W swoim czasie i miejscu.
Pod koniec lata, podczas prac porządkowych w ogrodzie przedszkolnym, nagle podbiegł do mnie pięcioletni chłopiec. Musisz to zobaczyć! – krzyknął mi w samo ucho i pociągnął za rękaw. Kiedy tylko na niego spojrzałam, wiedziałam, że jego zachowanie ma swoje źródło w bardzo silnych emocjach. Ponieważ uśmiechał się promiennie i niecierpliwie przestępował z nogi na nogę, pominęłam milczeniem fakt obcesowości jego zachowania. Chodź szybko – prosił. Razem z grupą dzieci, które wraz ze mną grabiły świeżo skoszoną trawę, pobiegliśmy za Kajtkiem.
A on pokazał nam coś niezwykłego. Na krzaku bluszczu, po jednej z jego długich, wijących się gałęzi wspinał się ślimak nagi, a tuż przy nim wędrowała biedronka trzykropka. Wyglądało to zupełnie tak jakby się ścigały. Dzieci były zachwycone. Jak zaczarowane przez kilkanaście minut oglądały to zjawisko a później… I teraz powinnam napisać kilka stron wypracowania o tym, ile wiedzy, doświadczeń, umiejętności i emocji, wynieśliśmy z tej Kajtkowej lekcji przyrody. Dokładnie tak. Każdy z nas czegoś się nauczył, a temat życia ślimaków i biedronek (w każdym aspekcie) budził żywe emocje przez kilka dni, bez nudy i przymusu.
Czy mogłabym osiągnąć to samo poprzez najstaranniej zaplanowane zajęcia? Pod względem wiedzy, możliwe że tak. Ale wrażenia, emocje, poczucie wspólnoty w działaniu, autentyczne zaangażowanie i spontaniczność – nie sadzę. I jeszcze, z perspektywy nauczyciela – wiedza o potencjale dziecka – bo takie sytuacje dostarczają bezcennej wiedzy o dzieciach.
Wracając więc do początku moich rozważań. Nie neguję zjawiska planowania pracy, ale może za bardzo skupiamy się na planowaniu pracy dziecka? Może powinniśmy (na co dzień) bardziej skupić się może na planowaniu własnego, nauczycielskiego rozwoju. Na wzbogacaniu naszego warsztatu pracy i siebie jako człowieka, dzięki czemu moglibyśmy z otwartym sercem i umysłem (w tej kolejności) uczyć się razem z naszymi uczniami.
Czas na przedszkole
W związku z reformą systemu oświaty wiele w ostatnim okresie mówiło się o szczególnym znaczeniu wczesnej edukacji dla rozwoju człowieka. Wiek przedszkolny nazywany bywał w tych dyskusjach „złotym okresem nauki”, podczas którego dziecko jest szczególnie chłonne, podatne na wiedzę i zainteresowane otaczającym go światem.
Z większością takich osądów jako nauczycielki najmłodszych dzieci możemy się zgodzić. Cieszy nas także wzrost świadomości o znaczeniu tego okresu życia oraz związany z tym wzrost szacunku dla pracy nauczycieli wczesnej edukacji. Niepokoją natomiast niebezpieczne uogólnienia i niekorzystne sposoby wprowadzania w edukacji elementarnej zmian.
Jak uczy się dziecko? Poznaje świat przez doświadczenia i emocje. Bez reszty bywa pochłonięte interesującą go czynnością. Wielokrotnie ją powtarza, aby ciągle cieszyć się osiągniętym efektem. Radość sukcesu motywuje je do podejmowania wysiłku. Po pewnym czasie dziecko zainteresuje coś innego, i znów. Tak dzieje się przy budowaniu wieży z klocków, ale i w trakcie wspólnego czytania wieczorem bajki, czy opowiadania nieustannie o dinozaurach.
Wiemy, podkreślamy często, że każde dziecko jest inne. Rozwija się w różnym tempie, interesujące są dla każdego inne rzeczy. Wyodrębniono w toku badań pewne prawidłowości tego rozwoju i opisano w literaturze medycznej, psychologicznej, metodycznej. Wszyscy mamy w pamięci sytuację z maluchem, uczącym się wchodzenia po schodach, wraz z przyczynami i konsekwencjami tego przykładu.
Ale – jak jest z wykorzystaniem tej wiedzy? Czy umiemy rozpoznać i czy dajemy dziecku poczekać na ten krytyczny dla rozwoju moment, gdy jego dojrzałość pozwoli mu na efektywne osiągnięcie nowej umiejętności?
Idealnym modelem edukacji byłaby bowiem możliwość wspierania dziecka we własnym, indywidualnie planowanym programie rozwoju, realizowanym w toku własnej aktywności.
Czego najbardziej ta dziecięca aktywność potrzebuje? Książek, pomocy dydaktycznych, mądrych zabawek? Krzesełek, stolików, kredek? Można jeszcze kolejne elementy wymieniać i w wielu przedszkolach one się znajdują – bowiem zdajemy sobie sprawę jak bardzo korzystne otoczenie jest konieczne dla rozwoju dziecka.
Mamy jednak wrażenie, że w dyskusjach o współczesnym wychowaniu przedszkolnym i kształceniu początkowym umyka nam coś bardzo ważnego – dzieci na własną aktywność i osiąganie dojrzałości potrzebują czasu.
W przedszkolu i szkole my nauczyciele czas traktujemy bardzo poważnie. Czasem – co wiemy z własnej praktyki i o czym czytamy w wypowiedziach wielu nauczycieli i rodziców, publicystów zajmujących się edukacją – zajmujemy się w tej chwili najczęściej. Niekiedy liczymy go bardzo skrupulatnie – najpierw rozdzielając go w celu monitorowania proporcji poszczególnych edukacji (pomimo nadal obowiązujących zapisów o kształceniu zintegrowanym w przedszkolu i szkole). Liczymy więc czas dozwolony na ruch, zabawę, śpiewanie... Sprawdzamy, czy w zaplanowanym czasie zrealizujemy kolejne numerki z podstawy programowej i programu. Zapisujemy też czas pobytu dziecka w przedszkolu – aby zgodnie z przyjętą zasadą rodzic sprawiedliwie zapłacił za każdą minutę pobytu dziecka.
Czy dzieci to obchodzi? One chciałaby czasem biegać w przedszkolnym ogrodzie dłużej, niż przewiduje dzienna norma, ale nauczycielka musi je zabrać na zaprogramowane zajęcia, często jeszcze specjalnie zaplanowane dla szczególnego wspierania w szybszym osiąganiu pożądanych umiejętności. Chciałoby pobawić się jeszcze przed wyjściem do domu klockami, coś narysować, zjeść spokojnie obiad, ale w szatni już czeka rodzic patrzący na zegar – więc i nauczycielka świadoma wagi każdej minuty ponagla – szybciej, szybciej, masz jeszcze tylko 5 minut.
Czas jest ważny – i dzieci powinny się uczyć dobrze go wykorzystać. Szanować wspólny czas grupy i indywidualny – własny i innych. To bardzo trudne.
Jako dorośli powinniśmy mieć czas, aby mądrze ich tego nauczyć. Czas potrzebny jest więc także nauczycielom – na swobodny kontakt z dzieckiem, na poznawanie go w czasie działań – indywidualnych i podejmowanych z grupą, na obserwowanie go, analizę spostrzeżeń i wyciągnie wniosków. Na rozważną refleksję, lekturę, dyskusje. Poszukiwanie takich rozwiązań, które w nieinwazyjny sposób będą wspierać dziecko w rozwoju – aby w swej inności nie czuło się gorsze lecz swoiste, wyjątkowe, aby doświadczało szacunku i uczyło się okazywać go innym.






