Ewolucja
Pisząc o ewaluacji wiedziałam, że ciąg dalszy musi nastąpić. Bo jak jest – wszyscy wiemy, a jak mogłoby być? Spokojniej z pewnością. W 1996 roku prowadzone były szkolenia w programie Nowa Szkoła. Próbowałam dzisiaj sprawdzić, kiedy dokładnie trwał ten program, oczywiście korzystając z Googli. Hasło „Nowa Szkoła” pojawiło się głównie w kontekście osób, które obecnie pracują dla różnych firm szkoleniowych („jestem edukatorem Nowej Szkoły”). Nic dziwnego, skoro idea upadła wraz ze zmianą rządu. A miało być tak pięknie – i mogło być! Dla przypomnienia: szkolenia odbywały się kaskadowo, najpierw pierwsza setka nauczycieli i pracowników oświaty zdobyła szlify edukatorów, potem druga setka. Następnie tych dwustu edukatorów prowadziło 5-modułowe dwustugodzinne szkolenia dla kilku tysięcy nauczycieli, którzy potem mieli „odpracować” 60 godzin szkolenia bezpośrednio w placówkach oświatowych w swoim miejscu zamieszkania, w sąsiednich szkołach. Poza tym stawali się liderami zmiany w swoich szkołach. Moduły tej szeroko zakrojonej akcji szkoleniowej obejmowały zarządzanie zmianą, tworzenie wizji, misji i programu rozwoju szkoły, integrację międzyprzedmiotową, tworzenie szkolnych systemów oceniania, pracę metodą projektu, organizację wewnątrzszkolnego doskonalenia nauczycieli. Były świetnie przygotowane, a materiały dydaktyczne nadal stanowią podstawę wielu warsztatów. Osobą silnie zaangażowaną zarówno w ten projekt, jak też w program mierzenia jakości pracy szkół była Irena Dzierzgowska.
I nagle… zapanowała cisza. Program umarł, a raczej został poddany eutanazji, edukatorzy zasilili różne firmy szkoleniowe, na których usługi nie każdą szkołę stać.
Żaden z tematów i materiałów, z jakich korzystałam wówczas (byłam w tak zwanej drugiej setce, a potem prowadziłam swoją grupę 30 nauczycieli) nie straciły na aktualności! I wpływały na rozwój organizacyjny szkoły.
Mierzenie/badanie jakości pracy szkół, a potem SUS – to z kolei były programy ewaluacji wewnętrznej. I pierwszy i drugi zakładał przeprowadzenie ankiet i wywiadów przez osoby z zewnątrz, ale na wyłączny użytek szkoły. Nawet wówczas, gdy w Milanówku badaliśmy szkoły na zlecenie samorządu terytorialnego, to jednak celem była pomoc i wsparcie dla szkoły, a odbiorcami raportu przede wszystkim sami zainteresowani.
Jakie widzę możliwości ewolucji w oświacie:
- Wprowadzenie bonu oświatowego dla rodziców/opiekunów każdego ucznia. Decyzją rodziców jest, czy bon przekażą szkole społecznej, publicznej czy prywatnej i która konkretnie szkołę wybiorą. Uważam to działania za szczególnie istotne, ponieważ jest to, jedyny sposób uświadomienia rodzicom, że szkoła jest ich współwłasnością. Każda szkoła publiczna i społeczna. Że wybierając szkołę, powinni poznać rządzące w niej prawa i wartości i skierować dziecko tam, gdzie te wartości są im bliskie. Bo jako współwłaściciele powinni współdecydować o rozwoju, sposobie pracy i panującej w szkole kulturze organizacyjnej. Powinni współtworzyć społeczność szkolną. Decydowanie o wizji i wartościach dotyczy szczególnie takich sytuacji, gdy rodzice ze swoimi bonami podejmą decyzję o utworzeniu swojej placówki. Również funkcja kontrolna przypada wówczas rodzicom, jako osobom najbardziej zainteresowanym. Przy czym nie jest to kontrola oceniająca, spełnia wymogi ewaluacji jako sposobu rozwoju, wzmacniania i ściśle łączy się z poszukiwaniem rozwiązań istniejących problemów i wspierania szkoły w ich pokonywaniu. Mówiąc o tym korzystam z doświadczenia szkoły, którą współtworzę, w której pracuję i którą po części zarządzam. Jest to szkoła społeczna, w której wybrani w demokratycznych wyborach przedstawiciele rodziców i nauczycieli stanowią organ prowadzący. Naturalną rzeczą jest więc prowadzenie ewaluacji, wytyczanie na jej podstawie wspólnych celów i stały dialog między rodzicami i nauczycielami. Nic nie jest „zamiecione pod dywan”, problemy są omawiane w sposób jawny, a o podjętych wspólnie decyzjach informowani są wszyscy zainteresowani.
- Likwidacja lub zmiana zapisów „Karty Nauczyciela” to drugi postulat, ściśle powiązany z pierwszym. Przede wszystkim dotyczy to ochrony prawnej nauczycieli i niemożności zwolnienia osoby, która w tej konkretnej placówce nie sprawdza się z różnych powodów. Obowiązujący kodeks pracy jest dokumentem w zupełności wystarczającym, by chronić interesy pracownicze nauczycieli, a tworzenie swojego rodzaju uprzywilejowanej kasty negatywnie wpływa na wizerunek pracowników oświaty. Tymczasem kto chciałby zwalniać dobrego nauczyciela? Gdyby nawet wpadł na taki pomysł dyrektor, to rodzice świadomość, że są współwłaścicielami szkoły, i uczniowie z pewnością sprzeciwiliby się takiemu rozwiązaniu.
Ciąg dalszy nastąpi…







Bardzo ciekawa historia i ciekawe propozycje.
Istotne, może najistotniejsze pytanie: czyją wizję, czyje cele mają realizować w swojej szkole nauczyciele-i-uczniowie ?
- jak jest teraz ?
- jak widzisz to w szkole nowej generacji
Ewo
Bon oświatowy ma sens (o ile ma) tylko w miastach na wsiach rodzice nie mają wyboru.
Winnych krajach pomaga się szkołom, które mają trudności, a nie tym co ich nie mają.
Za kartę to już nie takie zuchy się brały, jest jak mur chiński.
Danusia
Nie przesadzajmy z tym naturalnym monopolem na wsiach. W promieniu 5km od mojego domu są trzy podstawówki, a w promieniu 10km – chyba dziesięć się uzbiera. Wystarczyłoby, żeby gminy miały obowiązek zapewnić dowóz dzieci do każdej z nich. I nie byłby to taki wielki kłopot: gimbus dowozi dzieci do najbliższej szkoły (ok. 5km) do pozostałych można dojechać publiczną komunikacją. Wystarczy, żeby gmina dała dzieciom darmowe przejazdy w komunikacji miejskiej i odrobinę zmieniła rozkłady jazdy tak, żeby autobus przejeżdżał obok szkoły na 10 min a nie pół godziny przed rozpoczęciem lekcji.
Pod pojęciem „bon oświatowy” rozumiem (Ewa chyba też) nie tylko jego formalną „kwitkową” stronę, ale faktyczne równouprawnienie szkół — pełną równość finansowania i brak dyskryminacji w innych aspektach, jak dojazd.
Skuteczność braku dyskryminacji widać świetnie po przedszkolach. W zapyziałej gminie Jaktorów poza zerówkami przyszkolnymi i jednym przedszkolem gminnym funkcjonują dwa (dużo lepsze) przedszkola prywatne. Niby dlaczego równość finansowania nie miałaby spowodować, że i prywatne podstawówki zaczną działać w wiejskich gminach?